#278. – Jason Aaron, Esad Rebic – „Thor Gromowładny- Boża bomba”

Standardowy

Boże Narodzenie tuż, tuż. Sklepy jeszcze na długo przed nim wystawiają świętych od Coca- Coli, bałwanki, gwiazdki i rozmaite precjozja, ukazujące wyższość marketingu nad tradycją. Jest więc to wspaniały czas by wspomnieć o historii z udziałem boga. Będącego jednym w trójcy. I aby uspokoić bogobojne sumienia- nie jest to bluźnierstwo przeciw tej Trójcy. Jason Aaron i Esad Rebic prezentuję bowiem swoją boskie trio. A konkretniej troje nordyckich bogów gromu, będących tą samą osobą, z trzech różnych epok swego życia.

W poprzedniej części współczesny Thor odkrywa, iż ktoś wybija bóstwa z różnorakich panteonów. Szybko okazuje się, że miał on nawet do czynienia z zabójcą. W okresie życia, w którym uosabiał wszystkie stereotypy dotyczące młodego, pyszałkowatego boga. Czyli ciągoty do bitki, kobitki i popitki są mu bliskie aż nadto. Do tego kompleks związany z brakiem odpowiednich kwalifikacji potrzebnych do obsługi Mjollnira. Ale jest też Wszechojciec Thor. Najpotężniejszy z trójki, najbardziej doświadczony, ale jednocześnie złamany i zgorzkniały. Pokonany wielokrotnie przez siły Bogobójcy w całej swej potędze jest bezradny. Aż do czasu przybycia Thora Avengera. I jak łatwo się domyślić- najmłodszego z Gromowładnych. Aaron znakomicie bawił się również relacjami między nimi. Najstarszy, z wiadomych powodów, przypominał w sporej mierze swego ojca. Thor teraźniejszy- herosa, który chyba najbardziej stara się ułożyć bałagan, któremu winny w pewnym stopniu jest on sam. W wersji, która nie żywi szacunku ani do niego, ani do pryncypialnego Wszechojca. 

Znaleziony obraz

Ukazana jest też geneza samego Gorra, a co ważniejsze jego motywacje i coraz wyraźniejsze konsekwencje jego działań dla niego samego. Ktoś, kto wybija i zniewala bóstwa tysiącami sam po jakimś czasie przestaje być zwykłym mordercą, a kimś dużo większym. Wychodzi też na jaw skąd wzięła się jego potęga, zdolna gładzić największe boskie byty i jak plan właściwie ma Rzeźnik Bogów.

Chorwacki rysownik już w poprzednim tomie zabłysnął ogromnym talentem. Kadry ukazujące obdartych ze chwały martwych bogów przerażały nie mniej, niż pozornie niepozorny Gorr Bogobójca. Tutaj Rebic przedstawia kolejne poziomy okrucieństwa tej postaci, a zarazem upadku pozornie nieśmiertelnych. I nie można nie zapamiętać kadru, w którym Thor dzierży dwa Mjollniry. Dla mnie, jako megalomana i człeka lubującego się w neo- hollywoodzkich zagrywkach- bomba. Boża bomba. 

Podsumowanie: Aaron ukazał jedną postać z trzech różnych epok. I  ie byłoby w tym nic szczególnie innowatorskiego, gdyby Gromowładni tak bardzo się od siebie nie różnili, a jednocześnie nie przypominali siebie. Tak samo bitni, krytyczni wobec swoich wcieleń i ze wspólną obawą. Jakaż to rzecz, której lękają się niezmiennie trzy wcielenia Thora ? Aby się dowiedzieć trzeba sięgnąć po ten tom. Podpowiem tylko tyle, iż ma ona nader ludzki wymiar.

#254. – Jason Aaron, Esad Ribic – „Thor Gromowładny: Bogobójca”

Standardowy

Postać marvelowego Thora to pewien mały paradoks. Jest on jedną z czołowych postaci wydawnictwa, ale jego fanów jest znacznie mniej, niż tych od Iron Mana czy Kapitana Ameryki. Może to jego mitologiczna specyfika. Może fakt, że w niektórych komiksach naprawdę zasługuje na miano boga, a w innych swymi wyczynami przypomina raczej nabuzowanego barbarusa z młotem. Thor Marvela nie jest również ani swoim odbiciem mitologicznym, ani popkulturowym. Jest połączeniem klasycznych sag nordyckich z przekazem superbohaterskim, z założenia twórców od samego początku. Niektórzy wplatali więcej wątków mitologicznych, jak Walter Simons, a inni dawali mu się wykazać bardziej jako klasyczny heros. W „Thor Gromowładny: Bogobójca” mitologia miesza się z popkulturowym przekazem w prawidłowych proporcjach, w stylu, którego próżno szukać w innych tytułach spod szyldu Gromowładnego.

Jason Aaron, twórca „Skalpu” i „Otherside” udowodnił, że Thor to nie tylko malowany chłoptaś z wielkimi muskułami, a prawdziwy nordycki wojownik. I to po trzykroć. Aaron prowadzi bowiem potrójną narrację z punktu widzenia tej tytułowej postaci, w różnych etapach jej życia. Pierwszy z Thorów nie dzierży jeszcze legendarnego młota, zaś chętnie gustuje w łupieżczych wyprawach, dziewkach i miodzie. Lekkomyślność, brawura i chętka do bitki- to jego przymioty. Grom jest zaś gdzieś daleko. Drugi to Thor bardziej znany czytelnikowi. Avenger, godny już Mjollnira ( choć nie na długo- akcja ma miejsce na krótko przed „Original Sin”, gdzie Thor traci ten przywilej ) i pragnący zemsty na rzeźniku rozpoczyna swoją wędrówkę, naznaczoną boskimi trupami ku spotkaniu z nim. I ostatni z Gromowładnych Asgardu. Starzec o niemałej potędze, lecz starzec złamany.  Pokonany przez bogobójcę, który przez tysiąclecia zdążył już wybić niemal wszystkie bóstwa, przypomina zmęczona i słabowitą wersję swego ojca. I mimo woli walki daleko mu do majestatu Odyna. Gorr, jak zapowiedział, zostawił sobie starego boga piorunów na sam koniec. Narracja wzajemnie na siebie nachodzi. Najbardziej na pierwszy plan wysuwa się Thor- Avenger, ale to raczej efekt przyzwyczajenia do takiego wizerunku Gromowładnego. Każdy z nich pokazuje właściwie inną postać. Z których żadna nie jest nieomylna.

Skala rzezi jest ogromna. Paradoksalnie wszyscy ci bogowie wydają się pośmiertnie nader ludzcy. Kontrastuje to z ich wizerunkiem jaki pamiętał Odinson. Potężne, niemal nieskończone istoty wydają się niczym nie różnić od klasycznego truchła śmiertelnika. Nie jednak pośmiertny wygląd bogów przeraża Thora. To co naprawdę go niepokoi to fakt, że w większości przypadków nieobecność bóstw została niezauważona przez członków innych panteonów. Na dodatek Gromowładnego trapi poczucie winy za czyn, którego dopuściła się jego młodsza wersja. Zgadza się- ta występująca w tym tomie.

Oprawą graficzną zajął się Esad Ribic. Swą kreską gładził bogów nader sprawnie i sugestywnie. Na kartach komiksu nie ma bowiem wielu scen, w których Gorr siecze swe ofiary. Zagadkowa jest więc śmierć Peruna i wielu innych bóstw, których dowodem na przegraną potyczkę z Bogobójcą był trup lub sama sugestia o śmierci. Dodaje to nieco dreszczyku tajemniczości i niepokoju.

Podsumowanie: Dotąd miałem do czynienia tylko z historiami o Thorze w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Poznałem też opowieść „Thor: Wiking”. Historie z udziałem dzierżącego Mjollnira miały wzloty i upadki. Te drugie nierzadko spowodowane niekompetencją Hachette. Ale żaden nie wgniótł mnie w fotel jak „Bogobójca”. Jason Aaron i fenomenalny rysownik Esad Rebic wykonali arcydzieło.

#227. – WKKM #89 – Stan Lee, Jack Kirby – „Thor: Ragnarok”

Standardowy

Ragnarok w mitologii nordyckiej to koniec wszechrzeczy. Niewiele ustępujący chrześcijańskiej Apokalipsie. Zacznie się od wybuchu trzech wojen, potem nastąpią trzy zimy bez lata. Po tym wszystkim zdarzy się ogromne trzęsienie ziemi łamiące wszelkie kajdany. W ten sposób Fenrir, Loki i Jormungand odzyskają wolność. Powódź którą spowoduje ten trzeci przyniesie na swych falach okręt Naglfar z bogiem oszustów u steru. A dalej już bardziej personalnie. Loki zmierzy się w bratobójczym pojedynku z Heimdallem na tęczowym moście. Thor powali Węża Świata Jormunganda, po czym sam zemrze po trzech krokach. Odyn zostanie połknięty przez uwolnionego wilka Fenrira. Podsumowując- nie będzie czego zbierać.

Jak to jednak bywa z mitami- dziś są dość swobodnie interpretowane. Stan Lee nie jest typem scenarzysty jak Neil Gaiman. Jego spojrzenie na mitologię Nordów ma nieco bardziej popkulturowe barwy. W jego wersji Ragnarok nastąpi, gdy Miecz Odyna zostanie wyciągnięty z pochwy. Miecz ten co prawda kozikiem do strugania drewna nie jest, ale mimo to jest nieco mniej mitologicznie niż w pierwotnych wierzeniach prawda ?

Rolę naczelnego szwarccharakteru odgrywa tu, nieco już etatowo, Loki. Ale nawet on niknie w cieniu dość wielkogabarytowego przeciwnika. Mangog to bydlę złożone z miliardów pokonanych przez Odyna i spółkę wrogów Asgardu. Jak łatwo się domyślić nie jest on cherlakiem, a jego zamiary nie są pro- asgardzkie. Okres w jakim dzieją się wydarzenia to czas, gdy Loki miał jeszcze coś do powiedzenia i nie kooperował z szaleńcami przebranymi z Goblina, zaś Thor dzielił życie z lekarzem imieniem Donald Blake. A więc całkowita klasyka. Tu pochwała dla Stana. Mimo, iż ortodoksyjni wyznawcy Thora mogliby czuć się urażeni, to jego wizja Asgardu jest naprawdę widowiskowa. Początkowo wydawała mi się infantylna i zbytnio przekoloryzowana. Ale trzeba się nieco w nią wczuć. Choć do dzieł Simonsona czy Aarona nieco jeszcze daleko, a i same „Opowieści z Asgardu” są o Walhallę lepsze. 

Jack Kirby. Legenda. Inspiracja dla wielu pokoleń rysowników. Człowiek który przyłożył rękę nie tylko do strony wizualnej, ale też do treści komiksów współtworzonych ze Stanem Lee. A każdy wie jaki jest The Man. I twórca o którym naprawdę nie wiem co sądzić. To żywa legenda komiksu. Nie można nawet krytykować jego dzieł używając argumentów, iż nieco trącą naftaliną czy nie są perfekcyjne z punktu widzenia realizmu. To tak jakby powiedzieć, iż Elvis nie miał idealnego głosu, a jego ruchy na scenie to nieudolne gibanie. Czyli herezja w najczystszej postaci z sporą dozą bezczelnego nihilizmu. Kirby jest inspiracją dla setek późniejszych twórców. Jego kreska może wydać się niedzisiejsza, bo i taka jest, ale ma wartość kultową. Nie jest też idealna- proporcje momentami wołają o litość, a mimika twarzy huśta się od znakomitej po beznadziejną. Ale Kirby, jak wspominałem, to legenda. A legendy mają to do siebie, że może i nie są idealne, ale jak czymś walną między oczy… Pierwszy przykład z brzegu- Odyn na poniższym kadrze. Po prostu majestat Wszechojca w pełnym wymiarze.A to tylko jedna z wielu rodzynek w tym cieście.

Podsumowanie: „Thor: Ragnarok” to złote dziecię swojej ery. Ery która minęła i której dzieła dziś są dość ciężkie w odbiorze. Sam Gromowładny przeżył już kolejne końce świata, zdążył przestać być godnym Mjollnira, a nawet na jakiś czas być żabą. Mimo to do komiksu należy podchodzić z szacunkiem. Choćby na zwariowane podejście do mitologii Stana czy kultową kreskę Kirby’ ego. The Man i The King to jeden z najlepszych duetów w historii komiksu. Nazwiska równe Eisnerowi, Moore’ owi czy Millerowi. Ktoś kogo warto znać, mimo, iż ich dzieła początkowo wydają się być z innego świata i czasów.

#197. – WKKM #84 – Stan Lee, Jack Kirby – „Thor: Opowieści z Asgardu”

Standardowy

Thor z Marvela ma istotną wadę. Kolejni twórcy z biegiem lat zapominali, że jest on postacią z mitologii nordyckiej. Specyficznego panteonu który ma swój klimat, pewien rodzaj baśniowości ( jeśli nie liczyć takich ananasków jak narodziny wierzchowca Sleipnira ) i ducha walki ludu wojowników. W komiksie wszystkie pierwotnie kulturowe elementy zastąpiły elementy popkulturowe. Na szczęście tutaj Thor nie jest do poziomu kolejnego członka Avengers, a jest tym kim od zawsze być powinien- potężnym bóstwem które sięga pamięcią  naprawdę daleko. Wydarzenia mają więc miejsce na długo przed wstąpieniem Thora do Avengers. Na długo przed pojawieniem się człowieka w Midgardzie. To jeszcze bardziej tworzy mitologiczną atmosferę. Nie ma cienia obawy, że z ni z gruchy, ni z pietruchy wyskoczy Cap krzycząc „Avengers zbiórka”.

Głównym antagonistą jest tu Loki. Bóg Oszustów zachowuje się nieco jak klasowy błazen wiążący wszystkim sznurówki pod ławkami, ale w tym tkwi cały jego urok. Nie spiskuje on jak w swych późniejszych latach z Doom’ami, Osbornami i tym podobnymi śmiertelnikami. Jest po prostu pyszałkowatym młodszym synalkiem Odyna który swój kompleks niższości wyładowuje ( oczywiście potajemnie ) na bardziej walecznym bracie.  Jeśli już o Thorze mowa to miejsce ma tu pierwsze podniesienie Mjollnira, pierwsza walka z Fafnirem, pierwsze pojawienie się Wojów Trzech i wiele innych debiutów. Słowem- coś co każdy fan Marvela i Thora musi znać.

The Man jest świetnym autorem. Świadczy o tym jak opowiada historię. Brawurowa narracja  w jego wesołkowatym stylu świetnie scala się z majestatycznymi opisami pasującymi do historii z nordyckimi bogami. Oczywiście specjaliści od wierzeń dawnych Skandynawów mieliby jakieś „ale”, lecz perfekcyjna ich synteza z komiksem superbohaterskim jest naprawdę ciężka. Tu zaznaczę, że „Opowieści z Asgardu” to właśnie bardziej komiks mitologiczny niż superbohaterski, lecz jeśli ktoś spodziewa się klimatu w stylu „Sandmana” może się nieco zawieść.

No i Jack Kirby. Wygłoszę herezję, ale za lepszych rysowników uważam Romitę Sr. czy Jima Sterankę. Niektóre dzieła Kirby’ego wydają się dziś zbyt toporne, ale jego wpływ na wiele pokoleń twórców jest niepodważalny. Tutaj rysunki Kirby’ego z przyzwoicie ( zapewne nieco odnowionymi ) nałożonymi kolorami i z niezłymi pomysłami na wygląd mieszkańców Asgardu ( i okolicznych światów ). A jeśli ktoś jojczy na czerwoną pelerynę i skrzydlaty hełm niech zobaczy  pierwotne, ludowe wyobrażenia Thora. Heh…

Podsumowanie: Bez wątpienia najlepszy tytuł z Gromowładnym w WKKM. Potężna dawka mitologii napisana tak, aby dotarła do tych którzy są z nią na bakier. Nie jest to może podręcznikowa lekcja, ale zachęta dla tych którzy myślą, że bogowie piorunów pochodzą z Grecji.

Rzecz o… Trójcy. Jednej i drugiej.

Standardowy

Trójka to dobra liczba. Dwóch to trochę za mało. Relacje są ograniczone, do tego jeśli są to jednostki przeciwne płciowo umysł nasuwa skojarzenia i swata je mimo woli. Jeśli to same chłopy albo same baby zazwyczaj tworzą się tarcia. Autorzy lubią bowiem łączyć ze sobą przeciwieństwa. No chyba, że to jacyś przeklęci yaoiści… :D

Nic dziwnego więc, że Trójcą nazywani są czołowi herosi DC Comics- Superman, Batman i Wonder Woman. Ucieleśnienie amerykańskich wartości, bogacz mogący sobie pozwolić na superbohaterskie gadżety i wojowniczka związana z mitologicznym światem. Zaraz… Kogoś to przypomina prawda ? Bo czyż ideałem Amerykańskiego Snu nie jest Kapitan Ameryka/ Steve Rogers ? Czy krezusem z wypasionymi gadżetami i genialnym umysłem nie jest Iron Man ? I czy mitologicznym wojownikiem, a właściwie bogiem, nie jest Thor ? Marvel jednak inaczej eksponuje powyższą trójkę. Jakie są różnice i podobieństwa między Trójcami konkurencyjnych, komiksowych gigantów ?

Amerikan Drim

Clark Kent wychował się na farmie w Kansas. Wsiowy chłop o mocach boga ma więc prostolinijne poczucie sprawiedliwości, dobre serducho i nieco harcerzykowate pojmowanie świata. Steve Rogers to syn irlandzkich imigrantów. Niegdyś cherlawy kurdupel z miłością do Gwieździstego Sztandaru, po eksperymencie mającym zapoczątkować taśmową produkcję superżołnierzy jedyny z nich. Zarówno Supek, jak i Cap wierzą w Wolność, Demokrację, Równość, Swobodę Wypowiedzi i inne wartości pisane z dużej litery których popularność rośnie wraz z wyborami z wielu krajach. Co więcej- realizują je. Jednak o ile Kal- el może pozwolić sobie na bycie ideałem z racji na swoją kuloodporność, o tyle Kapitan musi uważać na różnorakie zbłąkane kulę. Ale czyż nie chroni go gwieździsta tarcza ?

Kryptończyk z „S-ką” na piersi i okutany w jankeskie barwy wojak z tarczą są nieformalnymi liderami swych drużyn. Clark ma za plecami nieco bardziej rozsądnego Batmana, ale on za to lata, jest bożyszczem tłumów i ma lasery z oczu. A Bruce to ponurak, a takich lubi się mniej. Rogers zaś to trep w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Słysząc jego głos nawet rozszalały Hulk czy gromowładny, asgardzki bóg wyprężają pierś krzycząc – Yes sir ! Obaj panowie są sumą najbardziej cenionych wartości i obaj są nieco naiwnie prostolinijni. Tacy jacy powinni być wielcy liderzy.

 W mroku miasta i w błysku fleszy

Stark był dobrze rokującym potentatem militarnym. Dopóki nie spotkało go kuku i nie trafił do niewoli. Pojmując tym samym, że możesz mieć miliony, a i tak znaleźć się w czarnej sytuacji po stworzeniu pierwszej, topornej jak socrealistyczna architektura zbroi kiełkuje w jego zakutym już łbie myśl o działalności superbohaterskiej. Zgoła inną postacią jest Bruce Wayne. Fakt- jest bogaczem jak Tony. Fakt- jego moc to w sporej mierze sprzęt z marzeń każdego geeka. Fakt- jego genezę zapoczątkowały traumatyczne, choć nie dotyczące bezpośrednio fizycznie jego przeżycia. Lecz od Iron Mana różni się tym, iż bez swych zabawek może skopać zadek. A wyszczerzonym w hollywood’ kim uśmiechu playboy’em jest tylko na pokaz. Jego trykociarski wizerunek to mroczny typ który stanowczo nie jest ekstrawertycznym W głębi duszy to dość skomplikowana psychicznie persona. A Tony ? Nawet jako heros bryluje w swej futurystycznym pancerzu i rzuca żarcikami na lewo i prawo.

Oboje jednak są sponsorami swoich kumpli. Tak więc za wielkimi ideowcami, półbogami, mutantami i kosmitami stoją zawsze goście którzy płacą czynsz na monumentalną siedzibę, samoloty, karnety na loty w kosmos i inne ośmiorniczki. I taką rolę pełnią w swych zespołach Iron Man i Batman.

Asgard i Olimp

Mitologia od zawsze fascynowała. Od pojawienia się koncepcji superbohatera oczywistością było, iż któryś z nich będzie miał korzenie w dawnych legendach i mitach. Nikt jednak nie przypuszczał, że niemal każdy panteon ma swoje przedstawiciele w współczesnym komiksie. Najbardziej znani są jednak Thor i Diana. O tym pierwszym nie trzeba mówić. Jedynodzierżca Mjollnira, syn Odyna, pogromca Fafnira, władca gromów. A do tego członek Avengers i najlepszy kumpel faceta ubranego w amerykańską flagę i bogacza w metalowym kostiumie. Thor to jedna z postaci zdolnych . A jednocześnie  Wonder Woman to twarda kobieta. A do tego rozmiękczająca męskie serca. Córka Hipolity, podobnie jak asgardzki bóg, jest nieco narowista, ma ciężką rękę, nie należy też do zbyt subtelnych. Jedną z rzeczy która ich różni to fakt, że jednak Thor jest bogiem. Diana zaś amazonką która ma spowinowacenia z Olimpijczykami, ale bóstwem nie jest. Gromowładnemu częściej też zdarzały się wypady w kosmos. Wonder Woman sporo czasu zaś przesiedziała na wyspie w babskim towarzystwie. Co nie przeszkodziło jej stać się najpopularniejszą damą w DC. Podobnie jak mitologiczny spadek i opinia pijaka i bawidamka nie przeszkodziła synowi Odyna stać w pierwszym szeregu Mścicieli.

Oboje są często marnotrawnymi dziećmi swych rodziców, oboje też władają mitycznym orężem. Ich obyczaje ( a bywało, że i składnia ) wydają się być nieco z innej epoki, ale mentalność tworzy obraz heroicznego wojownika wierzącego w honor i poświęcenie. Taką tez rolę pełnią w Avengers i JL. Uosobień dawnych, wydawać by się mogło, archaicznych wartości i nieco twardorękich wojowników którzy łączą dwa sprzeczne żywioły jak konserwatyzm Capa i liberalizm Starka czy otwartość Supermana ze tajemniczością Batmana.

Jak już mówiłem- trójka to liczba doskonała. Co prawda do obu triumwiratów wydawnictwa doczepiają czasem Hulka, Spider- mana czy Green Lanterna i Flasha, ale to trójka o wszystkim decyduje. Lider. geniusz ( chciałoby się rzec sponsor ), i silnoręki. Jedna funkcja nie wyklucza drugiej, gdyż Supek znacznie przewyższa Dianę, a i Starkowi zdarzyło się dowodzenie, ale ogólny, nieco umowny podział jest najprawdziwszy. Jak widać- troje to nie tłok. :)

PS : A się Hawkeye na przyczepkę załapał… :D

#161. – WKKM #74 – Brian Michael Bendis, Alan Davis- „Pierwsi Avenegers”

Standardowy

Po perturbacjach jakie zgotował uniwersum Marvela człowiek znany jak Brian Michael Bendis w końcu musiała przyjść godzina spokoju ( piszę godzina bo jeszcze przed nimi kolejna bratobójcza potyczka- tym razem Mścicieli z mutantami) ). Po zniszczeniu Asgardu przez Sentry’ego w sześćdziesiątym tomie WKKM „Oblężenie” relacje na linii Thor- Iron Man- Kapitan Ameryka/ Steve Rogers nie ulegają poprawie. O ile Asgardczyk i Cap jakoś nie mają do siebie o nic żalu, o tyle stosunki ze Starkiem są nadzywczaj napięte. Przyznam, że nieco sceptycznie podchodziłem do tego tomu, choć jednocześnie go oczekiwałem. Alan Davis jako rysownik i dość mocno niewyjaśniona kwestia- jakim cudem Rogers i Stark znów są dobrymi kompanami skoro  jeszcze nie tak dawno pierwszy z nich zginął w przyczyny drugiego.

Trójka herosów rozgląda się po gruzach dawnej siedziby bogów. W międzyczasie Tony i Steve słownie drą koty, gdy nagle uświadamiają sobie fakt, że wraz ze zniszczeniem całego Asgardu zniknął również Bilfrost, czyli tęczowy most łączący i utrzymujący równowagę pomiędzy dziewięcioma światami. Zanim jednak to wszystko do nich dociera na chłodno zostają oni wciągnięci w to co zostało z mostu któremu dotąd strażował Heimdall.

Można powiedzieć, że historia nie jest jakoś szczególnie oryginalna. Cała trójka trafia do kompletnie różnych światów. Cap bez tarczy, Iron Man w zbroi sprzed wielu, wielu lat, Thorowi zaś nie pomaga nawet Mjollnir. Różne światy okazują się jednak tym samym uniwersum w którym dużą rolę odgrywa nordycka bogini śmierci- Hel. Obok niej pojawi się szereg mitologicznych i baśniowych stworzeń, w tym niektóre z nich z przeszłości Thora. I to jedna z zalet tego komiksu. Wielobarwność postaci i ich zróżnicowanie sprawia, że nie jest to kolejny crossover Bendisa ze stadem bijących się superbohaterów.

Ważnym motywem oprócz głównego wątku akcji są relacje między trojgiem peleryniarzy. Widoczne są uszczypliwości i niezabliźnione rany, jednak dialogi i humor z pazurem pokazują, że Odinson, Stark i Rogers to jednak ci sami starzy przyjaciele. Nie widać też tu Starka- zdrajcy, a Starka- zawadiakę, jaki pojawia się wykonaniu Roberta Downey’a Jr. . Thor zaś pełni cichą rolę mediatora.  Ocieplenie stosunków między naczelnymi Mścicielami to dobry znak- każdy miał już chyba dość bratobójczych scysji ciągnących się jeszcze sprzed „Upadku Avengers”.

Z Alanem Davis’em można było zapoznać się przy okazji „Avengers: Impas” czy „Fantastyczna Czwórka: Koniec” ( gdzie napisał nawet scenariusz ). Współtworzył on ze swoim imiennikiem Alanem Moore’m również „Captain Britain: The Crooked World”, które zostało nam w polskiej edycji WKKM barbarzyńsko wycięte ( no nie przeboleję tego… ). Rysownik łączy w swych dziełach nutkę starej szkoły i nowsze trendy. Duże, całostronnicowe kadry wychodzą mu plakatowo- billboardowo. Nawet zbiorowe, bitewne rysunki gdzie oręż splata się z orężem, a jeden bije drugiego nie powodują uczucia konfuzji. No chyba, że z wrażenia szczegółowości i dokładności rysunku Davisa. :)

Podsumowanie: Komis dla fanów trojga głównych bohaterów, ale tez dla ludzi ceniących cięte dialogi, piękne rysunki i dobrą, niebanalną akcję. Śmiało można wręcz powiedzieć, że Bendis pokonał samego siebie. „Pierwsi Avengers” są bardziej poczytni i po prostu lepsi niż „Oblężenie” na którego wydarzeniach jest ono oparte. Rysunki Davisa zaś są bez zarzutu- po prostu solidna, artystyczna robota. :)

PS: Marvel stanowczo zaniedbuje swoje postaci. W DC występuje takie zjawisko jak Trójca- Batman, Superman i Wonder Woman. Pierwszoszeregowe postaci wydawnictwa od których wiele się zaczęło i które nie raz ciągnęły je do przodu. W Marvelu jest podobnie. Z tą różnicą, że Thor, Kapitan Ameryka i Iron Man nikną pod ciężarem całej grupy Avengers, w której składzie nie zawsze były tak wspaniałe postaci jak oni, bądź nikną pod cieniem solowych main eventerów jak Spider- Man lub Daredevil czy grupy X- Men. Co jest dużym błędem, gdyż bohaterów tych analogicznie można postawić w opozycji do Trójcy DC. Cap/ Superman- pozytywni bohaterowie tłumów, herosi których można dawać młodzieży za przykład, Iron Man/ Batman- główna moc- gotówka i intelekt, obaj nie pozbawieni wad, ale spajający nie jeden raz Avngers/ Ligę Sprawiedliwości. Thor/ Wonder Woman- obecnie są nawet tej samej płci ( :( ). Ja jednak pamiętam starego dobrego Thora który nie był kobietą. Oboje związany silnie z mitologią. Oboje potrafiący dać równie mitycznym co oni stworom w szczękę. Oboje z jedynym w swoim rodzaju i potężnym orężem. I o dość archaicznym pojmowaniu świata, że o wysławianiu się nie wspomnę.

Nic więc nie stoi na przeszkodzie, aby Marvel nieco bardziej wyeksponował ( jak w tym komiksie ) te trzy postaci. Oczywiście po przywróceniu im dawnych tożsamości, bo teraz to… Ech…

Dr Oz

#141. – WKKM #67 – Stan Lee, Jack Kirby, Steve Ditko, Don Heck, Larry Lieber- „Początki Marvela: Lata 60″

Standardowy

Wielka Kolekcja Komiksów Marvela nie tylko ma na celu przybliżyć najlepsze historie wydawnictwa, lecz przede wszystkim ukazać te historyczne. W drugim rzucie WKKM będzie ich nieco więcej, a bez wątpienia jednym z najważniejszych tomów jest sześćdziesiąty siódmy. Opowiadający nie tyle co spójną historię, a początki najważniejszych herosów mających swe genezy w kwiecistych latach 60. To wtedy właśnie narodził się Spider- Man, F4, X- Men, Avengers i kilka innych sztandarowych dzieci Marvela.

W chwili debiutu jednak nie wszyscy mieli swój osobny tytuł. I tak Spider- Man debiutował w piętnastym numerze „Amazing Fantasy”, Iron Man w trzydziestym dziewiątym „Tales od Suspense”, zaś Hank Pym w „Tales of Astonish” oznaczonym numerem 27, by stać się Ant-Manem w  44 zeszycie tegoż tytułu.  Jednak niektórzy od razu zaprezentowali się światu pod swoimi szyldami. A jedna grupa szczególnie podbiła na lata serca czytelników- dziś już niemal praktycznie nieistniejąca Fantastic Four.

Dla kogoś znającego bohaterów w sposób w jaki są przedstawiani obecnie ich zachowanie i wypowiadane kwestie mogą się wydawać teatralno – komiczne. Czy to w zachowaniu Parkera, który jeszcze nie zaznał pełni goryczy, czy w przypadku członków Fantastycznej Czwórki. Sue nie będąca jeszcze żoną Reeda, Torch będący właściwie nastolatkiem i sfrustrowany Thing nie mogący znaleźć odpowiedniej garderoby na swą kamienną posturę.

Inaczej też wyglądają przeciwnicy. Bez zrozumienia początków historii Marvela ciężko będzie pojąć czemu Namor zachowuje się jakby w jego siedzibie było za duże ciśnienie wody, Magneto zaś jest szablonowym superzłoczyńcą chcącym zrobić coś ZŁEGO ( koniecznie zaś homo sapiens ), a głównym przeciwnikiem Ant- Mana i Wasp jest stwór z planety Kosmos. Urocza nazwa swoją drogą. Oprócz tego widać odbicie rzeczywistości w historii o Iron Manie ( zły Wong Chu w Wietnamie ) czy sowiecki szpieg Igor. I takie ananaski jak Hulk w cyrku czy Iceman- bałwan.

Opowieści te każdy zna. Nawet osoba nieobeznana z komiksową wersją przygód herosów Marvela wie, że Parkera dziabnął radioaktywny pająk i że przez jego zadufanie zginął wujek Ben. Że Bruce Banner został napromieniowany przez bombę gamma i stał się Hulkiem. Że Stark był w niewoli w której stworzył prototyp swej zbroi. Wiedzieć, a znać to jednak co innego. Mimo charakterystycznej narracji tamtych lat komiks czyta się z zapartym tchem, wiedząc, iż ma się pod ręką opowieści które położyły solidne cegły w budowli zwanej popkulturą.

Rysunki ? Jack „The King” Kirby, Don Heck czy Bill Everett to wystarczające rekomendacje. Bez komputerów i zaawansowanych technik graficznych. Po prostu czysty, fachowy warsztat i niebanalne jak na tamte czasy pomysły. Co prawda stroje Daredevila czy Iron Mana uległy zmianom, lecz kultowy kostium Parkera jest nieśmiertelny. Artyści ci inspirowali i inspirują wielu ich następców lata później. Właściwie to komiksy sprzed kilkudziesięciu lat momentami biją na głowę obecne. Mają taki ikoniczny klimat. Kultowy i nostalgiczny.

Czytając to dzieło nachodzi mnie pewna refleksja. Jakim cudem F4, będące legendą obecnie jest jej cieniem ? Spider- Man zaś został odsunięty na bok na rzecz średnio interesującego Pajęczaka z Ultimate, zaś sami Avengers nie mają bodajże w swym składzie ani jednego oryginalnego członka  ( chyba, że ich substytuty ) ? Zmiany są zrozumiałe, lecz pewna tradycja powinna być podtrzymana.

Podsumowanie: Komiks który trzeba mieć i znać. Po pierwsze: rzadko zdarza się okazją nabycia oryginalnych originów postaci w jednym zbiorczym wydaniu. Po drugie: Warto poczuć coś naprawdę ponadczasowego. Historie w tym komiksie to pierwsze kroki postaci które zmieniły i tworzą to medium po dziś dzień. Przypominane i powielane w wielu retrospekcjach, często również modyfikowane i uwspółcześniane ( patrz „Iron Man: Extremis”) stanowią ważny element komiksowego medium, mimo faktu, że Stan Lee nie jest tak dobrym scenarzystą jak Alan Moore czy Frank Miller. „The Man” bowiem to postać o nietuzinkowej osobowości i nawet w swym słusznym wieku potrafi pokazać się w filmach ze swoimi herosami i zrobić to w sobie tylko znanym stylu. Więc… Excelcior !!! :)

 

#103. – WKKM #60 – Brian Michael Bendis, Oliver Coipel – „Oblężenie”

Standardowy

10981742_371476956371748_9018106887387867496_n

I tym oto tomem kończy się pierwsza część Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Zagadką jednak pozostaje dalszy jej wygląd. Czy Hachette Polska znowu pójdzie na łatwiznę i skopiuje wszystko od Czechów ? Czy wyda „Kapitana Brytanię’ od Moore’a i kilka innych ciekawych tytułów ? Mniejsza o dalsze niuanse wydawnicze. Czas na „Oblężenie” :) .

W WKKM #8 Thor sprowadził nad Oklahomę swe królestwo Asgard. Lewituje ono kilkadziesiąt metrów nad ziemią co wygląda naprawdę monumentalnie i władcą jego jest król Balder ? Czemu właśnie on ? Ano dlatego, że  wyniku knowań Lokiego Gromowładny zostaje wyrzucony ze swej ojczyzny. Warto również dodać, że w międzyczasie Norman Osborn został szefem H.A.M.M.E.R. , czyli S.H.I.E.L.D. w wersji bardziej skorumpowanej, zdegenerowanej i ogólnie rzecz biorąc – bardziej badassowej. O czym świadczyć może znakomity skład Avengers- Sentry, Ares, Iron Patriot ( warto zaznaczyć, że nie mam tu na myśli przemalowanego War Machine’a, a Osborna w zbroi Iron Mana w ulubionych barwach Kapitana Ameryki ), Hawkeye ( Bullseye), Mrs Marvel ( Moonstone), Spider- Man ( Venom/Mac Gargan) oraz Wolverine ( Daken, syn Logana). Jak więc widać część z nich to poprzebierani Thunderbolts. Osbornowi któremu zaczyna ciążyć na dekiel coraz bardziej przychodzi na myśl wojną z nordyckimi bogami. Jednak nie zauważa, że w tym czasie nadwątlona pozycja herosów zdążyła się odbudować. Jak widać na okładce- niegdysiejszy Green Goblin będzie miał do czynienia ze śmietanką dawnego składu Mścicieli, a i Nick Fury nie dał próżnować swoim młodzikom z Young Avengers. Pierwsze skrzypce gra tu jednak Sentry. To co wyczyniał w „Wielkiej Wojnie Hulka” to nic  porównaniu z tym co dzieje się tutaj. Potężny heros bowiem traci zmysły do reszty, a konsekwencje jego czynów są bolesne nawet dla bogów.

6e27210bbb80f53acd51c19bdbf33bc9

Główną historię poprzedza zeszyt kreski Michaela Larka który opowiada nieco o planach dotyczących Asgardu, a nieco o wewnętrznych relacjach w kółku wzajemnej adoracji Osborna. Norman przekonuje się, że przemalowana zbroja Iron Mana i wysokie stanowisko nie robią wrażenia na kimś takim jak Doom.

Za oprawę wizualną odpowiada znany już z innych tomów WKKM Oliver Coipel. Francuski rysownik w „Oblężeniu” pokazuje na co go stać. Przepiękne, ogromne kadry z efektownymi rysunkami ( zazwyczaj również destruktywnymi treściowo… ) czy sceny grupowych walk plus znakomite kolory przyciągają uwagę i same w sobie mogłyby być materiałem na okładki. Zaś to w jaki sposób przedstawił Sentry’ego… Kto by pomyślał, że nawet sam Thor będzie wyglądał przy nim słabo i nieporadnie.

Podsumowanie: „Oblężenie” jest pewnym końcem okresu w którym herosi Marvela dostają na każdym kroku łupnia. Od pamiętnego „Upadku Avengers”, poprzez „Ród M”, „Wojnę Domową”, „Wielką Wojnę Hulka”, „Tajną Inwazję”, po czasy Dark Avengers. Gdybym był złośliwy powiedziałbym, że największym ich przeciwnikiem był Bendis, ale gdyby nie on mielibyśmy kolejne historyjki o nudnych przeciwnikach z kosmosu. Tom sześćdziesiąty Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela jest idealnym zakończeniem pierwszej części tej serii. Historia dynamiczna, a jednocześnie nie będąca tylko prostą akcją z wybuchami i trykotami. Bendis to naprawdę mistrz w prowadzeniu narracji wieloosobowej.

Ocena: 8,5/10

siege2-final-page

#71. – WKKM #53 – Robert Rodi, Michael Choi – „Astonishing Thor”

Standardowy

10822429_744509022263799_722985660_n

Ostatni już „zamiennik” z czterech które w polskiej ( i czeskiej ) edycji WKKM zastąpiły takie tytuły jak „Avengers Forever” czy Kapitana Brytanię od Alana Moore’a. Czy był to dobry wybór wydawnictwa Hachette ? Na wielu portalach komiks ten jest rozjeżdżany negatywnymi opiniami. Czy komiks jest aż tak tragiczny, że nawet „Tajne Wojny’ i „Marvel Zombies” stoją wyżej ?

„Astonishing Thor” ukazuje solowe działania Thora. Na tyle solowe, że nie pojawia się ani na moment żaden inny heros, co jest leciuchną wadą, bo każde dziecko wie, że lepsi od jednego trykociarza, są dwaj trykociarze. . Żyjąca planeta Ego zbliża się do Układu Słonecznego powodując na Ziemi kataklizmy. Jak to bywa ukazany jest tylko ukochany przez wielkie robale/ mutanty/ zombie/ smoki/ roboty Nowy York gdzie Thor zamiata Mjollnirem aby uciszyć nawałnicę. Blondas domyśla się jednak, że to nie ot taki ciepły, letni deszczyk z pieprzem, lecz przyczyna pochodzi nie z tego świata.

I to bardzo nie z tego świata. Bo oto Ego- inteligentna planeta ( Zonama Sekot sama przychodzi mi na myśl ) zmierza prędziuśko w stronę Układu Słonecznego. Po jaką cholerę ? To właśnie próbuje rozwikłać Gromowładny. Krótka konwersacja z żywym globem i spotkanie z Nieznajomym ( kolejna megakosmiczniesilna postać z Marvela ) nie kończy się wypiciem kilku kielichów miodu, zaś pojawienie się dawnej miłości Thora wcale nie zwiastuje tego co na co zazwyczaj liczą mężczyźni po napojeniu kobiety tymże właśnie miodem…

W komiksie pojawia się Kolekcjoner. Postać ciekawa, znana szerzej ze „Strażników Galaktyki”, jednak tutaj zachowuje się jak dziad któremu ktoś wlazł na podwórze w celu zgarnięcia kilku kurek.  W rezultacie jego działań Blondas poznaje braciszka Ego- Alter Ego. Planetę która fizjonomią ( geografią, topografią … ? ) przypomina niejakiego Żółtego Drania.  Wy wyniku kilku niefortunnych poczynań Ego i Alter Ego żrą się między sobą ( niemal dosłownie ).

Mimo lichości scenariusza, który swą krócizną spłyca cały wątek do relacji Planeta vs Planeta, tom 53 jest zjadliwy, choć daleko zaklasyfikowałbym go do drugiej ligi z WKKM. Rodi oddał spory ukłon w stronę legendarnych twórców Thora- Stana Lee i Jacka Kirby’ego. Jednak nieco bardziej rozbudowana fabuła mogłaby odebrać argument krytykantom, iż komiks ma absurdalną i niedorzeczną fabułę. Ktoś kto nie jest wielkim fanem Thora i SF nie strawi tego komiksu. Bo wyobraźmy sobie, że opowiadamy fabułę takiej „Wojny Domowej”. Randomowy przechodzień powie skinie głową z aprobatą. A teraz opowiadamy „Asnonishing Thora”

- No wiesz Thor próbuje dowiedzieć się czemu na Ziemi wali i grzmi i okazuje się, że to przez dwie żyjące planety które walczą ze sobą… No nie jest źle… Hej gdzie uciekasz ?

I o to chodzi. Idea walki dwóch bytów astronomicznych może byłaby bardziej przyswajalna gdyby nie była podana w wersji instant i o makabrycznie spłyconej i uogólnionej fabule.

astonishing_thor_2@6_fl

 

Najmocniejsza strona komiksu-rysunki. Choi ukazał naprawdę kosmiczne widoki , zaś zwaśnione planety prezentują swe kontynentalne lica naprawdę  realistycznie. Ich mimika to po prostu majstersztyk. Warto zwrócić uwagę na właśnie ów realizm- Thor nie jest nieforemny jak u JRJR i nie ma szczęki jak do łupania orzechów kokosowych jak u Coipela ( choć nie ujmuję obu znamienitym rysownikom ! )- prezentuje się po prostu jak napakowany nordyk w czerwonej pelerynie. I to chodzi :) Kolejnym plusem strony graficznej są tła. Rozjarzony milionami gwiazd kosmos zapiera dech w piersiach, a postaci unoszące się w czarnej pustce wyglądają jeszcze bardziej majestatycznie.

Podsumowanie: Nie jest to działo wybitne. Nie dorównuje runowi Simonsona czy nawet „Thorowi: Odrodzenie” Straczyńskiego. Nie jest też gniotem jak opisują go rzesze internautów. Historia nieco surrealistyczno- kosmiczna, krótka i bez większych konsekwencji dla reszty uniwersum Marvela. Lecz wystarczy przeczytać wypowiedzi autora na temat swego dział, by wiedzieć czemu tak jest. Na moją dość wysoką notę wpłynęły rysunki, oraz fakt, że wszelki sajfaj, im bardziej oderwany od logiki, tym lepszy w moim chorym mniemaniu.

Ocena: 7/10

Astonishing_Thor_Vol_1_4_Textless

#41. – WKKM #8 – J. Michael Straczyński, Oliver Coipel – „Thor: Odrodzenie”

Standardowy

522701_121280334724746_475562556_n

 

Thor tym razem już po Ragnaroku do którego doprowadził Loki. Koniec wszechrzeczy okazał się jednak dziełem tajemniczych, potężnych istot zwanych Tymi, Którzy Zasiadają Na Górze Wśród Cieni. Uwięzili oni mieszkańców w niekończącym się cyklu zagłady i odrodzenia. Gromowładny poświęcając swe życie przerwać to błędne koło  po czym niczym jego ojciec Odyn zapadł w sen bogów.

Jednak Thor powrócił. I to jako Donald Blake. Autor nie tylko tym zadziwił. Thor sprowadza bowiem Asgard nad Midgard, do tego bezczelnie kpiąc sobie z prawa. Blondas przywraca do życia swoich poddanych. Odwiedza w tym celu Nowy Orlean świeżo po huraganie, oraz Afrykę targaną wojnami plemiennymi. W Luizjanie spotyka się z Iron Manem. Jest to okres pod „Wojnie Domowej”. Po tym jak Thor dowiedział się o swojej kopii i wykorzystaniu jej przeciw Capowi i jego zwolennikom nie ma ochoty napić się miodu ze starym druhem. Wprost przeciwnie… Pojawia się również inny stary znajomy, zaś w Afryce aż trzech :) Świetnie jest ukazane zderzenie kulturowe pomiędzy mieszkańcami małego miasteczka w Oklahomie, a Asgardczykami.

Rysunki Coipela jak przystało na tego francuskiego rysownika są bardzo dobre. Dobrze ujął on różnice, ale też i podobieństwo pomiędzy Blake’m, a Thorem. Bóg burz nie tylko ma większą posturę, ale też jego rysy twarzy są bardziej wyciosane i twarde. Jednocześnie wprawne oko uchwyci te same cechy i chudego lekarza z kosturem w ręce, co u napakowanego i wielkiego jak góra Thora z Mjollnirem w łapie. Warte uwagi są początkowe kadry. Coś mistrzowskiego.

4be80700edc15

Tradycyjnie jak bywa to z Thorem w WKKM… Brak, kurcze pieczone, zakończenia. Historia pozostawia lekki niedosyt, jednak jest na tyle „pełna” iż można to wybaczyć. Wydawcy nie pojechali na szczęście po bandzie jak w „W poszukiwaniu bogów”

Podsumowanie: Komiks ma swoją moc. Thor nie jest tu gadającym szekspirowskie monologi bydlakiem z młotem, ale zatroskanym o swój lud obrońcą pragnącym odbudować swoje królestwo. Jeśli chodzi o dojrzałość treści i scenariusz ten komiks jest niewątpliwie najlepszym z Thorów z WKKM. Nie ma w sobie nawiązań do legend jak „Ostatni Wiking”, jednak byłyby one zbędne w tej historii.

Ocena: 8/ 10

tumblr_lel4uhY7kx1qz4zhao5_500