#266. – Dan Simmons – „Upadek Hyperiona”

Standardowy

Kontynuacja epickiej opowieści Dana Simmonsa. Pielgrzymi docierają do Grobowców Czasu, a tymczasem w pozostałej części galaktyki wrze. Stracie Hegemonii i Wygnańców coraz bliżej, a sprawy na Hyperionie nieco się komplikują. Dzierzba staje się nader aktywny, Rachel staje się coraz młodsza

Autor porzuca formę powieści szkatułkowej na rzecz zwiększenia dynamiki. Co wcale nie szkodzi książce. Retrospektywny charakter po raz drugi byłby odgrzewanym kotletem. Simmons udowadnia, że potrafi zaskoczyć, a nawet zaszokować. Niespodziewane zgony, które nie zawsze są zgonami stuprocentowymi, podróże w czasie, zamiany miejsc postaci, nieoczekiwane sojusze i zdrady- wszystko naraz może przytłoczyć kogoś lubującego się lekkich powieściach do poduchy. Tego kto jednak ceni porządne, wyważone SF potrafi

Mimo braku oddania głosu wyłącznie jednej postaci pisarz nie pozwala cofnąć się w cień ani jednej z nich. Mało tego. Do głosu dochodzą nowe persony. Pokaźną i kluczową rolę dostaje Meina Gladstone. Prawdziwa dama ze stali, która potrafi wziąć na swe barki odpowiedzialność polityczną. Powraca John Keats. W nieco bardziej oryginalnej wersji, a wraz z nim jego wybitna poezja. Dzierzbie zaś jest dane pokazać więcej swoje sukinsyństwa. Potwór okazuje się być istnym terminatorem podniesionym do tysięcznej potęgi, o dość sporym intelekcie i zamiłowaniu do zwyczaju, który praktykują pewne małe, niepozorne ptaszki, od których wziął się jego przydomek. I oczywiście Ummon. Potężne SI, które nie zaskakuje niezwykłą erudycją i sprawia wrażenie, że nie jest tworem sztucznym, a przedwiecznym. Niczym dawni bogowie.

Czytelnik ma też okazję poznać nieco lepiej świat zaprezentowany z tymże uniwersum. Ilość planet zwiększa się i akcja przenosi się z nich błyskawicznie. Z Pacem na Centralną Tau Ceti. Z CTC na Hyperiona. Z Hyperiona na Mare Infinitum. Lub na pewną planetę do złudzenia przypominającą Ziemię…

Lecz najmocniejszą stroną „Upadku Hyperiona” są zwroty fabularne. Niektóre są do przewidzenia, inne zaskakują. I nie są to wydarzenia w typie śmierci ulubionej postaci czy odkrycia, że ktoś jest czyimś tatą, a zmiany na naprawdę dużą skalę i komplikujące jeszcze bardziej i tak zagmatwane losy bohaterów.

Podsumowanie: „Upadek Hyperiona” nie cierpi na syndrom drugiego tomu, objawiający się wyraźnym spadkiem jakości historii. Nie jest też jego bliźniaczą kontynuacją, osiągającą sukces na kopiowaniu pierwszej części. Simmons buduje kompletnie inną narrację, narzuca szybsze tempo akcji, lecz fabuła i klimat nie spadają nawet o punkt. Zakończenie zwiastuje „Endymiona” i mam nadzieję na jak najszybsze jego pojawienie się na rynku, oczywiście z tej samej serii. 

#256. – Cordwainer Smith – „Drugie odkrycie ludzkości, Norstrilia”

Standardowy

Na samym początku słów kilka o autorze powieści. Cordwainer Smith, a właściwie Paul Myron Anthony Linebarger, to nie pierwszy lepszy pisarzyna wymyślający wampiry błyszczące w słońcu i inne ataki Marsjan. Autor ten był doktorem politologii na Uniwersytecie Johna Hopkinsa i doradcą samego prezydenta Kennedy’ ego. Służył w Korpusie Wywiadu Armii USA, był też doradcą wojsk brytyjskich na Półwyspie Malajskim. „Wojna psychologiczna” jego pióra była jednym z najbardziej poważanych podręczników wojskowości. Smith miał niewielki dorobek w dziedzinie literatury SF, ale to co stworzył prezentuje naprawdę wysoki i wymagający poziom. Uniwersum Intrumentalności to przeogromna i oryginalna wizja przyszłości, choć stanowi ona zaledwie skrawek twórczości Smitha/ Linebargera.

„Drugie Odkrycie Ludzkości” to zbiór opowiadań czasowo rozrzuconych na sporej skali. Od pierwszych, poważnych lotów w przestrzeń i kolonizacji, po rozwój społeczności ludzkiej po okresie pięknisiów. Gdy to ludzie stali się konsumentami, zaś wszystkie potrzebne do ich przetrwania czynności wykonywali podludzie. Zwierzęta „ubrane” w ludzkie formy. W większości przejawiające więcej cech ludzkich, niż własnych, ściśle gatunkowych. Wystarczy wymienić takie postaci jak Pi- Joan, Ka- Mell, O- Telekeli, aby zobaczyć, że niekoniecznie człowiek jest Koroną Stworzenia. Światy zamieszkałe przez ludzi są zrzeszone pod kuratelą Instrumentalności. Organizacji, przy której Imperium Palpatine’ a to samorząd osiedlowy. 

A co znajduje się w tej antologii ? Przepiękna, romantyczna opowieść „Dama, co Duszą żeglowała”. Przewrotne i zaskakujące „Jaki był złoty, jeju, jeju !”. „Ballada o zgubionej Ka- Mell” mówiąca o pewnej kotce. „Matki Hitton kotecki puchate” o dość oryginalnym systemie obrony planetarnej. I wiele innych, których żal wymieniać, gdyż lepiej jest poznać je osobiście, nie zaś bezcześcić czytając krótki opis. W powyższych i innych niewymienionych opowiadaniach ważna jest chronologia. Na szczęście na końcu tomu widnieje co i kiedy ma miejsce. A okres czasowy, jak wspominałem, jest nielichy. 

„Norstrilia” to powieść mająca miejsce w tym samym uniwersum. Tytułowa planeta to Stara Australia Północna. Nie bez powodu nazwana na cześć Antypodów. Jej mieszkańcy zdecydowali, a po troszku byli zmuszeni, przybrać żywot na modłę australijskich farmerów. Surowa planeta przyniosła jednak dość nieoczekiwane korzyści z jej zasiedlenia. Zamiast błękitu nieba i przepięknych łąk Norstrilijczycy otrzymali bowiem niezwykły dar. Chorobę o nazwie santaclara, która zaraziwszy ich owcę dawała drogocenny strun. Środek przedłużający życie, a właściwie czyniący niemal nieśmiertelnym. Wyobraźcie więc sobie ludzi o mentalności rednecka z ogromną fortuną, nieśmiertelnych i władających telepatią, bowiem tak ogólnikowo prezentuje się tutejsza społeczność. W tym ostatnim są jednak wyjątki. Rod McBan, pan i posiadacz Stanicy Zagłady ( urocza nazwa dla farmy, prawda ? ) nie umie ani młówić, ani syłuchać, czyli komunikować się telepatycznie.Jest więc swego rodzaju dziwadłem, a jedyna jego telepatyczna aktywność to dość zmasowany atak emocji, potrafiący ukatrupić. Zrządzeniem losu zdobywa staje się ona najbogatszym człowiekiem świata. Do jego majątku zalicza się również Ziemia. Gdy przybywa na swe włości wplątuje się w aferę z podludźmi, lordem Żestokostem, Ka- Mell i kontynuacją Drugiego Odkrycia Ludzkości. 

Pisarz żongluje stylami. Jest po prostu geniuszem, a przy tym nie gmatwa fabuły, tworząc spójny i jednolity świat. Bez specjalnego filozofowania, dywagacji, ale też bez laserków, gwiezdnych flot i kosmitów o planach inwazyjnych. Są za to koty pomagające podróżować w przestrzeni, kosmiczne żaglowce, wszelkiej maści podludzie o egzotycznej specyfice, lordowie Instrumentalności, którym do w większości do normalności daleko i mnogość innych wizji, zapadających na długo w pamięć. 

Podsumowanie: Smith to pisarz wymagający. Nie kreśli łatwiutkich w odbiorze scenariuszy, które po miesiącu od przeczytania znikają z pamięci jak kamfora. W „Drugim Odkryciu Ludzkości” stawia on na różnorodność, spajającą się w „Norstrili”. Relacja między ludźmi i podludźmi, ale przedtem sukcesywne zdobywanie przestrzeni kosmicznej, szereg niebanalnych pomysłów dla kogoś, kto pragnie czegoś więcej niż szybkie, dynamiczne SF. Znajdą się tu elementy space opery, cyberpunku, antyutopii i kilku innych literackich gatunków.

#253. – Tomasz Kołodziejczak – „Wstań i idź”

Standardowy

Każdy zbiór opowiadań z natury musi być nierówny. Nie tylko ze względu na zróżnicowanie w poziomie dzieł konkretnego autora lub autorów, ale przez subiektywny odbiór czytelnika. Niektórych ciągnie do fantasy pozbawionego lukrowanej otoczki, zbliżonego solidnie do realiów epoki miecza. Innych z kolei do SF, odległych wizji przyszłości, w których natura ludzka pozostała jednak niezmienna. Można by tak wymieniać bez końca, a konkluzja pozostanie ta sama. Zbiory opowiadań to worek pełen kamieni szlachetnych, a jednocześnie loteryjna, szklana kula z nielicznymi zwycięskimi losami. Nie inaczej jest z antologią twórczości Kołodziejczaka. Autor trzyma fason, nie spada poniżej linii pisarskiej przyzwoitości, ale nie zawsze tworzy tak jak w swych najsłynniejszych seriach.

Antologię otwiera opowiadanie „Kukiełki”. SF z lekkim dreszczykiem. Z potencjałem na coś więcej. Druga z kolei historia „Jesteśmy potrzebni” nawiązuje nieco do „Roku 1984″. Może to lekka nadinterpretacja, ale zatomizowane i podzielone na grupy zawodowe społeczeństwo, pożywione propagandową papką majaczy gdzieś w oddali Orwellem. 

„Dziękuje ci, pająku” osadzona jest w klimatach barbarzyńsko- megalitycznego fantasy, silnie powiązanego z pradawną mitologią i magią. Z zapomnianymi obrzędami i siłami związanymi z pierwotnymi siłami natury, trącącymi nieco animizmem i totemizmem.   

„Po co żyją fomole ?” to zabawna, ale i pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji opowieść o pewnym mężczyźnie, któremu rodzina podrzuciła do opieki dzieciaka, wraz z jego zwierzątkiem. Rzecz ma miejsce w epoce, gdzie loty kosmiczne to norma. A więc i handlem pozaziemskimi dobrami jest na porządku dziennym. W tym również zwierzątkami domowymi. Jak napomknięty  fomol. Puchaty, nieco destrukcyjny i dziwaczny futrzak, mający w sobie potężny potencjał.

„Wrócę do ciebie, kacie” to opowiadanie z cyklu Dominium Solarnego, liczącego sobie kilka tomów. Koncepcja klasycznego mistrza małodobrego z mieczem do ścinania czerepów, dodanie do niej szlachetnej filozofii i profesjonalizmu, oraz umieszczenie jej w space operowym uniwersum odwraca do góry nogami stereotypy o zawodzie kata. Jawi się tu on nie jako rębajło, żyjący na granicy brutalnego obłędu, a szlachetny wykonawca i przedstawiciel prawa. I sprawiedliwości rzecz jasna. 

„Smoczy Biznes” to opowiadanie przewrotne, kpiarskie i pisane niesamowicie barwnym językiem. Poprzez przygodę rycerza Darlana, pisarz przeplata treści prześmiewcze nie tylko konwencję fantasy i etos rycerza- herosa, ale też w krzywym zwierciadle pozwala sobie na przedstawienie niektórych aspektów życia realnego. W szczególności w wydaniu korporacyjnym.

„Piękna i graf” to z kolei część świata Ostatniej Rzeczypospolitej. Historię poznałem w drugim tomie tej serii, pod tytułem „Czerwona Mgła”. I to ono uczyniło mnie wiernym wyznawcą świata Ostatniej RP, gdzie królem Polski jest elf.

„Planeta Węża” osadzona jest w odległej przyszłości, gdzie ludzie dawno już przekroczyli granice Układu Słonecznego. Pewne postaci pozostają jednak niezmienne. Łowca polujący na istoty zwane przez niego Splamionymi. Czyli na wszelką piekielna zarazę, jaka jest przyzywana przez wszelkiej maści oszołomów. Od sekciarzy po, jak to tutaj ma miejsce, badaczy dawno wymarłych cywilizacji. Ale zło się nigdy nie zmienia. I jak główny bohater wspomina w retrospekcjami o swych przodkach pamiętających czasy, gdy człowiek opuścił Eden.

Do opowiadań ilustracje wykonali znakomici twórcy. Wśród nich Przemysław „Trust” Truściński, Dominik Broniek i Andrzej Łaski. I utwierdziły mnie one w przekonaniu, że dobra książka powinna mieć ilustracje. Oczywiście stylem współgrające z książką. Jak rysunki Brońka w serii inkwizytorskiej Piekary. A w „Wstań i idź” jest okazja poznać śmietankę polskich rysowników. Choć zabrakło mi Daniela Grzeszkiewicza…

Podsumowanie: „Wstań i idź” twórcy dwóch znakomitych uniwersów to zbiór bardzo dobry. Słabsze opowiadania rekompensują prawdziwe perełki. Te związane z większymi światami, jak i te, które istnieją osobno. Dla zainteresowanych polską sceną fantastyki gratką okażą się też komentarze samego autora zdradzające kilka informacji o klubie Tfurcuf i czasopismach fandomowych. 

#251. – Dan Simmons – „Hyperion”

Standardowy

Literatura SF błędnie kojarzona jest z infantylną fabułą, wydumanymi, nieprzemyślanymi wynalazkami, które proszą się aż o jawny przykład naruszenia podstawowych dogmatów nauki. Gdy tak naprawdę to nurt o ogromnie szerokim horyzoncie twórczym. Nauki określane jako ścisłe i humanistyczne splatają się tu, tworząc opowieści o wielu poziomach. Tak właśnie jest w „Hyperionem”. Autor, samym już tytułem nawiązując do helleńskiej mitologii, tworzy opowieść niejednolitą, wciągającą, a jednocześnie nie posiłkującą się szybką akcją, fantastycznymi wizjami czy naiwną lekkością fabuły. Zamiast tego wrzuca odbiorcę w tygiel historii tak różnorodnych, jak różnorodne są jego postaci.

Wojna dla światów Hegemonii zbliża się wielkimi krokami. Oto odrzucone dzieci ludzkości, Wygnańcy, zmierzają ku planecie Hyperion, a im bliżej im do niej, tym bliżej do bardziej znaczących planet wspólnoty. Jedynym, choć nieco desperackim, wyjściem jest pewna tajemnicza pielgrzymka na zagrożoną atakiem planetę. Grupa osób, ulepionych z kompletnie innej gliny, udaje się na spotkanie z Dzierzbą. Mitycznym stworem zamieszkującym okolice Grobowców Czasu. Budowli istniejących naprzeciw klasycznemu nurtowi czasu, cofając się w przeszłość. Pielgrzymka odbywa się na potężnym drzewo- statku o nazwie Yggdrassil. Na jego pokładzie znajdują się kolejno: katolicki kapłan, żołnierz, poeta, detektyw, uczony, konsul. Na doczepkę na Hyperiona wybiera się również kapitan okrętu.

„Hyperion” napisany jest w formie powieści szkatułkowej. Każda z części przedstawia inny styl narracji. Każda z nich jest opowiedziana przez innego bohatera. Wszystko zaczyna się opowieścią kapłana. Ksiądz Lenar Hoyt to nie silny pasterz, a strachliwy pleban, który swoje już przeżył, zaś owe przeżycia mocno odcisnęły piętno na nim samym. Hoyt nie opowiada o sobie, lecz o swoim cichym idolu, księdzu Dure. Kapłanie, który był prawdziwym siłaczem wiary. Nie bojącym się przeciwstawiać Kościołowi mającemu swą siedzibę na planecie Pacem, odwołując się do idei Fausta Socyna. Ale nie znaczy to, że jest to jakiś zbuntowany księżulo z liberalnym odchyleniem. Wprost przeciwnie- Dure ma zadatki na wielką postać Kościoła. Niestety zostaje wyklęty i zmuszony do udania się na Hyperiona. A tam przyjdzie mu mierzyć się nie tylko z Dzierzbą, ale i z własnymi wątpliwościami dotyczącymi wiary. 

Druga historia należy do żołnierza. Fedmahn Kassad to podręcznikowy komando z wielką giwerą. Wyszkolony niczym sam Arnold w wyniku pewnych incydentów wojennych staje się wyklęty przez Hegemonię. Przypadkiem trafia na tytułową planetę, gdzie spotyka swą kochankę. Wcześniej obajwiającą mu się w wielu bitewnych zawieruchach. Upojne chwile w mgnieniu oka zamieniają się w koszmar, a pragnienie zemsty na Dzierzbie wznieciło na nowo ogień walki w sercu Kassada.

Poeta Martin Silenus, to ucieleśnienie cech antycznego satyra i artysty hołdującego Dionizosowi. Bawidamek, bogacz, pijak, a jednocześnie twórca, który z bólem tworzy dzieła mainstreamowe po to by móc zaspokoić swoje zachcianki. Ale to tylko fasadowy opis twórcy „Pieśni Hyperiona”. Silenus jest ostatnim człowiekiem urodzonym na Ziemi. Poprzez liczne hibernacje, kuracje paulsenowskie ( ichniejsze przedłużanie życia ) i rozmaite koleje losu liczy sobie kilka setek lat. Po części świadomych, po częście w uśpieniu. Poeta przybywa na Hyperiona po to, by dokończyć swój poemat zaczęty właśnie na nim, na dworze Smutnego Króla Billy’ ego. Dość ciekawa jest jego fascynacja Johnem Keatsem, biorąc pod uwagę jego relacje z Lamią. I jego wiara w to, że to on „obudził” Dzierzbę.

Detektyw Brawne Lamia to damskie ucieleśnienie detektywa z powieści noir. Harda, potrafiąca dać w szczękę i nie bojąca się ryzyka. Lecz jednocześnie ma w sobie pierwiastek kobiecości. Jej ojciec, będący wpływowym senatorem, zginął w tajemniczych okolicznościach, ale jego kontakty nie raz okazują się dla detektyw zbawieniem. Tak jak w przypadku sprawy cybryda Johna Keatsa. Czym jest cybryd ? To biologiczna istota z umysłem SI. W tym konkretnym przypadku jest to kopia słynnego poety doby romantyzmu. 

Uczony Sol Wientraub to spokojny naukowiec, żyjący i pracujący jako wykładowca uniwersytecki w Świecie Barnarda. Jego życie przebiega sennie i łagodnie, do czasu, gdy jego córka trafia na Hyperiona. I na Grobowce Czasu. Dziewczyna zapada na chorobę Merlina. Jej ciało młodnieje, cofając się w czasie, niczym tajemnicze budowle, które badała. Mijają lata, a bezskuteczne poszukiwanie remedium. Aż do czasu wyprawy na Hyperiona. Lecz na nią córka Sola leci w beciku. Pojawiają się tu motywy biblijne związane z patriarchą Abrahamem.

Sentymentalna i retrospektywna opowieść Konsula ma w sobie sporą dawkę prawdziwego romantyzmu, tęsknoty i romansu. W prawdziwym znaczeniu, bez otoczki jaka panuje w telenowelach i zdaje się, że przeniknęła do świadomości społeczeństwa. Dyplomata nie opowiada historii, lecz odtwarza nagranie swego dziadka. Człowieka, który w imię swej ukochanej, o imieniu Siri,  walczył o wolność Mau Przymierza. Planety- raju. Idylli, która miała nieszczęście znaleźć się w pod czujnym okiem biurokratycznej Hegemonii.

No i kapitan Yggdrassila- Het Masteen. Postać enigmatyczna i wielka niewiadoma wśród pielgrzymów. Jego historia nie została opowiedziana, ale on sam wpłynie dość silnie na dalsze losy podróżujących na spotkanie z Dzierzbą. Członek Zakonu Templariuszy, jak i cała ta struktura mają wręcz dziwne cele w pielgrzymce…

Kilka słów o samym uniwersum „Hyperiona”. Ziemię spotkała zagłada w wyniku eksperymentu kijowskiego. Próby stworzenia sztucznej czarnej dziury. Ludzkość nie skazała się jednak na zagładę, gdyż w tym czasie potrafiła dotrzeć dalej niż na swego satelitę. Niemałą zasługę w rozwoju ludzkości miały SI. Sztuczne Inteligencje z czasem odizolowały się od ludzi tworząc swego rodzaju frakcję, nazywaną przez ludzi Technojądrem. SI mimo odseparowania nadal kontrolowały liczne aspekty życia obywateli Hegemonii. Kłopot w tym, że ich siedziba była nieznana, a one same dawno przestały patrzeć na swych twórców z szacunkiem, co potwierdza wewnętrzny podział na frakcje, z których nie wszystkie są przyjazne.

Nie tylko bohaterowie prowadzący narracje są ciekawi. Arcyfascynującą postacią jest wymieniony już Dzierzba. Istota będąca poza czasem, a nawet, podobnie jak Grobowce Czasu, istniejąca wprost przeciw jego głównemu nurtowi. Dzierzba to wielki, metalowy łotr. Przerażający, nieludzki, demoniczny. Potwór, który nie jest bezmyślną bestią, ale czyny iście bestialskie są jego domeną. To zło kompletnie inne niż klasyczne przedstawienie istot piekielnych, czy nawet lovecraftowski Cthuhlu. Dzierzba jest obcy, a zarazem znajomy. Wie, czego pragną ludzie i czego się boją. Jest perfekcyjnym czarnym charakterem, momentami wręcz niepokonanym. 

Seria „Artefakty” obfituje w znakomite tytuły, ale dylogia Simmonsa wysuwa się na ścisłą czołówkę. Gorąca liczę na kontynuację w postaci „Endymiona” i jego drugiej części. Wszechświat według tego twórcy jest jednym z najciekawszych i najlepiej stworzonych jaki miałem przyjemność poznać.

Podsumowanie: Simmons nie tylko pokazuje, że pisać potrafi, tworząc kilka różnorodnych historii i postaci obok których nie da się przejść obojętnie, ale też mistrzowsko łączy dwa, zdawać by się mogło, odległe od siebie pojęcia. Nurt SF i mistycyzm dla laika są bowiem czymś kompletnie nie pasującym do siebie. Bo jak to tak ?- zapyta człek mający w rękach  ostatni raz książkę w czasach szkolnych- kosmity i legendy ? No nie może być… Ale wystarczy sięgnąć po tytuły, które nie zawsze mają swoją ekranizację, by przekonać się, że poprzez pryzmat wizjonerskich opowieści rysuje się błyskotliwe spojrzenie na realny świat i jego przyszłą drogę.

#243. – Stanisław Lem – „Solaris”

Standardowy

W literaturze można trafić na różne wizje planet. Dla mnie najciekawszymi globami jest żyjąca Zonama Sekot związana z Yuuzhan Vongami ze świata „Star Wars”, planetarni braciszkowie Ego i Alter Ego które można było spotkać w „Astonishing Thor”. Dlaczego właśnie te ? Bo nie tyle co posiadają na swej powierzchni życie, co same są dość żywotne. Mistrz fantastyki Stanisław Lem stworzył Solaris pozornie na podobnej kanwie. Lecz jego Solaris jest czymś więcej niż się wydaje.

Na stację przybywa Kris Kelvin. Psychiatra od początku zauważa, że nic nie jest tak, jak być powinno. Zostaje przywitany wiadomością, iż na kilka godzin przed jego przybyciem jego znajomy, a zarazem dowódca stacji Gibarian popełnił samobójstwo. Pozostali członkowie załogi również przejawiają niepokojące sygnały. Doktor Santorius izoluje się w swojej kajucie, zaś Snaut wyraźnie zna jakiś sekret, ale celowo go zataja podkreślając ów fakt.  Jak na dłoni widać, że coś nie gra. Wszystko komplikuje się wraz z pojawieniem się anonimowych osób. A jeszcze bardziej zakręca, gdy pojawia się ktoś znajomy Kelvinowi. Jego zmarła tragicznie partnerka Harey. Młoda dziewczyna nie zdaje sobie sprawy gdzie jest, ani jak znalazła się u boku ukochanego. A Kelvin uświadamia sobie co też ukrywał Snaut i co mogło być przyczyną targnięcia się na własne życie Gibariana. 

Same relacje między parą są pozornie chłodne, ale każdy będący nieco dłużej w związku wie co to specyficzne, milczące zakłopotanie. Kris i Harey wiedzą w jakiej są sytuacji, ale ludzka natura nie zawsze jest logiczna. Do Santorius i Snaut również nie należą do towarzyskich śmieszków. Psychiatra jako jedyny zachowuje resztki ludzkiego myślenia. Jego towarzysze zaś zachowują się jak śniący na jawie. Odbijają się od racjonalności do nieracjonalności jakby zahipnotyzowani przez jedynego rezydenta Solaris.

Co jest takiego niezwykłego w Solaris ? Sama planeta to nic szczególnego. Szczególny zaś jest jej mieszkaniec. Dokładnie jeden. O objętości bilionów ton. Ocean, bo o nim mowa, który pokrywa sporą część powierzchni globu nie jest taką sobie poczciwą H2O. To komórkowa mieszanina różnorakich substancji które wyraźnie przejawiają życie. Akwen może manipulować trajektorią planety, ale nie to jest najważniejsze. Jest on świadomy i inteligentny. W sposób jednak skrajnie inny, niż liczyliby na to ludzie. 

Oprócz warstwy fabularnej Lem przytacza też sporo informacji o samym Solaris i próbach zrozumienia i zbadania czym jest. A właściwie czym jest oceaniczny twór. I to w dość uszeregowany, zasadniczy, wręcz naukowy sposób. Biologiczny akwen jawi się tak samo jak niegdyś niezdobyty biegun czy głębia Czarnego Lądu. Lecz tym razem ekspedycje dzielnych naukowców zdają się na nic. Ocean nie jest ani wrogi, ani przyjazny. Pojawienie się gości można odczytać jako sposób komunikacji, ale czy jest to komunikacja świadoma ? Czy to relacja na zasadzie podobnej jak między ludźmi, a zwierzętami domowymi ? Jedno może wysyłać sygnały które zrozumie druga strona, lecz sam nadawca nie do końca wie co przekazuje ? 

Podsumowanie: Jedno z najsłynniejszych dzieł jednego z największych pisarzy SF. Powieść niesamowicie wciąga, hipnotyzuje. Solaris oddziałuje nawet przez karty książki. Skłania ku refleksji, i to dwojako Tej prywatnej, niemal intymnej. I tej bardziej o skali cywilizacyjnej. To książka która wciąga, ale i zatrzymuje. „Solaris” naprawdę rzuca czytelnika na sam środek nieznanego oceanu. To opowieść nie tyle o fajnej planecie z myślącym oceanem i duchem byłem miłości, ale filozoficzne przemyślenia na temat ludzkiej natury. Prób jej ekspansji, jej ograniczeń i narzucaniu wszystkiemu co istnieje swoich metryk. Nie ważne czy jest to w przydomowym ogródku, czy na drugim końcu galaktyki. Pokazująca, że człowiek to ledwie niemowlę w skali kosmicznej które myśli, iż jego krzyki upoważniają go do decydowania o całym uniwersum. A nie znaczą nic.

#183. – „Gwiezdne Wojny część VII- Przebudzenie Mocy” (2015)

Standardowy

Popularność siódmej części Sagi Gwiezdnych Wojen przerosła moje oczekiwania. „Zemsta Sithów” w której było dużo więcej kluczowych wydarzeń nie miała nawet połowy mocy przebicia w mediach jak „Przebudzenie Mocy”. Oto jak działa siła Sieci… Niegdyś fani Star Wars uważani byli za totalnych dziwaków. Dziś lubić SW jest fajnie. Ale fajnie, że Saga Papcia Lucasa ma takie powodzenie. Oby tylko nie sezonowe. Gra Harrisona Forda, efekty Abramsa, kilka nowych postaci i końcówka filmu są bowiem do zapamiętania na długo, nie na kilka miesięcy. A teraz czas na spoilery :)

Minęło trzydzieści lat od bitwy o Endor. Imperium w kształcie jaki był dotąd znany upadło, Sithowie ( teoretycznie ) nie żyją, a Rebelia święci wielki triumf. A tu niespodzianka ! Imperium kontratakuje tym razem na poważnie. Ale co stało się pomiędzy VI, a VII można dowiedzieć się z nowych, nienależących do Legend książek. Teraz Imperium jest już Nowym Porządkiem, stormtooperzy są po małym liftingu i nawet myśliwce TIE nie są jednorazówkami. Jest też typ ubrany na czarna z maską na gębie zwący się Kylo Ren. Na dodatek Luke’a gdzieś wcięło i Sojusz szuka go po Galaktyce nie mogąc znaleźć ostatniego mistrza Jedi. Jednak Moc ma swoje sposoby. W zagadkowy sposób łączy losy starego wygi Hana Solo z młodą dziewczyną imieniem Rey i były szturmowcem Finnem. A potęga New Order nie wydaje się być tak silna jak na początku.

Główny zły, mroczny i z czerwonym mieczem to również koleżka warty wspomnienia. Kylo Ren ( Adam Driver ) na początku wydaje się być godnym następca Maula, Dooku i Vadera. Z biegiem czasu jednak widać, że mroczniejszy jest przeciętny Ewok, a poprzednicy w zaświatach pewnie załują, że nie przeszli/ zostali po Jasnej Stronie. Gębusia narcyza której brakuje jedynie nastoletniego trądziku, zachowanie zbuntowanego nastolatka, idiotyczne rozterki i wątpliwe zdolności szermiercze. Że o władaniu Mocą nie wspomnę. Na szczęście Kylo okazuje się być ledwie uczniem. Choć Maul też był uczniem, a potrafił pokazać rogi. Dosłownie. Ren nie ma nawet połowy ikry swego ojca i matki. Przynajmniej natomiast wiadomo jednak po co mu jelec przy mieczu :D . Ale nawet on nie przebije fuhre,.. generała Huxa. Imperium miała w sobie pewien ornungt, specyficzny germański klimacik, ale na tyle nikły, iż można było go nie zauważyć. Podobieństwo więc do Niemiec z wiadomego okresu było, jak sądzę, nieco przypadkowe. Lucas po prostu chciał ukazać mroczny, zimny totalitarny reżim i niechcący pewnymi elementami składowymi Imperium mógł liznąć stylu III Rzeszy. Abrams natomiast musi być fanem Leni Riefenstahl. Ukazanie głównego generała New Order, jego przemówienie i sposób w jaki je wykonuje. heilujący stormtropperzy, kontrastowe kolory otoczenia, ukazanie potęgi wojskowej w stylu totalitarno- militarnym… Niemiec płakał jak oglądał. A do tego kapitan Phasma. Na plakatach wyglądała jak mężczyzna. Gdy jednak się odezwała… Przyznam, że było to dość szokujące, bo obstawiałem w jej roli nawet samego Boba Fetta. :D

Chwała należy się  Rey ( Daisy Ridley). Bitna i harda dziewczyna z Jakku zajmująca się zbieraniem złomu okazuje się mieć więcej charakteru niż niejeden Jedi. Do tego jest nieco podobna do Padme, co w połączeniu z twardością a la księżniczka Leia tworzy najlepszą damską postać w Star Wars. Finałowy pojedynek z Renem co prawda daleki był od mistrzostwa duelu Skywalker/ Kenobi z III czy Kenobi- Jinn/ Maul z I, ale miał on na celu nie tyle ukazanie efektownego pokazu szermierki co pojedynek osobowości. Mydłkowaty Ren który mimo przeszkolenia dostał tęgie baty od nowicjuszki która jeszcze kilka dni wcześnie dźwigała żelastwo na sprzedaż.

Kolejną postacią o silnej pozycji jest Finn ( John Boyegga ). Widzący okrucieństwa Nowego Porządku szturmowiec dezerteruje. W dość spektakularny sposób przy okazji ratując Po Damerona ( Oscar Isaacs)- podniebnego asa Sojuszu ( wiem, wiem- tutaj inaczej się on nazywa, ale Sojusz brzmi bardziej oldchool’ owo ). Finn rokuje na niezłą postać. Ma w sobie charakterek, nie lubi New Order i coś mi mówi, że nie tylko Rey jest wrażliwa na Moc… Dameron zaś to nieco ulepszona wersja Wedge Antillesa. Mało ukazywany w filmie dowódca Eskadry Łotrów miał w sobie lotniczą odwagę, ale Dameron dokonuje X- Wingiem cudów jakich pozazdrościć mogliby by mu nawet Skywalkerowie.

Nie mogło zabraknąć starej trójcy. Hana Solo, księżniczki Lei i Luke’a Skywalkera. Han jak zawsze jest niezastąpiony. Mimo wieku to postać fenomenalnie niepokorna i waleczna, odegrana po mistrzowsku przez Harrisona Forda. Leia nie jest już młódką, ale jak pani generał prezentuje się walecznie, niczym sama Żelazna Dama. Luke… Luke pojawia się na krótko, ale jego pojawienie się ma w sobie Moc :) . Chewbaccy należy się ukłon za bardziej czynny udział i taką uroczą miśkowatość. Miśkowatość o dwóch metrach, zdolną połamać kręgosłup i strzelać z ciężkiej kuszy laserowej.  A skoro mowa o dawnych bohaterach- C3PO i R2- D2 nadal działają i mają się dobrze :) .Ustępują pola jednak młodszemu koledze- BB- 8 . Złoty robot protokolarny i astromech, jak słusznie zresztą przewidziałem z zacnego duetu stali się jeszcze zacniejszym triumwiratem.

Ren i generał (von) Hux nie są jedynymi badassami w „Pprzebudzeniu Mocy”. Jest jeszcze uber- złodupiec. Ktoś w stylu Palpatine, przypominający jednak olbrzyma z mistycznych gór zwący się głównodowodzący Snoke . Właściwie to nie wiadomo czy jest on olbrzymem bo ukazuje się jedynie hologramowo. Równie dobrze może być drugim Yodą… Jednak to kim dokładnie jest i skąd potrafi władać Ciemną Stroną pozostaje zagadką.

 Abrams wielokrotnie nawiązuje do „Nowej Nadziei”. Można nawet posilić się na twierdzenie, iż na szablonie IV epizodu zbudował VII. Droid którego szukają szturmowcy na pustynnej planecie. Ucieczka z niej na „Sokole Millenium”. Egzekucja planet(y) i kolejna wersja „Gwiazdy Śmierci”. Śmierć fajnego starszego pana która motywuje do dalszych działań. A nawet występuje ona podwójnie. Jedna jest motorem dla Damerona, druga dla Finna i Rey. Ja jednak twierdzę, iż reżyser celowo nawiązał do pierwsze wyprodukowanego filmu spod szyldu Star Wars po to, by dosłownie obudzić moc Sagi. Większość fanów kocha ją nie za potężny Zakon Jedi i Wojny Klonów, a właśnie za „Sokoła Millenium”, dojrzewającego do roli Jedi Luke’a i postaci jak Han Solo czy charakterne roboty. I to reżyser ukazał. W nowym, charakterystycznym dla niego stylu. Co przyniosło przy okazji znakomite efekty, pracę kamery, dynamikę jakiej nie było nawet w I- III części. No i cholernie podobają mi się odnowieni trooperzy. Może nie tak bardzo jak clone troopers, ale ich ulepszenia dało im bojowego pazura. No i w końcu trafiają do celu i nie są starwarsową wersją kitowców na jeden cios.

Podsumowanie: Dawno nie miałem aż tak mieszanych uczuć do filmu. Z jednej strony „Przebudzenie Mocy” ma w sobie moc trylogii IV- VI. A z drugiej to dzieło kompletnie inne, bardziej odmienne niż I- III. Wiem, że i tak za jakiś czas spojrzę inaczej na ten film. Pozytywniej. Świeżej. Otoczka jaką budowano na długo przed premierą filmu nieco zabiła we mnie ducha ekscytacji, a fakt wycięcia w pień całego dorobku książkowo- komiksowego tego nie poprawił. Dzieło Abramsa jednakowoż jest filmem wartym obejrzenia, a przede wszystkim warte reszty Sagi.

#166. – „Gwiezdne Wojny część V – Imperium Kontratakuje” (1980)

Standardowy

Siódmy epizod „Gwiezdnych Wojen” tuż, tuż, a mój cel zrecenzowania poprzedzających go części w lesie. I to endorskim . Czas więc na piątą część sagi Lucasa- „Imperium Kontratakuje”. Część wskazywana niejednokrotnie jako ta najlepsza. Mimo braku wielkich bitew czy wielkich szermierczych pojedynków sporo w tym racji.

Wygrana w bitwie o Yavin i zniszczenie Gwiazdy Śmierci było tylko rozjuszeniem imperialnej bestii przez Rebelię. Imperator wciąż miał ogromną przewagę militarną, polityczną i organizacyjną. Co widać w bitwie o Hoth. Na mroźnej planecie mimo potężnego działa jonowegobroniącego bazy przez Star Destroyerami, hartu ducha rebelianckich pilotów ( w urokliwych Snow Speeder’ach ) Sojusz ulega ofensywie walkerów AT- AT i zmuszony jest do kolejnej ewakuacji. Tutaj ścieżki głównych bohaterów się rozwidlają. Han i spółka udają się na Bespin do przyjaciela przemytnika, Lando Calrissiana. Luke zmierza ku Dagobah by dokończyć swój trening Jedi u wygnanego Yody.

Film obfituje w szereg kultowych  batalii, motywów i postaci. Zamrożony w karbonicie Han Solo, całokształt kształcenia mistrza Yody, pojedynek i finalny dialog ojca i syna, bitwa na Hoth. Oraz sama finalna scena w której mamy okazje zobaczyć Luke’a i Leię patrzących przez iluminator fregaty medycznej na coraz bardziej zmierzającą do ostatecznej potyczki przyszłość.

Postaci w V epizodzie są równie zacne jak Han czy Darth Vader to wymienieni  powyżej Lando i Yoda, łowca nagród Boba Fett czy debiut Imperatora. Który jednak w tym swoim przydużym kapturku, pomarszczonej buźce i z łamiącym się głosem wydaje się być cierpiącym na demencję i koklusz dziadygą w porównaniu z Lordem V. Darth Vader bowiem w tej części gra kluczową rolę. On jest mózgiem operacji na Bespinie, on bezpośrednio kontaktuje się ze swoim synem. Bądź co bądź niszczycielem GŚ- oczka w głowie Imperatora. A co do samego pokazu szermierki w wykonaniu Skywalkerów. Słowa Lorda V skierowane do Luke’a są… Cóż to najlepsze wyznanie prawdy w historii kina :) . Pamiętne „NOOOOO!!!” pięknie zlewa się z tym samym pełnym niedowierzania o bólu okrzykiem z „Zemsty Sithów”. Jak Skywalkerowie zaprzeczają to zaprzeczają :D.

Kolejny raz pokłon w stronę projektantów scenografii, kostiumów i całokształtu realiów świata „Star Wars”. Dzięki nim uniwersum Lucasa jest jedyne w swoim rodzaju, oryginalne, innowacyjne od całej reszty gatunku sajfaj. Pewne elementy mogą być zbieżne, lecz- albo nie da się po prostu inaczej, albo były to produkcje późniejsze, nieco kopiujące od mistrzów z LucasFilm. Potężne niczym prehistoryczne gady AT- AT, Bespin, czyli miasto w chmurach z tymi zabawnymi Twin Pod Cloud Car, Hoth- Wampa i Tautany, zbroja Fetta mająca w sobie urok szlachetnego zużycia jak i drapieżne linie. Sam Fett przypomina mi samotnego rewolwerowca rodem z Dzikiego Zachodu.

Podsumowanie: „Imperium Kontratakuje” dla niektórych jest czymś „pomiędzy”. Niby wydarzyło się w nim sporo, no ale… Ale to tutaj jest wszystko co ująć można esencją sagi Lucasa. Klimat, muzyka, postaci fabuła z lekką dozą humoru, baśniowości, mitycznej opowieści i najlepszego przykładu nurtu SF. Film jest fabularnym zamknięciem, ale ten niedosyt właśnie daje większego smaku następnej części, która mimo, iż bardziej widowiskowa, stoi stopień niżej od „Imperium Kontratakuje”. Jeśli ktoś chce jednak zacząć oglądać sagę polecam albo I albo IV epizod. Po coś ta chronologia jest, a nie skumanie niektórych wydarzeń i motywów może ująć sporo nawet najlepszemu dziełu.

#164. – Maja Lidia Kossakowska – „Grillbar Galaktyka”

Standardowy

Maja Lidia Kossakowska kojarzona jest głównie z „Siewcą Wiatru” i książkami z nim powiązanymi. Autorka wydała na świat kilka innych bardzo dobrych dzieł, lecz najlepszą jest dzieło będące laureatem Nagrody im. Janusza Zajdla pod tytule „Grillbar Galaktyka”. Już sam tytuł uzmysławia gatunek literacki. Space opera ze zjadliwym humorem obrazująca wszechświat o wielu barwach.

Głównym bohaterem jest Hermeso Madrit Iven. Szef kuchni prestiżowego lokalu „Kometa”. Człowiek będący pasjonatem kulinarnej sztuki i zarazem niebanalny charakter. Wszystko idzie po dobrej myśli kuchennego mistrza, do czasu, aż na stanowisko jednego z jego najlepszych ludzi wciśnięta zostaje pewna  gadzina. Dosłownie i w przenośni :) .

Oprócz mistrza kuchni występuje też kilka innych postaci które są godne wspomnienia. Pewna inteligentna i rozmowna kotka, wspaniale zresztą obrazująca naturę tych gnuśnych, ale i cudownych zwierząt. Oraz lukiański pilot :) Persona przy której sam Han Solo i jego Chewbacca idą złą drogą… Wydawać by się więc mogło, że to jegomość z cygarem w zębach i lustrzankami na oczach hmmm ? Postać to jest dokładnym tego przeciwieństwem- rasa Lukian jest wzorowana na klasycznym wizerunku postaci anime ( wielkie oczy, równie wielkie fryzury, nieco inne proporcja ciała ) i zachowaniem co mniej rozgarniętych, przesłodzonych fanów japońskiej animacji i komiksu.Kossakowska ponadto prowadzi swobodną, lekką i zabawną narrację. Barwność wszechświata i jego mieszkańców i nieco nostalgiczny klimat space opery.  Nie jest więc to mroczne, posępne dzieło mówiące o pradawnych, kosmicznych siłach czy epickich bataliach wielkich imperiów. Ale tez nie jest to pierwsza lepsza opowiastka SF. Myślę, że najlepiej oddam moje pochwały nad dziełem Kossakowskiej, gdy powiem, że jej uniwersum ma potencjał nie tylko na jedną książkę. Prawdziwą siłą nie są bowiem bohaterowie, humor czy narracja. To ukryta i ostra jak brzytwa metafora obecnego świata. W szczególności zaś Europy. Krytyka poprawności politycznej UE, narody Starego Kontynentu przedstawione jako pozaziemskie rasy. I nie tylko :) .

Może to infantylne, ale lubię w książkach ilustracje. Oczywiście nie za dużo, ale co jakiś czas miło mieć graficzny przerywnik. Fabryka Słów dość często okrasza swe dzieła rysunkami twórców jak Dominik Broniek, Andrzej Łaski czy upiększający wizualnie to dzieło Daniel Grzeszkiewicz. Rysownik ten udziela się też w komiksie, a jego realistyczna i pomysłowa kreska może konkurować z największymi legendami. Może to nieco nadmierne faworyzowanie Grzeszkiewicza, ale artysta ten ma talent. I zasługuje na uwagę. Polecam wpisać w wyszukiwarkę pozostałe nazwiska.

Podsumowanie: W pełni zasłużone wyróżnienie i myślę że nie popełnię herezji, gdy powiem, że jest to jedno z najciekawszych dzieł SF ostatnich lat znad Wisły. Kossakowskiej wyszło na dobre pójście w inna stronę niż teologia czy mitologia. Szczególnie widać to na przykładzie najmłodszego dzieła autorki-”Takeshi’ego”. Który jest niezłym dziełem, lecz niknącym w blasku „Grillbaru Galaktyka”.

#139. – „Gwiezdne Wojny część IV – Nowa Nadzieja” (1977)

Standardowy

I jest ! „Starsza” część sagi George’a Lucasa. Film- ikona którego niemal każdy moment jest kultowy, a te wybrane na stałe weszły do kanonu kina. Również kopalnia cytatów i to płynących z ust nie tylko pierwszoplanowych postaci. Dzieło pokazujące, że przed erą komputerów i 3D można było uzyskać niezłe efekty jeśli miało się pomysły i talent. Jednocześnie opowieść której nie sposób nie znać i obok której nie można przejść obojętnie wrzucając ją do przepastnego wora z napisem SF, gdyż świat Lucasa jest naprawdę jedyny w swoim rodzaju.

Widz nie mający wiedzy obecnego fana sagi Lucasa musiał przeżyć nielichy szok, gdy w Anno Domini 1977 ujrzał obraz zatytułowany „Gwiezdne Wojny; Nowa Nadzieja”. I to na dodatek oznaczony numerkiem IV… Znakomite efekty, niebanalne postaci, ten jedyny w swoim rodzaju klimat świat wykreowanego przez Lucasa i muzyka Johna Williamsa. I przede wszystkim- napisy ! Sunące w przestrzeń kosmiczną, zapowiadające historię futurystyczną w stylu iście baśniowym … :)

Co rzuca się na samym początku. Uniwersum Lucasa jest kompletnie inne niż standardowe SF. Z jednej strony są gwiezdne niszczyciele, Gwiazda Śmierci, szereg zamieszkanych planet w jednej galaktyce, a z drugiej nie ma ani cienia naleciałości i konsekwencji cyberpunku, czyli czegoś w rodzaju globalnej sieci komunikacji ( no jest HoloNet, ale czy ktoś oprócz fanów o nim słyszał ? ), typowych kryzysów społecznych, tożsamościowych czy między- rasowych. Świat „Star Wars” ma swój specyficzny klimat, pewne elementy które czynią go niepowtarzalnym. I to nie tylko od strony wizualnej jak beczkowate roboty astromechaniczne, okręty, miecze świetlne, ale też efekty słuchowe jak dźwięk wspomnianego lajtsejbera czy strzały działek myśliwców TIE. I oczywiście aparat oddechowy Lorda V.

Obsada dopasowana znakomicie. Sprawiający wrażenie żółtodzioba Mark Hamill jako Luke Skywalker, który jednak potrafił zagrać też nieco bardziej zdecydowanego w późniejszych częściach. Fenomenalny Harrison Ford/ Han Solo który połączył w swej roli awanturnika rodem z Dzikiego Zachodu z przemytnikiem bujającym się zmodyfikowanym frachtowcem typu YT-1300 o nazwie „Sokół Millenium” z kudłatym Chewbaccą, Carrie Fisher jak Leia Organa będąca żelazną damą w wersji SF i potrafiąca nie ulec czarowi pana Solo ( do czasu ) i lodowatej grozie duetu Vader/Tarkin.

Jednak nikt nie zagrał tak znamienicie jak sir Alec Guinness w roli Obi- wana Kenobiego. Stary Jedi jest tutaj ucieleśnieniem cierpliwości, mądrości i waleczności. Mimo siwizny i pozornej geriantryczności Kenobi to nie lada chojrak który jest w stanie stawić czoła samemu Lordowi Vaderowi i do końca sprawić wrażenie, że i tak by wygrał. Jeśli już mowa o Vaderze. Jego umiejętność duszenia z osobników mu nieposłusznych bądź niekompetentnych i to będących na innym okręcie robi wrażenie. Głos Johna Earla Jones’a, czarna zbroja płaszcz i przede wszystkim maska i hełm dają natchnionego Ciemną Stroną czadu. Obok Vadera wartym odnotowania czarnym charakterem jest Wielki Moff Tarkin i wcielający się w niego John Cushing. Aktor o surowych rysach twarzy, wojskowej postawie i spojrzeniu równie silnym jak superlaser Gwiazdy Śmierci jest wręcz archetypicznym modelem złowrogiego oficera przy którym każdy przyznaje się do tego, iż jest winny. To Tarkin sprawił, że oficerowie imperialni kojarzą mi się z innymi oficerami zza zachodniej granicy z lat 30 – 40. Ta sama chłodność i nieludzkość. Ta sama złowieszczość.

Aktorzy mniej rzucający się w oczy czyli Peter Mayhew ( Chewbacca), Kenny Baker ( R2-D2 ) i Anthony Daniels (C3PO) nie zagrali ani odrobinę gorzej od reszty. O ile rola beczkowatego R2 nie była wymagająca, o tyle dyplomatyczno- irytujący ton głosy złotego droida protokolarnego i warkoty oraz ogólna włochata fizjonomia Wookie’go.

Historia Luke’a to standardowa opowieść „od zera do bohatera”. Zapowiadający się na niezłego pilota chłopak z Tatooine ( skądś to znam… :) )  z dnia na dzień staje się kluczową postacią i bohaterem w wojnie przeciwko opresyjnemu reżimowi który dysponuje sporą przewagą liczebną. Do pomocy ma zawadiackiego i sarkastycznego koleżkę, dwie „maskotki”, choć wcale nie takie nieporadne, organizację ludzi o wolnościowych ideałach i jej przywódczynię- która nie jest mu obojętna. Oj zdziwi się chłopina, jakie naprawdę relacje z nią go połączą. :D

Ciężko wyłuskać mi najlepsze sceny z tego filmu, gdyż cały jest niemożliwy do opisania, ale pościg Vadera za synkiem w korytarzu Gwiazdy Śmierci czy całość akcji na Tatooine, a tym konwersacja Hana z Greedo, pierwsze spotkanie Kenobiego ze Skywalker’em juniorem, czy otwierający film abordaż „Tantive IV” przez Dartha Vadera i ekipę stormtooperów.

Nie byłbym sobą gdym nie wspomniał o statkach. Jako wiecznie niedojrzała jednostka do dziś jaram się na wszelkie gadżety z X- Wingami, Sokołem Millenium, a w szczególności z najpiękniejsza jednostką wszechświata- niszczycielem klasy Imperial. Coś jest w tych latadłach, że po prostu powalają konkurencję z innych dzieł SF. Mimo, iż nie są tak rozbudowane, nie są tak hiper- nowoczesne to … są piękne . :)

Podsumowanie: Jeśli ktoś chce zacząć Sagę SW niech zaczyna od IV. Mimo wielu plusów „Mroczne Widmo” jest zaledwie cieniem przy „Nowej Nadziei”. Choć nie ma tu tabunów Jedi i Sithów, jedyna walka na miecze nie jest epicka potyczka na miarę Mustafar czy Naboo, a Rebelianci wydają się być złośliwym gzem, to jest to historia ponadczasowa, która wspominana będzie przez kolejne dekady. Wystarczy spojrzeć na oczekiwanie na „Przebudzenie Mocy”. Moc jest w niej wielka !

Całość recenzji wyszła bardziej jak sentymentalny bełkot fanatyka uniwersum Lucasa, ale to, kurde, w końcu „Nowa Nadzieja” !!! Film ten naprawdę wrył się w światową popkulturę i śmiało można rzec, że postaci jak Han Solo czy Darth Vader są równie rozpoznawalne jak John F. Kennedy czy Martin Luther King. Ba ! Znajdą się tacy którzy nie skojarzą pechowego prezydenta USA czy czarnoskórego bojownika o równouprawnienie, a plimkającego robota i jego złotego kolegę jak najbardziej.

Co nie jest jednak pozytywnym faktem…

#115. – „Terminator 2: Dzień Sądu” (1984)

Standardowy

Kino lat 80 obficie produkowało filmy akcji mniej lub bardziej udane. Z tych najlepszych wymienić należy serie takie jak „Rambo”, „Zabójcza Broń” czy właśnie „Terminator”. Jednak dzięki wyważonej mieszance typowej dla tego okresu akcji w pomysłową wizją zapobiegnięcia zagłady ludzkości sprawiły, że były gubernator Kalifornii zapisał się na stałe do hali sław kina akcji.

Mija kilka lat od akcji z pierwszej części filmu. John Connor to dorastający chłopak o nieco buntowniczym nastawieniu, którego matka siedzi w psychiatryku. Sara Connor bowiem zamiast siedzieć cicho rozpowiadała wszem i wobec o przejęciu kontroli nad światem przez maszyny, a konkretnie korporację Skynet. A z korporacjami się nie zadziera… John Connor jako przyszły przywódca ludzkich rebeliantów musi jednak zginąć zanim nim się stanie. I tak jak w poprzedniej części blaszaki wysyłają gościa od brudnej roboty. Jednak ludzie wpadają na pewien koncept. Przeprogramowują jednego z robotów na swoją stronę z zadaniem ochrony Connora. Jednak jest pewien szkopuł- ochroniarz wygląda jak model który miał uprzednio zabić jego matkę. Jednak mimo początkowej chłodności z racji tego kim jest Arnold staje się niejako przyjacielem rodziny. Nie takim przyjacielem jak koleżka z pierwszej części, podwładny szefa anty- robociej bandy z przyszłości który był zarazem… Ech ten paradoks Johna Connora. :D

Efekty na miarę roku 1984 są bardzo zadowalające. Do dziś „haki” T- 1000 są „haki” T- 1000 są makabryczne, a zdolności przekształcania się robią wrażenie. Obecnie jednak większe znaczenie ma symboliczny wymiar poszczególnych scen. Ot chociażby wspomniane róże czy wyciągnięty do góry kciuk Arnolda. I jak już mowa o austriackim aktorze- do roli Terminatora jest wprost stworzony. Kanciasta, a jednocześnie brutalna i wojownicza gęba i gabaryty godne robociego zakapiora. No i ten akcent który u kogoś grającego melancholijne postacie byłby szlabanem do wielkiego sukcesu, zaś dla odtwórcy Conana czy pułkownika Matrixa jest atutem.

Dużym plusem jest tu antagonista T- 1ooo. Metalo- plastyczny droid sprawia momentami niezłe bęcki Arnoldowi, lecz ten nie jest jakimś cherlakiem, aby dać prać się po pysku bez odpowiedzi. Wystarczy przypomnieć sobie pościg ciężarówką czy pierwsze spotkanie obu blaszaków. I jacy panowie eleganccy przybyli na to służbowe spotkanie. Jeden wdział mundur, drugi przyniósł róże  :D

Podsumowanie: Film jest potężnym źródłem ponadczasowych cytatów i scen które weszły do historii kina. Słynne ‚hasta la vista babe” czy „I’ll be back” z charakterystyczną wymową gubernatora-terminatora są równie kultowe jak ujawnienie więzów rodzinnych Skywalkerów czy powiedzonko Bruce’a Willisa w „Szklanej pułapce”. Ponadto to po prostu dobre kino akcji z elementami SF. Pierwsza część była bardzo dobra, lecz nie miała uroku „Dnia Zagłady”. Następne już mocno obniżyły loty… Zapowiadana z Old Man Arnoldem może jednak zaskoczyć. I oby tak się stało. :)