#278. – WKKM #105 – Jason Aaron, Brian Michael Bendis, Ed Brubaker, Matt Fraction, Jonathan Hickman, Frank Cho, John Romita Jr. – „Avengers vs X- Men cz.1″

Standardowy

Wielkie crossovery powstały z dwóch powodów. Aby zgarnąć nieco szeleszczących i brzęczących nominałów z portfeli konsumenta i po to, by nieco przewietrzyć woniejące już nudą uniwersum. Wśród tego typu wydarzeń zaś najwięcej sensacji wzbudzają te, w których herosi walczą między sobą. Nie kosmiczna inwazja, nie kryzys na wielu światach. Ale bratobójcze mordobicie w imię, mniej lub bardziej, banalnych ideałów. Bo czymże była główna przyczyna sławenej „Wojny Domowej” wobec wieloletniej przyjaźnie Capa i Starka ? Wydawać by się mogło, że niczym, lecz krew się polała. Podobnie jest i tutaj. Dwie, niejednokrotnie współpracujące ze sobą grupy rzucają się sobie do gardeł. Oczywiście nawet nie próbując usiąść do stołu. A co jest tego przyczyną ?

Phoenix powstaje z popiołów. Potężny, kosmiczny byt zmierza w stronę Ziemi. Jean Grey nie żyje ( znowu ), ale płonąca bestia upatrzyła sobie na cel inną pannę związaną z nazwiskiem Summers. Jest jest nią niejaka Hope, pierwsza mutantka urodzona po M- Day. Przeklętym przez mutantów dniu, w którym Scarlet Witch wymazała połowę populacji homo superior. Garstka mutantów ocalałych po tych wydarzeniach liczy, iż Phoenix nosi swą nazwę nie na darmo i przyczyni się do rezurekcji ich gatunki. Skrajnie inny punkt widzenia przejawiają Avengers. Grupa pod przywództwem Kapitana Ameryki obawia się przybycia kosmicznej istoty znanej z siania spustoszenia i zagłady. Konflikt interesów wydaje się być nieco błahy. Odnoszę wręcz wrażenie, że Cap i Cyclops tylko czekali, aby móc pokazać, który z nich jest prawdziwym samcem alfa.

Dość specyficzna rola przypada Wolverine’ owi. Logan, który poróżnił się z Summersem na łamach „X- Men: Rozłam” stoi po stronie Avengers, ale jednocześnie w na pozycji tego, któremu ciężko jest zaufać. Nic dziwnego- gdzieś bowiem w duszy zakapiora ze szponami z adamantium gra czuła struna tęsknoty i żalu za panną Grey.

Podobnie jak w historii Millara i McNivena, tak i tu, dziwi mnie prędkość z jaką dotychczasowi sojusznicy zaczynają obijać się kułakami. Ma to w sobie wręcz wrestlingowy sznyt. Tylko w tego typu widowiskach dotychczasowi sojusznicy ot tak zmieniają stronę. Sęk w tym, iż w amerykańskich zapasach to rzecz wręcz obowiązkowa i podnosząca napięcie. W komiksach zaś nie zawsze się sprawdza, a nieskomplikowane pobudki wzajemnej wrogości sprawiają, że ciężko jest przejść obok nich obojętnie. Bo całkiem fajnie zobaczyć dwie największe grupy Marvela w bezpośrednim starciu. Lecz uproszczenie jego genezy już takie nie jest.

Obok głównej opowieści wydawca dorzucił serię „AVX Versus” ilustrującą solowe walki członków obydwu grup. Main eventem jest tu bez wątpienia walka między Iron Manem, a Magneto, lecz zestawienia takie jak Kapitan Ameryka vs Gambit czy Thing vs Namor również robią wrażenie. 

Pierwszą część ilustruje John Romita Jr. Nie będący w swej szczytowej formie. Nie jest to zbrodnia jakie zdarzało mu się popełniać nawet na łamach WKKM ( pamiętny „Black Panther” ), ale daleko mu do formy z „World War Hulk” czy „Spider- Man: Homecoming”. Zbyt często bywa niedbały, aby móc przemilczeć zepsute kadry. Szczególnie, iż w następnych tomach wypada nieco blado przy Oliverze Coipelu czy Kubercie. Wystarczy spojrzeć na powyższy kadr, aby przekonać się, co nie poszło nie tak Romicie Młodszemu… :p

Podsumowanie: Batalia mutantów i Mścicieli odcisnęła silne piętno na świat Marvela. Ale o tym więcej przy okazji recenzji dalszych części tegoż eventu. Póki co grupy są zajęte na tyle sobą, aby nie zauważyć, iż to Phoenix jest największym zagrożeniem. Olśnienie przychodzi nagle, w momencie, gdy przychodzi przywitać się z płomienną, kosmiczną gąską.

#273. – WKKM #102 – Christopher Yost, Scot Eaton – „Bitewne blizny”

Standardowy

Powiedzmy sobie szczerze- większość osób śledzących filmy Marvela nie ma pojęcia o ich komiksowych źródłach. Nie mają pojęcia i skali Wojny Domowej, zaś Era Ultrona była kolejną potyczką Mścicieli ze złym robotem. Nie zaś, jak w oryginale, apokalipsą. Ciekawa jednak rzecz jest z Nickiem Fury. Samuel L. Jackson grający tę postać w filmach nie jest zdecydowanie Irlandczykiem z cygarem z zębach i siwizną na skroniach. Co więcej, inspiracją dla filmowego, czarnoskórego Nicka było nieszczęsne uniwersum Ultimate. Aktor oczywiście stworzył niezłą kreację i nadał tej postaci indywidualność, lecz dysonans między filmami, a komiksem pozostał. Marvel więc postanowił go rozwiązać.

Marcus Johnson to żołnierz co się zowie. Pole bitwy nie jest mu obce, lecz wraz ze swym towarzyszem broni Cheesem trafią na przeciwników, których woleli by unikać. A należą do nich takie przestępcze osobistości świata Marvela jak Taskmaster czy Serpent Societ. Pojawia się również Deadpool, lecz jego natura superbohatera, bądź chęci nim zostania przeważa nad chęcią zysku. Gdyż za Johnsona wyznaczono niemałą kwotę, a skoro oprócz superłotrów na ratunek przychodzi Kapitan Ameryka i S.H.I.E.L.D. coś musi być na rzeczy.

Niech będzie chwała Niebiosom za to, że Marvel uniknął poprawności politycznej. „Nowy” Nick Fury nie zastępuje „starego”. Obaj funkcjonują równolegle i obaj mają z góry określaną pozycję. Młodszy jest zdolnym żółtodziobem, kimś kto ma szansę przewodzić SHIELD. Starszy zaś to nadal pełni funkcję naczelnego agenta Marvela i co ważniejsze- roszada jest uzasadniona, sensowna i nie jest tanią sensacją, jak ostatnie personalne zmiany wszelkiej maści.

Scot Eaton to rysownik dobry. Nie jest artystą szczególnie charakterystycznym, ale potrafi z ołówka wyciągnąć to co najlepsze. Sensacyjna fabuła, w tym pełne luda walki, nagłe odsiecze tych dobrych i złych, oraz zmiana ukazana na końcu to coś, co należy pochwalić. 

Podsumowanie: Historia, która może nie jest kluczowym wydarzeniem dla świata Marvela, ale którą można znać. Autorzy połączyli pełną akcji fabułę z lekkim humorem, nieco w stylu filmowego Marvela. I myślę, że „Bitewne blizny” to dzieło skierowane głównie do kinowych odbiorców, niż czytaczy komiksów. Postać Marcusa Johnsona ma potencjał, choć jest to charakter kompletnie inny niż jego poprzednik. Nieco bondowski „stary” Fury niesie z sobą nostalgiczny ładunek. Fury- Johnson zaś to ktoś kogo brakowało w świecie Marvela. Bardziej współcześnie- hollywoodzki, militarny. Absencja oryginalnego Fury’ ego również sprawiła, że postać ta była doskonałym posunięciem wydawnictwa.

#271. – WKKM #101 – Roy Thomas, Neal Adams – „X- Men: W cieniu Saurona”

Standardowy

Słowem wstępu- nie, nie jest to opowieść o pojedynku Dzieci Atomu z tolkienowskim czarnym charakterem. Na szczęście. „W cieniu Saurona” jest zbiorem schyłkowych opowieści o pierwszej generacji grupy X- Men. A tytułowy Sauron to pterodont na okładce. A skoro jest człowiek- dinozaur, jest też i Savage Land. A jeśli Savage Land, to i Ka- Zar. Mały plus więc za postaci nieco dziś już zapomniane.

Historia Karla Lykosa, czyli właśnie Saurona ma w sobie motywy wilkołacze. Jak w przypadku ofiary Lykantropa, po ranach odniesionych w walce z pterodontami ów jegomość odkrywa, że pochłaniając energię innych żywych istot staje się potężną latającą, bestią. Szybko też odkrywa, że najwięcej siły dają mu mutanci. Ku utrapieniu pewnej grupki młodocianych homo superior…

W pozostałych historiach X- Men muszą zmierzyć się z Hulkiem ( albowiem każdy w tamtych czasach MUSIAŁ mierzyć się z Sałatą ), najeźdźcą z kosmosu i samym Magneto, który powrócił zza grobu. Największą jednak gratką jest ukazanie genezy Beasta, w wersji futrzanej. Swoją drogą, gdyby Hank wiedział, że to nie ostatnia taka metamorfoza zapewne inaczej rozwiązałby całą sytuację. Na łamach tegoż tomu debiutuje też Shiro Yoshida, znany szerzej jako Sunfire. Jako japoński fanatyk, i to bynajmniej nie wobec swej korporacji, bądź ulubionej mangi, prezentuje się dużo groźniej niż potworny Sauron i Mistrz Magnetyzmu. 

Można rzecz, że kreska Neala Adamsa ratuje ten komiks. Bez przesady ! Roy Thomas, jak na swoje czasy, stworzył niezłą opowieść, a Adams tylko pomógł mu ja opowiedzieć w sposób, dzięki któremu nie czyta się go jak innych komiksów z epoki. Czyli z nutką znużenia i odkładania co jakiś czas. Ale fakt faktem- największym atutem tego komiksu jest niewątpliwy udział legendarnego już dziś twórcy. Rysownik ten wie co to kadrowanie. Podział plansz przebija większość dzisiejszych komiksów. Wielki wizjoner, ot co. 

Podsumowanie: Będę szczery- „Mroczna Phoenix” to to nie jest. Ale nie jest to też dzieło słabe, niegodne uwagi. Fani X- Men będą zadowoleni, podobnie jak zwolennicy komiksowych antyków. Ja po nawałnicy oldschool’ u z WKKM jestem nieco mniej tym drugim, ale miłośnikiem serii o mutantach jak najbardziej. Pierwszy skład ma kompletnie inny klimat, niż ten z Loganem, Storm i resztą międzynarodowej ferajny. Przypomina on nieco połączenie klasycznej opowieści o superbohaterach z tamtych lat, z naiwnością familijnych obrazów. X- Men musieli dojrzeć. Z grupki X- Harcerzy stać się kimś na miarę Avengers. Tutaj zaprezentowany zostaje ich ostatni krok jako tych pierwszych. Nieco niezgrabny, lecz mocny. 

#267. – WKKM #99 – Mark Waid, Paolo M. Riviera – „Daredevil: Wściekłość i wrzask”

Standardowy

Kręte są ścieżki życiowe superbohaterów. Ginący bliscy, kosmiczne wojaże, powroty zza grobu, przejścia na ciemną stronę, alternatywne wersje samego siebie i tak dalej. Słowem- trykociarzowi nie jest dane ot tak usiąść sobie po dołożeniu jakiemuś tam Doomowi czy Luthorowi. Biedaczek musi jeszcze przeżyć swoje nieco ponad program. Matt Murdock miał swoje chwile chwały i klęski. Wypadek, śmierć ojca, odejście ukochanej i jej śmierć z ręki odwiecznego wroga, kolejne konfrontacje z Kingpinem i wiele, wiele innych. Jak ta związana z dowództwem Hand i małym skokiem na ciemną stronę.

Tak więc po akcji z „Shadowland”, po poradzeniu sobie z opinią publiczną Matt Murdock stara się nadal być wziętym prawnikiem. Tym razem jego niepełnosprawność nie jest postrzegana jako coś, co , a coś, co wręcz krzyczy- MATT MURDOCK = DAREDEVIL. I jak na ironię- na ten krzyk heros musi udawać głuchego.

Żywot superbohatera byłby nudny, gdyby po drodze nie stanął mu na drodze jakiś łotr. Co stanie się jeśli naprzeciwko człowieka o ultra- wyczulonym słuchu stanie ktoś, kto jest zestalonym dźwiękiem ? Złoczyńca znany jako Klaw, dyżurny przeciwnik Black Panthera, po pewnej, niemiłej dla siebie, przygodzie z Avengers stara się dojść do siebie. Ścieżki losu sprawiają, że trafia na Daredevila. Sposób w jaki dochodzi do konfrontacji obu panów nie jest standardowy- czyli złoczyńca zło czyni, a heros stara się mu przerwać w mniej lub bardziej inwazyjny sposób. Innym oponentem, a raczej całą grupą są przedstawiciele wszystkich niemal zbrodniczych organizacji świata Marvela. A więc Hydra, A.I.M, , Tajne Imperium i tak dalej. W skrócie- dużo śmiesznych kostiumów i panów chcących zawładnąć światem, bądź go rozwałkować. 

Paolo Riviera pokazał mistrzostwo w ukazywaniu dynamicznych przejść między kadrami. Rozmowa i space po NY Murdocka i Foggy’ go, czy potyczka z Klawem są niezwykle płynnymi i przyjemnymi dla oka scenami, które pocięte na osobne kadry nie miałby tak dużej mocy przekazu. Lecz to nie wszystko. RIviera nie bawi się w szczegóły. I właśnie ten ascetyzm w połączeniu ze kolorystyką i umiejętnym rozmieszczeniem jest największym atutem rysunków w tym tomie. I nie znajdzie się chyba nikt, kto przejdzie obok wizualizacji „radaru” Daredevila obojętnie.

Podsumowanie: Człowiek Bez Strachu to jedna z tych postaci, która jest stworzona do działania solowego. W jego wypadku podkreśla to ludzką stronę i to nie tylko prawniczą. Lecz najważniejszym elementem komiksu nie są pojedynki, a wewnętrzna zmiana Murdocka. Człowiek dotąd będący dosyć pesymistycznym typem postanawia to zmienić. Co nawet dla jego najbliższych jest niemałych szokiem. Na szczęście robi to w godny sposób, starając się odnowić swe życie, będące materiałem na kilka innych żywotów. I to nawet superbohaterskich.

#264. – WKKM #98 – Stan Lee, Gerry Conway, John Romita Sr, Gil Kane – „The Amazing Spider- Man: Śmierć Stacych”

Standardowy

Zgodnie z filozofią Jokera z „Zabójczego Żartu” wystarczy jeden, kiepski dzień, aby zwariować. Przypadek Batmana udowadnia jednak, że może od doprowadzić do narodzin nowego bohatera. Punkt przełomu, pełen gwałtowności i skrajności, jest punktem wyjścia do narodzin większej części superbohaterskiej społeczności. Nie inaczej było ze Spider- Manem. Ugryzienie pająka dało mu supermoce, ale to dopiero śmierć wujka Bena zdefiniowała go jako herosa. Lecz nie była ona jedyną tragedią w życiu dość pechowego Pajęczaka. Podobnie jak dla Bruce Wayne ważna była śmierć Jasona Todda, tak dla Petera Parkera przełomowym momentem była śmierć Stacy’ ch. 

Akcja ma miejsce, gdy Peter jest jeszcze nastolatkiem, a służba superbohatera nieco przeszkadza mu w życiu prywatnym. Oto bowiem chłopak, który prowadzi aktywne życie prywatne musi stawiać czoło takim zakapiorom jak Octopus. Ze wszystkim fizycznymi i społecznymi tego konsekwencjami. No i opinia w Daily Bugle’ u nie przynosi mu bynajmniej rzeszy fanów. Ten kto tęskni za Jamesonem z tego okresu ubawi się tu do łez. :)

Jak mawiał wuj Ben- wielka moc= wielka odpowiedzialność. I tak nie trzeba było długo czekać na powrót pecha. Z więzienia ucieka Otto Octavius. Przyszły Superior Spider- Man robi to co zwykle- sieje chaos i zniszczenie. Tym razem dotkną one Parkera osobiście. W wyniku potyczki ośmiorniczo- pojęczej ginie kapitan George Stacy. Ojciec ukochanej Petera, Gwen. Człek, który jest duchowym bliźniakiem wuja Bena. I do którego ciężko nie poczuć sympatii. Na dodatek jego zgon funduje niechęć Gwen do Spider- Mana i chwilowe nasilenie represji wobec Spider- Mana ze strony Sama Bullita. Negatywnie konserwatywnego polityka, który na śmierci Stacy’ ego chce wspiąć się na szczyty po pajęczych plecach. To wszystko w pierwszej części tomu.

Pominięte są niestety losy Normana Osborna po chwilowej amnezji i uwolnieniu się od Green Goblina. Za to związek Gwen i Petera powoli staje na nogi po małym kryzysie. Pomijając oczywiście haniebny epizod popełniony przez J. Michaela Straczynskiego sugerujący jakoby Gwen i Norman mieli się ku sobie na Starym Kontynencie… Ale Fortuna nie kocha Petera Parkera i jego odwieczny wróg, Green Goblin, wraca. I to z przytupem. Zarówno tytuł, jak i okładka to jeden wielki spoiler, więc nie zgrzeszę jeśli powiem, że Gwen Stacy ginie. W taki sposób, iż Pajęczak ma kolejny powód do obwiniania samego siebie o śmierć bliskiej mu osoby.

Gil Kane pokazał co potrafi, a potrafi naprawdę wiele. Wystarczy spojrzeć na fenomenalną okładkę „The Amazing Spider- Man #121″. Zaś John Romita Starszy stylem nieco różni się od swego syna, a rzekłbym, że i nawet go przewyższa. Obok Todda McFarlene’ a jest moim zdaniem najlepszym ilustratorem przygód Pajęczaka. 

Podsumowanie: Opowieść, która dla Marvela jest również ważna jak pojawienie się Phoenix czy Galactusa, choć pozornie ma mniejszą skalę. Fanom Spider- Mana polecam przeczytać to dzieło równolegle ze „Spider- Man; Niebieski”. Jeph Loeb i Tim Sale odnosili się do tej właśnie historii i znakomicie zachowali jej klimat. Choć trzeba przyznać, że więcej dramatyzmu i smutku jest w pierwotnym dziele Stana Lee i spółki. Jeżeli oldschool to właśnie taki.

#262. – Alan Moore, Alan Davis – „Captain Britain: A Crooked World

Standardowy

Wielka Kolekcja Komiksów Marvela, a raczej wydawnictwo za nią odpowiedzialne, ma kilka istotnych wad. Hachette podchodzi do czytelnika po macoszemu, czego efektem jest brak jakiejkolwiek sensownej komunikacji. A to z kolei daje brak możliwości choćby szczątkowego wyboru tytułów wydawanych w ramach serii. I tak naszą piękną Ojczyznę ominęły takie tytuły jak „Warlock”, „Howard the Duck” czy właśnie historia z Kapitanem Brytanią autorstwa dwóch Alanów- Moore’ a i Davisa.  Same już nazwisko tych dwóch autorów są ogromną rekomendacją dla powyższego tytułu. Którego główną postacią jest słabo znany w Polsce heros, a który, mimo oczywistych skojarzeń, jest kimś zgoła innych niż równy mu stopniem kolega zza Atlantyku.

Słów kilka o Kapitanie Brytanii. Najłatwiej go ukazać na różnicach dzielących go z Kapitanem Ameryką. Steve Rogers to połączenie hartu ducha, ideałów amerykańskiego snu z domieszką serum superżołnierza, promieni Vita. Do tego strój w narodowe barwy i tarcza. Brian Braddock, gdyż tak zwie się brytyjski heros, ma nieco bardziej magiczną genezę. Uciekając z laboratorium, które zostało zaatakowane przez Reavera, trafia na zbiorowisko dość osobliwych kamiennych budowli w stylu Stone Henge. Osobliwych, gdyż na terenie gdzie się znajdowały zamieszkiwał duch Merlina. Arturiański mag stawia Braddocka przed wyborem, którego musi dokonać między dwoma, potężnymi artefaktami- Mieczem Mocy czy Amuletem Prawości. Zamiast ostrza naukowiec wybiera biżuterię. I tak oto powstaje Kapitan Brytania. Heros o nadludzkich zdolnościach, mający magiczny rodowód i również ubrany w kolory flagi.A cała geneza jest dość sprawnie opowiedziana przez Moore’ a ustami Merlina. 

W swojej historii Kapitan Brytania miał różne przygody. A to został przeniesiony w czasy króla Artura, gdzie pomógł pokonać Lorda Nercromona, a to znów został wysłany na Ziemię- 238. I od tego wydarzenia wychodzi już fabuła „A Crooked World”. Świat ten jest rządzony despotyczną ręką Szalonego Jima Jaspersa. Człeka, który nie przepada za trykotem i peleryną, mającego dość silne narzędzia do zwalczania osobników o zdolnościach nadprzyrodzonych. Przeciw niemu staje dość enigmatyczna kobieta, związana z ponadwymiarowymi siłami o imieniu Saturnynne wraz ze swoją grupą Avant Guard. Konsekwencje działań jej i Kapitania Brytanii będą spore, a ubrany z Union Jacka bohater pozna je dość boleśnie. 

W „A Crooked World” można odczuć pewien klimat orwellowski. Społeczeństwo superludzi zostaje wybite do nogi i nawet takie potęgi jak Major Tusker czy Miracleman ( tak, TEN Miracleman ) zostają zgładzone przez cybiota zwącego się The Fury. Początkowo bezwolna mieszanka technologii i biologii staje się nieco bardziej samodzielna, lecz to nie ona jest naczelnym czarnym charakterem.

Niezwykły jest tu główny antagonista. Szalony Jim Jaspers to mutant o sporych możliwościach wpływania na rzeczywistość. Do tego jest genialnym manipulantem, kimś kto potrafi ukazywać wiele twarzy i jest, zdawać by się mogło, niezatapialny. Podobne klimaty Moore serwował już w „V jak Vandetta” czy „Liga Niezwykłych Dżentelmenów: Czarne Akta”, ale tutaj mają one wymiar o wiele bardziej apokaliptyczny dla społeczeństwa superludzi. 

Alan Davis jest tu trochę inny niż w „Fantastyczna Czwórka: Koniec”. Jest bardziej psychodeliczny, pozwala sobie na nutki surrealizmu i  wprowadza nieco więcej dynamiki samymi kadrami. Konfrontacja albiońskiego herosa z Jaspersem zachwyca swoim odrealnieniem. Wyrwaniem herosa ze znanej mu rzeczywistości i rzucenie go w świat wykreowany przez jego wroga.

Podsumowanie: Warto czasem poszukać na zagranicznych serwisach tytułów z brytyjskiej WKKM. Dlaczego ? Bo Hachette to korpo- amatorzy. Przypuszczam, że jedyną przyczyną wydania tego i jeszcze innego tytułu z Kapitanem Brytanią w UK, był prosty fakt, że jest to jego ojczyzna. Wydawnictwo nie zwróciło uwagi na fakt, że tytuł ten mógłby być perełką w polskiej edycji, a już na pewno doskonałym zamiennikiem takiego gniota jak „Czarna Pantera: Kim jest Czarna Pantera ?”. Kto jednak wie ? Moze zdarzy się cud i zamiast dubli z egmontowskiego Marvel NOW! po tomie oznaczonym numerem 120 nastąpi wysyp dzieł z zagranicznych edycji kolekcji, pomieszany z dziełami Marvela nie wydanimi przez Egmont. Ale podobnie łudziłem się pod koniec pierwszej sześć dziesiątki.

PS: Za wszelkie domowe tłumaczenia niektórych nazw lub pseudonimów serdecznie przepraszam, ale w obliczu tłumaczeń jak „Łotr Jeden” czy „Legion Samobójców” mogę sobie pozwolić na lekkie nadinterpretacje i lingwistyczne nieścisłości. :D

#259. – WKKM #97 – Stan Lee, Jack Kirby – „Fantastyczna Czwórka: Sądny dzień”

Standardowy

I kolejny komiksowy nestor w Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Kolejny raz też autorstwa Lee i Kirby’ ego. Nie będę ukrywał. Łatwo to to się nie czyta. Nakładająca się specyfika ówczesnych lat, z wiedzą co działo się później z każdą postaci zapewne psuje wrażenie, jakie czynił ów komiks w sercach odbiorców, gdy trup JFK jeszcze nie ostygł, a Beatlesi trwali razem. Mimo to, jest to dzieło godne nań spojrzenia. 

Black Panther obecnie to norma. Czarnoskóry heros nie dziwi nikogo, tym bardziej w erze, gdzie segregacja rasowa jest wspomnieniem, a Kapitanem Ameryką jest właśnie afroamerykanin. Wówczas jednak był to duże wow. Na dodatek nie urodził się on w krainie Wuja Sama, a w samym sercu Afryki. Które było nadzwyczaj nowoczesne w stopniu zaskakującym nawet takiego elastycznego nerda jak Mr Fantastic. W komiksie tym debiutuje też złoczyńca znany jak Klaw. Wbrew pozorom jest to charakter dość niebezpieczny, a jego idiotyczna rola w „Tajnych Wojnach” powinna być uczczona, paradoksalnie, minutą ciszy. 

Dr Doom z biegiem lat nie stracił swej iskry, ale w czasie niepodzielnej dominacji autorskiego duetu zdecydowanie przewyższał inne czarne charaktery. Mało kto bowiem ośmiela się przejmować moce herolda samego Galactusa. Motyw ten został nawet powtórzony w filmie, gdzie nie było to już tak fajne, ale widok Dooma na desce Srebrnego Surfera robi wrażenie i podnosi badassowski skill latveriańskiemu watażce. 

Zabawną gratką są „nowoczesne” wynalazki Lee i Kirby’ ego. Obaj byli znakomitymi twórcami superbohaterskich opowieści, ale dość kiepskimi futurystami. Ich wizje niekiedy żenują, niekiedy śmieszą. Przykład: urządzenie, którym jeden ze sług T’Challi komunikuje się na odległość zadziwia Reeda Richardsa, twórce różnorakich międzywymiarowych pierdółek i wehikułów latających…

Podsumowanie: Klasyka klasyki. Czytelnik nie uraczy tu przełomów, a raczej pierwsze kroki. Dr Doom jako lekko oszołomiasty łotr z niejasnymi i infantylnymi motywami, specyficzne prowadzenie walk, narracja dramatyzująco- opisująca. Druga sześćdziesiątka WKKM zasypuje czytelnika dziełami z tego okresu, a sporo przed nami. Warto czasem po nie sięgnąć, choćby po to, by dowiedzieć się jak wyglądałby Black Panther jako Węglowy Tygrys. I wbrew nazwie wcale nadal byłby z Wakandy, nie zaś ze Śląska. 

#255. – WKKM #96 – Matt Fraction, Stuart Immonen – „Sam strach” t.2

Standardowy

Akcja z pierwszego tomu „Fear Itself” nabiera tempa. Bohaterowie przegrywają z minuty na minutę. Godni okazują się być przeciwnikami naprawdę, jak sama nazwa wskazuje, godnymi. Na dodatek owa banda ma wpływ na społeczeństwo, a im ono bardziej niestabilne tym bardziej Wąż rośnie w siłę. Tymczasem Odyn zbiera się do szturmu i nie wygląda na to, że będzie to chwalebna odsiecz dla ludzkości. 

Stark udaje się na małą audiencję do Wszechojca Odyna. Jak to Grimnirem bywa, początkowo kręci brodą, ale po chwili przypomina sobie o swoim synu. Nie będzie wielkim spoilerem jeśli powiem, że herosi dostali od patrona wisielców mały power up. Jako miłośnik wszelakich alternatywnych strojów byłem zadowolony widząc choćby Iron Mana w zbroi stylizowanej na Destroyera. 

Ciekawym dodatkiem jest zeszyt „Fear itself 7.1: Captain America”. Stworzony przez Eda McGuinnessa i Butcha Guice . Jak łatwo się domyślić wszystko kręci się na linii Steve Rogers- Bucky, ale w dość nieoczekiwany i zaskakujący sposób. W tym przypadku, gdyby głębiej się zastanowić nad Winter Soldierem można lekko zachichotać wobec nieustannej ironii losu jaka go spotyka. I jeszcze jeden wątek godny wspomnienia. Dotąd Odyn traktował po macoszemu swego gromowładnego syna. A to że broni Midgardu i kuma się ze śmiertelnikami, a to że nie ma go wiecznie w Asgardzie i komu on odda tron, bo chyba nie temu Lokiemu, co mu jedynie psoty i panowanie nad światem w głowie… Tutaj Wszechojciec nadal nie jest typem wzorowego tatusia z reklamy, ale okazuję krzynkę uczuć. 

Obok Immonena pojawił się wspomniany Butch Guice. O ile główny rysownik prezentuje raczej standardowy, nie wyróżniający się jakoś szczególnie styl, o tyle Guice tworzy coś ciekawszego. Technika kolażu, o niebo lepsze od Immonena kadrowanie, gra światłem i cieniem, realistyczna, lecz jednocześnie zamglona kreska. Styl ten podoba mi się bardziej, jednak w pełnych akcji wydarzeniach, które ilustrował Immonen, to jego kreska jest bardziej adekwatna. 

Podsumowanie: Powszechnie słabo oceniony crossover, jakim jest „Sam strach”, okazał się moim zdaniem dobrym komiksem. Jak to bywa w przypadku tak dużych eventów dominuje akcja, występują stada postaci, a reperkusje są pozornie szokujące. Pozornie bo często zdarza się, że wszelkiej maści zmiany z czasem wracają do swego stanu pierwotnego. Fraction nieźle poradził sobie z mitologizacją historii. Złoty środek między popkulturowym przekazem, a uszanowaniem nordyckich wierzeń został zachowany. Postać Węża ma potencjał i chciałbym zobaczyć w Marvelu nieco więcej Asgardu. 

#250. – WKKM #95 – Jim Steranko – „Nick Fury, Agent Shield” t.2

Standardowy

Poprzedni tom o przygodach Nicka Fury’ ego zdobył moją sympatię, ale nie walnął mnie prosto w czoło, jak miało to miejsce przy „Życiu i śmierci Kapitana Marvela” czy „Mrocznej Phoenix”. Dowodach na to, że komiks pokryty patyną, może być równy „poważnym” komiksom po przewrocie Moore’ a i Millera. Będę strasznym heretykiem wypowiadając te słowa, ale progres nastąpił, gdy Stan Lee i Jack Kirby oddali serię w pełni w ręce Jima Steranki. The Man i The King to wielcy twórcy, jedni z największych w historii komiksu. Ale specjalizowali się w klasycznych opowieściach. Najbardziej klasycznych, jakie można sobie wyobrazić. Takich, dających fundamenty pod inne opowieści. Ale z biegiem czasu trzeba wprowadzić coś nowego. I tu pojawił się Jim Steranko. 

Pod koniec poprzedniego tomu Fury znalazł się w niemałych tarapatach. Takie zwroty akcji są na szczęście codziennością dla naczelnika S.H.I.E.L.D. i niebawem rusza on znów w pogoni za Żółtym Szponem. Całość historii związanej z owym przeciwnikiem przypomina klasyczną, pełną szpiegowsko- sensacyjnej akcji gonitwę hardego, dobrego agenta, za podłym łotrem chcącym, a jakże, zniszczyć świat. Banalne ? Skądże. Sposób narracji Steranki w połączeniu z jego rysunkami, o których za chwilę, sprawia, że całość przypomina stare, dobre kino akcji. Z lekką dozą absurdu nieskalaności postaci, gadżetami, których nazwy i zastosowanie woła o psychoanalizę ich autora, oraz całą tą dynamiką, dzięki której czytelnik musi dokończyć zeszyt. 

Nie mogę nie bić pokłonów przed tym co wyprawia Steranko z rysunkami. Zwykłe rysunki to dla niego za mało. Twórca atakuje pop artem, op artem, cztero- stronnicowymi planszami, odwróconymi i niemymi kadrami… To komiks, który najpierw należy przeczytać, a potem jeszcze raz obejrzeć. 

Oprócz widowiskowych akcji, bijących na głowę te Jamesa Bonda,  jest też historia nieco bardziej klasyczna. Dziejąca się w pewnym szkockim zamku, z jego mroczną legendą i jeszcze bardziej mrocznym duchem, zamieszkującym ponoć jego mury i wrzosowiska nieopodal niego. Ale to nie wszystko. Możemy zobaczyć pierwsze kroki Nicka w wierchuszce swej organizacji i relacje łączące go z Hrabiną. Które przedstawione w subtelny, a zarazem sugestywny sposób były lekkim łamaniem tabu w latach 60.

Podsumowanie: Ten komiks trzeba mieć nie dlatego, że jest legendarny. Nie dlatego, że jest kluczową powieścią dla całego uniwersum Marvela. Warto mieć go na półce, gdyż to komiks po prostu genialny. Wyprzedzający swoją epokę. Wizualnie przewyższający większość współczesnych komiksów, a akcją nie męczący jak niektóre rówieśnicze mu dzieła. Dzieło Steranki nadaje się nawet dla ludzi, którzy na widok komiksu sprzed kilku dziesięcioleci dostają wysypki. Przełamuje pewne schematy charakterystyczne dla epoki, ale ich nie rozbija. Jest oryginalny i dziś, po wielu latach i wielu innych tytułach, potrafi tę oryginalność zachować.

#246. – WKKM #94 – Jeff Parker, Gabriel Hardman, Ed McGuiness – „Hulk: Spalona ziemia”

Standardowy

Thaddeus E. „Thunderbolt” Ross to postać silnie powiązana z Hulkiem. Stereotypowy, amerykański generał z obsesją, w której nie liczą się liczby, ale skutek. Doskonale to ukazywała jego mania na punkcie schwytania, a najlepiej ukatrupienia, Hulka. Skądinąd jego zięcia. Wąsaty Tadek ścigał go więc i ścigał, aż się dościgał i sam został Hulkiem. Wbrew jankeskiemu patriotyzmowi i wiernej służbie w U.S. Army – czerwonym. 

Jak to się stało ? Palce w tym maczali Leader i MODOK. Dwa niesympatyczne i szkaradne typy, które już niejednokrotnie stanęły zielonemu Hulkowi na drodze. Tym razem chodziło o Betty Ross. Niejaki Abonimation otruł ją, zaś odtrutkę zaproponowali ci dwaj właśnie panowie. Thunderbolt za uratowanie córy, poddał się eksperymentom czyniącym z niego czerwonego Hulka. Dwaj złoczyńcy okazali się jednak na tyle wielkimi draniami, iż z wybranki Bannera uczynili Red She- Hulk. Tożsamość Red Hulka nie była znana przez jakiś czas. Gdy światło dzienne ujrzał fakt, iż czerwonym Hulkiem jest ten, który od zawsze prześladował zielonego Hulka stosowne służby nie były zadowolone. Tym bardziej, iż Rulk zapragnął bez nominacji Demokratów i Republikanów stać się tym kim pragną zostać Hillary i Donald. Niestety dla generała, Zielony powrócił i przywrócił ład i demokrację w Białym Domu.

Czerwony Hulk musi więc odkupić swe winy, jeśli nie chce być traktowany jak swój zielony zięć niegdyś. I ma to dużo wspólnego z tymi, którzy obdarowali go mocą. Leader i MODOK stworzyli sieć planów zniszczenia świata, jeśli któryś z nich zginie. Bo po cóż ma istnieć świat, jeśli nie będą mogli go już podbić ? Rulkowi przyjdzie więc zmierzyć się z podwodnymi bestiami z niechętną pomocą Namora, powstrzymać inwazję wielkogabarytowych bestii i przy tej okazji uratować też A- Bomba. Na sam koniec tomu pojawia się historia w której będzie musiał zjednać siły ze swoim zięciem. Dosłownie.

Jeff Parker tworzy dynamicznie i z dawką przyjemnego humoru. Szczególnie ukazującego się w postaci A- Bomba, czyli Ricka Jonesa. Dowcipkującego sobie z tajemniczo znikających wąsów Rossa i siebie samego, jako dobrej kopii Abonimationa. Jego gadki przypominają nieco te Spider- Mana i to chyba jedyna postać z serii „kolorowych” Hulków która mogła pozostać niezmieniona stając się stałą w Marvelu.

Ilustracje Gabriela Hardmana są dobre i pasują w sam raz do rozwałkowywania przeciwników przez Red Hulka. Któremu również zdarza się zbierać po czerepie, nie tylko od łotrów. Potyczka z Thorem i pojawienie się Galactusa to rzecz godna wspomnienia. McGuiness to bardziej znane nazwisko, lecz jego rysunki wizualizują jedynie ostatni zeszyt tomu, posiadający najciekawszy pomysł. 

Podsumowanie: Dziwnie czyta się komiks, w którym Hulk jest tym rozsądniejszym gościem, a bardziej krewkim charakterem jest jego teść. Postać Red Hulka to ciekawy charakter, choć niezbyt przełomowy. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że to kolejny bohater w stylu Beta Ray Billa. Te same zdolności skopiowane i przeniesione na nieco inną płaszczyznę, ale biorąc pod uwagę, że Rulkiem jest Ross, to eksperyment z tą postacią można zaliczyć na udany. Szkoda tylko, że nie był on trwałym wkładem fabularnym, odpowiednio jeszcze doszlifowanym, tylko bardziej zabiegiem marketingowym. Stworzenie kilku hulko- podobnych herosów i ich usunięcie było… No cóż- co najmniej kiepskiem posunięciem. „Spalona ziemia” jednak to komiks dobry, z dużą ilości smash- owania i humoru.