#272. – Brian Posehn, Gerry Duggan, Scott Koblish, Declan Shalvey – „Deadpool: Dobry, Zły i Brzydki”

Standardowy

Trzeci tom „Deadpoola” w ramach Marvel NOW! nadal utrzymuje wysoki poziom, lekki, acz inteligentny humor i wartką akcję. Ale pojawia się coś jeszcze. Coś, czego przeciętny odbiorca komiksów, a raczej ich ekranizacji, nie skojarzył z Wade’ m Wilsonem. Wątek tragiczny, który po prostu urywa nagle lekką atmosferę i wprowadza ponury nastrój, mocno kontrastujący z powszechnym wizerunkiem Deadpoola.

Tytuł jest wyjaśniony samą okładką. Drogi Pyskatego Najemnika zbiegają się ze ścieżkami dwóch, jakże innych, herosów. Pierwszym z nich jest stereotypowy trykociarz i ucieleśnienie szlachetnych cech- Kapitan Ameryka. Drugim jest oczywiście Logan. Bohater, który działa często odmiennie i bardziej ostro ( dosłownie i w przenośni ) niż avengersowa i iksmenowa brać. Brzydkim został więc pan Wilson. Prawdziwa Trójnia ! :)

I kolejny przeskok w przeszłość Deadpoola. Posiadającego wówczas afro na głowie/ masce, stylowe wdzianko z epoki i ciągotki do przynależności do innych grup superbohaterskich. Tym razem pech trafił na duet Luke’ a Cage’ a i Iron Fista. Naprzeciwko nim staje niejaki Biały Człowiek. Tak, wiem jak brzmi jego pseudonim i zapewniam, że brak poprawności politycznej jest jak najbardziej na miejscu. Pewien wątek podoczny będzie kluczowy dla reszty opowieści, zaś nawiązanie do komiksu „Nick Fury; Agent SHIELD” jest pięknym ukłonem w stronę oldschool’ u. 

Tytuł nawiązujący do słynnego westernu Sergio Leone nie mówi jednak o innych sojusznikach Deadpoola- X- Men. A właściwie to nie X- Men, a ich kopią Made in South Korea. Pod „patronatem” żaby z dynastii Kimów na terenie totalitarnego państewka powstał bowiem obóz, którego nie powstydziłoby się Weapon X. 

Rysownicy, Shavley i Koblish, prezentują nieco inne podejście do tematu, ale nikt nie poczuje się urażony zmianą kreski. Koblish jest znacznie mroczniejszy i krwawy, co wpisuje się w dość ponure, późniejsze zeszyty wchodzące w skład tomu. Shavley’ owi zaś należą się brawa oczywiście na oldchoolową opowieść z Power Manem i Iron Fistem.

Podsumowanie: „Deadpool” jest najlepszą obok „Thora Gromowładnego” pozycją z serii Marvel NOW ! wydawaną przez Egmont. Może brak jej rozmachu „Avengers” Hickmana, czy społeczno- ewolucyjnych rozważań wszelakich „X- Men” Bendisa, lecz nie brak w niej człowieczeństwa. Deadpool jest kpiną ze zjawiska superbohaterów, swoistym błaznem świata Marvela. Nie jest to błazen jedynie komediowy. Żywot Wade’ a Wilsona jest bowiem naznaczony tragediami, które co paradoksalne, czynią go podobny do żywotów klasycznych herosów jak Logan. W pewnym momencie przestaje być on rzucającym żarcikami śmieszkiem, a staje się w pełni zdającym sobie sprawę z powagi sytuacji mężczyzną, świadomym swej przeszłości i bólu jaki wyrządził innym.

#193. – WKKM #17 – Brian Michael Bendis, Gabrielle Dell’otto – „Tajna Wojna”

Standardowy

Brian Michael Bendis to autor mający swoje plusy i minusy. Jego najsłabsze dzieła nie są totalnymi gniotami, ale są co najwyżej przeciętne. Jego najlepsze- to prawdziwe diamenty. „Ród M”, „Era Ultrona”, „Upadek Avengers”. Wszystkie łączą się w kilku punktach. Wydarzenia wstrząsają posadami świata Marvela, występują w nich niemal wszystkie istotne postaci, a scenariusz zaskakuje w wyważony sposób ( nie na zasadzie- wyrżnę połowę postaci i zobaczę co się stanie ). Obok wielkich tytułów autorstwa tego scenarzysty niepostrzeżenie może umknąć jednak bardzo ciekawa pozycja. Nazwa jej to „Tajna Wojna”. I na szczęście nie ma nic wspólnego z „Tajnymi Wojnami” Jim Shootera.

Skąd więc tytuł ? Osobiście na miejscu BMB dla odróżnienia od komiksu dawnego naczelnego Marvela nazwałbym go „Tajną Wojną Fury’ego”. Bo to naczelnik S.H.I.E.L.D. gra tu istotna rolę. Po „zdemontowaniu” Dr Doom’a z roli przywódcy państwa Latverii, USA jak ma to w zwyczaju, wprowadza tam demokrację. I marionetkową premier Lucią von Bardas . Jak się jednak okazuje kobiecina przechytrzyła cwanych Jankesów i robi im za plecami kuku wraz ze złoczyńcami różnego, głównie drugoligowego, formatu. Jednooki Nick stara się więc przetłumaczyć tuzom z Białego Domu, iż należy pannę von Bardas wysłać tam gdzie jej poprzednika. Mikuś Furia ma na to swój plan.

Fury nie idzie pochlipać do Avengers i nie leci Hellicarrier’em nad Latverię. Zbiera grupę najbardziej zaufanych herosów z ulicy ( dosłownie ) i wyrusza pokazać czym grozi igranie z JuEsEj. Warto wspomnieć, że na tę misję herosi dostają nowe, znakomite stroje. Aż szkoda, że tylko na jednorazowy wypad. Ta bojowa wycieczka przyniesie jednak dość nieoczekiwane konsekwencje. I dla niego i dla zwerbowanych trykociarzy. Nick Fury przekonuje się, że z babami się  nie zadziera.

Rysunkami zajął się Gabrielle Dell’otto. Artysta odpowiadający również za „grzbietową” grafikę na tomach WKKM. Komiksy malowane to coś co kręci każdego. Technika artysty różni się co prawda od tej Alexa Ross’a, ale plansze jego autorstwa są na równie wysokim poziomie co te z „Kingdom Come”. Dell’otto nieźle radzi sobie w dynamicznych kadrach z wieloma planami akcji i jeszcze większą liczbą szczegółów. No i nowe stroje grupki herosów- niestety użyte tylko na te jedyną akcję.

Całość ma charakter nieco szpiegowski, lecz fani wielkich, zespołowych potyczek nie będą czuli się zawiedzeni. Plusem jest też fakt, że Bendis zwrócił uwagę na określony typ herosów. Misja Fury’ego była w końcu tajna, a więc obecność powszechnie zwracających na siebie uwagę jegomościów jak Hulk czy Thor byłaby głupotą. Niezły scenariusz i strona graficzna to jednak nie wszystko. Pojawiają się stenogramy z rozmów ze schwytanymi przez Tarczę badass’ami, dane na ich temat, ale też szczegółowe „teczki” na członków wypadu do Latverii. Jak widać Nick jest równie ufny wobec swych sojuszników co Wayne.

Podsumowanie: Historia nie będąca wielkim eventem, jednak będąca kroplą w czary goryczy jaka spowodowała Wojnę Domową. Coś dla fanów BMB którzy chcą nieco odpocząć od jego większych tytułów, jednocześnie pozostając w klimacie grupowych potyczek w których herosi nie zawsze dominują. No i wiadomo już co gdzie się podział Fury w trakcie Civil War i M- Day.

#153. – WKKM #4 – Frank Miller, Chris Claremont – „Wolverine”

Standardowy

Etap żywota Wolverine’a związany z Japonią i ukochaną Mariko to wciąż mało znana i doceniana część jego biografii. Co prawda na podstawie tej historii powstało bardzo dobre anime i bardzo luźno powiązany przeciętny film, ale oryginalna historia z kreska Millera i scenariuszem Claremonta to obowiązkowa lektura dla fanów Rosomaka.

Logan dowiedziawszy się o fakcie, iż jego kobita planuje ślub i znając mocno tradycyjną japońską mentalność jej tatuśka Shingena wie, że musi jak najszybciej udać się do Japonii. Jak się okazuje na miejscu, zgodnie z przeczuciem Wolverine’a Mariko jest średnio zainteresowana ożenkiem z pupilkiem tatuśka. Do tego dochodzi Hand i tajemnicza nieznajoma mająca podobny gust do mężczyzn jak Mariko…

Miller jako rysownik wyróżnia się nie tylko jako scenarzysta. Wyraźne kontrasty, znakomite twarze i sylwetki i proste, lecz wyraziste tła.W „Wolverine” styl Franka Młynarza  jednak wygląda nieco inaczej. Wszystko za sprawą zmiany inkera. Klausa Jansona zastąpił bowiem Josef Rubinstein. I tak jak Janson nieco łagodził ostrzejsze pociągnięcia ołówka autora „Sin City” tak Rubinstein je uwypuklał.  W efekcie niektórych może kłuć w oczy nieazjatyckie rysy Azjatów, fryzura Logana która jest jeszcze bardziej stercząca i rogata i puste pola.

Swoją drogą puste pola to inny temat. Chris Claremont, człowiek prowadzący serię X- Men przez ponad piętnaście lat lubił sobie pobyć panem narratorem. Pogawędzić w kadrach, poopisywać to i owo. Frank Miller zaś rysował dosyć ciasno. Scenarzysta więc postanowił nieco się pohamować. Sęk w tym, że Miller tym razem nieco luźniej tworzył swe rysunki. Tak więc Logan miał dużo miejsca do działania. :D Co ciekawe owa pomyłka wyszła obu panom całkiem nieźle. Jak widać twórcy formatu Claremonta i Millera nawet mylą się z klasą. :)

Podsumowanie: Cieniutki objętościowo ( ale nie treściowo :) ) jak na standardy WKKM tom czwarty jest wartościowy pod każdym względem. Znamienici autorzy którzy stworzyli przykuwające uwagę rysunki i scenariusz stworzyli jeden z najciekawszych etapów życia Wolverine’a. Postaci rzadko kojarzonej z typem honorowego wojownika, bardziej za to dzikiego zabijaki nie do zdarcia.

#134. – WKKM #36 – Paul Jenkins, Andy Kubert, Richard Isanove – „Wolverine: Geneza”

Standardowy

Są postaci których geneza jest kluczem do ich „ja”. Batman, Spider- Man, Superman czy F4 potwierdzają tę tezę. Są i tacy których początki są owiane tajemnicą niczym zabójstwo JFK czy data wydania Half Life’a 3. Tym którego przeszłość była osnuta mgłą tajemnicy jest Wolverine. Do czasu.

Wraz z premierą filmową pierwszej części X- Men w 2001 światło dzienne ujrzała miniseria zatytułowana „Wolverine: Origin”. Śmiałe posunięcie Marvela mogło nieco zniweczyć dotychczasowy hardy wizerunek Logana z cygarem z zębach i bokobrodami. Jednak historia ta odniosła ogromny sukces, lecz niestety w filmie o tym samym tytule ograniczona została do krótkiej wspominki.

Do posiadłości Howlettów przybywa irlandzka dziewczyna imieniem Rose, której zadaniem będzie opieka nad chorowitym i mazgajowatym paniczem imieniem James. Jednak oprócz panów posiadłości mieszka na niej ogrodnik imieniem Logan ( nie, to nie TEN Logan ) i jego syn zwany Psem. Pies ów jest psem na baby, a konkretnie właśnie na Rose. Jednak jego wrodzony chamski obyczaj i ojciec który najlepszą rozrywkę czerpie z tonięciu na dnie kieliszka i sprawdzaniu progu bólu syna nie sprawiają, że jest on kimś na kogo opiekunka zwróciłaby uwagę. Poprzez kilka niefortunnych zdarzeń dochodzi do konfrontacji Logana z ojcem Jamesa, nieco mydłkowatym panem posiadłości. W konsekwencji młody paniczyk i jego opiekunka musza opuścić rodzina rezydencję, co przenosi akcję na mniej przyjazne niż Alberta rejony Kanady.

Rosomak ma ogromnego pecha… Człek ten mimo healing factora i szponów, póki co bez dodatku adamantium, nie potrafi zagrzać miejsca. Gdy wszystko wydaje się być ok świat wali się niczym domek z kart. Myli się więc ten, kto mówi, że największym pechowcem Marvela jest Peter Parker. I już na początku ukazane jest, że Jamesowi Howlettowi nie jest dane długo żyć w spokoju.

Jenkins stworzył komiks z klimatem. Młody James Howlett przez sporą większość nie ma w sobie ani jednej setnej procenta przyszłego Logana. Nawet jak dorośleje wydaje się być szukającym spokoju milczkiem podkochującym się po cichu w Rose. Jego mutacja też sprawia, że woli on towarzystwo wilków niż ludzi z którymi kontakty bywają szorstkie.

Andy Kubert zdecydował się na ciekawą technikę rysunku. Ominął pana tuszera i oddał swe szkice do kolorysty Richarda Isanove’a. Styl ten jest wprost predestynowany do opowieści ukazujących początki postaci. Pamiętnikarski, retrospekcyjny klimat plus dopasowany idealnie do czasów w których narodził się przyszły członek X- Men wyróżniają opowieść spośród innych.

Jest też to geneza odmienna. Rzekłbym- powolna. Bo ukazane są tu pierwsze kroki Wolverine’a jako mutanta. Przed nim jeszcze dalsze losy, eksperyment Weapon X, służba dla Kanady i członkostwo w X- Men. Wolverine nie staje się tym kim jest dzięki ugryzieniu pająka, śmierci rodziny czy wieloletniemu treningowi. Jego zdolności i osobę jaką tworzy można opisać słowami  hetmana Czarnieckiego- ja nie z roli, ja nie z soli, ale z tego co boli. Czyli dla mniej kumatych- poprzez boje i rany narodził się Rosomak.

Podsumowanie: Geneza która ma swoją kontynuację w „Origin II” pokazuje dość niespodziewany obraz młodości człowieka znanego później jako Wolverine. Tragicznej miłości, zawiłych losów jego rodziny, i ogromnego pecha jaki towarzyszy wiekowemu członkowi X- Men. Postać która debiutowała jako chłopak do bicia dla Hulka sama stała się równie popularna co zielony gigant, a filmy z udziałem Hugh Jackamana czy historie jak ta lub „Staruszek Logan” nie tylko przynoszą jej coraz większy rozgłos, ale też z krewkiego kurdupla w żółtym kostiumie tworzą dojrzałą postać z samoregenerującej się krwi i kości z adamantium.

PS : Z wydarzeniami wspomnianymi w „Wolverine: Geneza” wiążą się seria „Wolverine: Koniec”. W opowieści o alternatywnej, ostatniej przygodzie Logana pojawia się John Howlett i pewne szczegóły na temat kto jest tatusiem Wolverine’a ( nietrudno się domyślić już w „Genezie” )

#86. – WKKM #35 – Brian Michael Bendis, Oliver Coipel – „Ród M”

Standardowy

10153775_240158352836943_1071126822_n

Wyobraźmy sobie, że spełnia się wszystko czego pragniemy. Budzimy się w wyśnionym świecie, gdzie problemy, jesli są, istnieją tylko jako cień dawnych kłopotów, a wszelkie zło które nas spotkało nigdy się nie wydarzyło. Tak też stało się w „Rodzie M”. Herosi wszelkiego kalibru przez pewien czas mieli okazję żyć w swym „wyśnionym” świecie. A wszystko to znów za sprawą magii Scarlet Witch.

Po wydarzeniach zaprezentowanych w „Upadku Avengers” Wanda nadal ma problemy z opanowaniem swych potężnych zdolności. Na nic się zdają magiczne ingerencje Dr Strange’a, telepatyczne gierki Xaviera, ani życie z dala od superbohaterskiego zgiełku. Córka Magneto bezustannie powraca do swych urojeń. Do dzieci, których tak naprawdę nie miała, uciekając dodatkowo przed spowodowaniem końca „Mścicieli”.  Avengers i X- Men zbierają się i naradzają cóż uczynić z niestabilną mutantką, która przebywa wraz ze swym bratem i ojcem na ruinach Genoshy. Niestety podczas narady prześlizguje się, a raczej przebiega niezauważenie Quicksilver. Brat Wandy pochopnie odczytuje zamiary herosów i ma pewien plan. Plan przy którym incydent Wandy sprzed kilku miesięcy to pryszcz. Nie będzie spoilerem jeśli powiem, że Scarlet Witch tworzy nową rzeczywistość wedle idei Magneto. Witamy w świecie gdzie mutant nie jest odszczepieńcem, a homo sapiens są traktowani jako obywatele drugoligowi. Gdzie rządzi Ród Magnusa, a w S.H.I.E.l.D. zamiast Nicka Fury’ego czy Marii Hill działają Logan, Mystique, Rogue czy Nightcrawler.

Mnogość wizji Bendisa, nawet bez czytania tie- inów jest ogromna.  Po raz kolejny autor pokazuje, że crossovery z wielką liczbą bohaterów to jego mocna strona. Nie ma tu zahamowania indywidualności poszczególnych postaci, a znakomite dialogi między herosami są znakiem firmowym autora. BMB sprawnie tworzy również alternatywne uniwersum. Świat w którym na tronach siedzą Magneto, Doom czy Namor nie jest prostą konstrukcją w którym ot tak mutanci dominują i wszystko wydaje się oczywiste. Relacje między „Sapienami” a mutantami są dosyć napięte, choć wydaje się, że łagodniejsze niż w 616, gdzie to ludzie są gatunkiem dominującym. W sumie to oczywiste- gdy dominują istoty o nadprzyrodzonych zdolnościach nikt nie ośmiela się stawać im na drodze… Opowieść ma nieco nierealny klimat. Wszystko dzieje się naprawdę, lecz jednocześnie jakby we śnie. Brian Michael Bendis dopracował szczegóły do perfekcji- tak naprawdę świat homo superior niewiele różni się od świata homo sapiens… Do tego wewnętrzne rozterki herosów- czy pić fałszywe likworki czy chlać jak najbardziej realną podłą wódę. Tym bardziej, że kłamstwo Wandy było, co sprzeczne z jego znaczeniem, prawdą. Tyle, że alternatywną… Chyba zamieniam się w polityka :p

The_Pulse_House_of_M_Special_Vol_1_1

Ze wszystkich alternatywnych żywotów trykociarzy najmocniejszy jest chyba ten Spider- Mana. Uderza w samą podstawę jego motywacji do pracy w „zawodzie” i bujania się na sieci. Nie tylko zmazuje winy z przeszłości, ale też kasuje aktualne problemy. Szok jaki przeżywa gdy okazuje się, że to iluzja to jeden z mocniejszych momentów tego tomu. Myślę, że w pewnym sensie wizja z M- Day skłoniła Parkera do decyzji podjętej w „Wojnie Domowej”.

„Ród M” miał ogromny wpływ na obecny świat Marvela, szczególnie na „Avengers vs X- Men” i zmianę wewnętrzną Cyclopsa. Drastyczny spadek ilości mutantów i utrata mocy takich tuzów jak Magneto czy Iceman oraz sam fakt chwilowego spełniania życzeń herosów. Co jest paradoksem to nie Sentinele Traska, wielcy przeciwnicy pokroju Apocalypse’a, czy nawet  zagłada Genoshy nie sprawiły, że mutanci stali się nielicznymi wyjątkami, a jedna z nich dokonała cichej egzekucji gatunku homo superior.

Oliver Coipel stworzył coś wspaniałego. Te wszystkie stroje, monumentalność Genoshy, M-Sentinele, odmienny, lecz jednak podobny wygląd niektórych postaci, cały ten rozmach który rysownik uchwycił w kadrach…  Najbardziej jednak cieszy oko kadr z Rodem M. Familia Mistrza Magnetyzmu prezentuje się jak futurystyczna królewska rodzina. I to mimo tego, że mundur Magneta wzorowany jest na mundurze hiszpańskiego monarchy… :p

3584642-hom

Podsumowanie: Nie można porównywać „Rodu M” do jakiegokolwiek crossoveru. Nie ma tu tak naprawdę realnego zagrożenia dla herosów. Jest tylko wybór. Kuszący, być może bezpieczniejszy niż zwykły świat. Ale czy prawdziwy ? Moje ulubione dzieło Briana Michaela Bendisa. Kluczowe, z wizją i rozmachem, lecz nie polegające na ciągłym praniu się gębach. Początkowo ta historia nie uderzyła we mnie za bardzo. Nastawiony byłem na właśnie taki jeden wielki łomot godny wrestlingowego Royal Rumble. Szybko więc przeczytałem komiks, lecz po kilku dniach powróciłem do lektury ponownie i doceniłem znakomitą pracę Bendisa i Coipela.

Ocena: 9/10

house_of_m_by_jegang-d3cmovq

#74. WKKM #54 – Mark Millar, Steve McNiven- „Wolverine: Staruszek Logan”

Standardowy

10850252_337935813059196_5103586268977869786_n

Rzeczywistość post- apokaliptyczna może być różna. Najbardziej prawdopodobna to ta przedstawiana w „Uniwersum Metro 2033″. Ale gatunek ten radzi sobie równie dobrze opisując świat po zabójczej epidemii, ataku wszelkiej maści diabelstwa jak zombie czy smoki, jak i również niektóre cyberpunkowe klasyki jak „Matrix” mają wiele wspólnego z tym nurtem. Co jeśli jednak apokalipsa nastąpi w świecie herosów ? W świecie gdzie oprócz nadnaturalnych obrońców ludzkości są ich nadnaturalni wrogowie ?

Jedna noc wystarczyła by grupy jak F4, Avengers czy X- Men zginęły. Pod nawałą zjednoczonych złoczyńców herosi ugięli się i oddali świat w ręce psychopatów. Pięćdziesiąt lat później nieliczny wśród ocalałych trykociarz, Wolverine, prowadzi spokojne życie farmera w okolicach Sacramento. Nie jest już jednak tym samym Rosomakiem co kiedyś. Złamany i pokonany płaci haracz zdegenerowanej rodzinie Hulka, który sam nie jest już nieco porywczym, ale działającym w słusznej sprawie olbrzymem. Logan nie stawia oporu z powodu dawnych grzechów. Szczególnie tego ostatniego, który naprawdę poraża. Niespodziewanie zjawia się Hawkeye. Jednak podobnie jak Logan- odmieniony nie do poznania. Dawniej wyborny łucznik, potencjalny następca samego Capa, dziś wyglądający jak podstarzały hipis w lenonkach, cierpiący na jaskrę emeryt który mimo wieku nadal ma energię. Proponuje Wolverine’owi pewien wypad. Trasa wiedzie przez całe USA opanowane przez superłotrów pokroju Kingpinia ( który niewiele ma wspólnego z Fiskiem ) czy Dr Dooma.

Świat jaki roztacza przed czytelnikiem Millar jest naprawdę paskudny. Totalne zdziczenie społeczeństwa ( arena Kingpina ), zacofanie spowodowane anarchia okraszoną wypadami badassów na miasto i gloryfikacja najniższych wartości. Szokują również postaci. Prezydent i jego sala trofeów robią wrażenie. Herr Skull wydaje się być bardziej szurnięty niż zwykle, na tyle, że nie zwraca uwagi, iż nie zabił on prawdziwego Capa tylko jego następce- Bucky’ego… :D Rodzinnie pojawia się Ultron, gościnnie gang Ghost Riders który z piekielnym jeźdźcem niewiele ma wspólnego i córka Hawkeye, a zarazem wnuczka Spider- Mana. Która jednak nie ma sumienia jak jej tatuś i dziadzio.

809190-prv2668_pg6

 Steve McNiven który znakomicie zilustrował „Wojnę Domową” tutaj wzniósł się jeszcze wyżej. Lejąca się jak rum na pirackiej krypie krew i upadłość USA pięćdziesiąt lat po nocy w której zginęli bohaterowie. Ale oprawa wizualna to nie tylko sam rysownik, ale również koloryści. których było naprawdę sporo. Dzięki nim wszystkim Gang Hulka wygląda jak prawdziwa banda najgorszego sortu rednecków którym daleko do pozytywnych południowców słuchających ZZ Top. Do tego realizm rysunku. McNiven to nie JR JR- każda zmarszczka na twarzach starszych panów dwóch i blizna jest narysowana starannie. Ich wiek, kondycje świata otaczającego geronto- herosów udowadnia, że Marvel dobrze wybrał rysownika do innej historii z Loganem która również nieco szokuje. I jeden, najwspanialszy, cudowny moment wszech czasów. SNIKT !!! I’m Wolverine…

Old-Man-Logan-wolverine-10053523-1023-1600

 

Ciekawe są niedopowiedzenia. O ile znane są losy niektórych bohaterów, o tyle okoliczności ich śmierci nie są do końca znane. Tym bardziej, że wśród poległych są takie giganty jak Dr Strange czy Sentry. Fabuła jest osnuta tajemnicą, a pokonani i ukrywający swe prawdziwe ja emeryci nie są szczególnie wylewni. Wrażenie też robię niektóre miejsca jak Hammer Fall gdzie ostatecznie upadł Mjollnir, czy Pym’s Fall- ogromny szkielet Ant Mana będący upiorną ozdobą autostrady. Na mapie USA można również znaleźć takie miejscówki jak Przystań Kree czy przejście do Strefy Negatywnej. Jedną z pozytywnych niejako postaci był też młody Dwight. A może nowy Ant Man ? :)

Na komiks ten czekałem od początku serii. Zszokowały mnie niektóre kadry, a sam pomysł wydał mi się na tyle szalony, że kilka razy zdesperowany nie kupiłem wersji anglojęzycznej.  Jednak cierpliwość, a przede wszystkim moje skąpstwo sprawiło, że poznałem go dopiero w języku husarzy i bohaterów.  Zakończenie sugeruje sequel, ale jest to tylko miraż :( A szkoda.

Trochę miodu już polałem, czas więc na gorycz. „Old Man Logan” to jakby nie patrzeć komiksowa wersja dzieł Tarantino. Jedna wielka rzeźnia, z wieeeloooma nielogicznościami. Nadmierna brutalizacja i wręcz zdeptanie legend stanowi spora wadę dla tych którzy lubią logikę fabularną, jak i szacunek wobec postaci. Ja co prawda uwielbiam takie takie rewolucje fabularne i nie traktuje „Staruszka Logana” jako części 616, ale raczej jako udany eksperyment. Jednak nieco więcej spójności by się przydało… Wolverine okazuje się być tu kimś na miarę Thanosa, zaś Hawkeye jest żwawy jak po ukraińskiej viagrze od Jakuba.

I na sam koniec. Gdy „Staruszek Logan” pojawił się w zapowiedziach pod tym tytułem fani chwycili się za głowy. Bo jak to tak ? STARUSZEK ???!!! Że Logan to ma być staruszek ? Niech będzie Starzec Logan, albo Stary człowiek Logan. Też tak twierdziłem. Jednak czytając komiks stwierdziłem, że tytuł jest idealny. Logan bowiem przez większość komiksu, w kluczowych sytuacjach zachowuje się jak dziadyga z rojmatyką, podagrą i demencją. Momentami, aż trudno uwierzyć, że był to pierwszy z X- Men który rwał się lać po pyskach.

Podsumowanie: Lubię komiksy ambitne jak „Strażnicy” czy „Sandman”. Lubię mroczne, uliczne opowieści spod pióra Millera. Lubię też po prostu crossovery, gdzie wszyscy herosi zbierają się podczas jednego epokowego wydarzenia ( no może poza dziełami Shootera ). Jednak postapo plus Marvel ? I do tego nie z idiotycznymi zombiakami, a klimatem nieco zaczerpniętym z powieści drogi  ? Dla takich komiksów istnieje WKKM. Dzieł nieszablonowych, które nie mają rozmachu wielkich crossoverów, i które ukazują nieco inaczej świat trykociarski.

Ocena: 9/10

wolv067

TOP 10 #1- Superbohaterowie

Standardowy

Ciężko jest mi robić ranking czegokolwiek. Czy to książek, czy filmów. Zawsze trapi mnie dylemat czy nie pominąłem jakiegoś wybitnego dzieła. Zdarza mi się też stawiać znak równości między dwoma dziełami, co w praktyce wygląda tak, że potrafi ich być kilka na jedno miejsce… Jednak z postaciami, czy z autorami jest inaczej. łatwiej mi wybrać pojedyńczą jednostkę niż wieloaspetkowe dzieło literackie czy filmowe. oto pierwszy ranking na Superbook. Ranking, a jakże, superbohaterów :)

1. Kapitan Ameryka

alex-ross-captain-america

Oczywiście mam tu na myśli Steve’a Rogersa nie zaś wariacje z Bucky’m czy Falconem.

Dlaczego właśnie on zajmuje u mnie pierwsze miejsce ? Przecież lata taki przebrany w Gwieździsty Sztandar i wymachuje/rzuca/wali w gębę tarczą o tychże barwach, a do tego ma usta pełną frazesów których mogliby się uczyć kandydaci do Białego Domu.
Kapitan Ameryka jest bowiem wzorem herosa. Jest ikoną równie wielką jak Superman. Cap jest po prostu idealnym odzwierciedleniem amerykańskich ideałów. Bywa zbyt patetyczny, wręcz teatralny. Lecz kiedy trzeba potrafi dać po gębie i to w taki sposób po którym Batman oddaje pas, a Spider-Man ujawnia tożsamość.

Techniki walki Kapitana są przecudowne. Nie skacze tu i tam jak Daredevil, nie stosuje sztuk walki jak Iron Fist- po prostu kombinacja piącha-tarcza. Niekidy jest to wręcz absurdlane, że po prostu proste ciosy po pysku dają taki efekt :D Ale to amerykańska siła !!!
Evans zagrał Rogersa dobrze. W sam raz, aby film się sprzedał. Będę się upierał do końca życia, że najlepszym Kapitanem byłby wrestler WWE – John Cena. Nawet gdy salutuje wygląda jak Rogers. Do tego jego speeche, głos, sylwetka dużo bardziej masywna niż u Evansa. Niczym Ron Perlman jest Hellboy’em idealnym, tak Cena winien być Kapitanem.

2. Komediant

the-comedian-watchmen-jeffery-dean-morgan1

Dopiero teraz zauważyłem ten dysonans… Na pierwszym Kapitan, na drugim jego przeciwieństwo- Komediant/Edward Blake. Postać stworzona przez Alana Moore’a, a rozwinięta przez Briana Azzallero, to równiez patriota. Ba ! Również w jego kostiumie pojawiają motywy amerykańskiej flagi. Tyle, że pojmowanie miłości do ojczyzny przez Blake’a jest nieco inne. Diametralnie inne.
Nie wiem czy można o nim mówić jako o superbohaterze. Wali w mordę prostestujących, pali wioski wroga ( z ludzką wkładką ), próbował zgwałcić pierwszą Jedwabną Zjawę. Rogersowa moralność i honor są więc mu odległe.

Jednak jest coś co stawia go nad pozostałymi trykociarzami w rankingu. Brak złudzeń i inteligencja godna Veidta. Blake nie ukrywa, że herosi to farsa, że mogą być oni tylko chłopcami z plakatu, zaś tacy jak Manhattan nawet nie są ludźmi.

Filmowo zachwycał bardziej niż w oryginale Cygaro w zębach i niezapomniana scena z rozgonieniem protestu. I słowa które wtedy wypowiedział…

3. Wolverine

49679_1218946264370_440_375

Jeśli miałbym pokazać postać która zebrała najbardziej po tyłku w całym swoim życiu wskazałbym Logana. Wielokrotne utracenie ukochanej kobiety ( kobiet właściwie… ), liczne rany psychiczne i fizyczne, traumatyczna przeszłość. Sam epizod z Bronią X mógłby złamać niejedną postać.

Logan jednak trzyma się twardo. Zabijaka, samuraj, dyrektor szkoły, Mściciel. Wszystko w jednej osobie niskiego, włochatego Kanadyjczyka urodzonego jeszcze w XIX wieku. Historie z jego udziałem są zazwyczaj pasmem zbierania przez Rosomaka cięgów po to by pozbierać się i z charakterystycznym SNIKT! wziąć się za to co umie najlepiej, i co nie jest miłe :)

Ostatnie wydarzenia związane z Wolverine’m nie wróżą mu dobrze, jednak herosi mają to do siebie, że wracają. I może jak Cap po dłuższej przerwie znów zobaczymy komiksy z jego udziałem.

4.Batman

Greg-Capullo-batman-head-the-dark-knight-bruce-wayne-portriat

Batmana po prosu nie mogło zabraknąć. Ilość znakomitych historii z jego udziałem jest porażająca. Dodatkowo Batman jest na tyle wrośnięty w popkulturę, iz można go uznać za pełnoprawną postać literacką na miarę Hamleta ( krzyki oburzenia proszę zostawić dla siebie ).
Batmobil, batboat, batcave, batplane… Wszystko z nietoperzowego ekwipunku miało swój oryginalny sznyt, który przyciągał dzieciaki do stoisk z zabawkami i przyciąga na dziś. Sam pamiętam swój Batmobil który był zawsze lepszy od pozostałych samochodzików.

Poza tym. Któż nie ma cudowniejszych przeciwników niż Batman ? Joker, Pingwin, Two-Face, Scarecrow, Kapelusznik, Mr Freeze, Poison Ivy ( :) )… Cała banda świrów kopniętych w mniej lub bardziej dotkliwy dla otoczenia sposób. A niedawno doszedł enigmatyczny Trybunał Sów.

Filmowo Nietoperz prezentuje się różnie. Poświęcę osobny artykuł na ten temat jednak wstępnie powiem, że największym sentymentem darzę „Batmana: Forever”, zaś za najlepszego autora uznaje bezapelacyjnie Nolana.

 

5. Rorschach

watchmen-Rorschach-film-poster

Walter Kovacs. Mały, rudy, do tego z patologiczną przeszłościa. I kręgosłupem moralnym jak z adamantu. Chadzający po najgorszych dzielnicach NY z tablicą wieszczącą koniec świata heros, którego pozytywne inaczej spojrzenie na świt wprowadziłoby w depresję nawet największego .

Postać ta jest wręcz sztampową postacią noir. Ubrany w prochowiec, kapelusz i charakterystyczną maskę wyrusza co noc na miasto z podniesionym kołnierzem. Co ciekawe- Rorschach nie nosi przy sobie żadnej broni. Kopie w ryło, jak Pan Bóg przykazał, wszelkie dziadostwo uliczne. Od dilerów po kieszonkowców.

Monologi Rorschacha są wybitne. Chociażby otwierający „Strażników”:

Ścierwo psa w alei dziś rano, odcisk opony na rozerwanym brzuchu. To miasto się mnie boi. Widziałem jego prawdziwą twarz. Ulice to przedłużenie rynsztoków, a rynsztoki są pełne krwi i kiedy studzienki pokryją się wreszcie strupami, całe robactwo się potopi. Nagromadzony brud seksu i morderstw spieni im się na wysokość pasa a wszystkie kurwy i politycy spojrzą w górę i zakrzykną: „Ocal nas!”, a ja spojrzę w dół i szepnę: „nie”. Mieli wybór, wszyscy. Mogli pójść w ślady dobrych ludzi, takich jak mój ojciec i prezydent Truman. Przyzwoitych ludzi, którzy wierzyli w uczciwą pracę za uczciwą płacę. Tymczasem poszli tropem odchodów, pozostawionych przez rozpustników i komunistów, nie rozumiejąc, że szlak prowadzi nad przepaścią. Aż było za późno. Nie mówcie, że nie mieli wyboru. Teraz cały świat stoi na krawędzi, patrząc na krwawe piekło na dole, wszyscy ci liberałowie, intelektualiści i mądrale… i nagle nikt nie wie, co powiedzieć.

6. Spider-Man

smanniv2012002cov

Peter Parker to postać znana każdemu- od 4-latka popijającego sok z pajęczakowatego bidonu po staruszka który jakby nie patrzeć- może być równolatkiem samego Stana Lee.

Pod maską ciętych tekstów, przy których te Deadpoola są słabiutkie, kryje się tak naprawdę facet z wielkim poczuciem winy. Nie dość, że zginął częsciowo z jego winy zastępujący ojca wujek Ben, to stracił potencjalnego teścia i żonę. Do śmieci Gwen przyczynił się dosyć namacalnie, lecz jak to bywa z Parkerowym sumieniem, obwinił po raz kolejny siebie.

Pajęczak to cholernie rodzinny facet. Dba o ciocie May, o swą ukochaną- MJ Watson. Jest lojalnym przyjacielem Daredevila i Luke’a Cage’a. Do tego nie mieszka w drapaczach chmur na wzór Iron Mana czy F4, a w mieszkaniu w NY na Queens.

Podobnie jak w przypadku Batmana jego antagoniści tworzą swój własny styl. Styl animalski można rzec. A to szakal, a to skorpion, ośmiornica, puma, sęp, nosorożec, kot… Myślę, że Parker mógłby zostać zoologiem po tak długim kontakcie ze zwierzakopodobnymi oszołomami.

7. Hellboy

hellboy8

Heros którego przeznaczeniem jest dokonanie zagłady świata ? Czemu nie ? :D Do tego fakt, że jest on pierszorzędnym diabłem, uwielbia koty i wielkie gnaty budzi dodatkową ciekawość.

Czerwony jest po prostu typem gościa który napije się z człowiekiem piwa, przegryzie fast fooda i poogląda głupie filmiki na YT. Anung un Rama, bo tak brzmi jego prawdziwe imię, mimo swego piekielnego rodowodu i apokaliptycznego przeznaczenia jest najlepiej służacym Dobru diabłem jakiego znam.

Co do filmu. Ron Perlman jest stworzony do tej roli. Charakterystyczne rysy twarzy, głos i zachowanie. Obie dwie cześci są naprawdę dobre- modlę się więc o trzecią.

8. Marv

sinCityMarvLitho

Może nie do końca superbohater… Jednak nie mogłem go pominąć. Zabijaka, psychopata, a najgorsze jest w tym to, że wydaje się  być gościem o twardym sumieniu w Mieście Grzechu. Ratuje kumpli  opresji, ratuje honor kobiet, nie lubi rozwydrzonych dzieciaków. Jego wytrzymałość fizyczna i siła są naprawdę imponujące. Dodając do tego jego, jak sam to określa, schorzenie i niezwykłą zdolność do zapominania zażywania na nie leków otrzymujemy maszynę nie do pokonania.

Mickey Rourke jak wspominałem w recenzjach obydwu „Sin City” stał się prawdziwym gruboskórnym Marv z Projektu który rozbijał gęby, wyrywał oczy i dokarmiał zwierzęta bliźnimi.

9. Dr Strange

1261143-dr_strange_by_yamao

Postać nieco inna niż reszta z Uniwersum Marvela. Osnuty mgiełką tajemniczości mag w charakterystycznej pelerynie i z przyprószonymi siwizną skroniami od początku mnie intrygował. Dziś już może żyjący w cieniu Avengersów i X-Menów był jedną z kluczowych postaci Domu Pomysłów.

Jego zdolności nie są do konca określone. To jak skopał zadek Hulkowi czy słowa Watchera w czasie Wojny Domowej sugerują, że jego umiejętności mogą sięgać daleko nad siłę takich tuzów jak Sentry czy Eternals.

Marvel zapowiedział film, który mam nadzieję, nie zrobi ze Strange’a mydłkowatego czarodzieja. Swoją drogą- skoro Edward Norton nie jest już Hulkiem, to dlaczego nie mógłby być właśnie nim ? Skoro Torch mógł stać się Kapitanem, a Green Lantern – Batmanem…

 

10. Nightcrawler.

94514432259892353485511Night


Katolik o wyglądzie diabła. Teleporter i jeden z najbarwniejszych z X-Men.

Kurt Wagner nigdy nie stał na czele mutanckiej supergrupy, nigdy też nie stał w pierwszym rzedzie jak Wolverine czy Cyclops. Również jego zdolności nie raz były marginalizowane, a on sam był postacią drugoplanową. Dla tych którzy tak twierdzą- rad
Znikał i pojawiał się ze swoim BAMF! wśród kłębów dymu i zapachu siarki. Zwinniejszy niż Pajęczak, z szelmowskim uśmiechem przekonał mnie do siebie jeszcze bardziej po występie w „X-Men 2″. Atak na Biały Dom… Coś przepięknego ! :)

Postać z ogromnym potencjałem na dużą, osobną serię. Gdyby trafił w ręce takiego cudotwórcy jak Miller…

#6. – WKKM #45 – Brian Windsor-Smith – „Wolverine: Broń X”

Standardowy

10537152_286968231489288_2309872904396608340_nBodaj jedną z najbardziej enigmatycznych postaci Marvela jest Wolverine. Pamiętający jeszcze XIX stulecie mutant miał chyba najbardziej tragiczne życie z całej grupy X-men,  a właściwie z całego uniwersum . Wielokrotnie tracił najbliższe osoby, jego zdolność regeneracji ratuje mu skóre, ale jednocześnie sprawia, że praktycznie nie może umrzeć doprowadzając go do agonalnych ciepień. Historia Windsora-Smitha odpowiada na pytania skąd Rosomak ma swój adamantowy szkielet i mroczne sny. W którym punkcie stał się Bronią X.

Autor odpowiada zarówno za scenariusz jak i rysunki. Twórca również maczał palce w doborze farb. W efekcie mamy porażające działo, oscylujące na granicy obłędu i koszmarnego snu. Jeśli ktoś oczekuje trykociarskiej historii może się nieco zdziwić. Otrzymujemy bowiem pełne bólu i cierpienia kadry na których człowiek zamieniany jest powoli w maszynę do zabijania. W bestię posłuszną jednak swoim „rodzicom”. Do czasu…

Narracja jest prowadzona z punktu widzenia przeprowadzających eksperyment naukowców. A raczej rzeźników. Słowo to bowiem najlepiej określa niejakiego Profesora. Łysy, kostyczny z okularami ukrywającymi prawdziwy chłód oczu. Jego bestialskość i  brak jakichkolwiek zahamowań przeraża. Patrzenie na człowieka jak na zwierzynę i oschłe traktowanie współpracowników sprawia, że czytelnik marzy o tym aby Wolverine wyrwał się i rozszarpał naukowca. Są też doktor Cornelius i doktor Hines.  Pierwszy to główny współpracownik Profesora, jednak na tyle ludzki, iż potrafił dostrzec w Loganie człowieka, choć nie potrafiący się sprzeciwić swemu koledze. Dr Hines zaś to młoda pani naukowiec, która nie pasuje stanowczo do tajnego laboratorium. Jest zbyt „miękka” i miłosierna. Stanowi kontrast dla przypominającego Dr Mengele Profesora. Nasuwa się tu pytanie- czy bestią jest Wolverine czy jego oprawca ?

1816658-marvel_comics_presents__1988_1995_1st_series__79

Rysunki są tutaj doskonale wkomponowane w scenariusz. Kolory na początku wydające się nieco zbyt jaskrawe tworzą ciężki i szalony klimat. Kadr z Loganem naszpikowanym igłami podczas przeprowadzania eksperymentu i te z obwieszonym laboratoryjnym sprzętem w celu kontroli na długo zapadają w pamięć. Na uwagę zasługują okładki. Tom składa się z trzynastu zeszytów więc jest ich sporo. Umęczone torturującymi zabiegami oblicze Wolverine’a potrafi jednak nagle przybrać drapieżnego wyglądu. Kadry właśnie z tym zdziczałym mutantem są najlepsze. Komiks ten jest skierowany zdecydowanie dla dojrzalszej publiczności. Kreska autora jest realistyczna, wręcz makabryczna. Ból Rosomaka wręcz wycieka z kadrów.

Podsumowując : Jest to jedna z najlepszych pozycji z Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Dojrzała, tak odmienna od wszystkich. Po przeczytaniu tego dzieła niemal każdy fan X-Men inaczej spojrzy na postać zadziornego Kanadyjczyka.

Ocena: 9/10