#273. – WKKM #102 – Christopher Yost, Scot Eaton – „Bitewne blizny”

Standardowy

Powiedzmy sobie szczerze- większość osób śledzących filmy Marvela nie ma pojęcia o ich komiksowych źródłach. Nie mają pojęcia i skali Wojny Domowej, zaś Era Ultrona była kolejną potyczką Mścicieli ze złym robotem. Nie zaś, jak w oryginale, apokalipsą. Ciekawa jednak rzecz jest z Nickiem Fury. Samuel L. Jackson grający tę postać w filmach nie jest zdecydowanie Irlandczykiem z cygarem z zębach i siwizną na skroniach. Co więcej, inspiracją dla filmowego, czarnoskórego Nicka było nieszczęsne uniwersum Ultimate. Aktor oczywiście stworzył niezłą kreację i nadał tej postaci indywidualność, lecz dysonans między filmami, a komiksem pozostał. Marvel więc postanowił go rozwiązać.

Marcus Johnson to żołnierz co się zowie. Pole bitwy nie jest mu obce, lecz wraz ze swym towarzyszem broni Cheesem trafią na przeciwników, których woleli by unikać. A należą do nich takie przestępcze osobistości świata Marvela jak Taskmaster czy Serpent Societ. Pojawia się również Deadpool, lecz jego natura superbohatera, bądź chęci nim zostania przeważa nad chęcią zysku. Gdyż za Johnsona wyznaczono niemałą kwotę, a skoro oprócz superłotrów na ratunek przychodzi Kapitan Ameryka i S.H.I.E.L.D. coś musi być na rzeczy.

Niech będzie chwała Niebiosom za to, że Marvel uniknął poprawności politycznej. „Nowy” Nick Fury nie zastępuje „starego”. Obaj funkcjonują równolegle i obaj mają z góry określaną pozycję. Młodszy jest zdolnym żółtodziobem, kimś kto ma szansę przewodzić SHIELD. Starszy zaś to nadal pełni funkcję naczelnego agenta Marvela i co ważniejsze- roszada jest uzasadniona, sensowna i nie jest tanią sensacją, jak ostatnie personalne zmiany wszelkiej maści.

Scot Eaton to rysownik dobry. Nie jest artystą szczególnie charakterystycznym, ale potrafi z ołówka wyciągnąć to co najlepsze. Sensacyjna fabuła, w tym pełne luda walki, nagłe odsiecze tych dobrych i złych, oraz zmiana ukazana na końcu to coś, co należy pochwalić. 

Podsumowanie: Historia, która może nie jest kluczowym wydarzeniem dla świata Marvela, ale którą można znać. Autorzy połączyli pełną akcji fabułę z lekkim humorem, nieco w stylu filmowego Marvela. I myślę, że „Bitewne blizny” to dzieło skierowane głównie do kinowych odbiorców, niż czytaczy komiksów. Postać Marcusa Johnsona ma potencjał, choć jest to charakter kompletnie inny niż jego poprzednik. Nieco bondowski „stary” Fury niesie z sobą nostalgiczny ładunek. Fury- Johnson zaś to ktoś kogo brakowało w świecie Marvela. Bardziej współcześnie- hollywoodzki, militarny. Absencja oryginalnego Fury’ ego również sprawiła, że postać ta była doskonałym posunięciem wydawnictwa.

#250. – WKKM #95 – Jim Steranko – „Nick Fury, Agent Shield” t.2

Standardowy

Poprzedni tom o przygodach Nicka Fury’ ego zdobył moją sympatię, ale nie walnął mnie prosto w czoło, jak miało to miejsce przy „Życiu i śmierci Kapitana Marvela” czy „Mrocznej Phoenix”. Dowodach na to, że komiks pokryty patyną, może być równy „poważnym” komiksom po przewrocie Moore’ a i Millera. Będę strasznym heretykiem wypowiadając te słowa, ale progres nastąpił, gdy Stan Lee i Jack Kirby oddali serię w pełni w ręce Jima Steranki. The Man i The King to wielcy twórcy, jedni z największych w historii komiksu. Ale specjalizowali się w klasycznych opowieściach. Najbardziej klasycznych, jakie można sobie wyobrazić. Takich, dających fundamenty pod inne opowieści. Ale z biegiem czasu trzeba wprowadzić coś nowego. I tu pojawił się Jim Steranko. 

Pod koniec poprzedniego tomu Fury znalazł się w niemałych tarapatach. Takie zwroty akcji są na szczęście codziennością dla naczelnika S.H.I.E.L.D. i niebawem rusza on znów w pogoni za Żółtym Szponem. Całość historii związanej z owym przeciwnikiem przypomina klasyczną, pełną szpiegowsko- sensacyjnej akcji gonitwę hardego, dobrego agenta, za podłym łotrem chcącym, a jakże, zniszczyć świat. Banalne ? Skądże. Sposób narracji Steranki w połączeniu z jego rysunkami, o których za chwilę, sprawia, że całość przypomina stare, dobre kino akcji. Z lekką dozą absurdu nieskalaności postaci, gadżetami, których nazwy i zastosowanie woła o psychoanalizę ich autora, oraz całą tą dynamiką, dzięki której czytelnik musi dokończyć zeszyt. 

Nie mogę nie bić pokłonów przed tym co wyprawia Steranko z rysunkami. Zwykłe rysunki to dla niego za mało. Twórca atakuje pop artem, op artem, cztero- stronnicowymi planszami, odwróconymi i niemymi kadrami… To komiks, który najpierw należy przeczytać, a potem jeszcze raz obejrzeć. 

Oprócz widowiskowych akcji, bijących na głowę te Jamesa Bonda,  jest też historia nieco bardziej klasyczna. Dziejąca się w pewnym szkockim zamku, z jego mroczną legendą i jeszcze bardziej mrocznym duchem, zamieszkującym ponoć jego mury i wrzosowiska nieopodal niego. Ale to nie wszystko. Możemy zobaczyć pierwsze kroki Nicka w wierchuszce swej organizacji i relacje łączące go z Hrabiną. Które przedstawione w subtelny, a zarazem sugestywny sposób były lekkim łamaniem tabu w latach 60.

Podsumowanie: Ten komiks trzeba mieć nie dlatego, że jest legendarny. Nie dlatego, że jest kluczową powieścią dla całego uniwersum Marvela. Warto mieć go na półce, gdyż to komiks po prostu genialny. Wyprzedzający swoją epokę. Wizualnie przewyższający większość współczesnych komiksów, a akcją nie męczący jak niektóre rówieśnicze mu dzieła. Dzieło Steranki nadaje się nawet dla ludzi, którzy na widok komiksu sprzed kilku dziesięcioleci dostają wysypki. Przełamuje pewne schematy charakterystyczne dla epoki, ale ich nie rozbija. Jest oryginalny i dziś, po wielu latach i wielu innych tytułach, potrafi tę oryginalność zachować.

#193. – WKKM #17 – Brian Michael Bendis, Gabrielle Dell’otto – „Tajna Wojna”

Standardowy

Brian Michael Bendis to autor mający swoje plusy i minusy. Jego najsłabsze dzieła nie są totalnymi gniotami, ale są co najwyżej przeciętne. Jego najlepsze- to prawdziwe diamenty. „Ród M”, „Era Ultrona”, „Upadek Avengers”. Wszystkie łączą się w kilku punktach. Wydarzenia wstrząsają posadami świata Marvela, występują w nich niemal wszystkie istotne postaci, a scenariusz zaskakuje w wyważony sposób ( nie na zasadzie- wyrżnę połowę postaci i zobaczę co się stanie ). Obok wielkich tytułów autorstwa tego scenarzysty niepostrzeżenie może umknąć jednak bardzo ciekawa pozycja. Nazwa jej to „Tajna Wojna”. I na szczęście nie ma nic wspólnego z „Tajnymi Wojnami” Jim Shootera.

Skąd więc tytuł ? Osobiście na miejscu BMB dla odróżnienia od komiksu dawnego naczelnego Marvela nazwałbym go „Tajną Wojną Fury’ego”. Bo to naczelnik S.H.I.E.L.D. gra tu istotna rolę. Po „zdemontowaniu” Dr Doom’a z roli przywódcy państwa Latverii, USA jak ma to w zwyczaju, wprowadza tam demokrację. I marionetkową premier Lucią von Bardas . Jak się jednak okazuje kobiecina przechytrzyła cwanych Jankesów i robi im za plecami kuku wraz ze złoczyńcami różnego, głównie drugoligowego, formatu. Jednooki Nick stara się więc przetłumaczyć tuzom z Białego Domu, iż należy pannę von Bardas wysłać tam gdzie jej poprzednika. Mikuś Furia ma na to swój plan.

Fury nie idzie pochlipać do Avengers i nie leci Hellicarrier’em nad Latverię. Zbiera grupę najbardziej zaufanych herosów z ulicy ( dosłownie ) i wyrusza pokazać czym grozi igranie z JuEsEj. Warto wspomnieć, że na tę misję herosi dostają nowe, znakomite stroje. Aż szkoda, że tylko na jednorazowy wypad. Ta bojowa wycieczka przyniesie jednak dość nieoczekiwane konsekwencje. I dla niego i dla zwerbowanych trykociarzy. Nick Fury przekonuje się, że z babami się  nie zadziera.

Rysunkami zajął się Gabrielle Dell’otto. Artysta odpowiadający również za „grzbietową” grafikę na tomach WKKM. Komiksy malowane to coś co kręci każdego. Technika artysty różni się co prawda od tej Alexa Ross’a, ale plansze jego autorstwa są na równie wysokim poziomie co te z „Kingdom Come”. Dell’otto nieźle radzi sobie w dynamicznych kadrach z wieloma planami akcji i jeszcze większą liczbą szczegółów. No i nowe stroje grupki herosów- niestety użyte tylko na te jedyną akcję.

Całość ma charakter nieco szpiegowski, lecz fani wielkich, zespołowych potyczek nie będą czuli się zawiedzeni. Plusem jest też fakt, że Bendis zwrócił uwagę na określony typ herosów. Misja Fury’ego była w końcu tajna, a więc obecność powszechnie zwracających na siebie uwagę jegomościów jak Hulk czy Thor byłaby głupotą. Niezły scenariusz i strona graficzna to jednak nie wszystko. Pojawiają się stenogramy z rozmów ze schwytanymi przez Tarczę badass’ami, dane na ich temat, ale też szczegółowe „teczki” na członków wypadu do Latverii. Jak widać Nick jest równie ufny wobec swych sojuszników co Wayne.

Podsumowanie: Historia nie będąca wielkim eventem, jednak będąca kroplą w czary goryczy jaka spowodowała Wojnę Domową. Coś dla fanów BMB którzy chcą nieco odpocząć od jego większych tytułów, jednocześnie pozostając w klimacie grupowych potyczek w których herosi nie zawsze dominują. No i wiadomo już co gdzie się podział Fury w trakcie Civil War i M- Day.

#186. – WKKM #80 – Stan Lee, Jack Kirby, Jim Steranko- „Nick Fury, Agent Shield ” t.1

Standardowy

Szpiegostwo to bardzo medialne zjawisko wbrew swym założeniom. Kolejne film z Bondem biją rekordy popularności, a zmiany aktorskie w roli 007 wręcz rozpalają wyobraźnię fanów. Również u nas w swoim czasie farbowany Bond, czyli porucznik Borewicz miał swoje pięć minut ( mimo, iż był milicjantem, a nie szpiegiem, jego praca emocjonowała widzów nie mniej niż wyczyny Seana Connery’ego ). Tymczasem w komiksie swego czasu dominował ktoś znacznie mniej wydelikacony i zmanierowany od martini oraz nieskalany współpracą z komunistyczną władzą :D .  Tym kimś jest Nick Fury.

Na początku mała informacja. Nick Fury Stana Lee to postać nieco inna niż Fury w wykonaniu Samuela L. Jacksona czy Hasselhoffa. Hardy Irlandczyk z cygarem z pysku i kilkudniowym zarostem to prawdziwy macho man ( bez skojarzeń z Randy’m Savage’m ). Cięte, zabawne riposty, akcje przy których 007 to brytyjski piesek salonowy, a wszystko to mające zarówno klimat komiksu szpiegowskiego, jak i klasycznego komiksu ze stajni Marvela. Są więc tajne spiski tajnych organizacji. Ryzykowne, wręcz samobójcze wyczyny z naczelnikiem S.H,I.E.L.D. w roli głównej i epizodyczne występy herosów.

Hydra ciągle istnieje i ma się dobrze. Zmieniający tożsamość jak rękawiczki przywódca zbrodniczej organizacji umyka nawet samemu Nickowi i bez trudu prowadzi do całkowitej realizacji swych planów. Brzmi znajomo ? Owszem. Stan Lee nie odkrywa Ameryki scenariuszem, lecz tego się nawet nie spodziewałem. Historia miała trafiać nie da smakoszy gatunku, a do czytelnika gustującego w przygodach z Iron Manem i Kapitanem Ameryką. Doskonale świadczy o tym fakt, iż zeszyty z Fury’m ukazywały się pierwotnie z opowieściami z udziałem Dr Strange’a pod tytułem „Strange Tales”. Mimo mało wyszukanych fabularnych zawirowań „Nick Fury, Agent Shield” to dzieło łatwo i przyjemnie przyswajalne i mimo, że zostało wydane w czasach w których na świecie grały takie giganty gitarowej muzyki jak Led Zeppelin czyta się je szybko i bez uderzeń w przepaść narracyjną.

No i Jim Steranko. Rysownik pokolenia młodszego niż obecny tutaj również Jack Kirby, ale równie godny uwagi. Pokazowe, duże kadry, ale też mniejsze, nieco bardziej dynamiczne rysunki tworzą pełna akcji fabułę w której można nieco zawisnąć z powodu dość sporej ilości dymków które jednak nie nudzą jak to bywało w innych seniorach z WKKM. Styl Steranki jest bardzo szczegółowy, dopracowany w każdym calu. Nie bez powodu zresztą rysownik nazywany jest Andy’m Warholem komiksu. :)

Podsumowanie: Lubię starsze komiksy, a jeszcze bardziej, gdy mają one do zaoferowania coś więcej niż historyczną wartość. Komiks ma potencjał, ale jednak nie wyobrażam sobie go współcześnie. Inne czasy, inne metody tworzenia, inne zagrożenia… W okresie w którym powstawał ów komiks panowała Zimna Wojna. Świat podzielony był na dwa bloki polityczne i szpiegostwo było nie tylko literacką fikcją, ale namacalnym zjawiskiem. Dziś jest ono bardziej ukryte, ale na kilka lat po makkartyźmie było ono bardziej widoczne- w końcu nawet twój sąsiad mógł być sowieckim szpiegiem szkodzącym majestatowi USA :D . A poważniej- komiks jest naprawdę warty uwagi.