#229. – Jeph Loeb, Ed McGuinness, Dexter Vines – „Superman/Batman: Wrogowie Publiczni”

Standardowy

Historie narracyjnie budowane na zasadzie dwóch przeciwieństw są niezwykle poczytne i łatwe w odbiorze. Co nie umniejsza ich walorów, tym bardziej jeśli tymi dwoma przeciwstawnymi bohaterami są Superman i Batman. Ostatni Syn Kryptona i Zamaskowany Krzyżowiec to dwie naczelne postaci DC, a wsadzenie ich w jedną ich w jedną opowieść gwarantuje nie tylko wartką akcję, ale i porządną fabułę. Nadmienię jedynie, że panującym prezydentem USA jest Lex Luthor, a co za tym idzie Liga Sprawiedliwości nie jest zbytnio suwerenna, a już na pewno nie ma w swoim składzie nikogo z Kryptona. 

Tytuł tej historii powinien brzmieć „Superman/Batman vs reszta świata”. Kal- el i Wayne mają bowiem przeciw sobie cały legion postaci złych i dobrych z uniwersum DC. Od hord złoczyńców, poprzez Shazama i Hawkmana, aż po Ligę Sprawiedliwości. Ci ostatni oczywiście na smyczy prezydenta Luthora, ale w składzie znajdą się dawni współtowarzysze obu panów jak Green Lantern/ John Stewart, Black Lightening czy Power Girl. Ciekawsze są jednak  postaci takie jak moralnie rozdarty pomiędzy wiernością do władzy, a sztubackim uwielbieniem Supermana Captain Atom i oszołomiasty trep Major Force. Ale cóż znaczą tabuny wrogiej masy przeciw zjednoczonym siłom Supka i Gacka ? 

Loeb niesamowicie podkreśla różnice pomiędzy sposobem bycia i myślenia obrońców Gotham i Metropolis. Sam wstęp pokazuje oba te zjawiska wyśmienicie. Niby są jakieś podobieństwa, ale mentalnie panowie są naprawdę odlegli. Farmerska i uczciwa do bólu natura Supermana wręcz przyprawia o zawrót głowy w porównaniu z shopenhaur’ owskim i wesołym jak doom metal spojrzeniem na świat Wayne’ a. Widać to też w działaniu. Clark działa subtelnie jak taran. Batman myśli, analizuje i niemal steruje swoim kompanem z Kryptona. 

Ten ktoś myśli posępnie, że to historyjka tylko o tym jak Superman i Batman biją się z połową świata DC będzie mile zaskoczony. Loeb serwuje bowiem takie delikatesy jak pojawienie się Supermana z przyszłości, debiut nowego Toymana i jego spektakularnego robota- rakiety o epickim wyglądzie Supermana i Batmana oraz zjednoczenie najbliższych współpracowników dwojga bohaterów w szturmie na Biały Dom i prezydenta Luthora.

Wizualnie jest po prostu bezbłędnie. Batalie jakie zmuszeni jest staczać duet i pokaźna liczba postaci to nie jedyne plusy rysunków „Wrogów publicznych”. McGuiness fenomenalnie zgrał się z narracją również i wizualnie odróżniając od siebie głównych bohaterów. Jasne i słoneczne barwy towarzyszące Kal- elowi i pochmurne, mroczne kolory skupione wokół Mrocznego Rycerza tworzą kontrast podpierający rozdzieloną na dwoje fabułę. No i ta dynamika. Wejście popleczników Batmana i Supermana do siedziby amerykańskich prezydentów przypomina początek „X- Men 2″. Tyle, że zamiast Nightcrawlera jest tu spora ilość młodego „S”-ek i nietoperzy.

Podsumowanie: Historię znam co prawda z zeszytówek „Dobrego Komiksu”, ale wydanie zbiorcze cieszy oko i półkę. Egmontowi należy się mimo zebrania historii do kupy mały minus. Liternictwo nie jest tak dobre jak te z „DK” co jest właściwie dość często wadą wydawanych w Polsce zagranicznych komiksów. Wracając natomiast do samego komiksu. Zrobił on na mnie ogromne wrażenie i stawiam go jako modelowy przykład narracji- przekładańca. Dwie odmienne, lecz zjednoczone postaci. Wspólny cel i problemy, ale też inne na nie spojrzenie. Loeb to scenarzysta wszechstronny. Mroczna detektywistyczna powieść jak „Długie Halloween” czy sentymentalna seria kolorowa Marvela to nie problem dla tego weterana komiksu. Również seria „Superman/ Batman” w jego wykonaniu to coś co trzeba znać.

#219. – „Batman v Superman: Świat sprawiedliwości” (2016)

Standardowy

Co jest gwarantem sprzedaży horrendalnej ilości biletów i ogólnego zainteresowania filmem ? Nazwiska twórców i aktorów ? Zarys fabuły ? To istotne elementy, ale nie tak istotne jak zapowiedzi i kampania promocyjna. A filmowy pojedynek Mrocznego Rycerza i Człowieka Ze Stali promocję miał nielichą. Same trailery miały w sobie ogromny magnetyzm przyciągający zarówno fanów komiksów, jak i widzów spragnionych kina superbohaterskiego bez lekkości jaką charakteryzują się adaptacje dzieł Marvela. No i trzeba przyznać, że informacje i plotki na temat filmu były dystrybuowane bardzo sprytnie, a fani sami wszystko rozkręcali.

Akcja dzieje się dwa lata po „Człowieku Ze Stali”. Superman ma spore poparcie społeczne, zakrawające nawet o kult. Tymczasem w cieniu czają się jego przeciwnicy. Odwieczny arcywróg Clarka Lex Luthor i wiecznie nieufny i podejrzliwy jak zazdrosna żona Bruce Wayne. Pierwszy ma wiadome motywacje, a tutaj po troszku jest nieco mocniej stuknięty. Drugi dostrzega, że Supermanowi daleko do boga za jakiego coraz częściej jest brany. Na dodatek obaj wiedzą, że jeden wie coś, czego nie wie drugi. Jest i kryptonit dla którego obaj panowie widzą zgoła inne zastosowanie. Choć oba te spojrzenia mają dać w loczek Ostatniemu Synowi Kryptona.

Co nieco o Trójcy. Henry’ ego Cavilla widz miał okazję poznać. To dobry Superman, szczególnie Superman początkujący. Wonder Woman to na szczęście nie kopia z komiksu. Na kadrach Amazonka to bojowa herod- baba o aż nadto pomnikowych kształtach i nienaturalnie nieskazitelnej urodzie. Wybór Gal Gadot nieco złamał ten stereotyp. Izraelska aktorka jest dużo drobniejsza od komiksowego wzoru, a dużo młodsze rysy sprawiają, że nie jest to kolejna seksbomba w trykocie. Poza tym WW to nie tylko supersilna heroina, ale ktoś kto potrafi okpić samego Bruce’ a Wayne’ a. No i Ben Affleck. Niegdysiejszy Daredevil z zarośniętą nieco gębą i siwizną również niesie powiew w filmowy szablon Batmana. Dotąd każdy aktor ( może nieco mniej Bale ) był typem playboy’ a i pięknisia. Affleck potrafi odnaleźć się w takiej roli, ale jego Batman jest dużo bardziej ponury i sprawiający wrażenie nie do końca normalnego. Relacja na linii Batman i Superman jest nieco absurdalna. Ich konflikt jest irracjonalny. Panowie nie lubią się i rozwalają sobą ściany ot tak. Bo Kent nie pochwala brutalnych praktyk Batmana. Bo Wayne przeciwny jest nietykalności i postrzeganiu Supermana jako mesjasza w czerwonej pelerynie. Bo tak. A wszystko jeszcze bardziej nakręca Luthor. 

Kto stworzył więc najlepszą kreację w filmie ? Pomnikowy Cavill jako Superman ? Egzotyczna Gal Gadot odtwarzająca Wonder Woman ? Czy posępny i Ben Affleck/ Batman ? Otóż żaden z powyższych. Trójcę przesłonił skromny Alfred Pennyworth. Jeremy Irons wcielający się w rolę sługi/ opiekuna Bruce’ a Wayne’ a stworzył tę postać całkowicie od nowa. Nie jest to łysiejący elegancik z wąsikiem, ani czerstwy weteran z „Batman: Ziemia Jeden”. Łączy on elementy obydwu- ojcowską troskę klasycznego Penny’ ego i hardość tego z „Earth One”.  A jeśli jest światło, jest i ciemność. Najciemniejszą stroną filmu nie jednak batalia Kal- ela i Wayne’ a, ani ostateczna bitka z Doomsday’ em, a postać Lois Lane Nie chodzi tu o techniczne aspekty. Amy Adams nie jest dukającym słowa beztalenciem, ani też nie jest pozbawiona charakteru. Twórcy filmu zapewne pomylili postać Lois Lane z inną dziennikarką z uniwersum DC- Vicky Vale. Partnerka Kal- el’ a była, no cóż, po prostu inna. 

Lex Luthor. Tak odmienny od tego którego można spotkać w komiksie. Jest paranoikiem, jest geniuszem i ma manię wielkości. Długowłosy i dziwaczny młodziak różni się znacznie od również nieco kopniętego, ale wyważonego i wyrafinowanego łysola zarządzającego firmą mogącą konkurować z samym Wayne’ m.  Jest to dość ciekawe i nowe spojrzenie na tę postać. Jesse Eisenberg zagrał go nieźle. Rozbiegany, ekstrawertczny, nadpobudliwy Luthor w jego wykonaniu nie wydaje się być groźny dla dwóch czołowych herosów DC. Skutki jego akcji będą jednak miał odbicie w wielu filmach. Dzwony biją- jak sam mówił.

Zack Snyder wyraźnie lubi Franka Millera i jego „Rok Pierwszy” oraz „Powrót Mrocznego Rycerza”. Liczne odwołania, cytaty i sama walka Supka i Nietoperza są inspirowane jego dziełami. Nawet ktoś mało spostrzegawczy ujrzy dobitne podobieństwo między pancerzami Batmana w walce z Kal- el’em i przyjęcie na klatę przez tego drugiego wybuchu atomówki. Ale Snyder nieco zapędził się w inspiracji komiksami. Wiadomym faktem jest, że filmowe uniwersum DC musi sporo nadrobić do Marvela który powoli szykuje się do trzeciej fazy swoich kinowych adaptacji. Dlatego też umieszczenie w filmie całej Trójcy, dlatego wspominki i nadchodzącym, wielkokalibrowym przeciwniku, dlatego też pojawienie się chwilowe innych, przyszłych członków JL. To zrozumiałe. Ale dlaczegóż, ach dlaczegóż wpleciono tam wątki z „Flashpoint” czy nawet „Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach” ?

Film z pozoru jest blockbusterem. Dużo wybuchów, specyficznego światła i kolorów, określonych zagrywek które wydają się być już charakterystyczne dla tego poniekąd gatunku. Dlatego jest widowiskowość walk, nieco patetyczne i proste motywacje bohaterów, . I dlatego też jest genialna wręcz scena z pierwszym zjednoczeniem Trójcy czy sceny walk. Aczkolwiek Snyderowi zachciało się wyjść nieco poza wielkoformatowe filmidło i pokazał odrobinę głębi.Sęk teraz w tym, że pomieszał on poważną tematykę z ładnymi widoczkami. Pokazanie początków niechęci Wayne’ a do Supermana kontrastuje z finałem ich walki. Swoją drogą- zbieżność która łączy dwóch naczelnych herosów DC zauważyłem już dawno, dawno temu. Aż dziw, że ktoś dopiero teraz wykorzystał ją w tak kluczowy, choć i nieco naiwny, sposób.

Nie rozumiem dlaczego na siłę wciśnięto origin Batmana. Każdy go zna. Każdy wie, że Thomas i Martha Wayne zginęli na Park Row i tak narodził się Batman. I takowe przypomnienie w filmie poświęconym genezie Ligi Sprawiedliwości, nie zaś samemu Gackowi, jest zapychaczem nawet jeśli zostało zrealizowane i ukazane w najlepszy dotąd sposób. Pytanie więc- czy owo wydarzenie zostanie ponownie ukazane w dziele poświęconym Batmanowi czy zostanie zaledwie wspomniane ?

Oprócz Trójcy widz ma okazję zobaczyć, jak wspominałem, innych członków Ligi. Formy krótkich, niby przypadkowych filmów z różnorakich źródeł są wiarygodnym przedstawieniem reszty składu i widz nie musi się martwić, że Flash czy Aquaman nagle przyjdą z pomocą. Choć były takie dwa momenty…

Podsumowanie: Dzieło to przebija filmy z Mścicielami i śmiało może stanąć w szranki z „Strażnikami Galaktyki” i „Iron Manem”. Zacka Snydera wolę jako dosłownego ekranizatora, jak miało to w przypadku „Watchmen”, ale reżyser i tak potrafi solidnie oprzeć swój film na pierwowzorze. Choć tu bywa bardzo chaotycznie i nie mogę pozbyć się wrażenia, iż twórca nieco się zapędził. Plusem jest natomiast to, że postaci głównych bohaterów są dość świeże, a jednocześnie nie nazbyt rewolucyjne. Film ten będzie stanowił twardy orzech do zgryzienia dla Marvela, gdyż trzecia część „Kapitana Ameryki” z podtytułem „Wojna Domowa” ma się nijak do komiksu. Do czego zresztą Marvel już widza przyzwyczaił. Ostatecznie „Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości” to dobry film na podbudowę reszty serii. Choć liczę na coś więcej po poszerzeniu składu.

#216. – Scott Snyder, Jim Lee, Scott Williams, Dustin Nguyen, Alex Sinclair – „Superman: Wyzwolony”

Standardowy

 Snyder z przytupem zaczął swój run w New 52! z Batmanem. Brawurowy „Trybunał Sów”, nowatorskie i zarazem oddające cześć wielkim dziełom historie „Śmierć Rodziny” i „Rok Zerowy”  czy mające wyjść na polskim rynku „Endgame” to tematy gorących dyskusji wśród komiksowej braci. Tym razem Snyder na chwilę wziął pod swe pióro Supermana. Postać nieco kontrastową do Mrocznego Rycerza, ale z równie wielkim dziedzictwem. Rysownikiem też jest nie byle kto bo sam Jim Lee. Lecz czy „Superman: Unchained” to hit na miarę jego twórców ?

W 1938 w obliczu wojny Amerykanie wysłali prośbę o pomoc w kosmos. Rok 1945 zaś był rokiem detonacji pierwszej bomby atomowej i dokonali tego właśnie Jankesi. Druga z nich- zrzucona na Nagasaki nie była już taka jak poprzednia. I tak- miało to związek z apelem sprzed kilku lat. Ale żeby być na bieżąco. Supermana widzimy w jednej z jego niemal codziennych misji. Kal- el e jej czasie nawija o swym dzieciństwie. Czyli pokrótce- nie są to posępne monologi Batmana, a nieco wiejące nostalgią i wiejską tęsknotą wspomnienia które ukazują jakim prostym kolesiem jest Człowiek Ze Stali. Tym razem Supek ratuje spadające na naszą nieszczęsną planetę satelity. Dla niego to betka, ale przecież kosmiczne instalacje nie spadają ot tak prawda ? Problemy mnożą się i mnożą, coraz bardziej doprowadzając wszystko do ciekawej konfrontacji.

Co jeśli na Ziemi jest ktoś o mocach działających na podobnej zasadzie co te supermanowskie, ale dużo bardziej doświadczony, silniejszy i na dodatek cieszący się poparciem rządu ? I to nie w tak szlachetny sposób jak w przypadku kolegi z tarczą z konkurencyjnego wydawnictwa, ale nieco gorzej. Bo będąc na służbie pod samym generałem Lane’ em. Skądinąd nieformalnym i nieco niedoszłym teściem Supermana. Wspomniałem już o wiadomości wysłanej w przestrzeń kosmiczną. Odpowiedzią nie był Kal- el, a owe tajemnicze indywiduum które z założenia ma pełnić rolę ewentualnego egzekutora Ostatniego Syna Kryptona. Postać ta nazywa się Wraith. Nie jest to dosłowne tłumaczenie, a skrót od William Rudolph’ s Ace In The Hole ( bo ów Rudolph odpowiada za sprowadzenie i zwerbowanie kosmity ) i nie ma ( na szczęście ) nic wspólnego z jednym z mniej zacnych przeciwników Batmana. Z gęby wygląda tak, jakby jego mamuśka kumała się z Darkseidem, zaś w pewnym momencie najeża się niczym sam Doomsday. Myślę, że to celowa zagrywka autorów. Takie małe puszczenie oka w stronę czytelnika.

W zderzeniu tych dwóch postaci najciekawsze nie są ich potyczki, ale podobieństwa i relacje. Wraith i Superman na dobrą sprawę mają ze sobą sporo wspólnego, a ten pierwszy mógłby być mentorem dla Kal- ela. Sam Clark nie został ukazany przez Snydera szablonowo. Nie jest pomnikową postacią, a człowiekiem który zdaje sobie sprawę, że nie zawsze to on jest tym niepokonanym. Twórcy „Amerykańskiego Wampira” udało się uczłowieczyć przybysza z Kryptona. Zachował jego ikoniczność, ale odjął całą tą męczącą frajerszczyznę i infantylizm. Wracając jednak do Wraitha. Kosmita ten to tak naprawdę swój chłop. Może i przyłoży Supermanowi, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, iż to pozytywny bohater. Na co znalazłem zresztą później potwierdzenie.

Co by tu napisać o Jim’ ie Lee i pracy jaką wykonał w tym tomie ? Że jest świetna i trzyma wysoki poziom do jakiego przyzwyczaił nas rysownik ? Że umiejętnie ukazał nadludzkość zarówno Kal- ela, jak i jego oponenta/ sojusznika ? Że Lee ujął idealnie ogromną widowiskowość i skalę działań i nie pozbawił czytelnika rysunków które pozostaną na długo w jego pamięci ? Jak choćby ten poniżej. Superman w pełnym rynsztunku. Siła w pełnej okazałości.

Ale nie zapominajmy, że oprócz Jima Lee jest tu ktoś taki jak Dustin Nguyen. Twórca ten odpowiada za retrospekcje z młodzieńczych lat Kal- ela, gdy ten dopiero odkrywał swe zdolności. Ale też ukazywała się jego dobroduszność i poczciwość. Jeżeli poczciwym można nazwać kogoś niemal niezniszczalnego. 

Pojawiają się też Batman i Wonder Woman. Snyder trzymał ich na dystans, dzięki czemu nie było szablonu „pomocy przyjaciół w ostatniej chwili”, ani usilnego wciśnięcia całej Trójcy w jeden komiks. Ot są sobie i tyle. Lecz nie znaczy to, że są postaciami całkowitego tła. Specjalny kostium Batmana ukazujący ponownie jego paranoję na punkcie Supermana która mogłaby konkurować tylko z fiziem Luthora robi wrażenie. A skoro mowa o Luthorze. Arcyprzeciwnik Supka dodaje swoje bardzo cenne pięć groszy. Irytował mnie natomiast generał Lane. Klasyczny model trepa bez wyobraźni. Ktoś kto z wypiłby tysiące hektolitrów napojów wyskokowych z bardzo podobnym zresztą wojskowym z konkurencji- generałem Ross’ em/ Red Hulkiem. Obaj są zazdrośni o swe córki, a swych niedoszłych zięciów zapakowali by za kratki.

Podsumowanie: Po Snyderze oczekiwałem czegoś innego w przedstawieniu postaci Ostatniego Syna Kryptona. I to właśnie dostałem. Co prawda bohaterów o bliźniaczych zdolnościach, a nawet przewyższających go mocą było kilku, ale tylko ten porzucił swą drogę, by podążyć drogą Supermana. Supermana który był wyraźnie słabszy, w swoim światopoglądzie nieco naiwny i nie ma wsparcia Wujka Sama. Ale który jest też ucieleśnieniem szlachetnych ideałów. Prostym, wiejskim chłopakiem który ma dużą moc. Scott Snyder i Jim Lee wraz z innymi stworzyli dzieło które wyrywa Supermana ze stuporu w jaki ma skłonność popadać. Nie jest to rewolta na miarę „Czerwonego Syna”, ale ukazuje, że można ukazać Kal- ela i klasycznie, i ciekawie.

Wojny klonów epizod I – Superman kontra reszta świata

Standardowy

Wojny Klonów większości kojarzyć się będą z burzliwym okresem w uniwersum Star Wars pomiędzy „Atakiem Klonów”, a „Zemstą Sith”. Czas ten jest godny uwagi-pełen wielkich bitew, wielkich bohaterów i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Lecz nie o nich będzie tu mowa. Mówione tu będzie o klonach, lecz o klonach herosów. Perfidnych kopiach które żerują na wyobraźni artysty dla zarobienia kilku papierków z mężami stanu USA.  Najbardziej dublowanym trykociarzem jest chyba najbardziej archetypiczny z nich- Superman. Lata, strzela laserami z oczu, jest kuloodporny, a przy tym ma ładny uśmiech i loczek. Że o gatkach na wierzchu nie wspomnę. Nic dziwnego więc, że spora rzesza twórców mniej lub bardziej inspirowała się Kal- el’em i tworzyła swoich superman’ów. A marketingowcy ? Wystarczy lepiej przyjrzeć się wszystkim tym płatkowym, pasto- zębowym, napojowym, witaminowym herosom by ujrzeć w nich spory procent Clarka Kenta.

 W rodzinie

Wydawać by się mogło, że tylko konkurenci bądź podli marketingowcy będą przemalowywać wizerunek Supermana na swoje potrzeby. Nic z tych rzeczy ! DC również ma swoją cegiełkę. Jeden Superman najwidoczniej przynosił zbyt mało dolarków, a więc wrzuciło się jego cechy w tygiel wyobraźni przeróżnych twórców i… oto efekty :

 Shazam 

Czyli Billy Batson. Na dodatek jest on podwójnie skopiowany, gdyż jego inny pseudonim, Captain Marvel, nosiła postać z konkurencji. Shazam jest odporny, lata, ma siłę dorównująca Supermanowi i powiedzmy szczerze- wygląda jak jego zaginiony brat. O ile jednak źródło mocy Kal- el’ a pochodzi ze Słońca i innych przeróżnych czynników, o tyle Batson jest o wiele bardziej powiązany z magią. Siła Heraklesa, gniew Zeusa, szybkość Hermesa, mądrość Salomona, wytrzymałość Atlasa. Poza tym Ostatni Syn Kryptona nawet w swoim fajtłapowatym wydaniu Clarka Kenta ma cały czas krzepę. Shazam musi wypowiedzieć magiczne słowo- właśnie Shazam. WTedy tragia go piorun i zamiast nastolatka pojawia się mięśniak w pelerynce. Kilka razy udało mu się przygrzmocić porządnie w loczek, ale to Supek jest uważany za tego silniejszego. Przy okazji Shazama wspomnieć należy jego nemezis, czyli Black Adama. Dysponuje on identycznymi mocami co Batson, lecz przeszedł na ciemna stronę co widać nawet po kolorze ubranka.

Bizzaro 

I tu akurat występuje prawdziwy klon Supka. Powstały za sprawą Lexa Luthora stwór miał jednak kilka defektów. Pierwszy z nich to defekt mózgu. Bizzaro nie był zbyt lotny myślowo, a jego zdolności werbalne były mniejsze niż te Hulka w czasie kolejnego napadu szału. Posiadał jednak kilka iście supermanowskich zdolności. Siła i fruwanie jak i oryginału, lecz nieco inaczej miały się pozostałe zdolności. Zamiast promieni laserowych buchał promieniami mrożącymi, zaś zamiast lodowego oddechu miał chuch ognisty. I do tego medal na klacie z odwróconą „S-ką”. Klon autorstwa Luthora nie miał też wdzięku swego pierwowzoru, za to wyglądał jakby długo nie wychodził z domu. W międzyczasie pijąc jak ruski sołdat. Taki to właśnie jest ten Bizzaro…

Ultra Man

Zła wersja Supermana i pod pewnymi względami odwrotna. Ultra Man nie był wrażliwy na kryptonit- potrzebował go, by posiadać swe zdolności, jak Kent promieni słonecznych. A skoro mowa o słoneczku- tego Ultra Man nie lubił. Jak sam określił w „Forever Evil” – Słonce go żądliło. O ile Bizzaro czynił zło, częściowo przez swój debilizm, tak ten jegomość był po prostu sukinkotem wprost proporcjonalnie przeciwnym do Supermana. W samym tomie „Wieczne Zło” panowie nie mieli okazji porządnie dać sobie po loczkach, ale myślę, że biorąc pod uwagę ilość promieni słonecznych i ilość kryptonity- Kal- el miałby sporą przewagę.

Icon

Postać ta trafiła na ziemię nieco wcześniej niż Superman, bo w XIX wieku. Przez wszystkie te lata żył niespecjalnie używając swych zdolności, jedynie w pojedynczych wypadkach. Jego ojczyzną jest Terminus, zaś na Ziemi działał jako Augustus Freeman. Żył tak cztery pokolenia. Coś jak sandmanowy Hob . Zdolności niemal identyczne, a na dodatek prawnik sprzyjający grupie Shadow Cabinet.

Konkurencja nie śpi

Pominę wszystkie alternatywne wersje samego Supka jak Superman- komunista z „Red Son” czy czarnoskóry Superman ( nazywany pieszczotliwie Supermanem- obamą ) Calvin Ellis. Podobnie jak w przypadku większości ikonicznych herosów DC naprodukowano ich całkiem sporo, a dywagacja który lepszy mogłaby być materiałem na prace naukową. Teraz czas na konkurencję ! Marvel bowiem cierpi na pewien deficyt herosa w stylu Supermana i stara się wypełnić tą lukę czym się da. Niekiedy jest lepiej, innym razem gorzej. Czasami nawet nie każdy skojarzy, że konkretna postać to Kal- el z dodatkami. Niemniej jednak Dom Pomysłów też ma swoich, przyznać muszę, że całkiem ciekawych Supków :

Sentry

Robert Reynolds posiadał ogromną moc. Mógł równać się z Hulkiem, Black Boltem i innymi tuzami Marvela. Kłopot tkwił w tym, iż był schizofremikiem. Jego złe alter ego, Void, nieustannie poprało mu życie. A sam Reynolds tak naprawdę nie rozróźniał swego własnego ja od Voida… Był więc podatny na wszelakie manipulacje i mimo siły godnej sprostać kryptoniczyjkowi często „wypadał” z walki. Dla przykładu w czasie ostatecznej rozgrywki podczas Tajnej Inwaznji Skrulli. A co gorsza potem mu się kokiełbasiło jeszcze bardziej i  wczuł się w rolę boga nieco na wyrost. Choć biorąc pod uwagę kim był i jaką naprawdę dysponował potęgą- byłby poważnym przeciwnikiem dla Clarka.

Hyperion

Noszący imię jednego z greckich Tytanów Hyperion jest wręcz odbitką Supermana. Słońce daje mu siłę, pochodzi ze zniszczonej planety, ma bliźniacze moce jak tężyzna czy lasery. I ma nawet kędziorek ! Odnoszę też wrażenie, że te wielkie gacie z znakiem radiacji są swego rodzaju prztyczkiem w nos DC… Oj Marvelu… :D Geneza Hyperiona jest jednak nieco inna. Nie wylądował on jako osesek na Ziemi, lecz został brutalnie wyrwany przez AIM ze swojego uniwersum.

Gladiator

Imperium Shi’tar. Główny wojownik cesarzowej Lilandry z majestatycznym irokezem na łbie jest generalnie pozytywną postacią, a właściwie jego pozytywność zależy od tego czy Shi’tar jest przyjazne czy nieprzyjazne. Podobnie jak przedstawiony nieco niżej Mr Majestic ma nieco wojskowe podejście do swej służby i jest bardziej istotą czynu niż idei. Pretor to potężny wojownik, pamiętam jednak bęcki jakie zebrał od Cassandry Novy w „New X- Men”. Jak widać telepatia to również jego pięta achillesowa.

Apollo

Może to i nadinterpretacja, ale Apollo z Domu Pomysłów wpisuje się w schemat stylu Supermana. Moce- są, boskość- jak najbardziej. Do tego greckie bóstwo posiada kilka cech znanych ze szkolnych lekcji. Nieźle wymiata na lirze, jest fenomenalnym łucznikiem i ma swój rydwan. Jedno trzeba przyznać- jest to chyba najlepiej ukazany olimpijski bóg w uniwersum Marvela.

Mniejsi wydawcy również nie próżnowali. Każdy szanujący się wydawca komiksów musi mieć swojego Supermana, jakby to tak bez niego… W końcu to archetypiczny, wszechdoskonały heros który

Mr Majestic

Dziecię WildStorm Comics, a konkretniej Jima Lee i H.K, Pragera. Postać jak wszystkie powyższe miała kopa jak Supek. Był jednak znacznie mniej przyjazny  niż grzeczny Kal- el. Nie żałował sobie używając swych mocy, był militarystą, wojownikiem swej ojczystej planety Kherubin. Sam Lee uzasadniał kreację Mr Majestic’a tłumacząc, iż ma dość herosów posiadających potężną moc i bojących się z niej korzystać w pełni. Przyznam, że zamiar ten mu się udał. :)

Superman jest jednak tylko jeden. I myślę, że kopiowanie go jest działaniem po próżnicy. Postać Joe Shustera zdążyła przez dekady swego istnienia stworzyć markę i inni twórcy mogą dwoić się i troić próbując bezskutecznie powielić jego legendę. Jedynymi smaczkami są takie postaci jak Ultra Man czy Bizzaro- czyli lustrzane odbicia oryginału. Przyznam też, że w uniwersum Marvela zawsze brakowało mi herosa na miarę Supka, lecz nawet najciekawsza wariacja na jego temat, Sentry, nie ma choćby połowy potencjału Ostatniego Syna Kryptona.

CDN… A w nim… Kto był pierwszy ? Namor czy Aqua Man ? Hawkeye czy Green Arrow ? Nova czy Green Lantern ? Czyli wielka bitwa Marvela i DC !

#185. – Matt Wagner – „Trójca: Superman, Batman, Wonder Woman”

Standardowy

Każdy świat ma swoje filary. Lucas koncentruje się na losie rodziny Skywalkerów, Marvel opiera się na Spider- Manie i poszczególnych grupach herosów ( niegdyś prym wiodła F4, dziś panuje trójpodział- Avengers/ Inhumans/  X- Men ), a Prachett miesza w tyglu Świata Dysku trójkę czarownic, Śmierć i straż nocną. Uniwersum wydawnictwa DC Comics ma wiele postaci, jednak istnieje troje bohaterów bez których nie byłoby reszty. Podwalin które wpłynęły też na postaci z konkurencji. Matt Wagner przybliża ich pierwsze relacje, pierwsze wspólne działania i narodziny owego triumwiratu.

Mocą i siłą tego albumu jest klasyczność wizerunku Trójcy przedstawiona w nowoczesny i lekki sposób. Superman jest taki jak zawsze- sprawiedliwy, honorowy, a przez to patetyczny i naiwnie bohaterski. Wiecznie podejrzliwy i zachowujący się jak szpieg z Krainy Deszczowców Batman. Oraz mitologicznie przaśna Wonder Woman. Wagner przypomina też o niewidzialnym odrzutowcu Diany i o tym, iż Nightwing był kiedyś dzieciakiem w slipkach i pelerynie :D .Trzy postaci które dzieli sporo złączy pozornie przypadkowe wydarzenia. I nieprzypadkowi przeciwnicy.

Supermanowi przypadł Bizzaro, Batmanowi jego teść- Ra’s Al-ghul. Księżniczka Amazonek będzie miała do czynienia z jedną ze swego ludu- Artemis. Jak łatwo się domyślić mózgiem jest tu Głowa Demona, pięściami zaś amazonka i klon Supermana. Sprawne manipulacje w połączeniu z umiejętnościami przeciwników.

Wagner daje czadu nie tylko jako scenarzysta. Z szacunkiem podszedł nie tylko do dziedzictwa fabularnego, ale też wizualnego. Pokazowe, wręcz plakatowe plansze z Clark’iem czy nieco „przyczajone” kadry z Wayne’m czy wręcz bondowska łotrowość teścia Bruce’a.  Można powiedzieć, że łatwiej jest samemu zilustrować własną opowieść niż współpracować z innym twórcą ( co poniekąd jest prawdą ), ale Wagner nie popadł ani w zbytnia nostalgię, ani nie starał się na siłę uaktualnić herosów. Co jest czystym odzwierciedleniem fabuły.

Podsumowanie: Przygodowa i komiksowa w pełnym tego słowa znaczeniu historia o trojgu pierwszo- szeregowych postaciach DC Comics. Pozornie w przewidywalnym i znanym powszechnie schemacie trzech na trzech, lecz narracja, wyważona doza humoru i swoisty ukłon w stronę dawnych komiksów z tymi bohaterami czyni z „Trójcy” poważną lekturę. Pozwala też poznać ich nieco lepiej z czasów przed Ligą Sprawiedliwości i wielkimi wydarzeniami.

Rzecz o… Trójcy. Jednej i drugiej.

Standardowy

Trójka to dobra liczba. Dwóch to trochę za mało. Relacje są ograniczone, do tego jeśli są to jednostki przeciwne płciowo umysł nasuwa skojarzenia i swata je mimo woli. Jeśli to same chłopy albo same baby zazwyczaj tworzą się tarcia. Autorzy lubią bowiem łączyć ze sobą przeciwieństwa. No chyba, że to jacyś przeklęci yaoiści… :D

Nic dziwnego więc, że Trójcą nazywani są czołowi herosi DC Comics- Superman, Batman i Wonder Woman. Ucieleśnienie amerykańskich wartości, bogacz mogący sobie pozwolić na superbohaterskie gadżety i wojowniczka związana z mitologicznym światem. Zaraz… Kogoś to przypomina prawda ? Bo czyż ideałem Amerykańskiego Snu nie jest Kapitan Ameryka/ Steve Rogers ? Czy krezusem z wypasionymi gadżetami i genialnym umysłem nie jest Iron Man ? I czy mitologicznym wojownikiem, a właściwie bogiem, nie jest Thor ? Marvel jednak inaczej eksponuje powyższą trójkę. Jakie są różnice i podobieństwa między Trójcami konkurencyjnych, komiksowych gigantów ?

Amerikan Drim

Clark Kent wychował się na farmie w Kansas. Wsiowy chłop o mocach boga ma więc prostolinijne poczucie sprawiedliwości, dobre serducho i nieco harcerzykowate pojmowanie świata. Steve Rogers to syn irlandzkich imigrantów. Niegdyś cherlawy kurdupel z miłością do Gwieździstego Sztandaru, po eksperymencie mającym zapoczątkować taśmową produkcję superżołnierzy jedyny z nich. Zarówno Supek, jak i Cap wierzą w Wolność, Demokrację, Równość, Swobodę Wypowiedzi i inne wartości pisane z dużej litery których popularność rośnie wraz z wyborami z wielu krajach. Co więcej- realizują je. Jednak o ile Kal- el może pozwolić sobie na bycie ideałem z racji na swoją kuloodporność, o tyle Kapitan musi uważać na różnorakie zbłąkane kulę. Ale czyż nie chroni go gwieździsta tarcza ?

Kryptończyk z „S-ką” na piersi i okutany w jankeskie barwy wojak z tarczą są nieformalnymi liderami swych drużyn. Clark ma za plecami nieco bardziej rozsądnego Batmana, ale on za to lata, jest bożyszczem tłumów i ma lasery z oczu. A Bruce to ponurak, a takich lubi się mniej. Rogers zaś to trep w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Słysząc jego głos nawet rozszalały Hulk czy gromowładny, asgardzki bóg wyprężają pierś krzycząc – Yes sir ! Obaj panowie są sumą najbardziej cenionych wartości i obaj są nieco naiwnie prostolinijni. Tacy jacy powinni być wielcy liderzy.

 W mroku miasta i w błysku fleszy

Stark był dobrze rokującym potentatem militarnym. Dopóki nie spotkało go kuku i nie trafił do niewoli. Pojmując tym samym, że możesz mieć miliony, a i tak znaleźć się w czarnej sytuacji po stworzeniu pierwszej, topornej jak socrealistyczna architektura zbroi kiełkuje w jego zakutym już łbie myśl o działalności superbohaterskiej. Zgoła inną postacią jest Bruce Wayne. Fakt- jest bogaczem jak Tony. Fakt- jego moc to w sporej mierze sprzęt z marzeń każdego geeka. Fakt- jego genezę zapoczątkowały traumatyczne, choć nie dotyczące bezpośrednio fizycznie jego przeżycia. Lecz od Iron Mana różni się tym, iż bez swych zabawek może skopać zadek. A wyszczerzonym w hollywood’ kim uśmiechu playboy’em jest tylko na pokaz. Jego trykociarski wizerunek to mroczny typ który stanowczo nie jest ekstrawertycznym W głębi duszy to dość skomplikowana psychicznie persona. A Tony ? Nawet jako heros bryluje w swej futurystycznym pancerzu i rzuca żarcikami na lewo i prawo.

Oboje jednak są sponsorami swoich kumpli. Tak więc za wielkimi ideowcami, półbogami, mutantami i kosmitami stoją zawsze goście którzy płacą czynsz na monumentalną siedzibę, samoloty, karnety na loty w kosmos i inne ośmiorniczki. I taką rolę pełnią w swych zespołach Iron Man i Batman.

Asgard i Olimp

Mitologia od zawsze fascynowała. Od pojawienia się koncepcji superbohatera oczywistością było, iż któryś z nich będzie miał korzenie w dawnych legendach i mitach. Nikt jednak nie przypuszczał, że niemal każdy panteon ma swoje przedstawiciele w współczesnym komiksie. Najbardziej znani są jednak Thor i Diana. O tym pierwszym nie trzeba mówić. Jedynodzierżca Mjollnira, syn Odyna, pogromca Fafnira, władca gromów. A do tego członek Avengers i najlepszy kumpel faceta ubranego w amerykańską flagę i bogacza w metalowym kostiumie. Thor to jedna z postaci zdolnych . A jednocześnie  Wonder Woman to twarda kobieta. A do tego rozmiękczająca męskie serca. Córka Hipolity, podobnie jak asgardzki bóg, jest nieco narowista, ma ciężką rękę, nie należy też do zbyt subtelnych. Jedną z rzeczy która ich różni to fakt, że jednak Thor jest bogiem. Diana zaś amazonką która ma spowinowacenia z Olimpijczykami, ale bóstwem nie jest. Gromowładnemu częściej też zdarzały się wypady w kosmos. Wonder Woman sporo czasu zaś przesiedziała na wyspie w babskim towarzystwie. Co nie przeszkodziło jej stać się najpopularniejszą damą w DC. Podobnie jak mitologiczny spadek i opinia pijaka i bawidamka nie przeszkodziła synowi Odyna stać w pierwszym szeregu Mścicieli.

Oboje są często marnotrawnymi dziećmi swych rodziców, oboje też władają mitycznym orężem. Ich obyczaje ( a bywało, że i składnia ) wydają się być nieco z innej epoki, ale mentalność tworzy obraz heroicznego wojownika wierzącego w honor i poświęcenie. Taką tez rolę pełnią w Avengers i JL. Uosobień dawnych, wydawać by się mogło, archaicznych wartości i nieco twardorękich wojowników którzy łączą dwa sprzeczne żywioły jak konserwatyzm Capa i liberalizm Starka czy otwartość Supermana ze tajemniczością Batmana.

Jak już mówiłem- trójka to liczba doskonała. Co prawda do obu triumwiratów wydawnictwa doczepiają czasem Hulka, Spider- mana czy Green Lanterna i Flasha, ale to trójka o wszystkim decyduje. Lider. geniusz ( chciałoby się rzec sponsor ), i silnoręki. Jedna funkcja nie wyklucza drugiej, gdyż Supek znacznie przewyższa Dianę, a i Starkowi zdarzyło się dowodzenie, ale ogólny, nieco umowny podział jest najprawdziwszy. Jak widać- troje to nie tłok. :)

PS : A się Hawkeye na przyczepkę załapał… :D

#168. – Brian Azzarello, Lee Bermejo – „Luthor”

Standardowy

Historia o tym jak nawet wybitna jednostka, mąż stanu i wizjoner potrafi popaść w paranoiczne lęki i miotać się we własnym sosie kompleksów i strachu przed nieznanym.  Lex Luthor to człowiek wielkiego formatu. Geniusz biznesu, miliarder, a do tego osoba nie zachłystująca się swą pozycją. Częściej jest jednak kojarzony jako maniak który pragnie jedynie ukatrupić Supermana w swojej fioletowo- zielonej zbroi. Azzarello jednak pokazał go właśnie jako owego wizjonera. Opętanego jednak pewną negatywną słabostką…

Popatrzmy nieco wstecz. Metropolis to miasto dwojga ludzi. Lexa Luthora i Supermana. Jeden z nich to bogacz, złote dziecko swego miasta. Drugi to heros, ostatni syn nieistniejącej już planety. I miasto to jest najwyraźniej za małe dla tej dwójki. Przynajmniej tak uważa Lex. Biznesmen, a jakiś czas nawet prezydent USA od niemal pierwszych dni od pojawienia się Kal- ela w Metropolis widział go jako kogoś obcego. Miał po części rację, ale nie dla niego był on dosłownie Obcy, niczym stwór z filmów Camerona. Widząc w nim zagrożenie nie tylko dla siebie, ale i całego gatunku ludzkiego łysol z milionami na koncie knuje i knuje przeciw naczelnemu członkowi JL.

W „Luthorze” główny bohater nie jest jednak, jak wspomniałem, tak czarno- biały jak zwykło się go przedstawiać. Po przyjacielsku traktuje członków swej korporacji, snuje dalekosiężne plany wobec wobec ludności Metropolis i publicznie tworzy wizerunek dobrego papy co da waty cukrowej i pogłaszcze po głowie. Jednak wszystko to… by ubić/zdyskredytować/okpić Supermana.

Dualizm zachowań Luthora jest naprawdę szokujący. Uprzejmy, błyskotliwy biznesmen który naprawdę mógłby przysłużyć się światu kręci się w kółko i drapiąc po łysej czaszce zastanawia jak tu zaszkodzić jegomościowi z loczkiem. Lex jest w stanie przełamać swe uczucia, swą miłość, posunąć się do wykorzystania plugawych przestępców ( tu ukłony w stronę autora- Toyman jest… prawdziwym potworem ). Pojawia się i Batman. Lecz nie taki jaki jest powszechnie znany. Tutejszy Bruce Wayne nie zgrywa, a jest nadzianym bubkiem i playboy’em którego mroczniejszą stroną jest Nietoperz. Jego spotkanie z Supermanem bynajmniej nie ma przyjacielskich cech, a opinia Luthora o kryptończyku udziela się Wayne’owi.

Bermejo słynie ze swego kunsztu. Tutaj jednak prześciga samego siebie z „Jokera” i osiąga szczyt ten sam który można zaobserwować w „Strażnicy Początek: Rorschach” czy „Batman: Noel”. Perfekcyjna gra światłocieni i niestandardowa wizualizacja postaci. Wayne jest lekko playboywatym gogusiem, Lex jawi się jako mężny, zatroskany lider po to by nagle stać się człowiekiem upadłym. Jednak najbardziej powala Superman. Klasycznie przedstawiany w jasnych, mocno nasyconych kolorach. Tutaj w oczach widać ciągłe ogniki ( chciałoby się aż zacytować Renatę Beger :p ), jego strój wygląda jak bojowy pancerz, zaś mimika nie przywodzi na myśl bynajmniej szlachetnego superbohatera ratującego świat. To pogłębia uczucie paranoi Luthora który nie chce lub nawet już nie potrafi widzieć go inaczej niż właśnie jako wszechsilnego kosmitę o nieznanych intencjach.

Podsumowanie: Komiks duetu Azzarello/Bermejo porywa przede wszystkim konstrukcją tytułowego bohatera. Lex Luthor nie jawi się jako makiawelliczny krezus z kryptonitem w kieszeni, a wizjoner opętany obsesyjną obawą przed „najeźdźcą” z Kryptona. Gra słów „hope”, bezpośrednie konfrontacje z milczącym i ponurym Supermanem i knowania Luthora sprawiają, że dzieło to ma silny, psychologiczny zarys obłędu osoby, bądź co bądź, genialnej. „Luthor” znacznie wyprzedza „Jokera” tych samych autorów. nie jest postacią jednoznaczną- raz po raz balansując na granicy podłości i wielkości. Ostatnie słowa jakie kieruje wobec niego Superman są dla niego czymś znacznie gorszym niż nawet najsilniejszy cios Ostatniego Syna Kryptona. Ujawnia go bowiem w całości- bez pozłotki.

Rzecz o… superbohaterskich szablonach cz. 1

Standardowy

Superbohaterowie są współczesnym odbiciem mitologicznych herosów i w tym tkwi ich sukces. Ludzie potrzebują bowiem niekiedy światłych liderów, istot nadludzkich lub niemal nadludzkich. Dość mają codziennie nudno- szarych bohaterów którzy to trapią się codziennymi problemami. Ot znowu jakiś Lubicz czy inny Mostowiak. Chociaż w serialach z udziałem tych familii ich członkowie mają więcej niemożliwie fikcyjnych przygód niż niejeden członek JLA czy Avengers…

Ikona

Najbardziej popularny i najbardziej stereotypowy typ herosa. Taki w jaskrawej pelerynie, silny jak tur, szybki jak komornik w kwestii zajmowania dóbr i piękny jak Rzeczpospolita. Zbawca mas i protektor niewinnych. Pogromca zła i chodzący wzór. Po prostu- IKONA :) .

Najbardziej charakterystycznym przedstawicielem tej kategorii jest Superman. Z wielką „S- ką” na piersi w czerwonej pelerynie i aż do czasów New 52! w gatkach o tym samym kolorze. Kal- al odegrał nieporównywalną rolę w medium komiksowym, jak i w całej współczesnej kulturze. Najbardziej szlachetny i śmiało można rzec, że w gruncie rzeczy jeden z najpotężniejszych trykociarzy nie tylko w uniwersum DC z lekkim podtekstem boskim. Najbardziej uderza fakt, że Clark Kent to w mimo swego pozaziemskiego pochodzenia i zdolności jest prostym farmerem z Kansas i o bardzo prostym systemie moralnym i myślowym.

A teraz ikona z nieco innej perspektywy, czyli Kapitan Ameryka. Steve Rogers nie ma wielkokalibrowych zdolności. W gruncie rzeczy ma jedynie swoja tarczę, troszkę więcej krzepy w jankeskich muskułach i tony charyzmy. Prawdziwy i moim zdaniem jedyny słuszny lider Avengers obleczony w barwy Old Glory jest co prawda oczerniany tym, iż jest tylko hamerykanckim pajacem, ale to opinia sowieckich szpiegów i liberałów. Co na jedno wychodzi :) .Wydawać by się mogło, że Cap jest herosem tylko i wyłącznie żywym w umysłach Amerykanów i najzagorzalszych jego fanów. Błąd ! Jest to archetyp żołnierza idealnego. O ile Superman to typowy fruwający idol oscylujący na granicy boskości, o tyle Kapitan Ameryka to wódz prowadzący tłumy na barykady, ciągnący za sobą żołnierzy na heroiczny bój na miarę Leonidasa.

Do tej kategorii można zaliczyć dość sporą rzeszę herosów. Iron Man, Thor, obaj Kapitanowie Marvelowie, Wonder Woman, Green Lantern i wszystko co lata i powiewa peleryną budząc ochy i achy nie tylko młodych panien. Ikona więc zachwyca, ale i irytuje. Niemal zawsze wygrywa, a jak nie to ma kumpli do pomocy. Jest chodzącym ideałem i tylko dlatego chyba autorzy scenariuszy od czasu do czasu lubią takiego pomnikowego hiroł ukatrupić. Przykład pierwszy z brzegu- dwaj panowie wymienieni powyżej. Ich zgony odbiły się szerokim echem nie tylko w świecie komiksowym.

Jaką rolę w komiksie odegrał ten typ postaci superbohaterskiej ? Przede wszystkim nieco zaszufladkował ten rodzaj powieści graficznej, która dla przeciętnego odbiorcy wydaje się infantylna i dziecinna. Lecz czymże byłby komiks bez Supermana ? Bez nieco naiwnych i łatwowiernych historyjek o dobrych bohaterach i złych łotrach ? Jeśli miałbym wskazać potwierdzenie tezy, iż superbohaterowie to obecni odpowiednicy antycznych herosów wskazałbym właśnie ten typ trykociarzy. Dokonujących wielkich czynów, oscylujących na granicy człowieczeństwa i boskości.

 

Ulicznik

Czyli tak zwani street- level heroes. Mowa tu o bohaterach którym nie w głowie kosmiczne wojaże, stanie na piedestale i brylowanie w świetle fleszów. Mowa tu o takich jednostkach jak Spider- Man, Luke Cage, Iron Fist, Daredevil, Green Arrow czy Batman. Na pół herosi, na pół miejskie legendy. Nie raz znajdujący się bliżej bruku niż by tego chcieli.

Spider- Man/ Peter Parker nie jest człowiekiem sukcesu. Poza przypadkowym ugryzieniem radioaktywnego pająka i dwoma wspaniałymi kobietami  które po części go niańczą jest po prostu szarym, pechowym obywatelem. Fotoreporter w Daily Bugle’u w którym główne sukcesy zawdzięcza faktowi, iż sam sobie cyka fotki. Jakiś czas nauczyciel w swoim dawnym liceum. Posiadający całe spektrum przeciwników ubranych w kostiumy zwierząt. Pechowiec. Po prostu. Mimo to ma na tyle hartu ducha by rzucać dowcipami w stronę oponentów, patrzeć na siebie w nieco krzywym zwierciadle i kochać damy swego serca- MJ i ciocię May. Nie zapominając jednak o Gwen i wujku Benie.

Mimo całej swej  najbardziej rozpoznawalny heros Marvela. Za nim plasują się poszczególni członkowie Avengers i X- Men, lecz są na tyle daleko, że Parker może swobodnie nazywać się ikoną Marvela. W świecie Ultimate Spider- Manem staje się po śmierci Petera niejaki Miles Morales. Jak rozwiążą się losy Petera i Milesa po „Secret Wars III”. Dla mnie relacja mistrz- uczeń z lekko humorystyczno- ironiczną nutą byłaby najlepszym rozwiązaniem.

I żeby odreagować nieco od rzucającego żarcikami Parkera czas na Wayne’a. Batman mroczną i małą zabawną ( w przeciwieństwie do swojego arcywroga ). Batman i cała symbolika która narosła wokół niego to temat na wiele, wiele rozważań i artykułów. Sama jego geneza została przytoczona wiele razy na łamach komiksów nie tylko o samym Batmanie. Śmierć rodziców która odcisnęła na młodym Bruce’ie silne piętno i stworzyło Batmana. Gothamskiego mściciela . Ba ! Jest punktem zapalnym dla całego uniwersum DC. Bez niego JL byłaby zbieraniną wesolutkich pół- bogów z których może i część ma genialne umysły, ale nie są… no cóż, po prostu Batmanem. :D Bruce Wayne to krezus pełną gębą, ale skrajnie różny od Tony’ego Starka. Zdarza mu się co prawda wdziać mocarne zbroje, ale jego domeną jest mrok i mgła ulic miasta Gotham.

Zarówno w życiu Pająka, jak i Nietoperza niebagatelną rolę odgrywała śmierć bliskich im osób. Nie inaczej było z Człowiekiem Bes Strachu. Matt Murdock stracił wzrok poparzony radioaktywnym izotopem ( znawca by się czepił – jaka to substancja, ale niech mu batarang lekkim nie będzie ), lecz tak naprawdę dopiero po morderstwie jego ojca okrzepł jako heros. Odtąd stał się diabłem- stróżem dzielnicy Nowego Yorku będącej istnym przedsionkiem piekła. Prywatnie jest prawnikiem i mimo świadomości bezkarności sporej części oskarżonych przez niego bandosów działa w imię prawa do końca. A jak nadejdzie ten koniec zawsze jest Daredevil…

Co wnoszą herosi ulicy ? Powiew realizmu. Głębie postaci. Ich charakter nie jest przytłumiany przez epickie niczym skandynawskie sagi opowieści, swoistą galaktyczną skalę wydarzeń. Częste nawiązania do stylistyki noir, dramatu psychologicznego czy kryminału dodają dodatkowo smaczku . A poza tym czasem lepiej zagłębić się w lekturze w której postać nie jest z innej planety, nie włada materią, magią czy ludzkimi umysłami. Jest po prostu człekiem z krwi i kości i czasem zdarza jej się nie mieć gotówki do dziesiątego lub stracić pracę.

Jeśli więc Ikony pełnią funkcję bądź co bądź bogów, tak Ulicznicy są herosami którzy niegodni boskich krain wędrują wśród ludzi. Herosami którzy częstokroć lepiej rozumieją człowieczeństwo i szarą ludzką dolę. Wspaniały przykład pojawił się w „Kryzysie Tożsamości”. Gdy Liga załatwiła już problem naczelna Trójca opuszczała pole walki wracając do swoich domen. Ci z drugiego rzędu jak Green Arrow czy Zatanna musieli zaś dokończyć działa nieco radykalniej.

ciąg dalszy nastąpi…