Dwa niepokoje… Hailujący Cap i pinka Komedianta

Standardowy

W ostatnich tygodniach głośno o wielkim evencie DC Comics „Rebirth”. Czyli kolejnej kasacji/ modyfikacji/ uporządkowania wydarzeń, tym razem po okresie New 52!. Jak zwykle w moim strachliwym umyśle pojawiły się obawy- cóż za rewoltę wymyślą marketingowcy i autorzy ? Wszystkie zmiany jakoś spłynęły po mnie jak po kaczce, ale poniższy niepokojący kadr zatrzymał mnie na chwilę.

Pamięta ktoś zakończenie „Strażników” ? W szczególnosci dialog pomiędzy Dr Manhattan’ em i Ozymandiaszem w którym ten pierwszy, odpowiedziawszy na stwierdzenie tego drugiego, że to już koniec, odpowiedział- iż niekoniecznie…  Czyżby więc głównym mistrzem marionetek i możliwym uber- złoczńcą nie był Anti- Monitor czy Darkseid, a Dr. Manhattan ? A może, licha nadzieja, to tylko takie mrugnięcie okiem w stronę czytelnika… ? 

Alan Moore pewnie już szykuje zaklęcia bojowe. Ciężko jest mi pogodzić się z faktem, że choćby i jedna postać z „Watchmen” znajdzie się w głównym uniwersum DC. Mopre co prawda swymi postaciami nieco nawiązywał do klasycznych herosów, ale zapewnie nigdy nie myślał, że ktoś odważy się w jakikolwiek sposób scalić jego świat z głównym. 

Drugi mój przestrach. Hailujący Kapitan Ameryka. Na szczęście nie w wiadomy, ręczny sposób, ale wypowiadający dwa słowa które były wypowiadane przez ludzi których dotąd lał równo po makówkach. Hail Hydra.

Przejścia na „ciemną” stronę w wykonaniu herosów już się zdarzały. A to co Marvel wyrabiał już z postacią Kapitana Ameryki/ Steve’ a Rogersa prosi o pomstę niebiańską. Pierw Cap ginie i zostaje zastąpiony przez swego ucznia/ towarzysza broni Bucky’ ego. Potem znów się odradza i po jakimś czasie znów dzierży gwieździstą tarczę. I to można znieść. Ale potem ni z gruchy, ni z pietruchy zaczyna się starzeć, a jego miejsce zastępuje Falcon. Obecnie zaś znów jest młodym i żwawym patriotą, a na dodatek Sam Wilson nie zmienił swej pozycji. Teraz zaś… No w końcu Steve Rogers to aryjczyk prawda ?

A na serio. Może być ciekawie. Wszystkie te lata działań w Avengers, przez większość czasu jako ich lider. Cała ta ikoniczność, „hamerykanckość”, chwała herosa pomnikowego herosa… Czyżby Cap był szpiegiem- śpiochem ? Czyżby miał wspólny mianownik z TW Bolkiem ? Może być ciekawie, ale mam nadzieję, że Marvel nie zburzy legendy Kapitana Ameryki jak kilka razy niemal mu się to udało. 

Rzecz o… fenomenie „Strażników”

Standardowy

Roku Pańskiego 1987 powieść graficzna zmieniła swe oblicze. Dwaj mistrzowie pióra i narracji sprawili, że medium kojarzone z naiwnymi historyjkami o latających ludziach w pelerynach i trykotach stało się nośnikiem treści mogących konkurować z literaturą pisaną czy kinematografią. Tymi dwoma mistrzami byli Frank Miller i Alan Moore. I co więcej- nie stworzyli oni historii o tematyce oddalonej lata świetlne od świata superbohaterów. Po prostu stworzyli ten świat na nowo. „Powrót Mrocznego Rycerza” to osobna historia której warto pierw poświęcić recenzję. Teraz czas na „Strażników” Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa.

Ryt historyczny

Alan Moore umiejscowił akcję „Strażników” na przestrzeni lat od zakończenia II WŚ do drugiej połowy lat 80 w Stanach Zjednoczonych. Historia nie jest absurdalnie zmieniona, ani przestawiona powierzchniowo. Fakty są faktami. Te które uległy zmianie nie są czystymi dyrdymałami, a logicznymi konsekwencjami wydarzeń takich jak istnienie zamaskowanych stróżów prawa i istoty o boskich zdolnościach.

- Wojna w Wietnamie- Amerykanie wygrywają. A raczej wygrywa Dr Manhattan. W sumie nic dziwnego. Wyobraźcie sobie, że lezie na was dziesięciometrowy kolos jarzący się na niebiesko i rozbijający waszych kumpli na atomy. Każdy byłby wtedy Francuzem.

- Richard Nixon- prezydent którego karierę polityczną przekreśliła afera Watergate wygrywa trzecią, bezprecedensową kadencję. Co ciekawe zapowiada się, że wygra i czwartą. Nadal nie jest on wybitnym politykiem.

- JFK – Kennedy dostaje w czachę tak samo jak w rzeczywistości. W komiksie Moore’a i Gibbonsa nie jest powiedziane kto stoi za zamachem, ale w filmie pojawia się delikatna sugestia w stronę Komedianta. Gdy tymczasem w „Before Watchmen” Azzallero wyraźnie zaznaczył, że Blake i dynastia Kennedy’ch była w znakomitych stosunkach.

- Zimna Wojna- tutaj jest nie mniej zimna mimo przewagi USA. Za sprawą pewnego błekitnego indywiduum mogącego zastąpić arsenał nuklearny. Zegar Zagłady, który jest tu kluczowym motywem, niebezpiecznie zbliża się do dwunastki. Sowieci trzymani są w szachu, a gdy Manhattan wybiera się na Marsa chwilowe ich zluzowanie stawia świat na skraju wojny nuklearnej.

- Zabójstwo Kitty Genovese - mimo różnych wersji  faktem jest, że zbrodni tej dokonano przy wielu świadkach. Tłumaczenie, iż wyglądało to na niegroźną sprzeczkę jest nieco… wygodnickie ? W zestawieniu z Nixonem i resztę wydarzeń wydaje się być ono mikroskopijne, ale ukazuje znieczulenie społeczeństwa i realna potrzebę kogoś kto będzie obrońcą niewinnych ofiar. Do jej historii odnosi się Rorschach, który  całej ferajny i mimo pewnych cech najbardziej zasługiwał na miano superbohatera.

- Zagar Zagłady – w 1947 roku naukowcy stworzyli Zegar Zagłady. Instalację pokazująca jak blisko światu jest do atomowej apokalipsy. W komiksie jest za pięć dwunasta. Dla informacji- obecnie jest za trzy dwunasta. Motyw ten jest kluczowy i dość ciekawie pasuje do tytułu ( oryg: „Watchmen” ). Dave Gibbons w każdym z dwunastu tomów rysował zegar ze wskazówką powoli zmierzającą do godziny dwunastej i krwią ściekającą powoli w stronę czasomierza. Bardzo wymownie oddając treść fabuły.

To nie wszystko. Zaroka Świń, wyścig zbrojeń ( który ostatecznie zmienił Osterman ), wylądowanie na Księżycu to fakty historyczne odnotowane na kartach komiksu. Niektóre są zmienione, ale spora część pozostaje taka sama.

Prawdziwi Bohaterowie

Pisałem o tym na jakich schematach tworzeni są superbohaterowie. Alan Moore mocno w tej kwestii namieszał. Zsyntetyzował, odwrócił rolę, a jednocześnie bazował na niektórych klasycznych archetypach peleryniarzy nadając im nieco realniejszych linii. Pisarz już wcześniej uczłowieczył herosa w „Miracle Man’ie”, tutaj zrobił to z większym rozmachem i na bardziej społeczno- politycznym gruncie. Z superbohaterów zrobił ludzi, z człowieka – boga, a zarazem atut w wyścigu zbrojeń

Dr Manhattan - Człowiek wszechmogący. Jon Osterman ucieleśnienia wyobrażeń o nad- superbohaterze. Ale stare komiksowe powiedzonko głosi, że wraz z wielką mocą idzie wielka odpowiedzialność. W tym przypadku zbyt wielka, aby zachować swą ludzką dusze w pełni. Manhattan alienuje się coraz bardziej, postrzega rzeczywistość swoimi molekularnymi i kwantowymi miarami, a w końcu porzuca swą ojczystą błękitną planetę dla, jak to on ujął, swojej czerwonej. Mimo tej całej swej nadprzyrodzoności gdzieś w głębi pozostaje Jon’em Ostermanem. Te resztki człowieczeństwa pozwalają mu zakochać się w małoletniej Laurie Juspeczyk. A kilka lat później wraz z nią powrócić na Ziemię i dostrzec cud jakim jest życie. W dawnych wierzeniach ludzie wyobrażali sobie bóstwa odpowiadające za konkretny aspekt rzeczywistości. Bóg gromów, bóg wojny, bóg oceanów i tak dalej. Jeśli miałbym iść taką klasyfikacja Manhattan byłby bogiem atomu. Bogiem nuklearnym.

Rorschach -  Wyobraźcie sobie Travisa Bickle’a  z „Taksówkarza” Martina Scorsese z jego spojrzeniem na nocny Nowy York i cały jego brud. Stereotypowego detektywa z klasyków noir ze skłonnością do posępnych  monologów i popadania w kłopoty. I samotnika który ze szczyptą skłonności paranoidalnych. Oto Walter Kovacs. Dziecko kobiety lekkich obyczajów, nonkomformista i superbohater. Człowiek którego swoi uważają ze nie do końca poczytalnego, a który jako jedyny wyczuwa, że śmierć Komedianta nie była standardowym zabójstwem.

Komediant - Heros. Patriota. Weteran wojenny. Te określenia kojarzą się pozytywnie. Ktoś taki musi być dobrym człowiekiem. Autorytetem dla młodzieży i żywym nośnikiem odwiecznych wartości. Edward Blake to ktoś skrajnie inny. Wojak ze skłonnościami psychopatycznymi, degenerat i osoba jako jedyna widząca hucpę jaką są przebierańcy w prawdziwym świecie, a tym bardziej z zderzeniu z istotą jaką jest Dr Manhattan. Kapitan Ameryka w zwierciadle ponurej zimnowojennej rzeczywistości.

Nocny Puchacz II - Lekki pastisz Batmana. Nie tylko strój, ale cała otoczka z gadżetami, prywatnym futurystycznym pojazdem i tajną kryjówką nasuwały skojarzenia z klasycznym herosem DC. Mający mentalność skauta chodzącego po domach i sprzedającego ciasteczka różnił się natomiast od Wayne’a swoim niezdecydowaniem, rozwodnieniem. I może dlatego duet z Rorschachiem odnosił sukcesy, zaś panna Laurie porzuciła boga atomu dla nadwrażliwego bojownika o spraweidliwość

Ozymandiasz - Adrian Veidt to geniusz o wielkich ideach. Stanowczo wyprzedzających swoje czasy. Jedyna osoba który wykiwała samego Dr Manhattana, a zarazem położyła kres nadchodzącemu globalnemu konfliktowi, tym samym kończąc też Zimną Wojnę. Wielkiego ideowca, który za wzory stawiał sobie oryginalnego, egipskiego Ozymandiasza/ Ramzesa II i Aleksandra Wielkiego zapędził niemal w kozi róg pewien pozornie prymitywny żołnierz co zmusiło go do bratobójstwa, lecz w ostatecznym rozrachunku przyznał mu rację.

Jedwabna Zjawa II - Laurie Juspeczyk ( nasza, polska dziewuszka :)  ) to pozornie klasyczna ładna buzia w męskim gronie. Naprawdę postać która najbardziej wpłynęła na wydarzenia w komiksie będąc miłosną muzą Ostermana, córką Komedianta i kochanką Puchacza. Sama nieco nie zdawała sobie sprawy z roli jaką pełniła, ale niemniej była to postać kluczowa.

Bohaterowie Alana Moore’ a odbiegają daleko od tych znanych z dwóch wielkich wydawnictw. Samo „uratowanie” świata [rzez Ozymandiasza jest ludobójstwem, ale zarazem mniejszym złem. Czymś na co nie zdecydowaliby ani Superman, ani Kapitan Ameryka. Zresztą pokazuje to. Kovacs wie,

Co właściwie zmienili „Strażnicy” w wizerunku superbohaterów ?  To, że z lukrowanych i wyglancowanych efemeryd stali się spiżowymi postaciami z krwi i kości które nie zawsze są śnieżnobiałe. Nawet chwalebne czyny w jakich specjalizują się zamaskowani bohaterowie nie jarzą się tu blaskiem i dostojeństwem. . Veidt kopiując zdolności Manhattana w krwawy, ale skuteczny sposób, zapobiegł kolapsowi. Uratował świat od nieuchronnego konfliktu. Rorschach bezlitośnie zabija złoczyńcę i to nie bynajmniej w czysty i heroiczny sposób. Komediant nosząc kolory USA pali członków Wietkongu mając za sobą wsparcie Manhattana. A i ten nie jest miłosiernym Samarytaninem. Nie ma tu więc wielkich fanfar i grupy trykociarzy lecących nad wiwatującym tłumem. Są za to ludzie przebrani w kostiumy i ukrywający się za maskami. Ze swoimi lękami, obsesjami, fetyszami i grzechami. Do bólu prawdziwi. I nie zawsze bohaterscy.

Moore dał solidną fangę w nos naiwnej narracji Złotej Ery, odbrązowił zamaskowanych stróżów prawa i posadził ich w fotelach ludzi. PozZOlił czytelnikowi bardziej utożsamić się i wczuć w komiks. Lecz nie w sensie przebierania się w obcisłe stroje i latanie po dachach a la Kick- Ass, lecz zauważeniu, że czasem i Spider- Man ma problemy z dociągnięciem do daty wypłaty. Od czasu „Strażników”  klasyczni bohaterowie obu wiadomych uniwersów tworzeni są kompletnie inaczej. Nikt nie wpadł by na pomysł „Staruszka Logana”, „Kryzysu Tożsamości” czy „Wojny Domowej” bez Alana Moore’a. A mowa tu tylko o komiksie spod znaku maski i peleryny.

Strażnicy Początek

Krytykowany przez samego Alana Moore’a prequel oryginału. Z jednej strony DC liczyło na przyrost dolarów, ale z drugiej- zrobiło kawał naprawdę solidnej roboty. Brian Azzarrelo, Darwyn Cooke, Len Wein czy J. Michael Straczyński to duże nazwiska medium komiksowego. Niestety nie wszystkie komiksy są na równym poziomie. Ten z udziałem Karazynowego Korsarze jest… No właściwie nie wiem kto go dorzucił na siłę do reszty serii, ale pewnikiem zrobił to na zasadzie – u Moore’a były piraty to i u nas będą. Reszta historii jest natomiast co najmniej dobra. Ciężko jest jednoznacznie stwierdzić która z historii jest najlepsza. Darwyn Cooke stworzył w gruncie rzeczy smutną opowieść o losach Gwardzistów i buncie lat 60 w wykonaniu Laurie Juspeczyk. Azzallero ukazał mroczne strony bohatera wojennego Komedianta i ulicznego stróża porządku Rorschacha. Straczyński pokazał Dr Manhattana z nieco filozoficznej strony, zaś Nocnego Puchacza w bardzo klasycznej, komiksowej przygodzie choć trzymającej ducha reszty. Len Wein przedstawił Ozymandiasza jako błyskotliwego, genialnego człowieka będącego multimilionerem, superbohaterem i celebrytą. Gdzie jedna rola nie przysłaniała drugiej, jak ma to czasami miejsce u Starka i Wayne’a. Mimo fali hejtu i krytyki seria „Before Watchmen” była udana i stała tylko troszkę niżej niż pierwowzór. Choć dla niektórych takie stwierdzenie to zapewne herezja.

Film vs Komiks

Ekranizacje literatury wszelakiej częstokroć przynoszą fatalne skutki. A to autor tak zniekształci pierwotną treść, że jest ona bladym cieniem swego literackiego odpowiednika. A to znowu zachce mu się rewolty i powstanie karta kredytowa Batmana. Zack Snyder podjąwszy pracę nad „Strażnikami” w wersji kinowej rzucił się na głęboką wodę. Po pierwsze- wielu, w tym sam Moore, twierdzi, że ów komiks pełnię swej mocy i przesłania ma na kartach tegoż medium. Po drugie- „Strażnicy” to nie kolejna superbohaterska opowiastka do której wystarczy doczepić masę efekciarstwa i odpowiedniej promocji, aby wyszło całkiem zgrabne filmidło znoszące złote jaja z symbolem dolara.

Zack Snyder to sprawny twórca w kinie superbohaterskim. Jego „Człowiek Ze Stali” odniósł oczekiwany sukces, a zapowiadana premiera „Batman v Superman: Dawn of Justice” rozpala emocje. „Strażnicy” to jednak inna para kaloszy. Reżyser musiał mierzyć się z różnorodną narracją, specyfiką realiów i postaci Alana Moore’a. No i samą legendą i statusem jakie miało to dzieło w świecie komiksu. Moore, jak to ma w zwyczaju, nieco kręci nosem, a najbardziej ortodoksyjni fani idą w ślad za swym idolem. Będąc ogromnym fanem pisarza mimo to nie zgadzam się z jego krytyką. Zack Snyder podołał przeniesieniu komiksu na taśmę filmową. Co prawda jest to twór już nieco inny, o mniejszym napięciu, bardziej widowiskowy i mnie artystyczny. Nie ma tu dodatków jak akta z kartoteki Kovacsa, a tylko w wersji reżyserskiej pojawia się motyw Czarnej Bandery. Ale są liftingowane kostiumy ( bo czego jak czego- ale kretyńskiego wyglądu strojów herosów Moore nie zmienił ), jest przecudowna ścieżka dźwiękowa ( choć i w komiksowej wersji scenarzysta odsyłał czytelnika do słuchania ), są zgrabnie wykonane efekty ( czyli nie tylko wybuchy i transformujące roboty ), oraz, i tu ogromna zasługa reżysera, idealnie dobrani aktorzy. Zwykle bywa bowiem tak, że widząc odtwórce roli ulubionego herosa widz załamuje ręce w wyrazach żalu i smutku. Tutaj postaci znalazły swoich godnych odtwórców.

Na sam koniec pozostaje pytanie- któż pilnować będzie samych strażników ? Moore zadaje je już w „Miracle Man’ ie” gdzie główny bohater jest na pierwszy rzut oka standardowym herosem w typie Supermana czy Shazama, ale w miarę zagłębiania się lekturę barwy jego duszy nabierają cienia. W przypadku postaci o wielkiej mocy jak Dr Manhattan czy wspomniany Miracle Man można marzyc o kontroli. Jest to bardziej ugłaskanie bestii mogącej w każdej chwili zagryźć karmiącego. W przypadku kogoś bez fajerwerków- może być to dużo łatwiejsze, ale niech każdy przypomni sobie Batmana który radził sobie z takimi próbami nacisku nawet lepiej niż jego fruwający i strzelający laserami z oczu kumple z JL. Finalna więc odpowiedź  na pytanie brzmi- nikt. Herosi cieszyli by się poparciem ludu spragnionego swych obrońców i trybunów, zaś aspekt nadnaturalnych zdolności daje dodatkowe utrudnienie. Dlatego też w „Strażnikach” zamiast kontroli rząd wydał ustawowy nakaz przedtem oczerniając część bohaterów w mediach.

Herosi Moore’a mają też pierwiastek celebrycki. Wystarczy spojrzeć na pierwszą Jedwabną Zjawę i plotki w brukowcach prześciagające się z kim to panna Sally ma romans. Lub zaufanie społeczne jakim cieszył się Veidt. W jednej osobie skupiający wiele aspektów osoby publicznej.Jeżeli więc spojrzeć na kult Elvisa czy zachowanie nastolatek na koncertach idoli- od lat 60 i Beatlesów, po dziś na występach Justina Biebera można dojść do prostego wniosku. Skoro zwykli ludzie potrafiący nieźle śpiewać, tańczyć, grać i podskakiwać mają taki fejm to co w przypadku ludzi zdolnych unosić się w przestworzach ? Manhattan mógłby stworzyć swoją religię, Ozymandiasz zostać choćby prezydentem USA, a reszta choćby i tymi pospolitymi bilionerami… :D Wówczas jedynie nikt nie zadał by poniższego pytania.

Rzecz o … boskim aspekcie Dr Manhattana

Standardowy

„Strażnicy” Alana Moore’a to dzieło wymagające czegoś więcej niż recenzji i kilku wspominek. To powieść która zmieniła oblicze komiksu i wpisała się we współczesny obraz kultury zgłoskami złotymi jak zęby radzieckiego dygnitarza. Perfekcyjnie nakreślony świat czasów zimnowojennych ze szczyptą superludzi w których super było właściwie tylko to, że nosili śmieszne, odpustowe kostiumy. Wszyscy jak jeden mąż bowiem byli zwykłymi homo sapiens. Bez mutacji, magii, pozaziemskiego czy mitycznego pochodzenia.

Wszyscy prócz Dr Manhattana.

Przypadek Jona Ostermana

Jon Osterman był fizykiem. Zdolnym, młodym, rokującym na jednego z większych. Miał szczęście poznać też właściwą kobietę z którą byłoby pewnie mu pisane spędzić resztę życia. Jednak owa kobieta miała zegarek. Który uległ wypadkowi, a mianowicie rozdeptaniu przez anonimowego otyłego człeka. I przez ów pechowy czasomierz powstała postać przy której nawet Superman to lebiega. Osterman siedział bowiem i siedział nad nim i owego, szczególnego dnia zostawił do w zaawansowanej nuklearno- fizyczno- coś tam komorze. I tak wrócił po niego, lecz zapomniał, że urządzenie ma zamek czasowy. Czas więc zemścił się na niefrasobliwym jajogłowym za pozostawiony zepsuty zegarek i właśnie z chwil wejścia do urządzenia po chwile Ostermana jako człowieka kończą się bezpowrotnie. Jon zostaje zatomizowany, pogrzebany ( symbolicznie ) i opłakany. Do dnia w którym w ośrodku w Princton w którym pracował nie pojawia się szkielet z układem nerwowym. I zaraz potem znika. Za każdym razem „zjawa” jest coraz bardziej cielesną. Aż przed światem wstaje Dr Manhattan. Atomowy, błękitny bóg.

Tak więc Dr Manhattana stworzył pech, grubas który rozdeptał zegarek i poczucie obowiązku wobec swej ówczesnej kobiety. Ot narodziny godne boga :D. Ale biorąc pod uwagę jak przychodzili na świat bogowie japońscy… Nie jest źle.

Ludzka Głowica Nuklearna

Szok jaki wywołało na świecie pojawienie się opalizującego na niebiesko herosa był ogromny. Zachwyciła się nim amerykańska opinia publiczna, a Sowieci momentalnie zwiększyli produkcje swych atomówek. Kennedy ściskał mu dłoń i dziękował za wsparcie kraju, a Chruszczow zaciskał nerwowo pięści w strachu przed ludzką bombą jądrową.

Dr Manhattan spełnia wszelkie kryteria bóstwa. Jest wszechmogący ( panowanie nad atomami i niemal absolutna wiedza o przyszłości i przeszłości i jej wszystkim alternatywnymi wersjami robi swoje ).  Ostatnie kadry „Before Watchmen” autorstwa J. Michaela Straczyńskiego dają mu także zdolności kreacyjne. Mógłbym więc walnąć porównaniem go do mitologicznych kreatorów świata, a nawet do samego Szefa, ale… Czy fakt, że gość panuje nad materią i czasem, jest w stanie tworzyć życie i jego psychika jest na dużo wyższym niż ludzki pułapie nie stawia go przynajmniej w rzędzie mitycznych i nie jest wystarczającym argumentem na to, że Dr Manhattan bez trudu znalazł by frajerów którzy oddawali by mu hołd ? :D

Zresztą porównywanie go do jakiegokolwiek legendarnego boga jest niepotrzebną pisaniną. Zakres jego mocy nie jest wąski i określony, wręcz dyscyplinarny ( chyba, że zaklasyfikować go jako bóstwo energii atomowej… :D ). Samo pojmowanie świata przez niego wskazuje raczej na rodzaj hiper- istoty, nie zaś napalonego boga w stylu Zeusa, bądź kanciarza Odyna. Ba ! Nasuwa się więc mała, cicha i mało bogobojna myśl- a może bóg przez duże B ? Różnica jednak w tym, iż dobry doktor zapomniał już co to miłosierdzie, przywiązanie i większość ludzkich uczuć. Nie w głowie mu umieranie na krzyżu. Alan Moore brutalnie rozprawił się z mitem hiper- istoty z ludzkimi uczuciami. Osobnik o takiej potędze bowiem, nie może czuć tego samego co człowiek, jeśli sam niegdyś był człowiekiem. Emocje wydają mu się błahe, jak błahe wydają się być dziecięce strachy dla starca który przeżył swoje, a na ścieżce swego żywota zaliczyć konflikt zbrojny, utratę bliskich i rządy rozmaitej maści.

Ecce Homo

A więc- czy Dr Manhatan jest bardziej człowiekiem któremu odbiło po uzyskaniu mocy tej skali, czy bogiem który był kiedyś człowiekiem?

Kwestia pierwsza. Osterman mimo mentalnego odrealnienia, w kwestiach damsko- męskich jest normalny. Choć nie do końca. :) Porzuca swą żonę niczym znudzony życiem pan w średnim wieku, na rzecz młodszej i mniej sfrustrowanej życiem u boku nadludzkiej istoty Jedwabnej Zjawy II. Dziewczyny dość frywolnej ( w łagodnym tego słowa znaczeniu ) i średnio rozgarniętej umysłowo mimo, iż jej ojcem był Komediant ( najwyraźniej rozumek odziedziczyła po kądzieli ). Istotne nie jest jednak to jaka i kim była młoda Silk Spectre, a jaką rolę pełniła u boku Ostermana. Laurie Juspeczyk była bowiem ostatnią liną cumowniczą trzymającą wielki, mogący w każdej chwili wybuchnąć sterowiec jakim on był. Z biegiem lat bowiem Manhattan czuł się coraz bardziej i bardziej wyalienowany. A namiastka człowieczeństwa jakim była obecność kobiety u boku przytrzymywała Dr Manhattana na Ziemi. Gdy Laurie go opuszcza traci chłop nerwy i przemieszcza się na Marsa. Ot inni idą na piwo, do lasu, a jeszcze inni na Czerwoną Planetę… Takie tam wojaże porzuconych mężczyzn… Tym samym pozostawiając rozleniwione obecnością żywej głowicy nuklearnej USA na skraju globalnej wojny atomowej z Sowietami. Brawo Laurie ! :)

Kwestia druga. Jednak jak mówił sam o sobie- jest tylko marionetką jak wszyscy. Tyle, że on widzi sznurki. Widzi je na tyle dobrze, iż dostrzega cud życia. Istota która w czasach mniej oświeconych brana byłaby za bóstwo w końcu odkrywa sens istnienia. Udowadnia, że zna wartość życia i samą jego cudowność. Postanawia więc wrócić na Ziemię. W odpowiednim czasie, ale i za późno. Za późno by uratować setki istnień ( liczba zależy czy to komiks ograniczający zagrywkę Ozymandiasza do NY, czy jak w filmie- spora część światowych metropolii ), lecz jednocześnie w sam raz, aby zgodzić się z Veidtem co do wizji świata, jako pomnika pokoju podlanego krwią niewinnych, przypadkowych ofiar. To kwestia faktycznie czyni z niego  boga, lecz jednocześnie dylemat moralny odczuwa reszta składu Watchmen ( no, nie licząc Ozymandiasza który z ową kwestią się już dawno uporał ). Czy ludobójstwo jest usprawiedliwieniem, a zarazem jedynym możliwym narzędziem niosącym etos gałązki oliwnej ? Pojawia się też fakt, iż pan atomówka zgadza się z Veidtem. Konformizm jest nader ludzką cechą, a zabicie jednego ze swoich kumpli z drużyny dowodzi, iż Osterman pozostał jednak w jakimś stopniu człowiekiem. A jak zachowałby się w takim przypadku bóg lub nawet Bóg ? Cóż- marny robak jakim był Ozymandiasz poniósł by konsekwencje, tym bardziej, że dokonał profanacji boskich zdolności Dr Manhattan do swych niecnych planów. Początkowe słowa niebieskiego herosa mówiące, iż nawet Veidt, najinteligentniejszy człowiek świata nie znaczy dla niego więcej  niż najinteligentniejszy termit mogą sugerować boską sprawiedliwość, lecz po chwili zdaje on sobie sprawę, że może on tam narobił bigosu, ale w gruncie rzeczy nie jest źle prawda ? :) To wszystko dowodzi, iż Dr Manhattan był człowiekiem o boskim pojmowaniu i postrzeganiu. Jest jak jedyny widzący pośród ślepców.

A jakim cudem Ozymandiasz, bądź co bądź zwykły człowiek, na dodatek gogusiowaty i metroseksualny do bólu wykiwał gościa chodzącego po Słońcu ? cdn :)

PS: Takie małe pytanko na zimowy wieczór. Co jeśli moce Dr Manhattan posiadał by Ozymandiasz lub Komediant ? :) Geniusz którego wzorem był egipski faraon i Aleksander Wielki i przenikliwy cynik z nieco sadystycznymi skłonnościami ?

Typowy wesoły dzionek Rorschacha

Standardowy

Wybitność „Strażników” widać już na początku. Ponury i niemal turpistyczny styl narracji Rorschacha towarzyszy czytelnikowi przez cały tom, jednak ten otwierający dzieło Moore’a i Gibbonsa jest najmocniejszy

Ścierwo psa w alei dziś rano, odcisk opony na rozerwanym brzuchu. To miasto się mnie boi. Widziałem jego prawdziwą twarz. Ulice to przedłużenie rynsztoków, a rynsztoki są pełne krwi i kiedy studzienki pokryją się wreszcie strupami, całe robactwo się potopi. Nagromadzony brud seksu i morderstw spieni im się na wysokość pasa a wszystkie kurwy i politycy spojrzą w górę i zakrzykną: „Ocal nas!”, a ja spojrzę w dół i szepnę: „nie”. Mieli wybór, wszyscy. Mogli pójść w ślady dobrych ludzi, takich jak mój ojciec i prezydent Truman. Przyzwoitych ludzi, którzy wierzyli w uczciwą pracę za uczciwą płacę. Tymczasem poszli tropem odchodów, pozostawionych przez rozpustników i komunistów, nie rozumiejąc, że szlak prowadzi nad przepaścią. Aż było za późno. Nie mówcie, że nie mieli wyboru. Teraz cały świat stoi na krawędzi, patrząc na krwawe piekło na dole, wszyscy ci liberałowie, intelektualiści i mądrale… i nagle nikt nie wie, co powiedzieć.

Filmowo zaś znakomicie odtworzył go Jackie Earle Haley. Mimo piękna naszego rodzimego języka fragment „And I whisper- NO ” w oryginale powala…

#100. – Alan Moore, Dave Gibbons – „Strażnicy”

Standardowy

img_1378508150

Nad tytułem na setną recenzję nie musiałem się długo zastanawiać. Co prawda w międzyczasie pojawiły się giganty komiksu jak „Maus” czy „Batman; Długie Halloween”, czy książkowe tuzy jak „Walc Stulecia” czy opowiadania Lovecrafta lecz Papcio Moore z racji sentymentu jak i niedoścignionego mistrzostwa nie ugiął się pod naporem konkurencji. Tak więc na setkę- „Strażnicy” Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa. Powieść graficzna która zmieniła wiele w obrazie współczesnego komiksu.

Historia osadzona jest w roku 1987. Trwa Zimna Wojna, lecz różni się ona diametralnie od tej znanej nam. W USA pojawiają się bowiem zamaskowani bohaterowie którzy mimo braku zdolności kumpli po fachu z głównych uniwersów DC i Marvela naprawdę poważnie wpływają na losy świata. Poza tym wojna w Wietnamie została wygrana przez Jankesów, Nixon zostaje prezydentem trzeci raz ( nie zostając nawet w międzyczasie premierem ) a główną linią obrony Ameryki nie są tylko baterie rakiet, a Dr Manhattan. O poszczególnych postaciach rozpisywałem się już przy okazji serii „Strażnicy: Początek”, lecz powiem  tylko, że nasz niebieski koleżka jest po prostu nad- istotą która pełni funkcję najbardziej wysublimowanej i inteligentnej bomby w arsenale USA. Na złość Sowietom. Pozostali herosi jednak zostali zdelegalizowani przez pewna ustawę, która pozwala działać trykociarzom jedynie dla Rządu.

Mimo przewagi USA ryzyko globalnego konfliktu atomowego wisi w powietrzu. Zegar Zagłady ( dla zainteresowanych- takie ustrojstwo istnieje i obecnie jest na trzy minutki przed Apokalipsą :)  ) notorycznie przesuwa się ku wielkiemu bum, a na dodatek ktoś morduje jednego z najbardziej zaufanych, rządowych herosów- Komedianta. Nikt jednak nie przejmuje się tym za specjalnie- nikt prócz Rorschacha. Bodaj ostatni aktywny heros ma swoje teorie którymi próbuje zarazić swoich dawnych kompanów z drużyny, jednak ci wiedząc, że  teorie spiskowe to coś co kręci kleksowatego starają się go zbyć. Z biegiem czasu jednak wszystko zaczyna się komplikować. Oto za sprawą kilku niepozornych incydentów najcenniejsza tarcza ochronna Dr Manhattan wybywa na Marsa i sprawia, że świat jest bliżej zagłady niż dotychczas. Dochodzi zamach na Ozymandiasza, zabójstwo pierwszego Molocha i aresztowanie Rorschacha. Czyżby komuś zależało na pozbyciu się ludzi w pelerynkach ?

watchmen-comics_00367182

Na pierwszy rzut oka kreska Gibbonsa nie powala. Momentami można dostrzec pewne niedociągnięcia, jednak rysownik tworzy kadry tak klimatycznie i szczegółowo, że po chwili przestaje się zwracać na to uwagę. Do tego ich realizm. I nie chodzi mi tu o doskonały warsztat, a o prozaiczność i swoistą codzienność rysunków. Młodzieżowe bandy wyglądają jak młodzieżowe bandy nie zaś niegrzeczni chłopcy z żurnala, babsko wynajmujące mieszkanie Rorschachowi naprawdę daje czasu- zaniedbany babozwierz o minie przy której wściekła gęba Hulka wydaje się być sympatyczna buźką dużego, zielonego atlety, brudna i dekadencka rzeczywistość Nowego Yorku a.d. 1987 oraz sami herosi. Puchacz któremu nieco się przytyło, brzydal Rorschach i Moloch- wypalony złoczyńca o fizjonomii kanałowego szczura. Gibbons pokazuje tym samym, że nie tylko scenariusz jest pozbawiony pozłotki. Inną sprawą są kolory. Odcienie czerwieni, fioletu, żółci i różu mogą miejscami wydać się nieco nieadekwatne, lecz ta atmosfera…

 1235443855225

Postaci opisywałem przy okazji serii „Strażnicy Początek”, jak i ekranizacji tegoż dzieła. Moore wykreował plejadę bohaterów którym daleko od naiwnego obrazu trykociarza, ale też nie są to zwyczajni Janowie Kowalscy którzy aż biją w mordę swoim przeciętniactwem. Niektórych może mierzić brak supermocy- jednak nie o to w tym chodzi. Autor ukazał, że nawet jeśli ktoś nosi pelerynkę i maskę- i tak może być zajadającym fasolkę z puszki starym kawalerem wynajmującym podłą czynszówkę.

Atutem „Strażników” nie jest tylko klimatyczna kreska, przemyślanie skonstruowany świat, a również przecudowna, niejednolita narracja. Od wesołego inaczej pamiętniczka Rorschacha, poprzez pirackie komiksy wpisujące się w atmosferę przed- apokaliptycznego napięcia po filozoficzne dumania Manhattana które nieco przerażają. Gdyż największy protektor wcale nie czuje się być zobowiązany do ochrony ludzkości… Osobiście podobały mi się też cytaty, fragmenty różnorakich dzieł pod koniec każdego z poszczególnych zeszytów. Które zarazem był nawiązaniem do ich tytułów.

Na sam koniec- dodatki. Książka Hollisa Masona, wywiad z Ozymandiaszem, artykuł ornitologiczny Puchacza, dane medyczne Rorschacha… Co zeszyt można trafić na takie cudo. Które z realistycznego scenariusza tworzy scenariusz hiper- realistyczny. Do tego wspominane wydarzenia z faktycznej historii Stanów Zjednoczonych jak sprawa zabójstwa Kitty Genovese czy Blackout w 1977 w Nowym Yorku. Sprawiają one, że czytelnik nie czuje się jak przy kolejnej lekturze komiksu superbohaterskiego. Moore sprawnie ukazuje spełnienie Amerykańskiego Snu ( słowa Komedianta skierowane do Puchacza są nadzwyczaj gorzkie ) i konfrontację mitu herosa z rzeczywistością.

Podsumowanie: Czym są „Strażnicy” dla komiksu ? Tym czym był Elvis dla muzyki albo Saga Lucasa dla filmów SF. Kamień milowy jaki położyli autorzy zmienił na zawsze oblicze powieści graficznej ( choć przed „Strażnikami” był „Miracle Man” również autorstwa Moore’a… ). Od tego właśnie momentu superbohaterowie przestali być lukrowanymi idiotami chcącymi ratować świat, bez mrocznych stron i słabości, a zaczęli być ludźmi z krwi i kości których decyzje nie zawsze były moralne, a stosunki wewnętrzne daleko odbiegały od ideału. 

watchmen-the-complete-motion-comic-20090223031543324-000

 

 

#97. „Watchmen. Strażnicy” (2009)

Standardowy

7239983.3

Ekranizacje to coś czego nie lubię. Reżyser zawsze poucina maksymalnie pierwotne dzieło i powstaje wówczas zjadliwa, lecz średnio wykwintna papka dla kogoś kto chciał wiedzieć o co chodzi w danej historii, lecz był zbyt leniwym ignorantem, aby łaskawie zajrzeć do oryginału. Pomijam już działo na motywach konkretnego dzieła, bo tam twórcy mogą sobie pofolgować. Autorem jednak który ma szczęście do adaptacji kinowych jest mistrz Alan Moore. Jego „Liga Niezwykłych Dźentelmenów” odbiegała sporo od komiksu, lecz był to  film bardzo, bardzo dobry. „V jak Vandetta” również pobiegł nieco innymi ścieżkami, lecz Hugo Weaving i Natalie Portman pokazali kawał niezłego aktorskiego warsztatu, zaś sam Kanclerz był naprawdę przekonujący. No i „Strażnicy”. Najlepsza adaptacja komiksowa z jaką miałem do czynienia. Szczególnie wersja reżyserska, wzbogacona o kilka scen. Tak kluczowych jak śmierć Hollisa Masona.

Fabułę „Strażników” przytoczę jednak przy okazji recenzji komiksu. Pozwolę sobie skupić się na samym widowisku filmowym. Ekranizacja dzieła Moore’a zaczyna się od fenomenalnego wstępu który jest zarazem przedstawieniem realiów tegoż świata. A w tle Bob Dylan. Tu wspomnę o ogromny atucie filmu. Muzyka ! Wspomniany Dylan, Hendrix, Joplin, Nat King Cole czy Simon & Garnfunkel oddają klimat czasów Zimnej Wojny. Nawet jeśli jest to nieco inny konflikt- w którym napięcie jest jeszcze większe, zaś po jednej ze stron stoi niemal boska istota. Wracając do wejścia- nigdy nie zapomnę scen z Castro i Breżniewem, z Kennedym i Manhattanem i kwiatka w lufie… Już to wbija w fotel na samym początku.

z6337530X

 

Co mi się rzuciło przede wszystkim od razu w oczy ? Zmiana kostiumów. Wypadła ona bardzo pomyślnie. Puchacz mógłby konkurować z Batmanem i wygląda dużo poważniej. Komediant nie ma koszuleczki, a kozackie naramienniki. Ozymandiasz  porządny kostium- nie rajstopy i jedwabie, zaś Zjawa nie nosi halki. Jedynie Rorschach ze swoim zestawem a la film noir i Manhattan z gołym zadkiem pozostali bez zmian. Takie zmiany kosmetyczne rozumiem. To bowiem co najczęściej odstrasza ludzi od komiksów są niekiedy absurdalnie wyglądające stroje- wystarczy sobie porównać Batmana Clooney’a i Batmana Bale’a. Nie ma drastycznych zmian a efekt jest widoczny. Tak samo i w „Watchmen: Strażnicy”- lifting postaci sprawił, że nie tylko fabuła jest jak najbardziej współczesna, ale wizualnie historia jest bardziej strawna- szczególnie dla widza nienawykłego do trykociarzy.

Snyder nie mógł lepiej dobrać aktorów. Każdy z nich wydaje się być stworzony do swojej roli. Billy Crudup wcielający się w rolę wszechpotężnego Dr Manhattana ukazał esencję tej postaci. Chłodny, wyalienowany, obojętny i emocjonalnie matematyczny niebieski ekshibicjonista ze swoim monotonno- melancholijnym tonem głosu był jakby żywcem wyszarpnięty z kart komiksu u wrzucony w ekran. Momenty jak rozmowa z Laurie na Marsie czy atak na Vietcong w monumentalnym brzmieniu „Valkirii” Wagnera ukazują  jeszcze bardziej jego siłę. Filmowy Ozymandiasz jest jeszcze bardziej przebiegłym i wyrafinowanym sukinkotem niż jego komiksowy odpowiednik. Matthew Goode z blond grzyweczką i ze swoim kotkiem jest tym który naprawdę pociąga za sznurki pacynek. Snyder znakomicie zilustrował nieporadność tak silnej istoty jak Manhattan wobec chłodnego geniuszu Veidta który okazał się, mimo tysięcy ofiar, faktycznym zbawicielem świata, herosem do najwyższej potęgi. Patrick Wilson spisał się świetnie grając najbardziej rozmemłaną i miejscami irytującą wręcz postać Nocnego Puchacza II. Mimo ekwipunku ( i prezencji ) godnego Batmana Dreibergowi daleko do Wayne’a.  Wesołek Rorschach grany przez Jackie’go Earle’a Haley’a  ze swoim zachrypniętym głosem i OBŁĘDNIE wykonanej masce przykuwa uwagę od początku do końca. Zapadające w pamięć monologi postaci brzmią w ustach aktora naprawdę posępnie i mrocznie. Sam zaś koniec postaci nie jest ograniczony do trzech kadrów jak w komiksie- jest znacznie bardziej emocjonalny, dramatyczny i smutny. Laurie Juspeczyk, czyli Jedwabna Zjawa II. Malin Åkerman miała wszystko czego trzeba było do zagrania, tej dosyć szarej w porównaniu do kolegów, postaci. Bo czy naiwnym nie jest ten kto wierzy, że uda się stworzyć związek z bombą atomową o jowialnym wyrazie świecącej się niebieskiej facjaty ? Postać Zjawy II rozwinął nieco Darwyn Cooke i Amanda Conner w „Strażnicy Początek”, lecz Papcio Moore nie uznaj tejże serii… Pozostawiając tym samym Zjawę w roli ładnej buzi w męskim gronie Strażników.

I na sam koniec przeglądu obsady- Komediant. Jeffrey Dean Morgan pokazał jak naprawdę grać super- skurczybyka bez skrupułów i ze zwichniętym pojęciem patriotyzmu. Postać ta występuje w retrospekcjach, jednak odciska silne piętno na całym obrazie. Ot na przykład we wspomnieniach Puchacza czy Manhattana. Również to kim był dla pewnego kogoś zadecyduje o powrocie do domu kogoś innego. Ufff… Idealne wyminięcie spoilerów…

z6111226O

Efekty specjalne stoją na wysokim poziomie. Sam Manhattan prezentuje się iście nadludzko, zaś efekty jego „działalności” czy cudowna scena spadającej przypinki Komedianta świadczą o tym, że film to nie tylko świetny scenariusz. I mimo braku szybkich momentów akcji jak w „Avengers” twórcy mogli pokazać co potrafią. Awaryjne lądowanie puchaczowego Archimedesa wśród lodowców w połączeniu z „All along the watchtower” Hendrixa  robi niesamowite wrażenie.

Na sam koniec relacja komiks- film. Jest kilka kluczowych momentów które chciałem zobaczyć i które się pojawiły. Jak scena na Marsie czy retrospekcje dotyczące Komedianta. Snyder nieco wydłużył ostatnie sceny z Rorschach”iem i nieco lepiej przedstawił wydarzenia w Karnaku. Jest to jednak wynik przewagi wizualnej filmu nad komiksem. Kilka jednak szczegółów zostało zmienionych. Samo wielkie bum spowodowane przez Ozymandiasza zostało nieco powiększone w skali- co jednak nie kuje w oczy, a taki rozmach tegoż wydarzenia pasuje lepiej do kinowego obrazu.

Film jednak nie polecam tym którzy z góry nastawiają się na dynamiczny obraz pokroju „Iron Mana”. Nie ma tam śmiechów, fajno- bohaterstwa postaci i happy endu. Obraz w normalnej wersji trwa prawie trzy godziny, zaś pełna wersja reżyserska nieco dłużej. Należy więc z góry być przygotowanym na coś stojącego kilka poziomów wyżej niż klasyki kina superbohaterskiego.

Podsumowanie: Nie będę ukrywał, że zarówno Alan Moore, jak i Scott Snyder to twórcy których cenię. A film Snydera na podstawie dzieła Moore’a… I to tego najlepszego jest jednym z tych do których wracam co jakiś czas. Wiele osób nie rozumiejąc fenomenu „Strażników” pewnie zanudzi się oczekując szybkiej i dynamicznej akcji do jakiej publikę przyzwyczaiły filmy o herosach, lecz warto

Ocena: 10/10

1362187596

#73. – Darwyn Cooke, Amanda Conner – „Strażnicy: Początek #1 – Gwardziści, Jedwabna Zjawa „

Standardowy

before-watchmen

I jak to bywa ze mną i moją chronologią- pierwszy tom „Strażników Początek ” jako ostatni :p Dostajemy Gwardzistów- czyli grupę superbohaterów poprzedzających Strażników, oraz  Jedwabną Zjawę II.

Gwardziści. Może na początek małe porównanie z ich następcami. Strażnicy to: Dr Manhattan- czyli mówiąc wprost- bóg, Komediant- zakapior z bojowym doświadczeniem, Rorschach- drugi zakapior dla odmiany z doświadczeniem ulicznym, Nocny Puchacz II – potrafiący dokopać następca Hollisa Masona ze smykałką do wynalazków, Ozymandiasz- geniusz, milioner i również nie będący fizycznym ułomkiem heros, Jedwabna Zjawa II- córka swej starszej wersji, babka która nie należy do anemicznym efemeryd mdlejących na widok noża. A Gwardziści ? Captain Metropolis- były wojskowy, lecz z typu sztabowców z parciem na szkło równym Ibiszowi, Dolarówka- heros z banku, Człowiek- Ćma – introwertyczny chudzielec ze skrzydełkami uzależniony od podejrzanych specyfików, Komediant- tak, tak- ten sam. Jednak młodszy i będący tym samym kompletnie kimś innym, Zamaskowany Sędzia- facet w kapturze i z pętla na szyi z dość mętną przeszłością , Nocny Puchacz II- jedyny sensowny człowiek w tej bandzie, mentor drugiej sówki, Jedwabna Zjawa II- matka Laurie, będąca bardziej panienką z plakatu niż faktyczną bohaterką, Sylwetka- najbardziej chyba tragiczna postać, choć na tyle mało charakterystyczna, że dopiero jej finał jej zapamiętany.

Podsumowując ? Gwardziści to banda przebierańców będąca bardziej showmenami i niejako produktem wysokiej stopy życia w ówczesnej Ameryce. Nawet ich akcja rozbicia szajki rzekomych handlarzy bronią mówi sama za siebie. Wewnętrzne spięcia, wypalenie się idei zamaskowanych herosów i zmęczenie członków grupy sprawiają, że czas mocno odciska swe piętno na super- grupie.

darwyncookeartbeforewatchmen

 Narratorem jest Hollis Mason/ Nocny Puchacz I. Przedstawione w formie pamiętnikarskiej książki „W kapturze” dzieje Gwardzistów są ukazane przez pryzmat człowieka szczerego, nie ukrywającego prawdy. Nie osądza on i nie potępia

Geneza Gwardzistów była najbardziej potrzebnym originem spośród wszystkich wydanych w ramach „Before Watchmen”. Moore poskąpił informacji o poprzednikach Strażników, a jak się okazuje, ich historia i charakterystyka grupy jest nie mniej ciekawa niż tej z Manhattanem i Rorschachiem w składzie. Skład ten ma swoje patologie i daleko im do ideału. Nawet konflikt między Iron Manem i Capem z Marvela i wszelkie podłości następujące po Wojnie Domowej są niczym przy rozgrywkach i animozjach w Gwardzistach. Tęczowość trojga członków, frywolność Zjawy I, bandyckie skłonności Komedianta, uzależnienia Ćmy. Lata mijają i stare rany nie zarastają. Wręcz przeciwnie- zżera je gangrena. I wydawać by się mogło, że nowe pokolenie herosów, będące o wiele bardziej podobne do klasyki DC i Marvela będzie inne… Czas pokazał inaczej.

Za ilustrację w „Gwardzistach” odpowiada jednocześnie ich scenarzysta- Darwyn Cooke. Ten kto oglądał serial  ”Batman Beyond” na pewno kojarzy charakterystyczny styl twórcy. Tutaj jednak pasuje on bardziej niż do futurystycznej wersji Batmana. Kreska kojarząca się nieco z dawnymi kreskówkami i stylizowana na rysunki z lat 50 sprawia, że realizm tego dzieła dorównuje pierwowzorowi. Urocza nostalgia nie jest jednak lukrowana, a tu i ówdzie pojawia się jucha. Mimo to komiks czyta się „oglądając”.

before-watchmen-minutemen-p5

Druga część tomu opowiada o Laurie Jusperczyk czyli Jedwabnej Zjawie II. Kobiecie nie będącej tylko ładną buzią w kusym kostiumie, a damą potrafiącą przykopać i uderzyć w gębę jak należy. Po przeczytaniu tej historii mam  tylko jedno pytanie- jakim cudem ta zadziorna dziewczyna spędziła ponad siedemnaście lat z istotą która myślała zupełnie innymi wartościami ?

Czasy w których dzieje się akcja to lata 60. Dzieci- kwiaty, młodzieńczy bunt i pierwsze miłości. Laurie która żyje pod presją matki również zaczyna się buntować. Można zarzucić, że jest to kolejny, gówniarski bunt podobny do tego jaki zapewne wszczynają dzisiejsi małoletni po odcięciu fejsa, lecz tutaj panna Jusperczyk  ma solidne podstawy do sprzeciwu. Jedwabna Zjawa I jest bowiem sfrustrowaną, niespełnioną kobietą, porzuconą przez mężczyznę i ze złamaną karierą. Próbując przelać swe ambicje na córkę doprowdza do jej nagłego wypadu na drugi koniec Stanów. Opowieść jest lekka i przyjemna. Nie jest to snucie wielkich planów na miarę Ozymandiasza, czy zamiatanie przestępcami po ulicy jak u Nocnego Puchacza II, lecz biografia młodej, zbuntowanej dziewczyny która powoli odkrywa, że to czego pragnie jest na tej samej linii co wymagania matki- wariatki.

Amanda Conner jako rysowniczka podtrzymała wysoki poziom jaki narzucił Cooke. To w jaki sposób  operuje ona kadrami i mimiką postaci jest nie do opisania. Jej styl łączy w sobie realizm i kreskówkowość. Wręcz arcydziełem jest zeszyt w którym Zjawa ma do czynienia z specyfikami bardzo lubianymi przez ówczesną młodzież. Psychodeliczne kolory, zniekształcone wpływem narkotyku i ta narracja… :D

Before-Watchmen-Silk-Spectre-Page

Podobała mi się bardzo reakcja na pozostałych członków Strażników. Szczególnie Komedianta… Cooke naprawdę genialnie zironizował wyobrażenia młodej dziewczyny z brutalną przyszłością tychże postaci. I swoją drogą… W każdym z originów moment spotkania Strażników ukazany jest inaczej. A może tak samo, jednak odmienna perspektywa robi swoje ?

Gościnny wystep Komedianta w roli troskliwego ojca ma swój urok, lecz jak to bywa z Blake’m jego troskliwość ma więcej wspólnego z mordobiciem niż ojcowską miłością. Jednak jak każdy tatuś Komediant nie pozwoli by przy córeczce kręcił się byle kto :D

Podsumowanie: Pierwszy tom „Before Watchmen” spełnił doskonale swoją rolę ukazania genezy bohaterów Moore’a. Upchnięci w kąt Gwardziści okazali się całkiem ciekawym materiałem na przykład jak nie powinna wyglądać super- grupa, zaś Silk Spectre II pokazała buntowniczy pazurek. Do tego wyśmienita oprawa wizualna sprawia, że jest to dzieło godne polecenia. Cooke sprawnie napisał zarówno opowieść osadzoną w latach powojennych w USA, jak i latach hipisizmu.

Before_Watchmen_Silk_Spectre_Vol_1_1

IMG_2826

#69. – Len Wein, Jae Lee, John Higgins, Steve Rude – „Strażnicy: Początek #4 – Ozymandiasz, Karmazynowy Korsarz”

Standardowy

207c7a28bc9bafbd3e8143ff3180b606

Po ciągłych zmianach terminu wydania na światło dzienne wyszedł czwarty tom „Before Watchmen”. Historii tym razem podzielonej między Ozymandiasza, Karmazynowego Korsarza i znów na trzeciego- Dolarówkę. Pierwszego nie trzeba przedstawiać, drugi stanowił dla mnie zagadkę, a trzeci jegomość- aż szkoda, że go tak mało… :(

Od wczesnego dzieciństwa wiadomym było, że Adrian Veidt to geniusz.  Nie darł się jak piekielna bestia na widok samochodziku czy butelczyny soku marchwiowego, nie doprowadzał swoich rodziców do szaleństwa równie sprawnie jak Joker. Można rzec- złote dziecko. Urodzony w dobrze sytuowanej rodzinie nie miał problemów z harmonijnym dorastaniem. Jednak wzorem kumpla po fachu z Gotham jego rodzice zginęli. Od tej pory zaczyna się niejako drugi etap życia przyszłego Ozymandiasza. Podróże pod całym świecie śladem Aleksandra Wielkiego, swego duchowego mistrza.  Sukcesywne zdobywanie majątku ( schedę po ojcu rozdał ) i pierwsze kroki w karierze trykociarskiej. P

Narratorem historii  jest sam Ozymandiasz. Nagrywa on „autobiografię dźwiękową” na krótko przed wielkim finałem w NY. Jego styl wypowiedzi jest… dosyć pompatyczny :D . Z jednej strony pozbawiony emocjonalności, dzieło chłodnego, analitycznego umysłu. Z  drugiej nieco poetyckie zabarwienia człowieka o wielkich ideałach i celach.

Kadrowanie w tej części czwartego tomu „Before Watchmen” jest co najmniej interesujące. Połączenie najbardziej prostych kwadraciaków z kołami daje niesamowity efekt. Plus co jakiś czas plan na całą stronę. I te rysunki :) Jae Lee spisał się na medal. Nie jest on co prawda mistrzem uwielbianego przeze mnie realizmu, lecz specyfika jego rysunku wkomponowuje się w narrację, zaś niektóre kadry można swobodnie potraktować jako arcydzieło, choć przyczynił się do tego również kolorysta.

ozy2-4

 Druga historia- Karmazynowy Korsarz. Dobra, lecz kompletnie inna niż poprzedzający ją Ozymandiasz. Ten kto czytał „Strażników” pamięta zapewne piracką opowieść przeplataną z aktualnymi wydarzeniami. Moore  po mistrzowski przeplatał narrację opowieści komiksowego pisarza Maxa Shea’i z głównym wątkiem fabularnym. Niestety tutaj jest inaczej. Dostajemy niczym galernik biczem ciężką i mroczną opowieść o pewnym młodym marynarzu w służbie Brytanii który fatalnym zrządzeniem losu trafia na „Latającego Holendra” i jego kapitana – Karmazynowego Korsarza ( tych kapitanów ów okręt miał od cholery… Co jeden to mroczniejszy i bardziej podły :D ). Aby wykupić swą duszyczkę musi zdobyć trzy fanty. Złoty kolczyk nienarodzonego dziecka, tatuaż z klatki umarlaka, a trzecią sam ma się domyślić w międzyczasie… :D Może już obrosłem tłuszczykiem cynizmu, ale opowiastki pirackie wydają mi się tak szablonowe, że niestety ta nie zrobiła na mnie wrażenia. Co nie znaczy, że jest złą. Przeciwnie- w swoim gatunku jest świetna. Ma mglistą i straceńczą atmosferę, narracją przypomina nieco dziennik, a zakończenie jest odpowiednie. Nie powiem- jest udana, lecz czy nie lepiej byłoby opisać po jednym zeszycie niektórych członków Gwardzistów jak ma to miejsce z Dolarówką ?

Wizualnie jest tu naprawdę dobrze. Nie licząc powtarzanych kadrów… :p Szczególnie zapadł mi w pamięci niejako Wężowgłowy i jego podły los. Wszelkie maszkary prezentują się okazale, choć kadry wprawiły mnie w lekką konfuzję. Nie z powodu chaotycznego ułożenia, a zlewających się kolorów- tonów szaro- buro- ponurych przy których panorama krain wesołych inaczej jak Bytom czy Ruda Śląska wydaje się być Arkadią.

Jeśli ktoś kojarzy pirata z birbantem pokroju Jacka Sparrowa powinien trzymać się z dala od tej historii, której bliżej do „Czarnej Bandery” Jacka Komudy niż serii filmów z Deppem w roli wyżej wymienionego. Choć Karmazynowy Korsarz nieco przywodzi na myśl owego szurniętego wilka morskiego.

CC_Preview_13-2

 I ostatnia, króciutka historyjka z humorem. Czyli Dolarówka. Bill Brady to amerikan boj z plakatu. Sukcesy w każdej dziedzinie sportu- od zapasów po futbol amerykański, oraz średni rozumek. Do tego warto dopisać urodę amanta. Jednak sportową karierę przerywa mu kontuzja. Brady próbuje więc sił w sztuce. Jednak sztuka wówczas to nie „Golgota Picnic”, tylko wymagające wielu talentów przedstawienia i rewie, a nie tylko ładna facjata przyciągająca panieny. Brady trafia jednak na casting gdzie nikt inny nie chcę przyjąć głównej roli. National Bank bowiem szuka swek masko… swego herosa :) I tak oto rodzi się Dolarówka- kapitalistyczny heros, ubrany jak Kapitan Ameryka z umysłem Sknerusa McKwacza. Wkrótce dołącza on do składu Gwardzistów gdzie dokonują iście fajerwerkowych wyczynów.

Before_Watchmen_Dollar_Bill_Vol_1_1_Variant_B

Opowieść napisana lekko i z urokiem. Mimo lichej objętości ( 1 zeszyt ) jest o wiele poczytniejsza niż Karmazynowy Korsarz. Niejako daje poczucie ulgi po wysublimowanym Ozymandiaszu i ciężkawym Korsarzu. Ilustracje w nim nie są powalające, lecz kolorystyka i poszczególne rysunki przyciągają uwagę, choć mogłoby być lepiej gdyby wziął się za to Darwyn Cooke.

Podsumowanie: Koniec „Strażników: Początek” pod jednym względem trzyma niezły poziom całości, a po innym nieco rozczarowuje. Znakomity Ozymandiasz, dobry Dolarówka i ciężkostrwany Karmazynowy Korsarz, który po prostu rozbija skupienie czytelnika. Tutaj trykociarze, realia Zimnej Wojny, sprawnie prowadzona narracja z postaciami jak Kennedy, Nixon czy Marylin Monroe w tle, aż nagle… Mrocza opowiastka o klątwie i odzyskiwaniu duszy od kapitana „Latającego Holendra”. Rozumiem- takie mrugnięcie w stronę

Ocena; 8,5/10

Before-Watchmen-Crimson-Corsair

Before_Watchmen_Ozymandias_Vol_1_4_Combo

#63. – J. Michael Straczyński, Andy Kubert, Joe Kubert, Bill Sienkiewicz, Adam Hughes, Eduardo Risso – „Strażnicy- Początek #3 – Nocny Puchacz, Dr Manhattan”

Standardowy

1674575-straznicy-poczatek-nocny-puchacz

Trzeci tom „Before Watchmen” prezentuje Nite Owla II i Dr Manhattana, oraz na doczepkę niejakiego Molocha. O ile w drugim tomie zestawienie Rorschacha i Komedianta, czyli mówiąc prościej- dwóch psycholi, pasowało, tutaj mamy spory dysonans. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Owl- heros z gadżetami a la Batman z moralnością harcerzyka. Manhattan- bóg będący nadal człowiekiem. Moloch- przebiegły, lecz zrujnowany psychicznie łotr.

Pierwsza z historii- Nite Owl II. Danny Dreiberg to chłopak żyjący wraz z matką pod ręką despotycznego ojca. Zafascynowany Nite Owlem I czyli Hollisem Masonem żyje nieco w świecie wyobraźni. Ojciec oczywiście sprzeciwia się pasji Dana, jednak los sprawia, że dołącza do Wujka Bena. Przyszły Sówek  rozpoczyna poszukiwania swego idola. Gdy w końcu dochodzi do spotkania Mason jest pod wrażeniem bystrości umysłu i poczucia sprawiedliwości Dreiberga. Ukazana jest też pierwsza miłość Sówka. Kobieta o równie wielkim temperamencie co Jedwabna Zjawa II. Ważną rolę odgrywa również Rorschach. Zaś czarny charakter jest chyba bliźniakiem Majora z „Hellsinga”.

Kubert tworzy ciekawy miejsko- uliczny klimat. Nie nazwałbym tego noir, ale czymś co wyewoluowało z niego. Mimo, iż komiksowy strój Owla jest nieco kiczowaty, tutaj wygląda naprawdę nieźle. Przebija nawet nieco podobny strój Batmana z jego opowieści liczących sobie nieco więcej lat. Również partnerka Deiberga prezentuje się należycie :)

NITW-OWL-1

Dr Manhattan w drugiej części powalił mnie dopiero po ponownym przeczytaniu. Nie jest to opowieść na szybkie, lekkie czytanko w autobusie. Niebieski ekshibicjonista bowiem rozważa w niej wszystkie możliwości i wybory jakich dokonał w życiu. Nie tylko dzień w którym z człowieka stał się wszechpotężną istotą, lecz nawet możliwe prezenty od rodziców. Przeplatają się tu, jak zresztą w całej serii, wątki ówczesnej polityki ziemnowojennej, pojawiają się prezydenci USA jak Nixon, Kennedy czy Reagan.

Ciekawostką dymków jest to, że niemal słyszę monotonny i łagodny ton głosu Niebieskiego, gdy czytam jego kwestie. Straczyński znakomicie ujął też jego nieco wyższy poziom rozumowania. Jako istota niemal o nieograniczonych zdolnościach sposób dedukowanie i wyciągania faktów jest kompletnie inny i przede wszystkim, mniej emocjonalny niż człowieka. A jednak… Zbyt ludzki jak na kogoś mogącego roznieść galaktykę na strzępy.

a17-500x384

Hughes pokazał co potrafi. Nie można praktycznie do niczego czepić się w jego rysunkach. Kadry, realizm postaci współgrający z narracją JMS-a, no i te barwy :) Manhattan wygląda jak lazurowy bóg, a wiele jest scen które pretendują na miarę najlepszych w serii. I tak chyba jest. Odwrócenie perspektywy podczas zmiany narracji z Niebieskiego na Ozymandiasza jest obłędne. Lubię gdy obraz nie jest dodatkiem do tekstu, ale go uzupełnia i sam  na swój sposób tworzy fabułę.

Moloch czyli Edgar Jacobi został dołączony jak poradnik emeryta w GW. Tyle, że fani kupowali komiks dla dwójki pozostałych postaci nie dla samego Molocha- dodatku :D Opowieść jednak nie obniża poziomu scenariuszowo, może nieco graficzny. Jacobi rodzi się jako nieco odmienny cherlak ze spiczastymi, elfimi uszami. Odrzucony przez rodziców, rówieśników ucieka w sztukę iluzji. Szybko jednak przekonuje się, że nie warto udowadniać pokojowo swojej wartości. W swą przestępczą działalność wplata jednak swój talent do sztuczek co jednak jest ukazane dosyć słabo.

Zaskakująca w przypadku Jacobiego jest jego przemiana po ostatniej odsiadce. Moloch pojmuje bowiem, że jego inteligencja, sztuczki i przebiegłość są pyłem wobec Manhattana. Zabawne jest określenie jakim raczy nazywać Niebieskiego Jacobi :D.Pomoc jednak przychodzi od strony Ozymandiasza…  Jest to jednak pomoc na zasadzie relacji myśliwy- ofiara.

Moloch4

Co do kreski Eduarda Risso. Z jednej strony kadrowanie, ujęcie postaci bardzo mi się podoba. Z drugiej- rysownik wydaje się być nieco niedbały sprawiając wrażenie bazgrania. Kolory są… Cóż, zwyczajne. Nie psują, ani nie wznoszą grafiki na wyższy poziom. A szkoda- postać tak mało znana, a zarazem ciekawa zasługuje na większe starania.

Podsumowanie: Na pierwszym miejscu stawiam Manhattana- ze monumentalność i głębie historii i grafikę. Na drugim – Nite Owl II. Za miejski klimat i zgrabny scenariusz oraz dialogi. Na trzecim- Molocha. Z jego największą bolączką- fatalnymi kolorami które zepsuły kreskę Risso i obniżyły poziom niezłej opowieści.

Ocena: 8,5/10

Before_Watchmen_Nite_Owl_Vol_1_1_Textlessdr-manhattan-before-watchmen

 

#16. – Brian Azzarello, J.G. Jones, Lee Barmejo – „Strażnicy- Początek #2: Komediant, Rorschach”

Standardowy

Straznicy-Poczatek-2-Komediant-Rorschach-_bn39489Tak to bywa, że za sukcesem jednego wybitnego działa ciągnie się komercyjny ogonek dzieł dużo słabszych za to brutalnie bezczeszczących pierwowzór. Nie zawsze są to sequele czy, jak w tym przypadku prequele. Czasami są to „uzupełnienia” historii oryginalnej. Dla zainteresowanych- proszę zobaczyć ilość książek i komisków Star Wars. Niektóre są znakomite, inne- po prostu ręce opadają. Niejednokrotnie w takiej sytuacji dzieje się, że autor może się buntować, wyrywać sobie włosy z głowy, tupać i toczyć pianę. A wydawca i tak zrobi swoje.
Alan Moore również był przeciwny powstaniu prequela „Strażników”. Jednak w tym wypadku mistrz się mylił. Za robotę wzięli się prawdziwi fachowcy. W przypadku drugiego tomu opowiadającego o Komediancie i Rorschachu za scenariusz zabrał się Brian Azzarella, zaś za rysnki J.G. Jones i Lee Barmejo. Obie historie są warte uwagi. W końcu- dwóch największych świrów ze składu Watchmen :D

O Komediancie wiadomo niewiele. Moore opowiedział tylko to, że Edward Blake był jednocześnie zimnym sukinsynem i pozbawionym złudzeń „herosem” który na brud i upadek tego świata odpowiada okrucieństwem, brutalnością i kompletnym brakiem ludzkich odruchów. Jednak Komediant to patriota. Pojmujący to pojęcie bardzo prosto- my to ci dobrzy, tamci to ci źli. Wliczając w to kobiety, dzieci i starców. Do tego jego bliska relacja z dynastią Kennedych i status niemal ikony dają mu pewną nietykalność. Ma jednak ona swe granice.

Rysunki Jonesa są bradzo dobre. Ich siła nie tkwi w dobrej, choć nie wyróżniającej się kresce, lecz w poszczególnych kadrach. Zapisała mi się w pamięci scena z LSD-owym wypadem… Historia niemal dorównująca dziełu Moore’a. Ogromną zaletą jest wręcz banalny zabieg- wpisanie słów piosenek w kadry. Ten kto je zna będzie słyszał je podczas czytania- są bowiem mistrzowsko wkomponowane w poszczególne sceny.

Comedian-Page-11

Druga część- Rorschach. Z charakterystyczną maską na głowie, w płaszczu i kapeluszu był niejako mścicielem rodem z kina noir. Równie, a może bardziej bezwględnym, tajemniczym i morderczym. Tutaj Walter Kovacs rozpracowuje siatkę handlarzy narkotyków przy okazji próbując dopaść Barda- wierszokletę-sadystę, który swe dzieła wycina skalpelem na ciałach zamordowanych kobiet. Klimat lat 70 w stylu „Taksówkarza”. I nie bez powodu użyłem tego porównania.
Barmejo pokazał dużo lepszy warsztat niż w „Jokerze”. Nie ma tu wrażenia drgań i niedociągnięć. Miasto jest brudne i jeśli ktoś pamięta monolog Rorschacha ze „Strażników”- słowa te idealnie je oddają. Kręcące się po ulicach dziwki, handlarze różnego rodzaju świństwem i morderca kobiet wycinający na ich ciałach chore słowa. Noir w wersji jeszcze bardziej cienistej. Tutaj tez znajdziemy kilka perełek Rorschacha :)

blastr.com_

Podsumowanie: Głównym atutem komiksu jest scenariusz. W obu historiach dostajemy opowieści o postaciach które stanowczo odbiegają od stereotypu sprawiedliwego herosa. Zarówno Komediant jak i Rorschach mają swój kodeks moralny który nieco nagina klasyczne pojmowanie tego pojęcia. Niemniej jednak rysownicy zrobili kawał porządnej roboty i historia ta bez wstydu może stać na półce obok swego legendarnego pierwowzoru. Moore nieco przesadził z potępieniem tego projektu- tacy ludzie jak Azzarello czy piszący w pozostałych tomach Straczyński i Cooke są godnymi twórcami by dodać coś więcej do oryginalnych „Strażników”. Warto dodać, że obie historie są bardziej uzupełnieniami życiorysów Komedianta i Rorschacha niż ich genezami ( w przypadku tego drugiego była ona przedstawiona w pierwowzorze, zaś Blake ma swą rolę w genezie „Gwardzistów” )

Ocena : 9/10

Before_Watchmen_Rorschach_Vol_1_1_Variant_B

2417834-before_watchmen_zone_002_super