#278. – WKKM #105 – Jason Aaron, Brian Michael Bendis, Ed Brubaker, Matt Fraction, Jonathan Hickman, Frank Cho, John Romita Jr. – „Avengers vs X- Men cz.1″

Standardowy

Wielkie crossovery powstały z dwóch powodów. Aby zgarnąć nieco szeleszczących i brzęczących nominałów z portfeli konsumenta i po to, by nieco przewietrzyć woniejące już nudą uniwersum. Wśród tego typu wydarzeń zaś najwięcej sensacji wzbudzają te, w których herosi walczą między sobą. Nie kosmiczna inwazja, nie kryzys na wielu światach. Ale bratobójcze mordobicie w imię, mniej lub bardziej, banalnych ideałów. Bo czymże była główna przyczyna sławenej „Wojny Domowej” wobec wieloletniej przyjaźnie Capa i Starka ? Wydawać by się mogło, że niczym, lecz krew się polała. Podobnie jest i tutaj. Dwie, niejednokrotnie współpracujące ze sobą grupy rzucają się sobie do gardeł. Oczywiście nawet nie próbując usiąść do stołu. A co jest tego przyczyną ?

Phoenix powstaje z popiołów. Potężny, kosmiczny byt zmierza w stronę Ziemi. Jean Grey nie żyje ( znowu ), ale płonąca bestia upatrzyła sobie na cel inną pannę związaną z nazwiskiem Summers. Jest jest nią niejaka Hope, pierwsza mutantka urodzona po M- Day. Przeklętym przez mutantów dniu, w którym Scarlet Witch wymazała połowę populacji homo superior. Garstka mutantów ocalałych po tych wydarzeniach liczy, iż Phoenix nosi swą nazwę nie na darmo i przyczyni się do rezurekcji ich gatunki. Skrajnie inny punkt widzenia przejawiają Avengers. Grupa pod przywództwem Kapitana Ameryki obawia się przybycia kosmicznej istoty znanej z siania spustoszenia i zagłady. Konflikt interesów wydaje się być nieco błahy. Odnoszę wręcz wrażenie, że Cap i Cyclops tylko czekali, aby móc pokazać, który z nich jest prawdziwym samcem alfa.

Dość specyficzna rola przypada Wolverine’ owi. Logan, który poróżnił się z Summersem na łamach „X- Men: Rozłam” stoi po stronie Avengers, ale jednocześnie w na pozycji tego, któremu ciężko jest zaufać. Nic dziwnego- gdzieś bowiem w duszy zakapiora ze szponami z adamantium gra czuła struna tęsknoty i żalu za panną Grey.

Podobnie jak w historii Millara i McNivena, tak i tu, dziwi mnie prędkość z jaką dotychczasowi sojusznicy zaczynają obijać się kułakami. Ma to w sobie wręcz wrestlingowy sznyt. Tylko w tego typu widowiskach dotychczasowi sojusznicy ot tak zmieniają stronę. Sęk w tym, iż w amerykańskich zapasach to rzecz wręcz obowiązkowa i podnosząca napięcie. W komiksach zaś nie zawsze się sprawdza, a nieskomplikowane pobudki wzajemnej wrogości sprawiają, że ciężko jest przejść obok nich obojętnie. Bo całkiem fajnie zobaczyć dwie największe grupy Marvela w bezpośrednim starciu. Lecz uproszczenie jego genezy już takie nie jest.

Obok głównej opowieści wydawca dorzucił serię „AVX Versus” ilustrującą solowe walki członków obydwu grup. Main eventem jest tu bez wątpienia walka między Iron Manem, a Magneto, lecz zestawienia takie jak Kapitan Ameryka vs Gambit czy Thing vs Namor również robią wrażenie. 

Pierwszą część ilustruje John Romita Jr. Nie będący w swej szczytowej formie. Nie jest to zbrodnia jakie zdarzało mu się popełniać nawet na łamach WKKM ( pamiętny „Black Panther” ), ale daleko mu do formy z „World War Hulk” czy „Spider- Man: Homecoming”. Zbyt często bywa niedbały, aby móc przemilczeć zepsute kadry. Szczególnie, iż w następnych tomach wypada nieco blado przy Oliverze Coipelu czy Kubercie. Wystarczy spojrzeć na powyższy kadr, aby przekonać się, co nie poszło nie tak Romicie Młodszemu… :p

Podsumowanie: Batalia mutantów i Mścicieli odcisnęła silne piętno na świat Marvela. Ale o tym więcej przy okazji recenzji dalszych części tegoż eventu. Póki co grupy są zajęte na tyle sobą, aby nie zauważyć, iż to Phoenix jest największym zagrożeniem. Olśnienie przychodzi nagle, w momencie, gdy przychodzi przywitać się z płomienną, kosmiczną gąską.

#271. – WKKM #101 – Roy Thomas, Neal Adams – „X- Men: W cieniu Saurona”

Standardowy

Słowem wstępu- nie, nie jest to opowieść o pojedynku Dzieci Atomu z tolkienowskim czarnym charakterem. Na szczęście. „W cieniu Saurona” jest zbiorem schyłkowych opowieści o pierwszej generacji grupy X- Men. A tytułowy Sauron to pterodont na okładce. A skoro jest człowiek- dinozaur, jest też i Savage Land. A jeśli Savage Land, to i Ka- Zar. Mały plus więc za postaci nieco dziś już zapomniane.

Historia Karla Lykosa, czyli właśnie Saurona ma w sobie motywy wilkołacze. Jak w przypadku ofiary Lykantropa, po ranach odniesionych w walce z pterodontami ów jegomość odkrywa, że pochłaniając energię innych żywych istot staje się potężną latającą, bestią. Szybko też odkrywa, że najwięcej siły dają mu mutanci. Ku utrapieniu pewnej grupki młodocianych homo superior…

W pozostałych historiach X- Men muszą zmierzyć się z Hulkiem ( albowiem każdy w tamtych czasach MUSIAŁ mierzyć się z Sałatą ), najeźdźcą z kosmosu i samym Magneto, który powrócił zza grobu. Największą jednak gratką jest ukazanie genezy Beasta, w wersji futrzanej. Swoją drogą, gdyby Hank wiedział, że to nie ostatnia taka metamorfoza zapewne inaczej rozwiązałby całą sytuację. Na łamach tegoż tomu debiutuje też Shiro Yoshida, znany szerzej jako Sunfire. Jako japoński fanatyk, i to bynajmniej nie wobec swej korporacji, bądź ulubionej mangi, prezentuje się dużo groźniej niż potworny Sauron i Mistrz Magnetyzmu. 

Można rzecz, że kreska Neala Adamsa ratuje ten komiks. Bez przesady ! Roy Thomas, jak na swoje czasy, stworzył niezłą opowieść, a Adams tylko pomógł mu ja opowiedzieć w sposób, dzięki któremu nie czyta się go jak innych komiksów z epoki. Czyli z nutką znużenia i odkładania co jakiś czas. Ale fakt faktem- największym atutem tego komiksu jest niewątpliwy udział legendarnego już dziś twórcy. Rysownik ten wie co to kadrowanie. Podział plansz przebija większość dzisiejszych komiksów. Wielki wizjoner, ot co. 

Podsumowanie: Będę szczery- „Mroczna Phoenix” to to nie jest. Ale nie jest to też dzieło słabe, niegodne uwagi. Fani X- Men będą zadowoleni, podobnie jak zwolennicy komiksowych antyków. Ja po nawałnicy oldschool’ u z WKKM jestem nieco mniej tym drugim, ale miłośnikiem serii o mutantach jak najbardziej. Pierwszy skład ma kompletnie inny klimat, niż ten z Loganem, Storm i resztą międzynarodowej ferajny. Przypomina on nieco połączenie klasycznej opowieści o superbohaterach z tamtych lat, z naiwnością familijnych obrazów. X- Men musieli dojrzeć. Z grupki X- Harcerzy stać się kimś na miarę Avengers. Tutaj zaprezentowany zostaje ich ostatni krok jako tych pierwszych. Nieco niezgrabny, lecz mocny. 

#244. – WKKM #21 – Grant Morrison, Frank Quitely, Igor Kordey, Ethan Van Sciver – „New X- Men: Imperialni”

Standardowy

Genosha zniszczona. Kilka milionów przedstawicieli rasy homo superior zostało zgładzonych przez potężnego Sentinela wysłanego na wyspę przez siostrę Charlesa Xaviera- Cassadrę Nova. Wróg został pokonany. Ale jak to bywa z tego formatu złoczyńcami, tylko na chwilę. Siostrzyczka i braciszek bowiem podmienili się ciałami, wbrew woli tego drugiego oczywiście. Sytuacja kończąca tom poprzedni, „New X- Men: Z jak Zagłada”, jest więc następująca. Psychopatka i zwolenniczka holocaustu ludzi spod znaku X w ciele największego telepaty, który to poleciał sobie na kosmiczne wojaże ze swoją kochanicą, cesarząwą Imperium Shi’ tar Lillandrą, negatywnie nastawioną opinię publiczną i oddziały U- Men przechwytujące mutantów na części zamienne. 

 Przyznanie się Charlesa/ Cassandry do swej mutacji nie wywołuje oklasków za odwagę. Co innego przyznać publicznie się do odmienności jak orientacja seksualna czy uważanie Fiata Multipli za najpiękniejsze dzieło motoryzacji, a co innego, że jest się chodzącą bombą. Podłe zagrywki, pomówienia, wyolbrzymianie zagrożenia ze strony Dzieci Atomu to norma dla wychowanków Xaviera. Grant Morrison pokazał próbę dialogu X- Men ze społeczeństwem. Który to dialog nie jest bawieniem się w Avengers i powiewaniem pelerynami. Podopieczni Xaviera starają się pokazać się nie ze strony swej mutacji, a swego ludzkiej części. Tym razem  mutanci mają też wielu zwolenników, zafascynowanych kulturą mutantów. Kłopot w tym, że fascynacja wiąże się z grupą U- Men. Jak wspominałem- traktujących homo superior nie jako jednostki, a jako banki fajnych organów.

Gwardia Imperialna Shi’tar to kosmiczna elita. Cesarzowa Lillandra może być spokojna. Gladiator i spółka poradzą sobie zarówno z Kree, jak i Skrullami. Również X- Men nie są dla nich wielkim zagrożeniem, o czym mutanci przekonali się przy okazji potyczki w „Mrocznej Phoenix”. Lecz grupa zmieniła się przez lata i straciła swą niewinność. A ich tatko pouczający o moralności chwilowo jest niedostępny. W „Imperialnych” konfrontacja między wojakami Lillandry, a uczniami Xaviera jest nieco inna niż u Claremonta. Widać w niej pióro autora „Azylu Arkham” i „All- Star Superman”. Brak tu wzajemnie grożących sobie herosów, jest za to do bólu skuteczna i brutalna walka silniejszych ze słąbszymi

Autorzy serwują wiele niezapomnianych momentów. Wspólna wycieczka Emmy i Jean do umysły Xaviera i ta cała psychoanalityczna wizualizacja. Ciekaw jestem, cóż rzekł by na jej widok Zygmunt Freud ? Pojedynki między X- Men, a Gwardią również nie należą do nudnych i banalnie efektywnych. Kukułki profesor Frost pokazują, że nie warto drwić z damskiego serca. A nowy nabytek szkoły potrafi użądlić.

Z rysunkami nie jest fajnie. Nie ma tragedii, ale trzech rysowników, z których każdy tworzył jakby goniła go Imperialna Gwardia, nie potrafiło stworzyć spójnej opowieści pod względem wizualnym. Quitely spisuje się najlepiej, ale pozostali nie przynoszą chwały historii Morrisona. Mimo, iż to całkiem nieźli rysownicy, w tym przypadku coś chyba nie zagrało. Zawsze byłem zwolennikiem komiksów w których pojawia się kilku rysowników. Seria „Sandman” czy choćby „Batman: Śmierć Rodziny” to dowody, że można zrobić to dobrze i zachować spójność historii. Tu opowieść była spójna, ale wyraźne różnice paliły gałki oczne sprawiając, że chce się krzyczeć.

Podsumowanie: Okres w historiach X- Men którym rządził Grant Morrison to bez wątpienia czas małych i dużych przemian. Scenarzysta zdrapał superbohaterską farbkę z grupy i nałożył własne barwy. Mniej kolorów, więcej jaskrawości. Ultra- pacyfista Xavier strzela do swej, wprawdzie ostro stukniętej, ale jednak siostry. To tutaj pojawiają się pierwsze pęknecia na nieskazitelnej zbroi harcerzyka Cyclopsa. 

#241. – Brian Michael Bendis, Chris Bachalo, Frazer Irving – „Uncanny X- Men: Rewolucja”

Standardowy

Bohaterowie wszelkich mediów na przestrzeni lat mogą zmienić się nie jeden raz. Czy ktoś oglądający „Breaking Bad” widzi w Heisenbergu dawnego Waltera White’ a ? Lub czy fan serii „Nocny Patrol” w Wyższym Innym Antonie Gorodeckim dostrzega tego niedoświadczonego, jasnego maga ? Czas więc zmienia nie tylko realnych ludzi, ale też postaci literackie czy filmowe. Kluczem do dobrej zmiany jest jej odpowiednie uzasadnienie i ukazanie w taki sposób, aby odbiorca zrozumiał przekaz. Ten kto pamięta Scotta Summersa z dawnych lat zapewne srogo zdziwi się, widząc go w grupie głoszącej hasła stanowczo niepodobne do tych Charlesa Xaviera. Dodać należy, że to on jej przewodzi i jest ideologicznym silnikiem.

Po „X- Men: Rozłam” droga ocalałych po M- Day mutantów jest rozbita. Po „Avengers vs X- Men” podział wśród Dzieci Atomu jest jeszcze większy. Tym bardziej, że Xavier nie żyje, zabity przez jednego z najwierniejszych uczniów- Cyclopsa. Co prawda Summers deczko stracił panowanie pod wpływem Phoenixa, ale tak się nie robi swoim duchowym ojcom nawet w stanie niepoczytalnym. Co więcej nieco zmienił on swój światopogląd. Ponowny przyrost mutantów wzbudził w nim ciągoty które są nader bliskie niegdysiejszym poglądom Magneto. Takiego tam największego przeciwnika Xaviera, terrorysty i jednego z największych okrutników Marvela…

Z tejże przyczyny zmienił także swój przebrzmiały kostium na nowy, z modnym X na głowie i zwołał grupę która nie jest tak miła dla ludzkości jak X- Men z Westchester. Należą do niej kolejno: Magneto, wspomniany już terrorysta. Emma Frost, dawna Biała Królowa Hellfire Club’ u z lekką obsesją i kompleksem zarazem na punkcie Jean Grey. Magik – siostra Colossusa. Której zdolnościami bliżej do Doctora Strange’ a, niźli do brata- małojca. Wydaje się- niezła ekipa. Nic z tego. Po członkostwie w Phoenix Five część z nich nie ma do końca kontroli nad swymi zdolnościami, zaś Magneto oberwał niejako rykoszetem. Swoją drogą- mogli już wsadzić do składu Namora…

Do tego dochodzą pomniejsi mutanci, ze świeżego sortu, których okazja do poznania pojawiła się w pierwszym tomie „All- New X- Men„.  No i nowy. Goldball. Kiepska ksywka dla chłopaka prawda ? Ale jego zdolność jest co najmniej ciekawa. Emituje on ze swego ciała… złote kule. Z czegokolwiek są i jakiekolwiek mają właściwości są skuteczne w robieniu powszechnego bałaganu. 

Czy więc X- Men pod wodzą Cyclopsa są terrorystami ? Czy faktycznymi bojownikami o wolność swojej nacji ? Czy to co mówi Summers zakrawa już o supremację mutantów, jak to czynił niegdyś Magneto, czy może jest apelem mającym rozpalić płomień nadziei w sercach osamotnionych i znów coraz bardziej osaczanych homo superior ? Myślę, że idea Scotta jest szlachetna. Gorzej z jej wykonaniem. Nie są to może metody terrorystyczne, ale na pewno nie zaskarbiające zaufania rządów, choć zwolenników w ludności jak najbardziej. Skrzyżowanie rąk w geście ‚X’, cała otoczka buntowników i wyzwolicieli uciśnionej grupy- to coś co kręci młodych i gniewnych. 

Z wizualnej strony warto zwrócić uwagę na Frazera Irvinga. Scena z konfrontacją Magik z Dormammu robi wrażenie. A Chris Bachalo ? Kreskówkowy styl potrafi przyciągnąć. Ot choćby Darwyn Cooke. Ale do niego mu daleko. Odnoszę wrażenie, że gdyby nie lekka i luźna kreska autorka zeszytów #1-4 komiks ten miałby dużo dojrzalszy klimat.  

Podsumowanie: Grupa Summersa ma wielkie plany, ale już w pierwszym zeszycie widać, że czego się nie chwycą, to zaraz to spartolą. Bendis nieźle nakreślił odbijanie się Scotta od własnych ideowych dogmatów. Harcerzyk Xaviera nie najlepiej chyba czuje się w roli pro- mutanckiego ruchu i szefa kogoś takiego jak Magneto. Niestabilność umiejętności również nie pomaga, a konflikt z Avengers nie przynosi poklasku. Młodzi jednak ciągną bardziej do zbuntowanych i niepoprawnych politycznie X- Men Scotta, niż do grzecznie współpracujących z Kapitanem Ameryką podopiecznych Logana.

#238. – Brian Michael Bendis, Stuart Immonen, David Lafuente – „All- New X- Men: Zagubieni”

Standardowy

Szybki skrót z poprzednich tomów: po zakończonej szczęśliwie batalii X- Men i Avengers, a tym samym chwilowym powrocie Phoenixa i stałym odrodzeniu się mutantów po M- Day grupa X- Men rozpada się jeszcze bardziej niż wówczas, gdy Scott i Logan dali sobie po łbie w „X- Men: Rozdarci”. Dotąd prawego i uczciwego Scotta ciągnie ku ideologiom które przypisywane były dotąd głównemu przeciwnikowi X- Men i Xaviera- Magneto co widać nawet po nowym, stylowym kombinezonku. A skoro mowa o Xavierze, to zginął on z ręki Cyclopsa właśnie. Nieco później Beast sprowadził pierwszy skład Dzieci Atomu w dwóch celach. Pierwszy i nieco bardziej egoistyczny to taki, iż kolejna mutacja McCoy’ a go zabijała i tylko inny McCoy był w jego mniemaniu go ( ich ) uleczyć. Druga- że niby młodzi X- Men mieli pokazać swym starszym odpowiednikom jacy kiedyś byli i jak daleko odbiegli od swych ideałów. Łebski ten Beast z tym drugim powodem zaburzenia kontinuum czasoprzestrzennego. Sam Loki pozazdrościłby takiego lania wody… :D

X- Men pod wodzą Scotta odwiedzają X- Men Logana. Atmosfera jest napięta i wszystko wskazuje na kolejną bratobójczą bójkę. Na dodatek Angel oświadcza, że woli pana z wielkim X na głowie od dawnego kanadyjskiego zabójcy. Wszystko kończy się małym spięciem, ale stało się co miało stać. Angel odleciał do Scotta Summersa młodszego do Scotta Summersa starszego. 

Dalej jest równie gorąco. Potyczka X- Men Logana i Summersa młodszego z grupą Mystique w tym pozorne pojawienie się Phoenix. Pojednanie młodego Cyclopsa ze swoim bratem Alexem. I coraz większy sceptycyzm Capa co do młodszych duplikatów.  Temperatura nie spada również w życiu towarzyskim X- dzieciaków. Scott i Iceman nie wykorzystują swych umiejętności zgodnie z maksymą wuja Bena, zaś Jean czuje ciągoty w stronę kogoś zupełnie innego niż Cyclops. Do tego cicha konfrontacja z inną panią Summers dla Jean nie jest zbyt komfortowa. 

Mike’a Deadoto można zobaczyć w dwóch poprzednich tomach. Tu na arenę wkroczył David Lafuente. Z jednej strony mangowa, a z drugiej kanciata kreska zmienia kompletnie klimat komiksu, ale rysownik przedstawia też inny aspekt pobytu pierwszych X- Men w przyszłości. Nie są to bitwy, a prywatne, kameralne życie. I to od razu widać, choćby w przypadku naprawy motocykla Logana czy nastoletnich podbojów Summersa i Drake’ a. 

Podsumowanie: Atmosfera towarzysząca serii „All- New X- Men” jak zawsze napięta. W praktyce mamy bowiem kilka zespołów spod znaku X. X- Men Wolverine’ a, X- Men z przeszłości, X- Men Cyclopsa starszego, no i Uncanny Avengers, które jest po prostu odpowiedzią Avengers na wybryki Summersa seniora. Ale o tym zespole więcej przy okazji recenzji „Uncanny Avengers: Czerwony Cień”. Bez wątpienia podział pierwszego składu X- Men nie wróży nic dobrego. A echa o tym, że osoba uosabiana z Phoenix żyje i ma się dobrze rozniosą się dalej. Bendis jednak umiejętnie łączy brawurowe przygody i paradoks pojawienia się kolejnych X- Men z lekkim i rozładowującym nadmierne napięcie humorem. I nie ukrywajmy- cała seria jest wręcz genialnie rozegrana marketingowo. Aby w pełni cieszyć się komiksem wypada znać „Uncanny X- Men” i „Uncanny Avengers”. Ale niby nie trzeba. Niby…

PS: Autor bądź tłumacz co chwila niestety popełnia ten sam błąd. A to Scott ma lat dwanaście, a to znów szesnaście… A ja, jeśli mnie moja marna pamięć nie myli, wiem, że Scott w tym okresie był gdzieś w okolicach 16. Niby szczegół, ale jakże irytuje… 

 

#217. – WKKM #2 – Joss Whedon, John Cassaday – „Astonishing X- Men: Obdarowani

Standardowy

Tom który w WKKM ukazał się już spory czas temu. Co smutno pokazuje jego upływ, ale i pociesza. Lata mijają, a dobre komiksy nadal wychodzą… :D . A poważniej- okres Joss’ a Whedona i Johna Cassaday’ a dla X- Men był czasem bardzo dobrym. Odmiennym niż runy Chrisa Claremonta ( a raczej era Claremonta- około 17 lat… ) czy Granta Morrisona, ale na podobnym poziomie i przedstawiającym grupę nieco inaczej. X- Men wkraczają bowiem na nieco inny poziom, szczególnie jeśli chodzi o wizerunek publiczny.

Wynaleziona „lek” na mutację. Preparat który hamuje czynnik X. Część homo superior czuje się jakby spadło na nich zbawienie. Bo mało kto pamięta, ale nie każdy mutant to zabójczy Wolverine ze swoją samoregeneracją czy Xavier z jego potęgą telepatyczną. Większość to niekiedy groteskowo wyglądające istoty które poza swoja fizjonomią są boleśnie zwyczajni. Dla X- Men to również czas zmian. Xavier wycofuje się w cień dając większe pole do manewru Cyclopsowi. Do zespołu wraca Kitty Pryde. X- Men stoją niepewnie wobec nowego specyfiku. Tym bardziej, że jeden z nich nie jest nastawiony do niego negatywnie.

Wśród mutantów zawsze były spięcia. Zazwyczaj na linii Cyclops- Logan, ale tutaj sytuacja zaczyna przypominać mutancie przedszkole. Wzajemne skakanie sobie do gardeł, brak wyraźnego lidera z autorytetem, nawarstwione i nowe problemy czy ciągle nieprzychylna opinia publiczna jeszcze pogarszają sprawę. Idea Summersa która ma na celu z outsiderowej grupy mutantów zrobić grupę superbohaterską w stylu Avengers wydaje się zaś smutnym żartem. 

Jak to ma często miejsce, gdy kłopotów jest więcej niż trzeba pojawia się nowe zagrożenie. Tym razem jest nim niejaki Ord. Kosmita przybyły z przyszłości. Twierdzący, iż mutanci doprowadzili jego planetę do zagłady. Typ tego formatu zazwyczaj jest upierdliwy, kłopotliwy i trudny w obróbce nawet szponami z adamantium. Tak jest i z Ordem. Okazuje się też, że ma on swoje konotacje z Wirusem Dziedzictwa który zabił Colossusa  i pewną bliźniaczą organizacją S.H.I.E.L.D. Wszystkie te sprawy razem to za dużo, nawet jak na tak wytrzymała bandę jak X- Men. 

Duże, panoramiczne kadry o mocnych, często jednolitych tłach, charakterystyczna gra cieniami wwykonaniu Cassaday’ a czy dynamiczne sceny walki to wystarczający powód dla którego warto zapoznać się z tym komiksem. Co prawda tęsknie nieco za „odblaskowymi” kostiumami mutantów z czasów Granta Morrisona, ale zostało to w pełni wynagrodzone. Cassaday pozwala sobie też na małą kpinkę z okresu, gdy Scott posiadał niebotyczną ilość sakiewek, kieszonek i tym podobnych schowków odzieżowych.

Podsumowanie: Nie jest to najmocniejsza historia runu Whedona, ale świadczy to tylko o tym jak dobre są pozostałe opowieści. Jest to komiks w sporej mierze dla fanów X- Men, ale jeśli miałbym wskazać jakąś konkretną historię z ostatnich lat która miałaby otworzyć nowemu czytelnikowi drogę z mutantami wskazałbym właśnie początek historii Whedona i Cassaday’ a. Morrison jednak nieco za mocny, zaś „All- New X- Men” Bendisa z kolei zbyt lekkie. 

#175. – WKKM #16 – Grant Morrison, Frank Quitley – „New X- Men: Z jak Zagłada”

Standardowy

I kolejny powrót do archiwów WKKM. Komiks który początkowo mnie zniechęcił, później zaciekawił, potem lekko znudził by po kolejnym, dogłębniejszym przyjrzeniu się zafascynował. Co nieco o podwalinach historii. Wśród mutantów rozprzestrzenia się zjawisko ponownej mutacji. Pogłębienia nabytych już cech- co jednak nie zawsze oznacza pozytywny level up. Ponadto wspomnieć należy, że odwieczny wróg X- Men Magneto jest sparaliżowany. Jednak nie przeszkadza mu to w nadzorowaniu rozwoju jego utopijnego marzenia- wyspy Genoshy, azylu dla mutantów. Których jest na dodatek coraz więcej i więcej… Mutanci stają więc u progu nowej ery. Separacja sporej liczby homo superior na Genoshy nie obniża jednak niechęci do gatunku. Co gorsza obok nienawiści pojawia się fascynacja. Zgoła inna jednak niż hołdowanie zaprzyjaźnionym grupom jak F4 czy Avengers. O tym jednak przy okazji recenzji drugiego tomu „New X- Men: Imperialni”.

Pierwsze co uderza w oczy. Zmiana strojów grupy Xaviera. Neonowe kolory, nowy krój bardziej nowoczesny od klasycznych, mocno superbohaterskich kostiumów w jakie odziewali się X- Men. Odpowiedniejsze  dla grupy herosów- outsiderów i tragicznych wydarzeń mających miejsce w tym tomie. Logan bez swojej charakterystycznej fryzury. Beast po „kociej” mutacji przypominający przerośniętego kota z Cheshire. Emma Frost w skąpej kreacji oraz diamentowym szykiem i Xavier bez idiotycznego kocyka na kolanach. Mutanci jak spod igły :) ! Zmiana zewnętrzna X- Men to niewątpliwe ogromna zasługa Franka Quitely’ego. Znany już ze współpracy z Morrisonem przy „All- star Superman” rysownik to niebanalny autor któremu udało się pojąć nowe spojrzenie scenarzysty i trafnie je zwizualizować.

Główny czarny charakter to naprawdę ciężki kaliber. Cassandra Nova, bo o niej tutaj mowa, to siostra- bliźniaczka Charlesa. Co widać zresztą na pierwszy rzut oka :D . Nie ma ona jednak w sobie nic z altruizmu i pacyfizmu swego brata. Nie ma też boskiej bezwzględności En Sabah Nura, ani wizjonerskiego mutanciego fanatyzmu Magneto. Jej cele są wprost proporcjonalnie przeciwne do tych Mistrza Magnetyzmu. Dąży ona do całkowitej eliminacji gatunku homo superior, a wydarzenia na Genoshy są doskonałym przykładem, że wie jak się za to zabrać. Fakt, iż posiada dostęp do fabryki nowoczesnych, „dzikich” Sentineli bynajmniej nie działa na korzyść Dzieci Atomu. Cała jej otoczka jest niezwykle złowroga. W sposób chirurgicznie złowieszczy. Można by rzec- sterylny.

X- Men Morrisona są tacy jakich najbardziej lubię. Mają w sobie superbohaterski pierwiastek, ale bliżej im do obrońców swego gatunku i jego przedstawicieli wobec opinii publicznej. Telewizyjne wyznanie Charlesa szokuje, a pojawienie się Shi’Ar i zmiana jaka zaszła w Charlesie budzą co najmniej ukłucie lęku.

Podsumowanie: Można przeklinać Granta Morrisona i współtwórców za dość duże zmiany, nie tylko wizualne, w ekipie mutantów nawet nigdy przedtem i nigdy potem nie była tak świeża i innowacyjna. Późniejsze runy Whedona czy Bendisa mają moc, ale to Morrison pokazał, że w X- Men tkwi naprawdę ogromny potencjał. Ewolucyjne teorie, nowy, poważny wróg, odświeżony wizerunek to solidne argumenty do tego, aby sięgnąć po ten komiks.