#264. – WKKM #98 – Stan Lee, Gerry Conway, John Romita Sr, Gil Kane – „The Amazing Spider- Man: Śmierć Stacych”

Standardowy

Zgodnie z filozofią Jokera z „Zabójczego Żartu” wystarczy jeden, kiepski dzień, aby zwariować. Przypadek Batmana udowadnia jednak, że może od doprowadzić do narodzin nowego bohatera. Punkt przełomu, pełen gwałtowności i skrajności, jest punktem wyjścia do narodzin większej części superbohaterskiej społeczności. Nie inaczej było ze Spider- Manem. Ugryzienie pająka dało mu supermoce, ale to dopiero śmierć wujka Bena zdefiniowała go jako herosa. Lecz nie była ona jedyną tragedią w życiu dość pechowego Pajęczaka. Podobnie jak dla Bruce Wayne ważna była śmierć Jasona Todda, tak dla Petera Parkera przełomowym momentem była śmierć Stacy’ ch. 

Akcja ma miejsce, gdy Peter jest jeszcze nastolatkiem, a służba superbohatera nieco przeszkadza mu w życiu prywatnym. Oto bowiem chłopak, który prowadzi aktywne życie prywatne musi stawiać czoło takim zakapiorom jak Octopus. Ze wszystkim fizycznymi i społecznymi tego konsekwencjami. No i opinia w Daily Bugle’ u nie przynosi mu bynajmniej rzeszy fanów. Ten kto tęskni za Jamesonem z tego okresu ubawi się tu do łez. :)

Jak mawiał wuj Ben- wielka moc= wielka odpowiedzialność. I tak nie trzeba było długo czekać na powrót pecha. Z więzienia ucieka Otto Octavius. Przyszły Superior Spider- Man robi to co zwykle- sieje chaos i zniszczenie. Tym razem dotkną one Parkera osobiście. W wyniku potyczki ośmiorniczo- pojęczej ginie kapitan George Stacy. Ojciec ukochanej Petera, Gwen. Człek, który jest duchowym bliźniakiem wuja Bena. I do którego ciężko nie poczuć sympatii. Na dodatek jego zgon funduje niechęć Gwen do Spider- Mana i chwilowe nasilenie represji wobec Spider- Mana ze strony Sama Bullita. Negatywnie konserwatywnego polityka, który na śmierci Stacy’ ego chce wspiąć się na szczyty po pajęczych plecach. To wszystko w pierwszej części tomu.

Pominięte są niestety losy Normana Osborna po chwilowej amnezji i uwolnieniu się od Green Goblina. Za to związek Gwen i Petera powoli staje na nogi po małym kryzysie. Pomijając oczywiście haniebny epizod popełniony przez J. Michaela Straczynskiego sugerujący jakoby Gwen i Norman mieli się ku sobie na Starym Kontynencie… Ale Fortuna nie kocha Petera Parkera i jego odwieczny wróg, Green Goblin, wraca. I to z przytupem. Zarówno tytuł, jak i okładka to jeden wielki spoiler, więc nie zgrzeszę jeśli powiem, że Gwen Stacy ginie. W taki sposób, iż Pajęczak ma kolejny powód do obwiniania samego siebie o śmierć bliskiej mu osoby.

Gil Kane pokazał co potrafi, a potrafi naprawdę wiele. Wystarczy spojrzeć na fenomenalną okładkę „The Amazing Spider- Man #121″. Zaś John Romita Starszy stylem nieco różni się od swego syna, a rzekłbym, że i nawet go przewyższa. Obok Todda McFarlene’ a jest moim zdaniem najlepszym ilustratorem przygód Pajęczaka. 

Podsumowanie: Opowieść, która dla Marvela jest również ważna jak pojawienie się Phoenix czy Galactusa, choć pozornie ma mniejszą skalę. Fanom Spider- Mana polecam przeczytać to dzieło równolegle ze „Spider- Man; Niebieski”. Jeph Loeb i Tim Sale odnosili się do tej właśnie historii i znakomicie zachowali jej klimat. Choć trzeba przyznać, że więcej dramatyzmu i smutku jest w pierwotnym dziele Stana Lee i spółki. Jeżeli oldschool to właśnie taki.

#259. – WKKM #97 – Stan Lee, Jack Kirby – „Fantastyczna Czwórka: Sądny dzień”

Standardowy

I kolejny komiksowy nestor w Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Kolejny raz też autorstwa Lee i Kirby’ ego. Nie będę ukrywał. Łatwo to to się nie czyta. Nakładająca się specyfika ówczesnych lat, z wiedzą co działo się później z każdą postaci zapewne psuje wrażenie, jakie czynił ów komiks w sercach odbiorców, gdy trup JFK jeszcze nie ostygł, a Beatlesi trwali razem. Mimo to, jest to dzieło godne nań spojrzenia. 

Black Panther obecnie to norma. Czarnoskóry heros nie dziwi nikogo, tym bardziej w erze, gdzie segregacja rasowa jest wspomnieniem, a Kapitanem Ameryką jest właśnie afroamerykanin. Wówczas jednak był to duże wow. Na dodatek nie urodził się on w krainie Wuja Sama, a w samym sercu Afryki. Które było nadzwyczaj nowoczesne w stopniu zaskakującym nawet takiego elastycznego nerda jak Mr Fantastic. W komiksie tym debiutuje też złoczyńca znany jak Klaw. Wbrew pozorom jest to charakter dość niebezpieczny, a jego idiotyczna rola w „Tajnych Wojnach” powinna być uczczona, paradoksalnie, minutą ciszy. 

Dr Doom z biegiem lat nie stracił swej iskry, ale w czasie niepodzielnej dominacji autorskiego duetu zdecydowanie przewyższał inne czarne charaktery. Mało kto bowiem ośmiela się przejmować moce herolda samego Galactusa. Motyw ten został nawet powtórzony w filmie, gdzie nie było to już tak fajne, ale widok Dooma na desce Srebrnego Surfera robi wrażenie i podnosi badassowski skill latveriańskiemu watażce. 

Zabawną gratką są „nowoczesne” wynalazki Lee i Kirby’ ego. Obaj byli znakomitymi twórcami superbohaterskich opowieści, ale dość kiepskimi futurystami. Ich wizje niekiedy żenują, niekiedy śmieszą. Przykład: urządzenie, którym jeden ze sług T’Challi komunikuje się na odległość zadziwia Reeda Richardsa, twórce różnorakich międzywymiarowych pierdółek i wehikułów latających…

Podsumowanie: Klasyka klasyki. Czytelnik nie uraczy tu przełomów, a raczej pierwsze kroki. Dr Doom jako lekko oszołomiasty łotr z niejasnymi i infantylnymi motywami, specyficzne prowadzenie walk, narracja dramatyzująco- opisująca. Druga sześćdziesiątka WKKM zasypuje czytelnika dziełami z tego okresu, a sporo przed nami. Warto czasem po nie sięgnąć, choćby po to, by dowiedzieć się jak wyglądałby Black Panther jako Węglowy Tygrys. I wbrew nazwie wcale nadal byłby z Wakandy, nie zaś ze Śląska. 

#227. – WKKM #89 – Stan Lee, Jack Kirby – „Thor: Ragnarok”

Standardowy

Ragnarok w mitologii nordyckiej to koniec wszechrzeczy. Niewiele ustępujący chrześcijańskiej Apokalipsie. Zacznie się od wybuchu trzech wojen, potem nastąpią trzy zimy bez lata. Po tym wszystkim zdarzy się ogromne trzęsienie ziemi łamiące wszelkie kajdany. W ten sposób Fenrir, Loki i Jormungand odzyskają wolność. Powódź którą spowoduje ten trzeci przyniesie na swych falach okręt Naglfar z bogiem oszustów u steru. A dalej już bardziej personalnie. Loki zmierzy się w bratobójczym pojedynku z Heimdallem na tęczowym moście. Thor powali Węża Świata Jormunganda, po czym sam zemrze po trzech krokach. Odyn zostanie połknięty przez uwolnionego wilka Fenrira. Podsumowując- nie będzie czego zbierać.

Jak to jednak bywa z mitami- dziś są dość swobodnie interpretowane. Stan Lee nie jest typem scenarzysty jak Neil Gaiman. Jego spojrzenie na mitologię Nordów ma nieco bardziej popkulturowe barwy. W jego wersji Ragnarok nastąpi, gdy Miecz Odyna zostanie wyciągnięty z pochwy. Miecz ten co prawda kozikiem do strugania drewna nie jest, ale mimo to jest nieco mniej mitologicznie niż w pierwotnych wierzeniach prawda ?

Rolę naczelnego szwarccharakteru odgrywa tu, nieco już etatowo, Loki. Ale nawet on niknie w cieniu dość wielkogabarytowego przeciwnika. Mangog to bydlę złożone z miliardów pokonanych przez Odyna i spółkę wrogów Asgardu. Jak łatwo się domyślić nie jest on cherlakiem, a jego zamiary nie są pro- asgardzkie. Okres w jakim dzieją się wydarzenia to czas, gdy Loki miał jeszcze coś do powiedzenia i nie kooperował z szaleńcami przebranymi z Goblina, zaś Thor dzielił życie z lekarzem imieniem Donald Blake. A więc całkowita klasyka. Tu pochwała dla Stana. Mimo, iż ortodoksyjni wyznawcy Thora mogliby czuć się urażeni, to jego wizja Asgardu jest naprawdę widowiskowa. Początkowo wydawała mi się infantylna i zbytnio przekoloryzowana. Ale trzeba się nieco w nią wczuć. Choć do dzieł Simonsona czy Aarona nieco jeszcze daleko, a i same „Opowieści z Asgardu” są o Walhallę lepsze. 

Jack Kirby. Legenda. Inspiracja dla wielu pokoleń rysowników. Człowiek który przyłożył rękę nie tylko do strony wizualnej, ale też do treści komiksów współtworzonych ze Stanem Lee. A każdy wie jaki jest The Man. I twórca o którym naprawdę nie wiem co sądzić. To żywa legenda komiksu. Nie można nawet krytykować jego dzieł używając argumentów, iż nieco trącą naftaliną czy nie są perfekcyjne z punktu widzenia realizmu. To tak jakby powiedzieć, iż Elvis nie miał idealnego głosu, a jego ruchy na scenie to nieudolne gibanie. Czyli herezja w najczystszej postaci z sporą dozą bezczelnego nihilizmu. Kirby jest inspiracją dla setek późniejszych twórców. Jego kreska może wydać się niedzisiejsza, bo i taka jest, ale ma wartość kultową. Nie jest też idealna- proporcje momentami wołają o litość, a mimika twarzy huśta się od znakomitej po beznadziejną. Ale Kirby, jak wspominałem, to legenda. A legendy mają to do siebie, że może i nie są idealne, ale jak czymś walną między oczy… Pierwszy przykład z brzegu- Odyn na poniższym kadrze. Po prostu majestat Wszechojca w pełnym wymiarze.A to tylko jedna z wielu rodzynek w tym cieście.

Podsumowanie: „Thor: Ragnarok” to złote dziecię swojej ery. Ery która minęła i której dzieła dziś są dość ciężkie w odbiorze. Sam Gromowładny przeżył już kolejne końce świata, zdążył przestać być godnym Mjollnira, a nawet na jakiś czas być żabą. Mimo to do komiksu należy podchodzić z szacunkiem. Choćby na zwariowane podejście do mitologii Stana czy kultową kreskę Kirby’ ego. The Man i The King to jeden z najlepszych duetów w historii komiksu. Nazwiska równe Eisnerowi, Moore’ owi czy Millerowi. Ktoś kogo warto znać, mimo, iż ich dzieła początkowo wydają się być z innego świata i czasów.

#211. – WKKM #87 – Stan Lee, John Romita Sr. – „The Amazing Spider- Man: Nigdy więcej Spider- Mana !”

Standardowy

Są historie w życiorysach postaci literackich które są dla nich kamieniami milowymi. Bez wątpienia chwilowe porzucenie kostiumu Pajęczaka przez Petera Parkera było właśnie takim momentem. Co prawda nie była to dojrzała i długotrwała decyzja, ale liczy się, że kostium na jakiś czas wylądował w śmieciach prawda ? „Nigdy więcej Spider- Mana !” to nie tylko opowieść o wypowiedzeniu umowy na bujanie się po mieście, lecz również kilka poprzedzających ją wydarzeń które w mniejszym lub większym stopniu były kwintesencją ówczesnego Pająka.

Akcja dzieje się jeszcze przed śmiercią Gwen Stacy. Młody Peter miota się między MJ i Gwen, a do tego dochodzi chorowitość cioci May. Truda do pogodzenia z życiem prywatnym służba Spider- Mana nie daje mu chwały, a podłe artykuły w „Daily Bugle’ u” autorstwa J. Jonaha Jamesona który z W.H. Hearstem mógłby podać sobie rękę. Ponadto starzy przeciwnicy nie dają o sobie zapomnieć. Lizard który próbuje odnaleźć samego siebie i zrealizować plan o jakim śnią koszmary zwolennicy teorii reptiliańskiej. Kraven z zapędami myśliwskimi i Shocker. Ten ostatni szokujący na szczęście zbyt długo nie jest.

Komiks jest silny w swojej kanoniczności. Stary dobry Spider- Man któremu daleko jeszcze do ujawniania tożsamości, osobowościowych konfliktów z Octaviusem czy członkostwem w Avengers. Antagoniści poprzebierani za zwierzaki, tłukące się o niego dziewczyny, nobliwa May ( wystarczy zobaczyć sobie jakąż hardą emerytką była ciotka Parkera w „Powrocie do domu” ) i bezkonkurencyjny Jameson. Osoba która jest dla mnie archetypem brukowego dziennikarza nastawionego na zysk i tania sensację. Do tego humor który pojawia się relacjach pomiędzy nim, a Peterem który mimo braku doświadczenia przynosi zaskakująco dobre fotki ze Spider- Manem. To nawet nieco paradoksalne- Peter zarabia na tym, że jest szkalowany. :D

Uważni czytelnicy WKKM, a w szczególności ci, którzy ukochali Przyjaznego Pajęczaka z sąsiedztwa mogą skądś znać kadry z tegoż tomu. A i owszem- wątki z tego komiksu powtórzyły się nieco w „niebieskim” Spider- Manie. Warto sobie przypomnieć ten zacny tytuł. I zobaczyć po latach jak Parko wspomina swe szczenięce lata.

Romitę Młodszego dane było poznać w WKKM między innymi z „Przedwiecznych” czy „Wielkiej Wojny Hulka”. Na Seniora przyszło nieco poczekać, ale było warto. Rysownik stworzył legendarne już plansze, na których opierał się Tim Sale w tworzeniu „Spider- Mana: Niebieskiego”. Kojarzący mi się z serialem animowanym kostium i klasyczny wygląd postaci z otoczenia Parkera pomaga jeszcze bardziej cofnąć się do lat młodzieńczych Spidey’ a. Romita Starszy ma dużo większy wkład w historię komiksu niż jego syn.Junior jest nieco bardziej charakterystyczny ( co nie zawsze wychodzi mu na dobre ), ale nie oznacza to, że jego ojciec to rysownik jakich wielu. Podniebne batalie z Lizardem i Vulture’ m mają do dziś swój smak.

Podsumowanie: Najbardziej klasyczna z klasycznych opowieści o Spider- Manie w WKMM. Peter tłucze się z łotrami w nocy, a za dnia troszczy o ciocię May, prowadzi życie studenta i użera z Jamesonem. Coś pięknego. Cudowne lata Petera jeszcze przed kolejna osobistą stratą. Nostalgia w czystej postaci.

#197. – WKKM #84 – Stan Lee, Jack Kirby – „Thor: Opowieści z Asgardu”

Standardowy

Thor z Marvela ma istotną wadę. Kolejni twórcy z biegiem lat zapominali, że jest on postacią z mitologii nordyckiej. Specyficznego panteonu który ma swój klimat, pewien rodzaj baśniowości ( jeśli nie liczyć takich ananasków jak narodziny wierzchowca Sleipnira ) i ducha walki ludu wojowników. W komiksie wszystkie pierwotnie kulturowe elementy zastąpiły elementy popkulturowe. Na szczęście tutaj Thor nie jest do poziomu kolejnego członka Avengers, a jest tym kim od zawsze być powinien- potężnym bóstwem które sięga pamięcią  naprawdę daleko. Wydarzenia mają więc miejsce na długo przed wstąpieniem Thora do Avengers. Na długo przed pojawieniem się człowieka w Midgardzie. To jeszcze bardziej tworzy mitologiczną atmosferę. Nie ma cienia obawy, że z ni z gruchy, ni z pietruchy wyskoczy Cap krzycząc „Avengers zbiórka”.

Głównym antagonistą jest tu Loki. Bóg Oszustów zachowuje się nieco jak klasowy błazen wiążący wszystkim sznurówki pod ławkami, ale w tym tkwi cały jego urok. Nie spiskuje on jak w swych późniejszych latach z Doom’ami, Osbornami i tym podobnymi śmiertelnikami. Jest po prostu pyszałkowatym młodszym synalkiem Odyna który swój kompleks niższości wyładowuje ( oczywiście potajemnie ) na bardziej walecznym bracie.  Jeśli już o Thorze mowa to miejsce ma tu pierwsze podniesienie Mjollnira, pierwsza walka z Fafnirem, pierwsze pojawienie się Wojów Trzech i wiele innych debiutów. Słowem- coś co każdy fan Marvela i Thora musi znać.

The Man jest świetnym autorem. Świadczy o tym jak opowiada historię. Brawurowa narracja  w jego wesołkowatym stylu świetnie scala się z majestatycznymi opisami pasującymi do historii z nordyckimi bogami. Oczywiście specjaliści od wierzeń dawnych Skandynawów mieliby jakieś „ale”, lecz perfekcyjna ich synteza z komiksem superbohaterskim jest naprawdę ciężka. Tu zaznaczę, że „Opowieści z Asgardu” to właśnie bardziej komiks mitologiczny niż superbohaterski, lecz jeśli ktoś spodziewa się klimatu w stylu „Sandmana” może się nieco zawieść.

No i Jack Kirby. Wygłoszę herezję, ale za lepszych rysowników uważam Romitę Sr. czy Jima Sterankę. Niektóre dzieła Kirby’ego wydają się dziś zbyt toporne, ale jego wpływ na wiele pokoleń twórców jest niepodważalny. Tutaj rysunki Kirby’ego z przyzwoicie ( zapewne nieco odnowionymi ) nałożonymi kolorami i z niezłymi pomysłami na wygląd mieszkańców Asgardu ( i okolicznych światów ). A jeśli ktoś jojczy na czerwoną pelerynę i skrzydlaty hełm niech zobaczy  pierwotne, ludowe wyobrażenia Thora. Heh…

Podsumowanie: Bez wątpienia najlepszy tytuł z Gromowładnym w WKKM. Potężna dawka mitologii napisana tak, aby dotarła do tych którzy są z nią na bakier. Nie jest to może podręcznikowa lekcja, ale zachęta dla tych którzy myślą, że bogowie piorunów pochodzą z Grecji.

#186. – WKKM #80 – Stan Lee, Jack Kirby, Jim Steranko- „Nick Fury, Agent Shield ” t.1

Standardowy

Szpiegostwo to bardzo medialne zjawisko wbrew swym założeniom. Kolejne film z Bondem biją rekordy popularności, a zmiany aktorskie w roli 007 wręcz rozpalają wyobraźnię fanów. Również u nas w swoim czasie farbowany Bond, czyli porucznik Borewicz miał swoje pięć minut ( mimo, iż był milicjantem, a nie szpiegiem, jego praca emocjonowała widzów nie mniej niż wyczyny Seana Connery’ego ). Tymczasem w komiksie swego czasu dominował ktoś znacznie mniej wydelikacony i zmanierowany od martini oraz nieskalany współpracą z komunistyczną władzą :D .  Tym kimś jest Nick Fury.

Na początku mała informacja. Nick Fury Stana Lee to postać nieco inna niż Fury w wykonaniu Samuela L. Jacksona czy Hasselhoffa. Hardy Irlandczyk z cygarem z pysku i kilkudniowym zarostem to prawdziwy macho man ( bez skojarzeń z Randy’m Savage’m ). Cięte, zabawne riposty, akcje przy których 007 to brytyjski piesek salonowy, a wszystko to mające zarówno klimat komiksu szpiegowskiego, jak i klasycznego komiksu ze stajni Marvela. Są więc tajne spiski tajnych organizacji. Ryzykowne, wręcz samobójcze wyczyny z naczelnikiem S.H,I.E.L.D. w roli głównej i epizodyczne występy herosów.

Hydra ciągle istnieje i ma się dobrze. Zmieniający tożsamość jak rękawiczki przywódca zbrodniczej organizacji umyka nawet samemu Nickowi i bez trudu prowadzi do całkowitej realizacji swych planów. Brzmi znajomo ? Owszem. Stan Lee nie odkrywa Ameryki scenariuszem, lecz tego się nawet nie spodziewałem. Historia miała trafiać nie da smakoszy gatunku, a do czytelnika gustującego w przygodach z Iron Manem i Kapitanem Ameryką. Doskonale świadczy o tym fakt, iż zeszyty z Fury’m ukazywały się pierwotnie z opowieściami z udziałem Dr Strange’a pod tytułem „Strange Tales”. Mimo mało wyszukanych fabularnych zawirowań „Nick Fury, Agent Shield” to dzieło łatwo i przyjemnie przyswajalne i mimo, że zostało wydane w czasach w których na świecie grały takie giganty gitarowej muzyki jak Led Zeppelin czyta się je szybko i bez uderzeń w przepaść narracyjną.

No i Jim Steranko. Rysownik pokolenia młodszego niż obecny tutaj również Jack Kirby, ale równie godny uwagi. Pokazowe, duże kadry, ale też mniejsze, nieco bardziej dynamiczne rysunki tworzą pełna akcji fabułę w której można nieco zawisnąć z powodu dość sporej ilości dymków które jednak nie nudzą jak to bywało w innych seniorach z WKKM. Styl Steranki jest bardzo szczegółowy, dopracowany w każdym calu. Nie bez powodu zresztą rysownik nazywany jest Andy’m Warholem komiksu. :)

Podsumowanie: Lubię starsze komiksy, a jeszcze bardziej, gdy mają one do zaoferowania coś więcej niż historyczną wartość. Komiks ma potencjał, ale jednak nie wyobrażam sobie go współcześnie. Inne czasy, inne metody tworzenia, inne zagrożenia… W okresie w którym powstawał ów komiks panowała Zimna Wojna. Świat podzielony był na dwa bloki polityczne i szpiegostwo było nie tylko literacką fikcją, ale namacalnym zjawiskiem. Dziś jest ono bardziej ukryte, ale na kilka lat po makkartyźmie było ono bardziej widoczne- w końcu nawet twój sąsiad mógł być sowieckim szpiegiem szkodzącym majestatowi USA :D . A poważniej- komiks jest naprawdę warty uwagi.

#176. – WKKM #78 – Stan Lee, Gary Friedrich, Marie Severin, Herb Trimpe – „The Incredible Hulk: Potwór na wolności”

Standardowy

Pozornie Hulk to mało ambitna postać. Na dodatek jest niemal niepokonany. Na palcach jednej ręki można wymienić postaci zdolne złoić mu skórę, a to i tak nie jest pewne. Hulk może być zły jeszcze bardziej… A każdy wie co znaczy zły Hulk prawda ? I o właśnie takim złym Hulku jest ten komiks. Pozornie.

„Potwór na wolności” opowiada najbardziej klasyczne scenariusze jakie można sobie wyobrazić z udziałem Zielonego. Czyli o tym jak chce on dobrze, a ludzie wokół strzelają z karabinków i bezczelnie atakują. Biednemu Hulkowi nie pozostaje więc nic innego jak po prostu się odwinąć. A, że chłopina ma krzepę w łapach ? Pech tego który zaczął. Tak więc Sałata konfrontuje się z rodakami Thora, kosmicznym najeźdźcą, Mandarynem i natrafia na Inhumans ( tym razem bez szeptanej konfrontacji z Black Boltem ) i ojca swej kobiety- generała Rossa. Ironicznie- przyszłego Red Hulka. Pomiędzy tymi sztampowymi, jak wydawać by się mogło, dla tej postaci opowieściami wyziera jednak obraz nader zaskakujący. Sałata bowiem nie jest osiłkiem który wrzeszczy „Bić! Palić ! W Mordę walić !”, a personą rozdartą, szukającą swej tożsamości i przede wszystkim zaszczutą. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że każdy niemal za punkt honoru stawia sobie dać łupnia Hulkowi. Jak się to kończy- każdy wie.

Wizualnie „Potwór na wolności” to dziecko swojej epoki. Marie Severin i Herb Trimpe nieźle radzili sobie z zapaśniczymi scenami walk w których to Hulk mocuje się z przeciwnikami o podobnych gabarytach. Na pochwałę zasługują też fenomenalne okładki ( szczególnie ta z „Hulk annual #1 ). Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że komiks ten byłby dużo lepszy graficznie gdyby ktoś nieco odświeżył kolory.

Podsumowanie: Dzieło dla ortodoksyjnych fanów Hulka. W których to Sałata nie lata po innych planetach, nie jest zbyt rozgarnięty, ani nie jest też rozdzielony od Bannera. Po prostu- HULK SMASH ! Sporo akcji, epickich brawli i pojawienie się nieco zapomnianych bohaterów i ich przeciwników. Czasem myślę, że jeżeli Hulk miałby zostać wskrzeszony filmowo to właśnie w taki sposób. Bez przesadnych zawijasów fabularnych.

#165. – WKKM #75 – Stan Lee, Archie Goodwin, Gene Colan, Johnny Craig- „Iron Man: Upadek i wzlot”

Standardowy

Komiks to dobre medium do ekranizacji. Marvel powoli przymierza się do trzeciej serii blockbusterów, zaś DC kusi Batmanem, Supermanem i Suicide Squad. Jak bywa z wielkodochodowymi produkcjami jedne są dobre, a drugie dobrze zarabiają. Iron Man miał szczęście do Roberta Downey’a Jr. który brawurowo zinterpretował postać Złotego Avengera. Jednak czy Iron Man z filmu to ten sam Iron Man z komiksu ?

O czym jest ta opowieść ? O Iron Manie bijącym przeciwników. Dokładnie o tym. Tylko. Bez filozoficznych podtekstów, bez konfliktu między samymi herosami ( w których wszczynaniu Stark jest równie znakomity jak w ulepszaniu swej zbroi ). Nie idzie mu jakby się mogło zdawać  gładko. Iron Man jest kilka razy na granicy wycieczki na złom. Jednak, co jasne i oczywiste, wygrywa swą błyskotliwością i bohaterstwem. Tu napomknę nieco o jego adwersarzach. Nie są to postaci lotne. To typowe superłotry na jeden odcinek. O małym rozumku i wielkich muskułach. Z zapisujących się w Marvelu na dłużej warto pamiętać o Whiplashu i Grey Gorgoyle’u. Ale najlepsi są ci o śmiesznych ksywkach  . Ot taki Pół- gęba, Odmieniec czy Jednorożec. :)

Można błędnie wysnuć wniosek, iż krytykuję ów komiks. Otóż nie ! „Iron Man; Upadek i wzlot” to dzieło bardzo, bardzo poczytne i pięknie zilustrowane. Do tego jest szablonowym przykładem jak wyglądał komiks w czasach, gdy The Man był u steru wydawnictwa. Poza tym czy nie jest godzien przeczytania komiks w którym technologia zbroi Starka jest przeczystym, krystalicznym futuryzmem ?

Stan Lee zakazał i nie chciał poruszać tematyki wojny w Wietnamie. Konflikt trwał wówczas w najlepsze, a przeniesienie go w historie trykociarskie które nie zajmowały się jeszcze aż tak ważkimi tematami byłoby małym foux pas. The Man jednak sprytnie nawiązał do niego ( pamiętny Pół- gęba ), jak i również do ogółu Zimnej Wojny. Pojawia się nawet sam El Presidente ! :D

Jedyne do czego się przyczepię to polskie tłumaczenie tytułu. Poprawne, lecz na wyrost ułagodzone. „Iron Man: Tragedia i Tryumf” brzmiało by o niebo lepiej. Ale skoro w przypadku „Ultimates” podtytuł w ogóle pominięto, a w „Old Man Logan” z dziarskiego starca Logana zrobiono staruszka choć to ma nawet sens oksymoroniczny.

Sposób rysowania i charakterystyczny sznyt tworzenia autorów jak Colan czy Craig powala mnie na kolana. Ta mimika, gesty podczas pełnych akcji wydarzeń, no i ponadczasowa zbroja Iron Mana. Z biegiem lat pancerz Starka modyfikowana, ulepszano, lecz ten szczególny model  jest po prostu historyczny. Poza tym miał taki swój nostalgiczny urok. Widoczna muskulatura, pozorna lichość w porównaniu z nowszymi pancerzami… Jest wprost stworzony na zacną figurkę :) .

Podsumowanie: Barwne historie ukazują nieco innego Starka niż ten znany dzisiaj. Starka-naukowca, Starka- śmiałka któremu daleko do filmowego zawadiaki- playboy’a czy wizjonera dążącego niekiedy podłymi środkami do swego celu ( Steve Rogers potwierdzi… ). No i późniejszy Antoni jest nieco bardziej stonowany, zdawać by się mogło, że częściej polega na gadżetach, a nie na swym intelekcie. Tego Iron Mana lubię najbardziej. Jeszcze przed chlaniem na umór i nielojalnością wobec starych kumpli. Siedemdziesiąty piąty tom WKKM

PS: Zauważyłem, że spore grono fanów WKKM kładzie OGROMNY nacisk na… grubość tomu -.- .  Najwyraźniej nikt nie poznał króciusieńkiego „Zabójczego Żartu” czy nie pamięta, iż kiedyś komiksy były nie raz naprawdę ascetycznymi opowieściami w których bohater wszedł, pozamiatał, coś tam pogadał i wyszedł ( wystarczy zobaczyć debiuty herosów Marvela w „Początki Marvela; Lata 60″ ). Objętość jest ważna i fajnie jest czytać opasłe tomiszcze zamiast broszurki, ale liczy się wartość artystyczno- rozrywkowa. Przykład z brzegu ? „Thor: W poszukiwaniu bogów” będący niemałym tomem jak na średnią Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, a „Spider- Man: Niebieski”- sporo mniejszy od większych kolegów z serii.

#159. – WKKM #73- Stan Lee, Jack Kirby – „Fantastyczna Czwórka: Nadejście Galactusa”

Standardowy

W świecie Marvela istnieją momenty przełomowe. Niekoniecznie muszą być one wielkimi crossover’ami na miarę tych autorstwa Bendisa czy Shootera, ale mają w sobie siłę fabularnego przekazu i Do takich wydarzeń zaliczyć można odnalezienie Kapitana Ameryki czy zwerbowanie drugiego składu X- Men ( wszystko to w poprzednich tomach WKKM :) ). Jednak moim zdaniem najbardziej ikonicznym wydarzeniem dla wydawnictwa, a zarazem F4 jest pojawienie się Galactusa.

Kim właściwie jest Galactus?  Ubrana w fiolety z przedziwnym hełmem na głowie kosmiczna istota która pojawiła się w zawartym tu zeszycie Fantastycznej Czwórki po raz pierwszy ze sporym przytupem. Pożeracz światów o niemal boskich mocach postanowił skonsumować Ziemię. Po stronie F4 staje jednak sam pozornie bezstronny Watcher, zaś Pierwsza Rodzina Marvela nie jest w ciemię bita i stanowi poważną przeszkodę dla Galactusa i jego herolda Silver Surfera. Mimo, iż opowieść ta nie zapełnia całości tomu, jest po prostu epokowa. Jest tym czym dla uniwersum Star Wars zniszczenie Gwiazdy Śmierci czy finał pojedynku Kenobi/Skywalker.

Pierwszy występ miał tu nie tylko Galactus. Grupa Inhumans również miała ukazać się światły dziennemu. I to dosłownie. Attilanie są bowiem w przymusowym odosobnieniu za które odpowiada braciszek Black Bolta i Seeker. Sam BB jest tu dosyć enigmatyczny- nie wiadomo dlaczego do przemawiania używa pośredników i jakie właściwie posiada zdolności. Wątek miłości między Crystal, a Torchem jest tu jeszcze w powijakach, ale w końcu to początki. Inhumans niejednokrotnie bowiem przyćmią F4.

Fantastyczna Czwórka była dla mnie zawsze dość familijną grupą herosów. Mimo zmiennych składów, do rotacji jakie następowały w Avengers czy X- Men jeszcze daleko. Najbardziej znany i kochany przez fanów skład to małżeństwo Richardsów, Johny Storm i Ben Grimm. Zawsze mnie zastanawiało- czy Pochodni i Stworowi nie jest po prostu niezręcznie w towarzystwie zawsze i wszędzie ( niemal ) uwielbiających się Sue i Reeda ? I o ile Torch to przebojowy chłoptaś z rzeszą fanem na ogonie, o tyle Thing… No cóż Alicia Masters. Jej trafiło się wyjątkowo duże i twarde ziarno.

A skoro mowa o Thingu. W siedemdziesiątym drugim tomie WKKM znalazł się też zeszyt zatytułowany „Ten Człowiek, Ten Stwór”. Wyróżniający się dojrzałością scenariusz nieco usadza na ziemi czytelnika który za bardzo odleciał po spotkaniu z Inhumans i Galactusem. Thing to postać tragiczna. Podczas gdy reszta składu ma zdolności pokazowe, nie uwłaczające im i nie przeszkadzające w normalnym życiu Stwór to żywa kupa skał. W jego przypadku z wielką mocą idzie wielkie cierpienie. Więc gdy tylko trafia się okazja ponownego bycia normalnym człowiekiem Ben Grimm przystaje na to. Cóż z tego, iż proponujący transformację nie wygląda na człowieka o anielskim sercu ?

Jack Kirby jest jak Jules Verne dla fantastyki. Jak Jimi Hendrix dla gitary. Protoplasta i inspirator dla ogromu rysowników. Ogromny miał też wkład w scenariusze ilustrowanych przez siebie serii. Niektórzy stwierdzą nawet, że większy niż Stan Lee… Ale ja jestem zdania, że epokowe dzieła Marvela powstały przy sprawiedliwej i równej współpracy obu legend komiksu. Dziś rysunki Kirby’ego nie oszołomiłyby laika. Mimika twarzy może wydawać się skąpa, sylwetki niekiedy nienaturalne, tła skąpe… Ale czyż prawdziwy smakosz powieści graficznej nie uznałby tego za bluźnierstwa i potwarze w stronę The Kinga ?

Nieco inaczej wygląda Watcher. Dziś to łysol z wielkim łbem i dysproporcjonalnym do niego ciałem. Kirby zaś narysował go nieco pulchniutkiego. Osobiście wersja Jacka wydaje mi się bardziej poczciwa i pasująca do sytuacji obrońcy Ziemi.

Podsumowanie: Komiks znakomity jako źródło historyczne, dobry też jako same dzieło. Lata nie dały się we znaki tej opowieści,  nadal miło się je czyta, szczególnie poznając originy Galactusa i Inhumans. Pamietać należy, że jest to inny okres w historii komiksu i tak jak porównywanie go do dzisiejszych dzieł byłoby grzechem. Wspomniany rozdział z udział Stwora jednak wytrzymał dekady najlepiej- twardo i nieustępliwie tak, iż cioteczka Petunia mogłaby by być dumna ! :)

Dr Oz

#157. – WKKM# 72 – Stan Lee, Steve Ditko- „Doktor Strange: Bezimienna Kraina Poza Czasem”

Standardowy

Wielka Kolekcja Komiksów Marvela ma kilka wad. Jedną z nich jest wybiórczość tytułów, szczególnie w porównaniu polsko/ czeskiej edycji z brytyjską. Perełki są zastępowane przeciętnymi tytułami lub seriami niedokończonymi. I tak przepadł między innymi „Doctor Strange: The Separate Reality”. Na szczęście w polskiej edycji ukazał się inny wielki tytuł z tymże bohaterem- „Doktor Strange: Bezimienna Kraina Poza Czasem”. Sam tytuł po prostu przyciąga, zaś w oryginalnej wersji anglojęzycznej- a nameless land a timeless time- tworzy w wyobraźni bezkresne, oniryczne światy złożone z wielu płaszczyzn istnienia. W końcu autorami są giganci i ojcowie- założyciele Marvela- Stan Lee i Steve Ditko.

Każdy szanujący się jegomość w pelerynie musi mieć swego antagonistę. Jest to prosta zasada akcji- reakcji. Jeśli w mieście pojawia się szeryf zamiatający ulice bandziorami, prędzej czy później pojawi się ktoś jego kalibru który będzie na bakier z prawem. W tej historii pojawia się dwoje najbardziej bodaj klasycznych wrogów Strange’a. Są nimi demon/istota nadprzyrodzona o imieniu Dormam u i podobnie jak posiadacz Oka Agamotta, inny uczeń Starożytnego- człowiek o bardzo twarzowym pseudonimie, Baron Mordo.

I pech chciał, że obaj zaczęli współpracę. Co prawda Mordo jest po prostu naczyniem na moc Dormmamu przez którego demon próbuje ubić Starnge’a, aby osiągnąć swoje niecne cele. Dlaczego więc osobiście nie ruszy swego tyłka i tego nie zrobi ? Ano dlatego, że po uratowaniu owej części ciała przez ziemskiego maga Dormammu obiecał go nie atakować bezpośrednio. A że znalazł frajera który za niego odwali brudną robotę… Co zabawniejsze zły władca jeszcze bardziej złego wymiaru komunikuje się z Baronem za pomocą magicznej wersji skype’a. Niekiedy ich relacje są iście kabaretowe. Mordo ciągle nawala, a Dormammu może tylko wrzeszczeć i płonąć, dosłownie i w przenośni, z gniewu. W potyczkę tą zamieszani są Starożytny i sam Eternity ( tu przetłumaczony barbarzyńsko na Wieczność ).

Wydawać by się mogło więc, że Mordo nie będzie wymagającym przeciwnikiem, lecz zarówno Dr Strange, jak i Starożytny mają problem ze swoim dawnym znajomym. I tu pochwała dla Stana Lee. Autor nie kreśli prostej opowiastki, a zawiłą, skomplikowaną ścieżkę fabularną w której Strange co chwile wymyka się z sideł Mordo i jego popleczników, a chwile gdy mag przyciśnięty jest do ściany mają spore napięcie.

Skoro już jesteśmy przy scenariuszu co nieco o Stan’ie Lee. Człowiek który po dziewięćdziesiątym roku życia pojawia się w filmach o swoich bohaterach w stylu lepszym niż grający główne role. Twórca takich komiksowych tuzów jak Fantastyczna Czwórka, Silver Surfer, Spider- Man czy X- Men, że o poszczególnych Avengers nie wspomnę. No i oczywiście Dr Stephen Strange. „Bezimienna Kraina Poza Czasem” to zaś opowieść daleko wyprzedzająca swe czasy.  Widać tu pewne schematy, archaizmy, ale wbudowane w przesiąkniętą magią i mistycyzmem opowieść Stana nadają jej dodatkowej aury tajemniczości i nierealności. Zwroty akcji, wielowątkowość przy nie zgubieniu głównego wątku i to, że komiks ten jest bardziej powieścią fantasy niż klasycznym komiksem superbohaterskim.

Steve Ditko to legenda komiksu, pierwszy rysownik Spider- Mana. Ptaszki ćwierkają, iż pan Ditko w czasie tworzenia plansz do „Bezimiennej Krainy Poza Czasem” wspomagał się pewnym popularnym specyfikiem o którym opowiada rzekomo piosenka Beatlesów „Lucy in the Sky with Diamonds”. Ile w tym prawdy ? Faktem jest jednak, że metafizyczne i nasycone kontrastowymi barwami kadry po kilku dekadach są poważną konkurencja dla obecnych dzieł.

Podsumowanie: Sam nie wiem kto sprawił, że dzieło to jest tak dobre. Stan Lee ze swoimi niebanalnymi pomysłami i narracją, czy Steve Ditko który wykreował wymiary tak surrealistyczne i psychodeliczne, że w uszach rozbrzmiewa „Purple Haze” Hendrixa ( nawet lata się zgadzają :) ). Komiks to oczywiście wiekowe dzieło, ale owa wiekowość wpasowuje się w klimat i narrację Stana Lee. Poza tym Dr Strange to dość enigmatyczna postać i mimo, iż nie cieszy się w Polsce taką popularnością jak Iron Man czy Pajęczak jest im zdecydowanie równa. Kto wie- może nadchodzący film naświetli rodzimym odbiorcom tą jakże oryginalną i inną niż wszystkie postać ? :)