#260. – Neil Gaiman, Shawn McManus, Colleen Doran, Bryan Talbot, George Pratt, Stan Woch, Dick Giordano – „Sandman: Zabawa w ciebie”

Standardowy

Śnienie to  kraina, która nie podlega żadnym schematom. Część z niej jest wykreowana przez jej władcę, część jest produktem śniących. A część zapewne ma niewiadomą genezę. Z czasem niektóre przestają istnieć, zaś inne istnieją, lecz zostają zapomniane, nawet przez samego Władcę Snów.

W pewnej kamienicy w Nowym Jorku mieszkają dość oryginalni lokatorzy. Barbie, znana już z „Domu Lalki” współlokatorka Rose. Para Foxglove i Hanzel. Transwestyta imieniem Wanda, oraz podejrzanie introwertyczny i nie wadzący nikomu George.  Niby nic niezwykłego. Ot standardowi ludzie, co prawda nieco może odbiegający od schematów, ale w palecie postaci autorstwa Gaimana wydają się one być wręcz standardowe. Najmniej wyróżniająca się z nich jest Barbie. Lecz to z jej przyczyny dzieje się najwięcej. Kukułka przenika bowiem poza jej krainę. 

Dziewczyna okazuje się być bowiem księżniczką pewnej magicznej krainy, której zagraża tajemnicza i niebezpieczna Kukułka. Księżniczka opuszcza swą domenę, zaś jej poddani, żyjący wpół na wygnaniu wysyłają emisariusza, celem sprowadzenia monarchini z powrotem. Neil Gaiman świetnie czuje się w baśniowej konwencji, lecz z typu tych, które nie są słodkie i urocze. „Zabawa w ciebie” to mroczna historia, przeplatana refleksjami na temat moralności współczesnego świata. Refleksjami, które w pewnych kwestiach obruszyły by do cna ludzi z lewa, jak i z prawa. Gaiman podszedł do kwestii homo- i transseksualizmu ze zdrowym rozsądkiem. Nie potępiał, ale też nie afirmował. Rzetelnie przedstawił optymalny punkt widzenia, choć jest to punkt, do którego obie strony sceny społeczno- politycznej zapewne miałyby pewne obiekcje.

Wizualnie jest groteskowo, makabrycznie, ale również bajkowo i uroczo. Rysownicy po raz kolejny zaserwowali różnorodność i pomysły na wygląd postaci. I nie mam tu na myśli wyżej wymienionych, a istoty jak Martin Tenbonies czy Wilkinson, czyli poddanych Barbie. Szczur w prochowcu i kapeluszu niczym detektyw z filmów noir, małpka w cyrkowy mundurku czy papużka pod muchą. Z jednej strony postaci niczym z kreskówki, z drugiej klimat sprawia, że wszystkiemu daleko do sielanki.

 Podsumowanie: Opowieść, w której postać Sandmana nie występuje zbyt często, ale jak to przyzwyczaił już nas do tego autor, pewne szczegóły będą niezwykle kluczowe. Postacie Foxglove i Hanzel pojawiają się zresztą w komiksie „Śmierć” i są w nim znacznie bardziej rozbudowane. „Zabawa w ciebie” ma dla mnie bardziej charakter społeczno- filozoficzny, niż mistyczny. Spora odmiana po „Porze Mgieł” gdzie przewinęło się kilka panteonów bóstw, a sam Sandman dokonywał transakcji nieruchomościami z samym Lucyferem. Klimat, mimo swego mroku, jest dużo bardziej kameralny, wyciszony, nieco nawet melancholijny. 

#247. – Brian K. Vaughan, Pia Guerra, José Marzán Jr., Goran Parlov – „Y: Ostatni z mężczyzn” t.2

Standardowy

Ciąg dalszy drogi Yorricka Browna i jego ferajny. Minęło już półtorej roku od dnia masowego pomoru samców wszelkiej maści. I okazuje się, że Ostatni Mężczyzna nie jest ostatnim mężczyzna. Przynajmniej przez chwilę. Rozwinięty zostaje wątek z astronautami. Kadr z dwoma, rosłymi facetami pojawiający się pod koniec pierwszego tomu był sprytnym zabiegiem ze strony autora. Tak ja go rozwinął, tak go zwinął. Z hukiem i łoskotem.

Jak przypuszczałem małpa będzie robiła problemy. Ale bez małpich figli Ampersanda nie byłoby wędrownej trupy „Ryba i rower”. Ostatni, małpi przedstawiciel płci męskiej nadal nie zdaje sobie sprawy ze swej dziejowej roli i nadal jest po prostu wredną małpą. Choć i Yorrick nadal pozostaje tym samym, pyskatym gościem któremu do samca alfa jeszcze daleko. Jego zachowanie nadal irytuje i kolejny raz udowadnia, że losem rządzi przypadek nie dobór naturalny. A łatwo mu nie będzie. Izraelitki i kolejne damskie ugrupowanie, które bynajmniej kółkami gospodyń nie są. Yorrick wpada więc w coraz większe tarapaty, sprawiające, że jego pozycja ostatniego człowieka z chromosomem Y jest mocno zagrożona. Bohater również oscyluje na granicy damsko- męskich flirtów, ale do bólu przypomina to friendzone. Przynajmniej jest wierny swojej kobiecie na Antypodach…

Autor serwuje czytelnikowi jeszcze więcej seksistowskiego humoru, feminizmu w krzywym zwierciadle i freudowskich rozważań. Szczególnie podczas przygody Yorricka z pozornie niepozorną agentką Culper Ringu o numerze 711. Yorrick coraz częściej ma okazję przekonać się, że bycie jedynym mężczyzną na planecie nie przynosi bynajmniej stad adoratorek i podziwu tłumu piszczących pań. 

Rysunki, jak rysunki. Autorzy dobrze operują umiejscowieniem postaci w kadrze. Buduje to dodatkowe tło fabularne i dynamizuje akcję. I w wizualizacjach Yorrickowi daleko do Arnolda. Ot chłopinie się trafiło i tyle. 

Podsumowanie: Brown nadal działa mi na nerwy, ale jego specyficzny humor zaczyna nieco rozładowywać napięta sytuację. Ale Brian K. Vaughan nie byłby sobą, gdyby jeszcze bardziej nie zamieszał sytuacji. Zagadka śmierci mężczyzn nie będzie łatwa do rozwiązania, a kłopotów coraz więcej. Culper Ring nie jest organizacja wszechmocną, a mamine uczucia to silna broń. 

 

Wódz co się zowie

Standardowy

Przy okazji recenzji pierwszego i drugiego tomu „Skalpa” wspomniałem i nieco zachwalałem w rezerwacie Praire Rose Lincolna Czerwonego Kruka. Postać trudną do zaszufladkowania. Najlepiej chyba oddaje do jego opis samego siebie:

„Nazywam się Lincoln Czerwony Kruk i uważam się za człowieka honorowego. Religijnego. Szanującego pamięć przodków. Dobrego dla zwierząt. Przyjaciela natury. Czułego kochanka. Czyniącego dobro polityka. Człowieka honorowego na pewno, ale to nie robi ze mnie miłego faceta. Jeśli kimś na pewno nie jestem, to miłym facetem. Zabiłem wielu mężczyzn i wiele kobiet. Niektórych skinięciem palca lub wypowiedzianym słowem. Niektórych własnymi rękami.I zabiję setkę kolejnych, jeżeli tego będzie wymagało wprowadzenie w życie mojej wizji… Wykrojenia na tym świecie lepszego miejsca dla mego ludu. I zostawienia tego rezu lepszym, niż go zastałem. Czy wam się to podoba, czy nie, taki właśnie jestem i taki zawsze będę. Robię to, co robię bo ktoś musi. Może dlatego nie jestem popularny, ale niech tak będzie. Wiem, że po mojej śmierci nikt nie uroni zbyt wielu łez. Nie wzniosą mi pomników, nie ustanowią świąt ku mojej czci. Nie będzie łzawych mów pogrzebowych. Ale nie szkodzi… O duchach i tak najlepiej zapomnieć. Kto ma czas by martwić się sprawami zmarłych ? Życie sprawia wystarczająco dużo kłopotów. „

#233. – Jason Aaron, R.M. Guéra, Davide Furno, John Paul Leon – „Skalp” t.2

Standardowy

Skalp, tom 2

Zwykle sposób prowadzenia historii na podstawie przeplatających się ze sobą retrospekcji i bieżących wydarzeń jest kłopotliwy. Małe potknięcie autora i cała fabuła leci w dół z gracją kuli armatniej. Jason Aaron udowodnił natomiast, że taki sposób narracji jest znakomity. I nawet odległe od siebie wydarzenia odpowiednio złożone tworzą zgrabną, wciągającą całość. I myślę, że dzięki tym zabiegom scenarzysty początek następnego akapitu nie będzie spoilerem, gdyż sam autor walnął owym zwrotem akcji z siłą cegły trzymanej przez byczego robotnika pozbawionego jednej z dwudziestu w ciągu dnia przerw.

Gina Zły Koń nie żyje. Jej ciało znaleziono na obrzeżach Praire Rose. Jakby tego było mało została oskalpowana. Pierwsze podejrzenia- Czerwony Kruk. Ale ktoś kto uważniej czytał poprzedni tom wie, że wódz skonfliktowania z matką Dasha nie zrobiłby czegoś takiego. Lincoln Czerwony Kruk to kawał drania, ale drania z ideałami. Ale o nim za chwilę.  Wydawać więc by się mogło, że w takiej sytuacji Dashiell’ owi opadną łuski z oczu i złoży hołd tragicznie zmarłej matce. Aaron zaskakuje- Dash nie jest typem sentymentalisty. Ale pozostałe wydarzenia z drugiego tomu sprawiają, że nawet taki twardziel i chojrak ugina się pod ciężarem rzeczywistości Rezu. 

Miało być o Czerwonym Kruku. Postać ta jest fascynująca. Skonfliktowany, ale potajemnie wzdychający do Giny szef kasyna coraz bardziej pokazuje swoją jasną stronę. Cóż jednak z tego skoro do ideałów godnych naprawdę wielkich wodzów Lincoln dąży po licznych trupach. Szczególnie objawia się to, gdy na jego drodze staje pewien jednoręki, niepozorny, leciwy Azjata. Czerwony Kruk mimo szóstej dekady na karku ma w sobie duszę wojownika. 

Jest jeszcze córuchna wodza. Zdawać by się mogło- ćpunka, panna lekkiego obyczaju i wulgarny babsztyl. Ale tak naprawdę jest tym samym co Dino, Dash czy w pewnym stopniu Catcher- ofiarą Rezu który po nie bije delikatnie po twarzy, a od razu przetrąca kręgosłup. Wątek romansu z Złym Koniem staje się coraz bardziej widoczny i kluczowy dla obu postaci. Ale ten kto spodziewa się romantycznego i słodkiego nieco się przeliczy.

Znacznie więcej tu powrotów do przeszłości. Giny, Czerwonego Kruka, Dash’ a i przez to samego rezerwatu i sytuacji Indian. Wiele to rozjaśnia, ale też powoduje jeszcze większy głód. Czytelnik pragnie wiedzieć więcej, a jednocześnie dowiedzieć się co tak naprawdę kombinuje agent FBI Nitz. I jaki los czeka Praire Rose jeśli jego plany się powiodą. Jak mówiłem- Czerwony Kruk może i jest gangsterem, ale zależy mu na pewnych wartościach. Na swoim ludzie. Doskonale oddaje to sytuacja z pewnym powiernictwem jakie wręcza mu babcia Biedny Niedźwiedź. Swoją drogą- kolejna postać o wielkiej mocy. 

Do serbskiego rysownika dołączyli inni artyści. Furno i Leon trzymają się klimatu komiksu. Ich kreska jest wyraźnie inna, ale nie psuje to odbioru komiksu. Sceny z Carol cz Upadającym Na Ziemię są wyraziste, pełne głębi.  Sen Dasha w którym przewodnikiem jest jego matka ma w sobie oniryczną pasję i psychodeliczny zjazd pozostawiający go na końcu samemu sobie. 

Podsumowanie: Jak dla mnie „Skalp” to debiut pierwszej połowy roku. „Y; Ostatni z mężczyzn”, „Batman: Eternal” i wiele innych serii depczą po piętach, ale ten nie daje się złapać. Czarny kryminał przyprawiony indiańską mistyką, brutalną rzeczywistością trzeciego świata w samym środku USA i fenomenalnie nakreślone postacie sprawiają, że kolejne tomy są wyczekiwane przeze mnie z niecierpliwością. W przypadku niektórych dzieł pozwalam sobie podejrzeć zakończenie- tutaj wręcz pragnę poczekać.

#226. – Brian K. Vaughan, Pia Guerra – „Y- Ostatni z mężczyzn” t.1

Standardowy

Kataklizmy zazwyczaj są spektakularne. Wybuchy, osunięcia ziemi, deszcz meteorytów na Nowy Jork czy inny atak mutantów. Po prostu fajerwerki. Kataklizmy są też sprawiedliwe jak staruszka Kostucha. Wszystkim od nich dostaje się po równo. Nie ważne czy to bogacz, czy nędzarz. Armageddon ciacha wszystkich jednakowo. W powieści graficznej Briana K. Vaughana jest zgoła inaczej. Na tamten świat odesłani zostają tylko mężczyźni. Populacja samców ginie w jednym momencie na całej planecie. Wszystkich samców co do sztuki i to każdego gatunku. Zabijając posiadaczy chromosomu Y wszelkiego rodzaju autor przebił tym samym wielu twórców opisujących apokalipsę nuklearną, zombie czy pochodzenia kosmicznego. Aczkolwiek dał małą nadzieję.

Nadzieją to jest Yorrick Brown. Osobnik płci męskiej, zdolny sztukmistrz, posiadacz wrednego małpiszona i ukochany niejakiej Beth. Z owym właśnie małpiszonem zostają jedynymi samcami na Ziemi. Zaś jedynym jego celem jest dotarcie do swej kobiety. Przez świat który przeszedł katastrofę. Pozbawiony on jest co prawda mutantów, radiacji czy innych anomalii, ale są kobiety. Wbrew pozorom ostatni facet na świcie nie stał się samcem- reproduktorem, a ukrywającym się i przemykającym bocznymi drogami cieniem. A ma przed czym. Bandy amazonek które ucinają sobie jedno z drażniątek ( ma być to ułatwienie w strzelaniu z łuku- jak twierdziły ich antyczne poprzedniczki… ), palą banki spermy i starają się agitować, iż śmierć samców była karą boską i słusznym zjawiskiem. Licho z tym, że pomór osobników płci męskiej jest nie tylko katastrofą dla ludzkości, ale dla wszelakich gatunków na całym świecie. Ot feministkom dać dojść do słowa !

Zdawać by się mogło, że komiks trąci feminizmem. Kobietom tu daleko do efemerycznych ślicznotek mdlejących co chwila i krzyczących o pomoc. Nie są to też biuściaste heroiny łamiące szczęki, ani dobrotliwe matki chroniące swą dziatwę. Damy w dziele Vaughana to prawdziwe samice alfa. I to nie tylko wspomniane amazonki. Matka głównego bohatera, agentka chroniąca jego jedyny męski zadek i mieszkanki pewnego tajemniczego miasteczka. Ale najbardziej wyróżniają się tu postaci towarzyszące ostatniemu mężczyźnie w jego podróży. Pewna agentka Secret Service i lekarka mogąca znać przyczyny całego zamieszania.

Wracając jednak do głównego bohatera. Yorrick irytuje. Bezmyślnością, lekkodusznością i brakiem jakiejkolwiek logiki. Jedynym jego celem jest dostanie się do swej ukochanej. Na Antypody. Ale w tym urok postaci. Romantyczny sznyt, zapatrzenie w tę jedynę i wrodzony spryt sprawiają, że nie jest to postać będąca jedynie nośnikiem fabuły, a ją tworząca.

Na szczęście ideologia której hołdują Magdalena Środa i Kazimiera Szczuka jest odległa od faktycznej treści komiksu. Autor pokazuje, że słaba płeć nie jest taka słaba. Ale wyłuszcza też, że nie jest całkowicie samowystarczalna. Spora część życia społeczno- gospodarczego umiera. Atmosfera po męskim pomorze przypomina bardziej postapokalipsę, niż wizję zbliżoną do tej z „Seksmisji”. Kobiety radzą sobie całkiem nieźle, ale brak mężczyzn nie oznacza zaniku agresji, patologii i innych rzeczy których wyżej wymienione panie im przypisują. 

Graficznie widać, iż za rysunki nie odpowiada mężczyzna. Pia Guerra tworzy różnorodne postaci kobiet. Od smukłej Beth, poprzez chłodną i anty- seksualną szefowę amazonek po dobrą i hardą babkę jaką jest świeżo mianowaną prezydent USA. No i nie należy zapominać o dwóch, niemal skrajnie różnych towarzyszkach podróży Yorricka. 

Podsumowanie: Brian K. Vaughan to ceniony i bardzo popularny ostatnimi czasy scenarzysta. Do legendy komiksu przeszła już seria „Saga”, a „Y- The last man” kroczy tuż za nią. Pokazuje to, że komiks nie- superbohaterski może odnosić sukcesy na miarę wielkich historii Marvela i DC. a nawet przebić ich nawet największe eventy. Wydawnictwa Vertigo to naprawdę pozycje godne uwagi.

#223. – Neil Gaiman, Kelley Jones, Mike Drigengenberg, Malcolm Jones III, Matt Wagner, Dick Giordano, George Pratt, P. Craig Russel – „Sandman: Pora Mgieł”

Standardowy

Po „Krainie Snów” Gaiman wrócił fabularnie do głównego wątku. Jeśli czytelnik myślał, że Sandman spokojnie powróci do Śnienia po odzyskaniu i posprzątaniu bałaganu był w błędzie. Pan Snów znów ma wiele na głowie i tym razem wydarzenia związane z tą opowieścią będą miały swoje reperkusje w przyszłości. Gaimanowi znów udało się stworzyć historię która samodzielnie jest bardzo dobra, a w połączeniu z serią staje się majstersztykiem.

Sandman to potężny Nieskończony. Na dobrą sprawę postać jego zdolności nie mają ograniczeń. Co nie znaczy, że nie targają nim proste uczucia. A że to dumny chłopina, gdy jego ukochana odrzuca obmyślony na wszelkie sposoby i wyśniony plan ten wtrąca ją do Piekła na kilka tysięcy lat. Bach ! Byłaś nieposłuszna kobieta więc zamiast do teściowej pójdziesz do Lucyfera. Na dobrą sprawę niewielka to czasem różnica… Ale po latach ta decyzja okazuje się mieć poważne skutki.

Los zwołuje swe rodzeństwo na spotkanie. Pomyśli kto- jak zwykle coś naczytał się w swej księdze i panikuje. Nic bardziej mylnego ! Los jako najstarszy pełni swego rodzaju rolę starszego brata dla wszystkich i wie to i owo. Ale inni Nieskończeni też są godni uwagi. Maligna jest taka jak zawsze. Śmierci daleko do jej kościono- kosiarzowego archetypu, zaś Pożądanie i Sen niemal skaczą sobie do gardeł. Rozpaczy pozostaje więc jedynie Rozpacz. Między innymi nad tym, iż Zniszczenie gdzieś wcięło i nie ma zamiaru się pokazać nawet teraz. Konflikt między Pożądaniem, a Panem Snów uświadamia jednakowoż temu drugiemu, że sytuacja z jego dawną ukochaną Nadą nie była wobec nie uczciwa. Morfeusz postanawia wyruszyć więc do Piekła w celu jej wyzwolenia. Do Piekła w którym tak niedawno upokorzył jego władców i zmusił demony do ustąpienia mu drogi. 

Obawy przed dosłownym spotkaniem z własną siostrą są więc uzasadnione. Przygotowuje się więc na najgorsze, żegnając się nawet z Hobem. Jakież więc zdziwienie spotyka Sandmana, gdy zamiast legionu naostrzonych wideł wymierzonych w swoją stronę napotyka on na ofertę biznesu życia. Ów deal to klucze do bram Piekieł i rezygnacja ze sprawowanego urzędu pana piekieł przez samego Lucyfera. Niosący Światło nieco nachalnie wciska w ręce Pana Snów prawa do swej nieruchomości, co Morfeuszowi nie przypada specjalnie do gustu. Na dodatek Nadę wcięło. Jako władca Śnienia i Piekła Sandman nie czuje się jakoś specjalnie potężny, a wręcz przeciwnie- wie, że nadchodzą kłopoty, a przynajmniej spore zamieszanie. Które jest nie w smak komuś, kogo dziedziną jest sen.

Do Śnienia przybywają całe panteony bóstw. Od asgardzkich bogów, poprzez egipską boginię Bast do przedstawicieli Chaosu i Porządku. Pojawiają się też demony i Aniołowie. Oneiros ma więc na swym rozczochranym łbie sporą ferajnę z której to każdy różnorako próbuje przekonać do tego, iż to on jest godny piekielnego klucza. Wspomnieć należy, że owa ferajna to nie składacze długopisów i fani wenezuelskich tasiemców, a postaci boskie. Thor który nie przypomina blondwłosego woja z Marvela, cudaczni wysłannicy Chaosu i Porządku, demony piekielne i ich wzajemne relacje czy przedstawiciele Magicznego Plemienia. Gaiman czerpie więc z wielu, naprawdę wielu źródeł. Zabrakło niestety olimpijczyków. :(

 photo Sandman27-04-05.jpg

A co z Nadą zapytacie ? Wspominałem już, że goście Śnienia mimo boskich korzeni zachowują się jak w rosyjskim urzędzie. Łapóweczki, przysługi i obietnice sypią się więc setkami, a jedną z nich jest dawna miłość Pana Snów. Ale jest on dość rozważną istotą, a na pewno nie kierującą się osobistymi odczuciami. Ma własny plan do kogo ma trafić klucz. Tymczasem Śmierć ugania się za umarłymi którzy tymczasowo zostali wysiedleni w nieruchomości będącej w fazie sprzedaży. 

Gaiman nie zadowala się jednym rysownikiem. Artystów jest więc równie wielu co bogów w tym tomie. Daje to zróżnicowanie w charakterze postaci i pomnaża różnorodność albumu. Żaden w twórców nie jest też typowym, poprawnym stylistycznie rysownikiem. Każdy ma swój sznyt i swój własny wyraz twórczy. Jest więc nieco groteskowo i przerażająco. Czyli idealnie do twórczości Gaimana.

Podsumowanie: Dalszy rozwój wydarzeń już po naprawieniu wszelkich reperkusji po wieloletnim więzieniu jest niespodziewanie mocny. Gaiman zaskoczył rozmachem wizji i niebanalnym podejściem do bóstw. Jeszcze bardziej ukazał ludzką stronę Snu. Istoty wszechpotężnej, ale targanej emocjami i niepewnej jak zwykły śmiertelnik. Potężna dawka mitologii to coś co zawsze jest u mnie mile widziane. Na dodatek nie jest to banalne podejście do mistycznych postaci, ani też nazbyt unowocześnione. Oryginalne. Niebanalne. I jedyne w swoim rodzaju. Jak „Pora Mgieł”. Na koniec można wnieść toast za ów tom słowami Hoba: 

Za nieobecnych przyjaciół, stracone miłości, starych bogów i porę mgieł. I niech każdy z nas odda diabłu co jego.

#209. – Jason Aaron, R. M. Guéra – „Skalp” t.1

Standardowy

Vertigo to imprint DC Comics który ma na celu przedstawienie historii dla nieco starszego rocznika fanów powieści graficznej. Spod szyldu tegoż wydawnictwo wyszła seria „Sandman”, „Saga o potworze z bagien” czy „Y: Ostatni z mężczyzn”. Egmont dominując polski rynek komiksowy nie mógł więc pominąć tak wyśmienitych dzieł. Niedawno światło dzienne ujrzała historia Jasona Aarona i R.M. Guéry nosząca tytuł „Skalp”. I jak łatwo się domyślić opowiada o rdzennych mieszkańcach Ameryki Północnej. Acz ten kto liczy na powtórkę z Karola May’ a czy historyczną opowieść będzie mocno zaskoczony. Aczkolwiek znamiona walki z bladymi twarzami się pojawiają.

Opowieść ma miejsce w rezerwacie Praire Rose. Miejscu którymu daleko jest do niemal idyllicznego terenu izolacji dawnego ludu Ameryki w którym kultywują oni swoje tradycje i łączą je z nowoczesnością budując rozwijające się i przyjazne społeczeństwo. Rezerwat indian z plemienia Dakota to teren wyklęty. Narkotyki, prostytucja, bezrobocie- to zjawiska codzienne w rezie wodza Lincolna Czerwonego Kruka. O ile można nazwać wodzem szefa okolicznego półświatka, opętanego nienawiścią do tych którzy zepchnęli Indian do rezerwatów. Z jednej strony amoralnego, z drugiej- pełnego wyniosłych ideałów o swoim ludzie. Człowiek- oksymoron. Wielki wojownik i podły tchórz.

Lecz głównym bohaterem jest tutaj Dashiell Zły Koń. Syn Giny Zły Koń, współtowarzyszki Czerwonego Kruka z czasów, gdy działali w pro- indiańskiej bojówce. Kobiety zamieszanej w zabójstwo dwóch funkcjonariuszy FBI. Z którymi młody wojownik współpracuje chcąc ukatrupić swego wodza. Dash to chojrak. Powróciwszy z kilkunastoletniej tułaczki zatrudnia się u Czerwonego Kruka jako funkcjonariusz Policji Plemiennej. I do razu depcze po odciskach tych którzy przyzwyczaili się do uległych Indian. O dziwo sam wódz nie jest aż tak z niego niezadowolony…

Najmocniejszy jest klimat komiksu. Dekadencki, przytłaczający beznadzieją sytuacji Dakotów. Ludności która ostatni siłami próbuje kultywować swe tradycje, stworzyć na nowo dla siebie środowisko. Świat zewnętrzny ich jednak pochłania. Jak niegdyś koce z ospą tak dziś Indianie umierają i zabijają się w narkotykowych potyczkach, w najniższych formach egzystencji. Postać szamana Catchera jest tego najlepszym przykładem. Szaman zwykle jest kojarzony z kimś o wielkiej wiedzy, o potężnych zdolnościach i umyśle zdolnym dojrzeć coś co niedostrzegalne. Poniekąd nawet najwięksi wojownicy i wodzowie musieli się liczyć z plemiennym czarownikiem. Catcher to ktoś zupełnie inny. Nie zaprzeczę- widzi to co ukryte, ma sporą wiedzę, a i do półgłówków nie należy. Ale to jaki otacza go świat zmusza go do pogrążania się nie w świat duchowy, ale alkoholowy. Spiritus dla Catchera ma więc dwojakie znaczenie. Sam mistycyzm komiksu nieco przypomina mi ten z serialu „True Detective”. Nie jest to duchowość baśniowa, natchniona pięknymi mitami. Jest przerażająca. Jak koszmar którego skrawki przewijają się po przebudzeniu, ale tak właściwie to nie potrafimy i przede wszystkim nie chcemy przypomnieć go sobie w całości.

Jest jeszcze Dino Biedny Niedźwiedź. Wnuk mentorki Catchera, chłopak który wie, że świat w rezie Praire Rose nie jest miejscem w którym chciałby spędzić resztę życia. Poddaje się codzienności, toksycznemu środowisku, zaś w Dasha wpatrzony jest jak w herosa. Mimo to jest dużo bardziej racjonalny, mnie porywczy. Jego rodzina również nie jest familią z żurnala, ale stara się żyć. Bo w końcu uda mu się naprawić swój wóz i pojechać w stronę zachodzącego słońca.

 Każdy tu ma swoje własne spojrzenie na indiańską tożsamość. Czerwony kruk ma duszę rewolucjonisty. Takiego który nie zawaha się użyć przemocy wobec przeciwnika i mimo pozornej uległości pała do niego ognistą nienawiścią. Dash zaś odrzuca swoje dziedzictwo. Nie zauważając, że ma w sobie cechy na najlepszego przedstawiciela swego narodu. Dino- podobnie jak Zły Koń opędza się od wykładanych mu przez babkę zasad swego ludu, marzy o życiu poza Praire Rose, ale gdzieś w środku pozostaje dumnym Dakotą. Niemniej walecznym niż Dashiell. 

Serbski rysownik swym kunsztem zatrzymuje na dłużej na prawie każdej stronie. Niekiedy w kadrach dzieje się za wiele, ale podnosi to wartkość akcji. Dla kogoś dla kogo jest to problem odskocznią i zadośćuczynieniem będą niemal postapokaliptyczne obrazy warunków panujących w rezerwacie. Ludności będącej parodią dawnego narodu wojowników i łowców. Teraz przypominającą bardziej patologiczne stadko skupiające się na chwilowych chuciach i uciechach. Grube linie naznaczające postaci podkreślają ich wielowymiarowość, a każdy szczegół otoczenia ma znaczenie. Ot biblioteczka Giny czy lista tytułów muzycznych w jednym z klubów Praire Rose. 

Podsumowanie: Czasem naprawdę warto odskoczyć od uniwersów rządzonych przez Avengers i Justice League. „Skalp” wciągnął mnie podwójnie. Przestępczy, pełen mroku świat przeplata się z mistyczną, minioną epoką. Do tego niejasny podział na dobro i zło. FBI nie jest służbą szerzącą sprawiedliwość, a mafijny wódz plemienia nie jest zupełnym czarnym charakterem. Sam Dashiell jest wielowymiarowy i miotany przez różne siły nie może określić nawet swego stosunku wobec plemienia i jego miejsca w nim. Obraz Indian Aarona nie jest popularny w powszechnej świadomości, ale nie znaczy to, że nie ma w nim zarenka ( a właściwie całych worków ziaren ) prawdy.

#204. – Neil Gaiman, Kelley Jones, Charles Vess, Coleen Doran, Malcolm Jones III – „Sandman- Kraina Snów”

Standardowy

W trzecim tomie „Sandmana” na chwilę porzucamy główny wątek i zatapiamy się w zbiór kilku innych opowieści które są równie dobre jak ta wątek przewodni. Ukazują też Pana Snów z nieco innej perspektywy. Z tej fizycznej jego kocia wersja jest równie mroczna co standardowa, a fryzura z epoki elżbietańskiej wcale nie odejmuje mu powagi. Morfeusz okazuje się też być dżentelmenem i mecenasem sztuki. Pojawia się też jego starsza siostra i choć kojarząca się ludziom o wiele gorzej niż sen- jest znacznie mniej mroczna i bardziej ludzka.

„Kaliope”- dziś mało kto pamięta o muzach. Istotach które dawały artystom natchnienie do tworzenia epokowych dzieł. Jednak ci artyści nie zawsze traktowali je jak należy. Na szczęście wśród istot nadprzyrodzonych istnieją pewne konotacje które gwarantują im drogę ucieczki w razie niebezpieczeństwa. Sandman w roli obrońcy niewiasty sprawdza się całkiem dobrze. Choć jego metody nie można nazwać rycerskimi. Autor w końcu pokazał jaką potęga dysponuje Nieskończony i co naprawdę mogło spotkać młodego Burgessa po uwolnieniu się z niewoli. Niewola. Tutaj to słowo kluczowe.

„Sen Tysiąca Kotów”- obecnie kotki to urocze i śmieszne stworzonka które dominują internet. Wielkie, urocze oczęta, puchate łapki i piskliwe miauknięcia. Słowem- miód z toną cukru. Mało kto pamięta, że owe oczka to oczy widzące w głębokim mroku zdolne wypatrzyć najmniejszą ofiarę. Puchate łapki skrywają zaś pazury które miłe nie są. A miauknięcie ? Słyszał ktoś tłukące się po nocach koty i nie skojarzył tych odgłosów z dźwiękami z piekieł ? I tutaj właśnie Gaiman podkreśla drapieżny aspekt kotów. Bardzo przewrotna i niepokojąca historia. Kotki z filmiku już nie będą takie słodkie po jej przeczytaniu.

„Sen Nocy Letniej”- Szekspira przedstawiać nie trzeba. Twórca teatru „The Globe”, ulubieniec królowej Elżbiety i moim zdaniem najwybitniejszy dramaturg w dziejach. Nic dziwnego, że inspiruje on wielu literatów. Tutaj twórca „Makbeta” ma okazje napisać sztukę dla samego Morfeusza. I właściwie nie wiadomo co jest snem, a co jawą. I jak mówił Puk : „ Jeśli was nasze obraziły cienie, Pomyślcie tylko ( łaskawe przypuszczenie), Że was sen zmorzył, że wszystko, co było, Tylko uśpionym we śnie się marzyło”…

„Fasada” – w uniwersum DC istnieje ktoś taki jak Metamorpho.  Niezbyt jest on niestety piękny. Ale jak się kumpluje z Supermanem i ma się niezłe moce to sprawa drugorzędna. Gorzej, gdy jest się kobietą. Kobietą dynamiczną, piękną i brawurową. I nagle za sprawą starożytnego bóstwa staje się kimś zdolnym zmienić się we wszystko prócz swojej swojej dawnej wersji. Tutaj botoks i makijaż nie pomagają. Jedyne co można to ukrywać się za maską stworzoną przez siebie. I czekać na śmierć. Ale jak umrzeć, gdy struktura z której się składa jest się nie starzeje ? Bo jak ma się zestarzeć dowolny metal, gaz czy ciecz ? Ale Śmierć może przyjść w najmniej oczekiwanym momencie.

To co robią tu rysownicy jest niesamowite. Koty w których oczach widać ludzką świadomość, ale też iskrę drapieżnika. Barwny orszak Oberona i Tytanii. Mrok duszy niespełnionego pisarza i jego popadanie w obłęd w konfrontacji z Oneirosem. Wewnętrzny ból Rainie obciążoną klątwą egipskiego bóstwa.

Podsumowanie: Pan Snów nie gra tu tak istotnej roli jak w pozostałych tomach. Jest postacią obecną, kluczową, lecz nie dominującą. Gaiman raczy czytelnika krótkimi, ale zapadającymi w pamięć opowieściami. Zaskakującymi, oddającymi hołd klasykom, skłaniającym do refleksji. Niektóre z nich mają swe konsekwencje w późniejszych losach Sandmana. Bardzo poważne konsekwencje.

#104. – Neil Gaiman, Sam Keith, Malcolm Jones III, Mike Drigenberg – „Sandman: Dom Lalki”

Standardowy

sandman-dom-lalki-tom-2-b-iext4001450

Po wieloletniej niewoli Pan Snów odzyskuje swą potęgę i władzę. Nie obywa się to bez kłopotów, lecz teraz nadszedł czas na przegląd, ujmijmy to, inwentarza. Okazuje się, że kilka koszmarów pod nieobecność Sandmana pozwoliło sobie na nieco więcej swobody. A postaci to niebagatelne- i niejaki Koryntczyk. Jednak dawni słudzy Morfeusza nie są największym jego zmartwieniem. Oto bowiem pojawia się nowe zagrożenie, nie tylko dla samego Morfeusza, ale i dla całej jego krainy. Siedemdziesięcioletnie uwięzienie Pana Snów nadal ciągnie za sobą konsekwencje. Ale o tym nieco później.

Na początek poznajemy Rose Walker. Kolorowowłosa dziewczyna powinowacona jest z niejaką Unity Kinkaid. Dziewczyną która dosyć mocno odczuła nieobecność Sandmana w pierwszym tomie serii. I która obecnie jest już staruszką, cudem odnalezioną przez matkę Rose. Jej postać warta jest uwagi- jej wpływ na zakończenie jest bowiem niebagatelny. To jednak nie koniec wątku rodzinnych poszukiwań. Młoda kobieta próbuje bowiem odszukać swego zaginionego brata pomieszkując w domu wraz z plejadą cudacznych współlokatorów, wśród których jest jednak tajemniczy i przyjacielski Gillbert. W międzyczasie Sandman robi porządek ze swoimi snami- sługami. Wszystkie jednak działania Morfeusza są powiązane z losami Rose. Zarówno te dotyczące miejsca pobytu jej brata, jak i późniejszych wydarzeń. Ba ! W pewnym momencie Sen staje się herosem ratującym dziewczę z opresji. Z postaci występujących tutaj warto wymienić Koryntczyka i Gillberta, oraz drugiego Sandmana.

Pojawia się też ciekawa retrospekcja „Wybrańy Losu”, niedotycząca wątku głównego. Oto bowiem Sen i jego siostra Śmierć przebywają w jednej z kantyn w Anglii. Tam słyszą jak jeden z uczestniczących w męskim spotkaniu oświadcza, że nie ma zamiaru umrzeć i że pragnienie jej jest skończoną głupotą. Na to Hypnos i Tanatos nie mogą pozostać obojętni. Sandman składa więc niezwykłą propozycję owemu mężczyźnie. Mówi też, że co stulecie będą spotykali się i weryfikowali jak to radzi sobie człowiek który nie pragnie śmierci. Znakomity przerywnik od głównego wątku. I ukazanie tego jak zmieniały się obyczaje i stroje w przeciągu ledwie stu lat. Obyczaje którym zewnętrznie ulegał nawet Sandman.

Pod koniec pojawia się kolejna istota należąca, jak Sen i Śmierć, do Nieskończonych- Pożądanie. Nieco kocia kobieta wyraźnie jednak czuje respekt przed starszym bratem. Widać również pewne podziały wśród nieskończonego rodzeństwa. I bodaj pierwszy raz Sandman wydawał się być naprawdę wzburzony, co nie stało się nawet w przypadku wariactwa Johna Dee.

Rysownicy znów pokazują na co ich stać. Mieszanka rysunków, zdjęć i grafik. podobnie jak poprzednio, ma w sobie ta niepokojącą nastrojowość Przyzwyczajonych do pięknych, photoshopowanych kadrów może to mierzić, lecz czasem warto oderwać się od wypacykowanych kadrów, a zagłębić w nieco inne obrazy, które bez wątpienia mają swój charakter.

CDisplayEx-Sandman-01609

Podsumowanie: Seria „Sandman” trzyma wysoki poziom od samego początku. Mało w niej co prawda komiksowego luzu superbohaterskiego- jest to raczej dosyć psychodeliczna i mroczna opowieść, lecz taka odmiana od trykociarzy jest naprawdę wskazana. Co więcej- świat w którym dzieje się akcja to główne uniwersum DC więc wspominani są znani stamtąd bohaterowie. Na szczęście tylko wspomniani. Sandman to bowiem nieco inna liga niż Green Lantern czy nawet Superman i Batman. „Dom Lalki” jest niejako przedłużeniem wydarzeń z poprzednich tomów. Lecz jego zakończeni wskazuje na to, że sprawy wymagające posprzątania zostały zakończone, a uwięzienie Sandmana nie było do końca przypadkiem.

 

2649049-tumblr_m9oyzvkIhP1rb6rbyo1_500

#88. – Neil Gaiman, Sam Kieth, Malcolm Jones III, Mike Drigenberg – „Sandman- Nadzieja w Piekle”

Standardowy

okladka-600

Sandman, Pan Krainy Sny po kilkudziesięcioletnim uwięzieniu przez okultystę Burgessa wydostaje się i pragnie odzyskać swą dawną siłę. Jest jednak uzależniony od przedmiotów które niegdyś stworzył. Sakwy z piaskiem, hełmu i rubinu. Pierwszy z nich już zdołał odzyskać. Przed nim wizyta w Piekle i przeciwnik który jest groźny nawet dla Nieskończonego.

Po hełm z kości martwego boga Sandman musi udać się do samego Piekła. Jako pełniący tak ważny urząd Pan Snów ma wejściówkę za darmo. Na miejscu wita go demon Merlina- Edrigan. Sandman w końcu trafia przed oblicze Lucyfera, który jednak nie jest już jedynowładcą swej krainy. W triumwirat rządzący Piekłem wchodzą bowiem jeszcze Belzebub ( czyli wielka mucha na cienkich nóżkach- aż się chce użyć święconego muchozolu… ) oraz Azazel ( który jest obrazą dla marvelowego teleportera… ) . Ta urocza gromadka wzywa wszystkie demony, aby se Sandman wyszukał co chce, bo nie ma nic za darmo panie Sandman ! Takie to przebiegłe diabły !

Jednak tu Sen uciera im nosa i bez trudu odnajduje posiadacza hełmu. Nie może jednak dać mu w łeb i uciec w siną dal, gdyż plugawiec zdobył go w uczciwej wymianie. Zaczyna się więc gra. Jest to jeden z najlepszych momentów komiksu, zaraz po nim, gdy Sen opuszcza Piekło mówi słowa sprawiające, że wszystkie demony obawiają się spojrzeć mu w oczy i pozwalają mu opuścić swe królestwo. Bardzo barwnie przedstawione są tu demony. Nie są to przerażające, plugawe bestie ani metroseksualni panowie we włoskich garniakach woniejący siarką. Plejadą fizjonomii, pokraczności, brzydactwa jest tu niebagatelna. Przypuszczał, że gdyby diabły zaatakowały Niebo, Anioły w pierwszych odruchu uraczyłyby ich salwami śmiechu.

Lucifer

Po wizycie w Piekle Pan Krainy Snów rozpoczyna poszukiwania ostatniego ze swych artefaktów. Pojawia się przeciwnik JLA- Doctor Destiny. Człowiek który budzi odruchowy wstręt i niechęć. Typ Golluma, który pozornie gra nieporadnego , wychudzonego ciołka, po to, by wbić ci sztych w plecy. Ta podła istota dostaje w ręce skrawek mocy Sandmana. A wiadomo- idiota + potęga = katastrofa. Zeszyt o tytule „24 godziny” jest naprawdę mocny i budzi grozę. Nie samymi zdarzeniami jakie w nim mają miejsce, a ich inicjatorem. Który mimo swej podłości i nikczemności wywołuje zamęt spory nawet jak na skalę Sandmana. Jednak jest TYLKO człowiekiem. A cóż znaczy człowiek wobec Nieskończonego Snu ?

Powieść graficzną Gaimana czyta się wolno. Nie chodzi tu o jego jakość, lecz  o tematykę i klimat tegoż dzieła. Równocześnie scenariusz wciąga do tego stopnia, że ciężko się oderwać w połowie danego zeszytu, a napięcie serwowane pod koniec każdego z nich nie pozwala ot tak rzucić komiksu w kąt i wrócić na jawę.

sandman8

Pojawia się  starsza siostra Snu- Śmierć. I faktycznie- podobieństwo między rodzeństwem jest uderzające. Oboje wyglądają jak fani glam rocka w nieco mroczniejszej wersji, a ubrania w wesołej czerni tylko potęgują to wrażenie. Śmierć jednak nie jest tak pochmurna jak jej braciszek. To energiczne i sympatyczne dziewczę wydaje się być zaprzeczeniem swego stereotypu z kosą, suchą, pociągłą mordą i czarnym prześcieradłem narzucanym niedbale. Oprócz niej pojawiają się też Kain i Abel. To rodzeństwo zachowuje pewną biblijną tradycję, a ich dziwaczność jest  groteskowa i nieco straszna. Poza tym chodzą do tego samego fryzjera co Wolverine :D.

Graficznie mamy kilku autorów, dosyć mocno odstających od siebie. Kieth nie jest na pewno mega- realistą. Niektóre kadry wręcz wydają się być niedbałe i przejaskrawione, a raczej przetrącone. Nie przekracza on na szczęście ulotnej granicy pomiędzy specyfiką oryginalnej kreski, a pokractwem niesprawnego rysownika lub pseudo- artyzmem. We wspomnianym zeszycie „24 godziny” wchodzi na sceną duet Malcolm Jones III i Mike Dringenberg. W moim osobistym odczuciu ich praca podoba mi się bardziej, ale gdy wróciłem do poprzednich stron sam nie widziałem który styl bardziej pasuje do scenariusza Gaimana. Wszystko to jednak tworzy spójną całość, a surrealizm i mistycyzm nie są zakłócane zmianą rysowników.

Podsumowanie: Gaiman mistrzowsko kreuje sieć mrocznego i mistycznego klimatu, garściami czerpiąc z mitologii i magii. Horrorowy klimat tu jest prawdziwie horrorowy. Nie jest to przedstawiciel tego gatunku opowiadający o grupie skretyniałych nastolatków, których coś zjada i wypluwa, lecz historia z bohaterem który mimo swej tajemniczości i aury cienia przyciąga. Powieść która nie wywołuje palpitacji serducha nagłym pojawieniem się świra z sierpem/ młotem/ piłą łańcuchową/ piłą/ łańcuchem , lecz misterna konstrukcja fabularna która kołysze w oparach cienia.

Podsumowanie: 9/10

Str2_cn_wow0511_sand_D