„Spider- Man: Homecoming”- trailer

Standardowy

Spider- Man powraca. Jego brawurowy debiut w „Wojnie Bohaterów” był ledwie przedsmakiem tego, co otrzymamy w solowym filmie. Głównym antagonistą będzie Vulture, w którego wciela się Michael Keaton. Niegdysiejszy Batman najwidoczniej zatęsknił za superbohaterskim kombinezonem. Po roli w „Birdmanie” nawyraźniej rozsmakował się też w ornitologicznych herosach.

Cóż mogę rzecz ? Cieszę się, że Pajęczak faktycznie wraca do domu. Peter jest tu młodzikiem. Żółtodziobem o wielkiej odwadze. Takim jakiego pamiętam z komiksów. Bez blockbusterowej posypki i ulepszaczy. Nawiązanie tytułowe do dzieła Straczyńskiego i Romity Jr. mówi samo za siebie. Po wlokącej się „Sadze Klonów” Marvel musiał przywrócić historię z Peterem Parkerem na właściwe tory. I mam nadzieję, że „Spider- Man: Homecoming” z znakomitym Tomem Hollandem będzie czymś podobnym dla kinowego Pająka. 

#264. – WKKM #98 – Stan Lee, Gerry Conway, John Romita Sr, Gil Kane – „The Amazing Spider- Man: Śmierć Stacych”

Standardowy

Zgodnie z filozofią Jokera z „Zabójczego Żartu” wystarczy jeden, kiepski dzień, aby zwariować. Przypadek Batmana udowadnia jednak, że może od doprowadzić do narodzin nowego bohatera. Punkt przełomu, pełen gwałtowności i skrajności, jest punktem wyjścia do narodzin większej części superbohaterskiej społeczności. Nie inaczej było ze Spider- Manem. Ugryzienie pająka dało mu supermoce, ale to dopiero śmierć wujka Bena zdefiniowała go jako herosa. Lecz nie była ona jedyną tragedią w życiu dość pechowego Pajęczaka. Podobnie jak dla Bruce Wayne ważna była śmierć Jasona Todda, tak dla Petera Parkera przełomowym momentem była śmierć Stacy’ ch. 

Akcja ma miejsce, gdy Peter jest jeszcze nastolatkiem, a służba superbohatera nieco przeszkadza mu w życiu prywatnym. Oto bowiem chłopak, który prowadzi aktywne życie prywatne musi stawiać czoło takim zakapiorom jak Octopus. Ze wszystkim fizycznymi i społecznymi tego konsekwencjami. No i opinia w Daily Bugle’ u nie przynosi mu bynajmniej rzeszy fanów. Ten kto tęskni za Jamesonem z tego okresu ubawi się tu do łez. :)

Jak mawiał wuj Ben- wielka moc= wielka odpowiedzialność. I tak nie trzeba było długo czekać na powrót pecha. Z więzienia ucieka Otto Octavius. Przyszły Superior Spider- Man robi to co zwykle- sieje chaos i zniszczenie. Tym razem dotkną one Parkera osobiście. W wyniku potyczki ośmiorniczo- pojęczej ginie kapitan George Stacy. Ojciec ukochanej Petera, Gwen. Człek, który jest duchowym bliźniakiem wuja Bena. I do którego ciężko nie poczuć sympatii. Na dodatek jego zgon funduje niechęć Gwen do Spider- Mana i chwilowe nasilenie represji wobec Spider- Mana ze strony Sama Bullita. Negatywnie konserwatywnego polityka, który na śmierci Stacy’ ego chce wspiąć się na szczyty po pajęczych plecach. To wszystko w pierwszej części tomu.

Pominięte są niestety losy Normana Osborna po chwilowej amnezji i uwolnieniu się od Green Goblina. Za to związek Gwen i Petera powoli staje na nogi po małym kryzysie. Pomijając oczywiście haniebny epizod popełniony przez J. Michaela Straczynskiego sugerujący jakoby Gwen i Norman mieli się ku sobie na Starym Kontynencie… Ale Fortuna nie kocha Petera Parkera i jego odwieczny wróg, Green Goblin, wraca. I to z przytupem. Zarówno tytuł, jak i okładka to jeden wielki spoiler, więc nie zgrzeszę jeśli powiem, że Gwen Stacy ginie. W taki sposób, iż Pajęczak ma kolejny powód do obwiniania samego siebie o śmierć bliskiej mu osoby.

Gil Kane pokazał co potrafi, a potrafi naprawdę wiele. Wystarczy spojrzeć na fenomenalną okładkę „The Amazing Spider- Man #121″. Zaś John Romita Starszy stylem nieco różni się od swego syna, a rzekłbym, że i nawet go przewyższa. Obok Todda McFarlene’ a jest moim zdaniem najlepszym ilustratorem przygód Pajęczaka. 

Podsumowanie: Opowieść, która dla Marvela jest również ważna jak pojawienie się Phoenix czy Galactusa, choć pozornie ma mniejszą skalę. Fanom Spider- Mana polecam przeczytać to dzieło równolegle ze „Spider- Man; Niebieski”. Jeph Loeb i Tim Sale odnosili się do tej właśnie historii i znakomicie zachowali jej klimat. Choć trzeba przyznać, że więcej dramatyzmu i smutku jest w pierwotnym dziele Stana Lee i spółki. Jeżeli oldschool to właśnie taki.

#239. – WKKM #92 – Chris Claremont, John Byrne – „Spider- Man: Marvel Team Up „

Standardowy

Dziś normą jest, że wszystkie postaci Marvela są ze sobą powiązane. Mimo, iż Reed Richards, Kapitan Ameryka i Cyclops działają w innych formacjach to nie raz wspólnie okładali czym popadnie łby złoczyńców. Dawniej było nieco inaczej. Po Nowym Jorku latało pełno trykociarzy, lecz nie tworzyli oni grup składających się z innych grup, rodem z wielkich crossoverów. Fantastyczna Czwórka miała przyjazne relacje z Avengers, ale nikt z nich nie myślał o zakładaniu tajnego stowarzyszenia i wysyłaniu kolegów w kosmos.  Niektóre jednostki działały wręcz zupełnie samodzielnie. Spider- Man jest tego najlepszym przykładem. Odnoszę nawet wrażenie, że Pajęczak najlepszy jest właśnie solo. Niemniej postać ta miała zaszczyt należeć do rozmaitych formacji, ale też działać w duetach. Niezwykle dynamicznych zresztą.

Team Up’ y to zjawisko występujące jeszcze zanim wydawcy wpadli na pomysł jednoczenia w dobie wielkich wydarzeń/ kryzysów większości swego uniwersum. Jest to nieco skromniejsze łączenie ze sobą dwóch serii. Parker ma okazję działać ramię w ramię z Kapitanem Brytanią, Man- Thingiem czy Iron Fistem. Nie bez powodu wymieniam dwie pierwsze postaci. Captain Britain nieco się zmienił i w Polsce jest herosem niemal nieznanym ( tym bardziej, że nikt nie wydał ani jednego tomu z jego udziałem ), a o Man- Thingu nie słychać już tak jak kiedyś. Warto więc sięgnąć po coś z ich udziałem sprzed lat. Obie persony pokazują, że Marvel ma co pokazać. Pytanie tylko czy mu się chce… W przypadku tego dzieła- jak najbardziej tak.

Claremont to ten pan który prowadził przez długi, długi czas X- Menów. Scenarzysta o zasługach dla wydawnictwa nie mniejszych niż Stan Lee czy Roy Thomas.  Cały tom składa się, jak pisałem, z kilku odrębnych opowieści w których to Spider- Man ma okazje powojować u boku i poznać kilka barwnych postaci. Pomyśleć więc można- zlepek przypadkowych zeszytów w których wszystko aż wieje schematyzmem i kiczem. Otóż nie ! Spider- Man i jego humor rozładowują wszelkie niesmaki jaki pozostawić może komiks z tego okresu. Same dialogi również dzięki temu nie rażą drętwotą, nadmiernym heroizmem i nadają komiksowi poczytność równą z wielkim, współczesnymi tytułami. Lecz równocześnie ma swój klasyczny klimat.

Johna Byrne’a podziwiałem już w „Uncanny X- Men: Mroczna Phoenix”. I tutaj się nie zawiodłem. Rysownik należy do kanonu twórców których dzieła nigdy się nie zestarzeją, mimo, iż tworzyli je oni na długo przed komputerowymi fajerwerkami. Porządny warsztat plus pomysły. Ogromne wrażenie robi Man- Thing oraz Living Monolith. Ten drugi wygląda dość głupio sam w sobie, jest postacią wyraźnie z minionej epoki. Ale Byrne potrafił nadać mu megalitycznej potęgi i sprawić, że czuje się jego siłę.

Podsumowanie: Szczerze mówiąc bałem się, że kolejny oldschool’ owy komiks wywoła u mnie torsje. Powrót do dawnego, śmieszkowatego Spider- Mana, dynamiczne i pełne zwrotów akcji walki i zacni kompani. Którzy z kooperacji z Pajęczakiem tworzą idealny team. Klasyczne opowieści w WKKM mają nie tylko dawać frajdę z poznawania niezłej i legendarnej historii, ale też przedstawić inną stronę wydawnictwa. Taką która być może już nie wróci. A „Spider- Man: Marvel Team Up” jest doskonałym nośnikiem tych cech.

#211. – WKKM #87 – Stan Lee, John Romita Sr. – „The Amazing Spider- Man: Nigdy więcej Spider- Mana !”

Standardowy

Są historie w życiorysach postaci literackich które są dla nich kamieniami milowymi. Bez wątpienia chwilowe porzucenie kostiumu Pajęczaka przez Petera Parkera było właśnie takim momentem. Co prawda nie była to dojrzała i długotrwała decyzja, ale liczy się, że kostium na jakiś czas wylądował w śmieciach prawda ? „Nigdy więcej Spider- Mana !” to nie tylko opowieść o wypowiedzeniu umowy na bujanie się po mieście, lecz również kilka poprzedzających ją wydarzeń które w mniejszym lub większym stopniu były kwintesencją ówczesnego Pająka.

Akcja dzieje się jeszcze przed śmiercią Gwen Stacy. Młody Peter miota się między MJ i Gwen, a do tego dochodzi chorowitość cioci May. Truda do pogodzenia z życiem prywatnym służba Spider- Mana nie daje mu chwały, a podłe artykuły w „Daily Bugle’ u” autorstwa J. Jonaha Jamesona który z W.H. Hearstem mógłby podać sobie rękę. Ponadto starzy przeciwnicy nie dają o sobie zapomnieć. Lizard który próbuje odnaleźć samego siebie i zrealizować plan o jakim śnią koszmary zwolennicy teorii reptiliańskiej. Kraven z zapędami myśliwskimi i Shocker. Ten ostatni szokujący na szczęście zbyt długo nie jest.

Komiks jest silny w swojej kanoniczności. Stary dobry Spider- Man któremu daleko jeszcze do ujawniania tożsamości, osobowościowych konfliktów z Octaviusem czy członkostwem w Avengers. Antagoniści poprzebierani za zwierzaki, tłukące się o niego dziewczyny, nobliwa May ( wystarczy zobaczyć sobie jakąż hardą emerytką była ciotka Parkera w „Powrocie do domu” ) i bezkonkurencyjny Jameson. Osoba która jest dla mnie archetypem brukowego dziennikarza nastawionego na zysk i tania sensację. Do tego humor który pojawia się relacjach pomiędzy nim, a Peterem który mimo braku doświadczenia przynosi zaskakująco dobre fotki ze Spider- Manem. To nawet nieco paradoksalne- Peter zarabia na tym, że jest szkalowany. :D

Uważni czytelnicy WKKM, a w szczególności ci, którzy ukochali Przyjaznego Pajęczaka z sąsiedztwa mogą skądś znać kadry z tegoż tomu. A i owszem- wątki z tego komiksu powtórzyły się nieco w „niebieskim” Spider- Manie. Warto sobie przypomnieć ten zacny tytuł. I zobaczyć po latach jak Parko wspomina swe szczenięce lata.

Romitę Młodszego dane było poznać w WKKM między innymi z „Przedwiecznych” czy „Wielkiej Wojny Hulka”. Na Seniora przyszło nieco poczekać, ale było warto. Rysownik stworzył legendarne już plansze, na których opierał się Tim Sale w tworzeniu „Spider- Mana: Niebieskiego”. Kojarzący mi się z serialem animowanym kostium i klasyczny wygląd postaci z otoczenia Parkera pomaga jeszcze bardziej cofnąć się do lat młodzieńczych Spidey’ a. Romita Starszy ma dużo większy wkład w historię komiksu niż jego syn.Junior jest nieco bardziej charakterystyczny ( co nie zawsze wychodzi mu na dobre ), ale nie oznacza to, że jego ojciec to rysownik jakich wielu. Podniebne batalie z Lizardem i Vulture’ m mają do dziś swój smak.

Podsumowanie: Najbardziej klasyczna z klasycznych opowieści o Spider- Manie w WKMM. Peter tłucze się z łotrami w nocy, a za dnia troszczy o ciocię May, prowadzi życie studenta i użera z Jamesonem. Coś pięknego. Cudowne lata Petera jeszcze przed kolejna osobistą stratą. Nostalgia w czystej postaci.

#195. – WKKM #82 – Brian Michael Bendis, David Lafuente, Mark Bagley – „Ultimate Spider- Man: Śmierć Spider- Mana”

Standardowy

WKKM zanotowało w swoich annałach już liczne zgony herosów, w tym dwóch Kapitanów- Ameryki i Marvela. Dobór tytułów był na tyle wyważony, iż na szczęście nie było dane zaznać czytelnikom  niesmaku jak w przypadku gniotka „Ultimatum”, a godne pożegnanie zasłużonych postaci ( choć nie zawsze długotrwałe ). Tym razem jednak w znienawidzonym przeze mnie Ultimate śmierć nie przypomina uboju rzeźnickiego. Tym razem to piękny salut w stronę odchodzącego bohatera.

Mała dygresja. Peter Parker nadal jest szesnastolatkiem. Tak na boku, nieco się czepiając, że z tym wiekiem to BMB zrobił małą wtopę. Szesnastolatek Parko wspomina o tym, że jego trykociarskie bujanie liczy sobie dziesięć lat. Wniosek- musiał mieć on lat sześć, gdy dziabnął go pająk. Ale wiek herosów w komiksach to rzecz umowna. Bardzo, naprawdę wręcz absurdalnie bardzo umowna.

Minęło więc sporo czasu od debiutu Ultimate Spider- Mana. Namnożyło mu się przeciwników, przeżył naprawdę wiele, a świat jaki znał na początku jest już zupełnie inny.  Iron Man, Cap i Thor pragną ze SM zrobić swego padawana, Peter wraca do MJ i nawet Jameson proponuje intratną posadkę w Bugle’u. Lecz… To nadal Spider- Man. Postać mająca pecha większego niż cała reszta uniwersum Marvela i pół DC razem wzięte. Okazuje się, że stary, dobry Green Goblin żyje i ma się całkiem nieźle. Ma też skłonności do sojuszy. Tak, tak- chodzi o Sinister Six. I o ile doświadczony Pajęczak z 616 nieźle sobie z nimi radził, młodociana wersja ultymatywna nie jest tak  skoczna… Ostatecznie 16- latek spisał się doskonale. Poniższa okładka alternatywna do 160 zeszytu serii perfekcyjnie oddaje zakończenie jego kadencji.

Zanim jednak antagoniści Pająka zewrą szeregi ma on dość ciekawą pogadankę z Iron Man’m i Kapitanem Ameryką. Każdy kto zna choć trochę świat Marvela wie, że ci dwaj panowie prezentują niekiedy skrajne postawy światopoglądowe. Tak jest też i tutaj. Stark to taki wujaszek- kumpel. Jeden z tych którzy sami namawiają do ekscesów i sami nie do końca dorośli. Rogers to twardy, konserwatywny wuj. Typ człeka czerstwego w obyciu, o łapach jak bochny chleba, ale też o mądrym sercu i potrafiącym wskazać słuszną ścieżkę. Mając tak dwóch skrajnych nauczycieli Parker musiał zatęsknić za Benem. Aż żal, że nie było ukazanych „nauk” w wykonaniu Thora.

Podsumowanie: Można nie bardzo lubić uniwersum Ultimate, jednak trzeba docenić ostatnią historię z udziałem Petera Parkera. Mimo odmienności od oryginału z 616 nastolatek pokazuje tu bowiem klasę i naprawdę żal, że opuszcza ten padół łez. Wkrótce pajęcze stanowisko zajmie Miles Morales. Niektórzy twierdzą, że jest lepszy, inni- że gorszy. Ja uważam, że jest inny i ciekawy. Niech jednak oryginalny Parker i Morales nie przysłonią ultymatywnego Petera. Bo warto ma swój charakter.

PS : Tytuł ( podobnie jak w przypadku odejścia obydwu Kapitanów ) jest krnąbrnym spoilerem. Dlatego tez nie certolę się z ich unikaniem. To Bendis zaczął… :D

Rzecz o… odpowiedzialności Parkera

Standardowy

Jeżeli miałbym wymienić postać DC Comics która wyraźnie jest ikoną wydawnictwa miałbym duży problem. Z jednej strony Batman, z drugiej Superman. Dochodzi jeszcze Wonder Woman i pozostali członkowie JL którzy daleko za nią nie są. Z Marvelem jest nieco inaczej. Mimo sporej popularności członków Avengers ( w tym szczególnie za sprawą filmów- Iron Mana ) i rosnącej Guardians of Galaxy czy Deadpool’a prym wiedzie niepodzielnie Pajęczak. Peter Parker to postać dająca się sprzedać młodszym odbiorcom, jak i tym starszym. Pozornie to skoczny koleżka w ponadczasowym ( zauważył ktoś, że od jego debiutu ubranko Pająka niewiele się zmieniło ? ) kostiumie ma nieco bardziej złożoną osobowość niż mogłoby się zdawać, a jego motywacje są naznaczone tragedią równie mocno, jak motywacje pewnego Nietoperza.

 

Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa…

Geneza Spider- Mana jest powszechnie znana i weszła już w kanon jak ta Batmana. Jej charakter, konsekwencje są jednak znacznie inne. Spider- Man nie rodzi się wraz z ukąszeniem radioaktywnego pająka, a wraz ze śmiercią wuja Bena. Parker nie jest naocznym świadkiem morderstwa, nie jest też w jego chwili dzieciakiem, a świadomym swej siły i mocy nastolatkiem. Nie lamentuje na ciałem wuja, a buja się skopać zadek jego mordercy. Jakimże jednak zdziwieniem i strachem staje się dla niego odkrycie, iż to ten sam osobnik, który zrabowawszy kasę od niezbyt uczciwego pracodawcy Petera uciekł przez nikogo nie zatrzymywany. Nie zatrzymywany przede wszystkim przez obdarzonego dużą mocą, ale nie biorącego żadnej odpowiedzialności przyszłego Spider- Mana. Śmierć wujka Bena więc ukierunkowała nastoletniego herosa na dość bolesną dla niego drogę.

To nie koniec. Parker się zakochuje. I to nie w byle kim bo w szkolnej piękności imieniem Gwen. Panna Stacy to nieco lukrowany obrazek dziewczęcia o sporym uroku i takim samym intelekcie. Swoiste zaprzeczenie stereotypu blondynki. Tak oto Parker spotyka się z najlepszą partią w mieście. Ich relacja i jej początki w nostalgiczny i smutny sposób ukazane w „Spider- Man: Niebieski” Jepha Loeb’a i Tima Sale’a.  Smutnej z jednego, prostego powodu. Gwen ginie z winy Petera. Przynajmniej tak to wygląda z jego punktu widzenia. Zgon Bena był efektem motyla. Parker nie zatrzymał rabusia, a ten plątaniną losu trafił na wujka Bena który nie wyszedł z tego spotkania cało. Tutaj Pajęczak robi coś skrajnie innego. Stara się desperacko ratować nieprzytomną dziewczynę spadającą z filaru mostu brooklyńskiego, lecz źle wystrzelona sieć łamie jej kręgosłup. Ten cios trafia w Parkera równie mocno jak poprzedni. I tak jak ciocia May nie zdołała zastąpić wuja Bena, tak MJ Watson nie zastąpiła luki w sercu którą pozostawiła Gwen.

Słowem podsumowanie- motywacją Parkera jest poczucie winy i wyrzuty sumienia. Na przełomie lat ginie jeszcze kilka bliskich mu osób co powiększa traumę ( obsesję ? ) Petera. Na szczęście tylko utwierdzając go w słusznej drodze wielkiej mocy i wielkiej odpowiedzialności.

Sinister ZOO

Ciągnie swój do swojego, powiadają prostaczkowie. Reguła ta słuszna jest w komiksach. Batman ma w swojej menażerii głównie świrów. Kapitan Ameryka skrzywionych patriotów wielbiących wszelkiej maści totalitaryzmy. Thor ma mitologiczne postaci ze swego panteonu. Zaś Spider- Man ma zwierzaki. Nosorożca, Ośmiornice, Sępa, a nawet tematycznie pasującego myśliwego. Zależność tą ukazał J. Michael Straczyński w „Spider- Man: Powrót do domu”. Ówczesny mentor Parkera, Ezekiel Sims, oświecił bujającego swobodnie pośród drapaczy chmur NY Pajęczaka, że z jego przeciwnikami łączy go niemal totemistyczna więź.

A teraz nieco luźniej. Człowiek- pająk- rozumiem. Ale wszelkiej maści Pumy, Nosorożce, Sępy… I śmieszno i straszno. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że każdy z nich ma coś nie tak z główką i stanowi naprawdę realne zagrożenie dla herosa mogącego równać się z naczelnymi figurami Avengers. A tak zamiast światowej kariery biedny Peter musi gonić za Doktorem Ośmiornica… :D Choć w „Superior Spider- Manie” Otto pokazał pazury. Niestandardowe przygody z klasycznymi przeciwnikami Pajęczaka są w ogóle całkiem niezłe. Krótki epizod z Rhino w „Poległym Synie” czy motyw sprzedaży symbiota przez Brocka to ciekawe ukazanie faktu, iż wokół samego Petera utworzyło się mikrouniwersum.

Zmiana na stanowisku

Peter Parker nie raz obrywał, ocierał się o randez vous z kostuchą, ale jakoś dawał radę zachować swój pajęczy żywot. Przynajmniej Peter Parker z uniwersum 616. Ten z Ultimate miał mniej szczęścia. Nastoletni heros zginął bowiem z ręki Green Goblina, a jego miejsce zajął Miles Morales. Parafrazując Ozzy’ego Osbourne’a- who the fuck is Miles Morales ? To czarnoskóry chłopak którego, moim zdaniem, kolor skóry miał zaszokować odbiorców ( bo jak się wybije połowe uniwersum trzeba sięgać po inne środki ). Początkowo gada nie lubiłem. Nie mam nic do czarnoskórych* herosów, ale nagła zmiana przy tak kanonicznej postaci jak Człowiek- Pająk to dla mnie za dużo ( mówiłem sobie tak zanim Kapitanem Ameryką został Falcon, a Thor była kobietą… ). Czas jednak pokazał, że Miles biję na głowę ultimate’owego Parkera. Obecnie równolegle istnieje dwóch Spider- Manów- stary, dobry i kochany Parko z 616 i na przyczepkę- Miles Morales. Batman miał Robina/ów, Kapitan Ameryka – Bucky’ego, a Spider- Man ma… Spider- Mana.

Pająk plecie swą sieć…

Plecie i plecie… I upleść nie może. Zazwyczaj problemy materialne to coś, co omija herosów z daleka. I nie licze tu krezusów jak Green Arrow, Batman czy Iron Man. Przeciętny heros ma na rachunki, . Ale Parko przeciętnym herosem nie jest. Chybotliwa posada u Jamesona czy praca w liceum nie są dochodowymi zajęciami. Zawsze są na szczęście emeryturka cioci May czy spore zarobki MJ Watson. Jedno można powiedzieć na pewno- bycie Spider- Manem nie jest dochodowe. To obsmarują cię w Daily Bugle, to randomowy badass potarga strój ( a on nie jest tani, oj nie jest ). I tylko czasem uśmiechnie się szczęście i postawi na ścieżce kogoś z Avengers ( czytaj: z gotówką ). I właśnie ta ludzka strona superbohaterzenia Spider- Mana to duża zaleta. Nie jest to nieskazitelny wojak, mutant, ostatni syn nieistniejącej planety czy bogacz ze sprzętem. To prostu chłopina który ma problemy finansowe, kłopoty z ukrywaniem swej niecodziennej profesji i bliskich na których mu zależy.

 

* I to samo miałem z Falconem/Kapitanem Ameryką. Sam Wilson to niezastąpiona postać w świecie Marvela. Równie niezastąpiona jak Steve Rogers. A scalenie tych postaci w Capa ze skrzydełkami ( prawdziwymi, nie tymi ozdóbkami z maski ) to brutalny cios w szczękę zarówno dla fanów jednego jak i drugiego herosa.

#193. – WKKM #17 – Brian Michael Bendis, Gabrielle Dell’otto – „Tajna Wojna”

Standardowy

Brian Michael Bendis to autor mający swoje plusy i minusy. Jego najsłabsze dzieła nie są totalnymi gniotami, ale są co najwyżej przeciętne. Jego najlepsze- to prawdziwe diamenty. „Ród M”, „Era Ultrona”, „Upadek Avengers”. Wszystkie łączą się w kilku punktach. Wydarzenia wstrząsają posadami świata Marvela, występują w nich niemal wszystkie istotne postaci, a scenariusz zaskakuje w wyważony sposób ( nie na zasadzie- wyrżnę połowę postaci i zobaczę co się stanie ). Obok wielkich tytułów autorstwa tego scenarzysty niepostrzeżenie może umknąć jednak bardzo ciekawa pozycja. Nazwa jej to „Tajna Wojna”. I na szczęście nie ma nic wspólnego z „Tajnymi Wojnami” Jim Shootera.

Skąd więc tytuł ? Osobiście na miejscu BMB dla odróżnienia od komiksu dawnego naczelnego Marvela nazwałbym go „Tajną Wojną Fury’ego”. Bo to naczelnik S.H.I.E.L.D. gra tu istotna rolę. Po „zdemontowaniu” Dr Doom’a z roli przywódcy państwa Latverii, USA jak ma to w zwyczaju, wprowadza tam demokrację. I marionetkową premier Lucią von Bardas . Jak się jednak okazuje kobiecina przechytrzyła cwanych Jankesów i robi im za plecami kuku wraz ze złoczyńcami różnego, głównie drugoligowego, formatu. Jednooki Nick stara się więc przetłumaczyć tuzom z Białego Domu, iż należy pannę von Bardas wysłać tam gdzie jej poprzednika. Mikuś Furia ma na to swój plan.

Fury nie idzie pochlipać do Avengers i nie leci Hellicarrier’em nad Latverię. Zbiera grupę najbardziej zaufanych herosów z ulicy ( dosłownie ) i wyrusza pokazać czym grozi igranie z JuEsEj. Warto wspomnieć, że na tę misję herosi dostają nowe, znakomite stroje. Aż szkoda, że tylko na jednorazowy wypad. Ta bojowa wycieczka przyniesie jednak dość nieoczekiwane konsekwencje. I dla niego i dla zwerbowanych trykociarzy. Nick Fury przekonuje się, że z babami się  nie zadziera.

Rysunkami zajął się Gabrielle Dell’otto. Artysta odpowiadający również za „grzbietową” grafikę na tomach WKKM. Komiksy malowane to coś co kręci każdego. Technika artysty różni się co prawda od tej Alexa Ross’a, ale plansze jego autorstwa są na równie wysokim poziomie co te z „Kingdom Come”. Dell’otto nieźle radzi sobie w dynamicznych kadrach z wieloma planami akcji i jeszcze większą liczbą szczegółów. No i nowe stroje grupki herosów- niestety użyte tylko na te jedyną akcję.

Całość ma charakter nieco szpiegowski, lecz fani wielkich, zespołowych potyczek nie będą czuli się zawiedzeni. Plusem jest też fakt, że Bendis zwrócił uwagę na określony typ herosów. Misja Fury’ego była w końcu tajna, a więc obecność powszechnie zwracających na siebie uwagę jegomościów jak Hulk czy Thor byłaby głupotą. Niezły scenariusz i strona graficzna to jednak nie wszystko. Pojawiają się stenogramy z rozmów ze schwytanymi przez Tarczę badass’ami, dane na ich temat, ale też szczegółowe „teczki” na członków wypadu do Latverii. Jak widać Nick jest równie ufny wobec swych sojuszników co Wayne.

Podsumowanie: Historia nie będąca wielkim eventem, jednak będąca kroplą w czary goryczy jaka spowodowała Wojnę Domową. Coś dla fanów BMB którzy chcą nieco odpocząć od jego większych tytułów, jednocześnie pozostając w klimacie grupowych potyczek w których herosi nie zawsze dominują. No i wiadomo już co gdzie się podział Fury w trakcie Civil War i M- Day.

Rzecz o… superbohaterskich szablonach cz. 1

Standardowy

Superbohaterowie są współczesnym odbiciem mitologicznych herosów i w tym tkwi ich sukces. Ludzie potrzebują bowiem niekiedy światłych liderów, istot nadludzkich lub niemal nadludzkich. Dość mają codziennie nudno- szarych bohaterów którzy to trapią się codziennymi problemami. Ot znowu jakiś Lubicz czy inny Mostowiak. Chociaż w serialach z udziałem tych familii ich członkowie mają więcej niemożliwie fikcyjnych przygód niż niejeden członek JLA czy Avengers…

Ikona

Najbardziej popularny i najbardziej stereotypowy typ herosa. Taki w jaskrawej pelerynie, silny jak tur, szybki jak komornik w kwestii zajmowania dóbr i piękny jak Rzeczpospolita. Zbawca mas i protektor niewinnych. Pogromca zła i chodzący wzór. Po prostu- IKONA :) .

Najbardziej charakterystycznym przedstawicielem tej kategorii jest Superman. Z wielką „S- ką” na piersi w czerwonej pelerynie i aż do czasów New 52! w gatkach o tym samym kolorze. Kal- al odegrał nieporównywalną rolę w medium komiksowym, jak i w całej współczesnej kulturze. Najbardziej szlachetny i śmiało można rzec, że w gruncie rzeczy jeden z najpotężniejszych trykociarzy nie tylko w uniwersum DC z lekkim podtekstem boskim. Najbardziej uderza fakt, że Clark Kent to w mimo swego pozaziemskiego pochodzenia i zdolności jest prostym farmerem z Kansas i o bardzo prostym systemie moralnym i myślowym.

A teraz ikona z nieco innej perspektywy, czyli Kapitan Ameryka. Steve Rogers nie ma wielkokalibrowych zdolności. W gruncie rzeczy ma jedynie swoja tarczę, troszkę więcej krzepy w jankeskich muskułach i tony charyzmy. Prawdziwy i moim zdaniem jedyny słuszny lider Avengers obleczony w barwy Old Glory jest co prawda oczerniany tym, iż jest tylko hamerykanckim pajacem, ale to opinia sowieckich szpiegów i liberałów. Co na jedno wychodzi :) .Wydawać by się mogło, że Cap jest herosem tylko i wyłącznie żywym w umysłach Amerykanów i najzagorzalszych jego fanów. Błąd ! Jest to archetyp żołnierza idealnego. O ile Superman to typowy fruwający idol oscylujący na granicy boskości, o tyle Kapitan Ameryka to wódz prowadzący tłumy na barykady, ciągnący za sobą żołnierzy na heroiczny bój na miarę Leonidasa.

Do tej kategorii można zaliczyć dość sporą rzeszę herosów. Iron Man, Thor, obaj Kapitanowie Marvelowie, Wonder Woman, Green Lantern i wszystko co lata i powiewa peleryną budząc ochy i achy nie tylko młodych panien. Ikona więc zachwyca, ale i irytuje. Niemal zawsze wygrywa, a jak nie to ma kumpli do pomocy. Jest chodzącym ideałem i tylko dlatego chyba autorzy scenariuszy od czasu do czasu lubią takiego pomnikowego hiroł ukatrupić. Przykład pierwszy z brzegu- dwaj panowie wymienieni powyżej. Ich zgony odbiły się szerokim echem nie tylko w świecie komiksowym.

Jaką rolę w komiksie odegrał ten typ postaci superbohaterskiej ? Przede wszystkim nieco zaszufladkował ten rodzaj powieści graficznej, która dla przeciętnego odbiorcy wydaje się infantylna i dziecinna. Lecz czymże byłby komiks bez Supermana ? Bez nieco naiwnych i łatwowiernych historyjek o dobrych bohaterach i złych łotrach ? Jeśli miałbym wskazać potwierdzenie tezy, iż superbohaterowie to obecni odpowiednicy antycznych herosów wskazałbym właśnie ten typ trykociarzy. Dokonujących wielkich czynów, oscylujących na granicy człowieczeństwa i boskości.

 

Ulicznik

Czyli tak zwani street- level heroes. Mowa tu o bohaterach którym nie w głowie kosmiczne wojaże, stanie na piedestale i brylowanie w świetle fleszów. Mowa tu o takich jednostkach jak Spider- Man, Luke Cage, Iron Fist, Daredevil, Green Arrow czy Batman. Na pół herosi, na pół miejskie legendy. Nie raz znajdujący się bliżej bruku niż by tego chcieli.

Spider- Man/ Peter Parker nie jest człowiekiem sukcesu. Poza przypadkowym ugryzieniem radioaktywnego pająka i dwoma wspaniałymi kobietami  które po części go niańczą jest po prostu szarym, pechowym obywatelem. Fotoreporter w Daily Bugle’u w którym główne sukcesy zawdzięcza faktowi, iż sam sobie cyka fotki. Jakiś czas nauczyciel w swoim dawnym liceum. Posiadający całe spektrum przeciwników ubranych w kostiumy zwierząt. Pechowiec. Po prostu. Mimo to ma na tyle hartu ducha by rzucać dowcipami w stronę oponentów, patrzeć na siebie w nieco krzywym zwierciadle i kochać damy swego serca- MJ i ciocię May. Nie zapominając jednak o Gwen i wujku Benie.

Mimo całej swej  najbardziej rozpoznawalny heros Marvela. Za nim plasują się poszczególni członkowie Avengers i X- Men, lecz są na tyle daleko, że Parker może swobodnie nazywać się ikoną Marvela. W świecie Ultimate Spider- Manem staje się po śmierci Petera niejaki Miles Morales. Jak rozwiążą się losy Petera i Milesa po „Secret Wars III”. Dla mnie relacja mistrz- uczeń z lekko humorystyczno- ironiczną nutą byłaby najlepszym rozwiązaniem.

I żeby odreagować nieco od rzucającego żarcikami Parkera czas na Wayne’a. Batman mroczną i małą zabawną ( w przeciwieństwie do swojego arcywroga ). Batman i cała symbolika która narosła wokół niego to temat na wiele, wiele rozważań i artykułów. Sama jego geneza została przytoczona wiele razy na łamach komiksów nie tylko o samym Batmanie. Śmierć rodziców która odcisnęła na młodym Bruce’ie silne piętno i stworzyło Batmana. Gothamskiego mściciela . Ba ! Jest punktem zapalnym dla całego uniwersum DC. Bez niego JL byłaby zbieraniną wesolutkich pół- bogów z których może i część ma genialne umysły, ale nie są… no cóż, po prostu Batmanem. :D Bruce Wayne to krezus pełną gębą, ale skrajnie różny od Tony’ego Starka. Zdarza mu się co prawda wdziać mocarne zbroje, ale jego domeną jest mrok i mgła ulic miasta Gotham.

Zarówno w życiu Pająka, jak i Nietoperza niebagatelną rolę odgrywała śmierć bliskich im osób. Nie inaczej było z Człowiekiem Bes Strachu. Matt Murdock stracił wzrok poparzony radioaktywnym izotopem ( znawca by się czepił – jaka to substancja, ale niech mu batarang lekkim nie będzie ), lecz tak naprawdę dopiero po morderstwie jego ojca okrzepł jako heros. Odtąd stał się diabłem- stróżem dzielnicy Nowego Yorku będącej istnym przedsionkiem piekła. Prywatnie jest prawnikiem i mimo świadomości bezkarności sporej części oskarżonych przez niego bandosów działa w imię prawa do końca. A jak nadejdzie ten koniec zawsze jest Daredevil…

Co wnoszą herosi ulicy ? Powiew realizmu. Głębie postaci. Ich charakter nie jest przytłumiany przez epickie niczym skandynawskie sagi opowieści, swoistą galaktyczną skalę wydarzeń. Częste nawiązania do stylistyki noir, dramatu psychologicznego czy kryminału dodają dodatkowo smaczku . A poza tym czasem lepiej zagłębić się w lekturze w której postać nie jest z innej planety, nie włada materią, magią czy ludzkimi umysłami. Jest po prostu człekiem z krwi i kości i czasem zdarza jej się nie mieć gotówki do dziesiątego lub stracić pracę.

Jeśli więc Ikony pełnią funkcję bądź co bądź bogów, tak Ulicznicy są herosami którzy niegodni boskich krain wędrują wśród ludzi. Herosami którzy częstokroć lepiej rozumieją człowieczeństwo i szarą ludzką dolę. Wspaniały przykład pojawił się w „Kryzysie Tożsamości”. Gdy Liga załatwiła już problem naczelna Trójca opuszczała pole walki wracając do swoich domen. Ci z drugiego rzędu jak Green Arrow czy Zatanna musieli zaś dokończyć działa nieco radykalniej.

ciąg dalszy nastąpi…

#141. – WKKM #67 – Stan Lee, Jack Kirby, Steve Ditko, Don Heck, Larry Lieber- „Początki Marvela: Lata 60″

Standardowy

Wielka Kolekcja Komiksów Marvela nie tylko ma na celu przybliżyć najlepsze historie wydawnictwa, lecz przede wszystkim ukazać te historyczne. W drugim rzucie WKKM będzie ich nieco więcej, a bez wątpienia jednym z najważniejszych tomów jest sześćdziesiąty siódmy. Opowiadający nie tyle co spójną historię, a początki najważniejszych herosów mających swe genezy w kwiecistych latach 60. To wtedy właśnie narodził się Spider- Man, F4, X- Men, Avengers i kilka innych sztandarowych dzieci Marvela.

W chwili debiutu jednak nie wszyscy mieli swój osobny tytuł. I tak Spider- Man debiutował w piętnastym numerze „Amazing Fantasy”, Iron Man w trzydziestym dziewiątym „Tales od Suspense”, zaś Hank Pym w „Tales of Astonish” oznaczonym numerem 27, by stać się Ant-Manem w  44 zeszycie tegoż tytułu.  Jednak niektórzy od razu zaprezentowali się światu pod swoimi szyldami. A jedna grupa szczególnie podbiła na lata serca czytelników- dziś już niemal praktycznie nieistniejąca Fantastic Four.

Dla kogoś znającego bohaterów w sposób w jaki są przedstawiani obecnie ich zachowanie i wypowiadane kwestie mogą się wydawać teatralno – komiczne. Czy to w zachowaniu Parkera, który jeszcze nie zaznał pełni goryczy, czy w przypadku członków Fantastycznej Czwórki. Sue nie będąca jeszcze żoną Reeda, Torch będący właściwie nastolatkiem i sfrustrowany Thing nie mogący znaleźć odpowiedniej garderoby na swą kamienną posturę.

Inaczej też wyglądają przeciwnicy. Bez zrozumienia początków historii Marvela ciężko będzie pojąć czemu Namor zachowuje się jakby w jego siedzibie było za duże ciśnienie wody, Magneto zaś jest szablonowym superzłoczyńcą chcącym zrobić coś ZŁEGO ( koniecznie zaś homo sapiens ), a głównym przeciwnikiem Ant- Mana i Wasp jest stwór z planety Kosmos. Urocza nazwa swoją drogą. Oprócz tego widać odbicie rzeczywistości w historii o Iron Manie ( zły Wong Chu w Wietnamie ) czy sowiecki szpieg Igor. I takie ananaski jak Hulk w cyrku czy Iceman- bałwan.

Opowieści te każdy zna. Nawet osoba nieobeznana z komiksową wersją przygód herosów Marvela wie, że Parkera dziabnął radioaktywny pająk i że przez jego zadufanie zginął wujek Ben. Że Bruce Banner został napromieniowany przez bombę gamma i stał się Hulkiem. Że Stark był w niewoli w której stworzył prototyp swej zbroi. Wiedzieć, a znać to jednak co innego. Mimo charakterystycznej narracji tamtych lat komiks czyta się z zapartym tchem, wiedząc, iż ma się pod ręką opowieści które położyły solidne cegły w budowli zwanej popkulturą.

Rysunki ? Jack „The King” Kirby, Don Heck czy Bill Everett to wystarczające rekomendacje. Bez komputerów i zaawansowanych technik graficznych. Po prostu czysty, fachowy warsztat i niebanalne jak na tamte czasy pomysły. Co prawda stroje Daredevila czy Iron Mana uległy zmianom, lecz kultowy kostium Parkera jest nieśmiertelny. Artyści ci inspirowali i inspirują wielu ich następców lata później. Właściwie to komiksy sprzed kilkudziesięciu lat momentami biją na głowę obecne. Mają taki ikoniczny klimat. Kultowy i nostalgiczny.

Czytając to dzieło nachodzi mnie pewna refleksja. Jakim cudem F4, będące legendą obecnie jest jej cieniem ? Spider- Man zaś został odsunięty na bok na rzecz średnio interesującego Pajęczaka z Ultimate, zaś sami Avengers nie mają bodajże w swym składzie ani jednego oryginalnego członka  ( chyba, że ich substytuty ) ? Zmiany są zrozumiałe, lecz pewna tradycja powinna być podtrzymana.

Podsumowanie: Komiks który trzeba mieć i znać. Po pierwsze: rzadko zdarza się okazją nabycia oryginalnych originów postaci w jednym zbiorczym wydaniu. Po drugie: Warto poczuć coś naprawdę ponadczasowego. Historie w tym komiksie to pierwsze kroki postaci które zmieniły i tworzą to medium po dziś dzień. Przypominane i powielane w wielu retrospekcjach, często również modyfikowane i uwspółcześniane ( patrz „Iron Man: Extremis”) stanowią ważny element komiksowego medium, mimo faktu, że Stan Lee nie jest tak dobrym scenarzystą jak Alan Moore czy Frank Miller. „The Man” bowiem to postać o nietuzinkowej osobowości i nawet w swym słusznym wieku potrafi pokazać się w filmach ze swoimi herosami i zrobić to w sobie tylko znanym stylu. Więc… Excelcior !!! :)