#249. – John Layman, Jason Fabok, Aaron Lopresti – „Batman Detective Comics: Gothtopia”

Standardowy

Piąty tom „Batman Detective Comics” z New 52! to nie tylko tytułowa opowieść, ale też zbiór krótszych historii z okazji 75- lecia tytułowego bohatera. Oraz małe wspomnienia Gordona z czasów Roku Zerowego, ukazujące skorumpowanie policji i oportunizm komisarze Loeb’a. Pokazujący go zresztą z nieco innej perspektywy, nieco nawet ułaskawiającej pozorne zdemoralizowanie. Layman dopisał również dalszy ciąg sprawy związanej z Man- Batem i jego żoną.

Tytułowa historia dzieje się w pięknym mieście Gotham. Którego strzeże heros w bieli Batman i jego partnerka Catbird. Wraz ze swymi pomocnikami rozprawiają się z nielicznymi zbrodniami na mającymi z rzadka miejsca na terenie miasta. Od razu coś śmierdzi prawda ?

Dotąd miasto Wayne’ a było zaprzeczeniem wszelakich wizji utopijnych. Trzy określenia na stan RP byłego ministra Sienkiewicza byłyby trafnym określeniem na kondycję metropolii. Sytuacja powszechnego dobrobytu nie trwa zbyt długo. W mieście panuje plaga samobójstw. Batman z swoją wrodzoną podejrzliwością czuje, że biały kostium i sielankowa atmosfera to fasada. Za którą kryje się cała świta terapeutyczna. 

I czas na opowiadania. Pierwsze miejsce ma u mnie „Dwadzieścia siedem” Scotta Snydera. Utrzymana w cyberpunkowej konwencji, z rysunkami Seana Murphy’ ego pokazuje ciekawy wariant przyszłości Gotham. Ma się rozumieć- pod ochroną Batmana. Fascynują też wizję Batmana w przyszłości. Aż prosi się to o jakąś krótką, alternatywną serię :) . Dla bystrzaków- pojawia się tam też inny heros.

Drugie miejsce- Greg Hurwitz i Neal Adams z dziełem „Stara szkoła”. Tytuł nie jest przypadkowy. Rysunki są stylizowane, a raczej tworzone w dawnym stylu, podobnie jest z narracją i zachowaniem Batmana, na długo przez mrokiem Franka Millera. Adams to weteran komiksowego biznesu i sam był jednym z najświetniejszych twórców minionych dekad. Hurwitz zaś ukazuje ewolucję na przestrzeni lat postaci Mrocznego Rycerza. Z dość pokrętnym zakończeniem i niejako morałem.

Aby nie umniejszać pozostałym opowiadaniom, z których każde jest, rzecz jasna, wyjątkowe, upchnąłem je wszystkie na trzecim miejscu. Opowiadanie Douglasa Fairbanksa i Freda Niblo pod tytułem „Maska Zorro”, ukazuje Bruce Wayne’a w wieku ponad siedemdziesięciu lat. Aktywnymi obrońcami Gotham są jego podopieczni- Batmanem zostaje syn Damian, a dwaj Robini działają wciąż jako Nightwing i Red Robin. Miejsce Gordona zajęła zaś młoda Gordonówna. Bruce może więc siąść w fotelu o grzać swe nietoperze kości. Ale Batmanem jest się na całe życie, prawda? Kolejna historia o tytule „Deszcz” rysunku i scenariusza Francesca Francavilli mówi o spotkaniu Batmana i Widmowego Przybysza. Ten drugi ukazuje gackowi alternatywną rzeczywistość. Bez śmierci Thomasa i Marthy Wayne, a więc i bez Batmana. Ale czy tak naprawdę dusza Gotham uległa dzięki temu zmianie ? Brad Meltzer i Brian Hitch stworzyli alternatywną opowieść genezy jednego z najsłynniejszych oponentów Batmana zwącą się „Sprawa syndykatu chemicznego”. Nie bez powodu akcja dzieje się w ACE Chemicals.

Z racji sporej ilości historii, rysowników jest mnogo. Wspomniany Murphy czy charakterystyczny i oryginalny Fairbanks cieszą oko swym kunsztem. Nie mogę też nie pochwalić Neala Adamsa czy Francesca Francavilli. Jest więc co czytać i co oglądać. Rysownicy głównych historii, czyli Jason Fabok i Aaron Lopresti to również zdolni autorzy.

Podsumowanie: Po średnio udanym czwartym tomie serii, gdzie autor wyraźnie stracił impet historii związanej z postacią Pingwina Cesarskiego, powróciła ona na dobre tory. Duża zasługa w tym jubileuszowego zbioru opowiadań. Choć i sama historia o pięknym Gotham jest bardzo dobra i przez chwile nawet chciało się wierzyć w idylliczną wersję miasta. Dobra lektura z Batmanem dla tych, którzy na chwilę chcą oderwać się od skomplikowanej i powoli stopniującej napięcie fabuły „Batman Eternal” i czekają na „Ostateczną rozgrywkę” Snydera i Capullo, pozostając w świecie New52! .

#222. – Scott Snyder, James Tynion IV, John Layman, Ray Fawkes, Tim Seeley, Jason Fabok, Dustin Nguyen, Mikel Janin, Guillem March – „Wieczny Batman” t.1

Standardowy

„Wieczny Batman” to kolejna seria z Człowiekiem Nietoperzem w roli głównej na polskim rynku z New 52! . I kolejna autorstwa między innymi Scotta Snydera, co jest niemałą rekomendacją. Opowieść nie należy do tych o prostym jak mentalność Kal- ela scenariuszu, ale o zagmatwanej jak rozterki jej głównego bohatera fabule . Jednocześnie ma w sobie wszystko co w komiksach z Mrocznym Rycerzem najlepsze. Przestępczy półświatek, ukryci w cieniu przeciwnicy i nieco bardziej otwarci psychopaci.

Batman wielokrotnie miał nieszczęście się przekonać, że nie trzeba Jokera, aby Gotham, a w szczególności on dostało cięgi. Nigdy też nie spodziewał się, że wzorowy glina Jim Gordon jest w stanie zastrzelić nieuzbrojonego człowieka. Mało tego. Że komisarz GCPD doprowadzi do katastrofy której spowodowania nie powstydziliby się rezydenci z Arkham. Kolizja składów metra doprowadza do śmierci i ciężkich obrażeń wielu osób i tym samym resetuje dotychczasowe dokonania Gordona jako policjanta. Ostracyzm społeczny niszczy psychicznie Jima do tego stopnia, iż zaczyna on powoli wierzyć w swoją winę. Ale są osoby które wiedzą, że uczciwy jak skaut sprzedający ciasteczka Gordon jest bez winy.

Na dodatek do miasta wraca Carmine „Rzymianin” Falcone. W uniwersum New 52! nie ma on charyzmy jaką posiadał chociażby w „Długim Halloween”, ale i tak mocno kontrastuje on z innym gangsterem z Gotham- Pingwinem. I to z nim rozpoczyna wojnę która mało kogo obchodzi. Po aresztowaniu niewinnego Gordona policja w Gotham pogrąża się w korupcji i skupia na ściganiu również niewinnego Batmana. Jedynie protegowany przez Jima porucznik Bard wraz z najwierniejszymi ludźmi oskarżonego komisarza stara się działać.

Ale to nie wszystkie wątki. Snyder, Tynion IV i reszta scenarzystów zabiera czytelnika na różne wojaże, wszystkie skupione jednak wokół wyjaśnienia czynu Gordona. Jest Harper Row, jest japońska i argentyńska wersja Batmana w ramach Batman Incorporated, jest też sojusz Gacka z Killer Croc’ iem. Narracja taka może się wydać flegmatyczna i przeciągająca napięty wątek, ale sprawność pisarskiej braci sprawie, że napięcie to jest uzasadnione i solidnie podbudowuje ten właściwy główny wątek. Bo jeśli ktoś myślał, że cała afera z Gordonem jest po to by go zdyskredytować i poustawiać scenę przestępczą na nowo powinien wypalić sobie piętno nietoperza na czole. Smaczków nie brakuje- Alfred ma okazję okazać swe ojcowskie uczucia komuś innemu niż Bruce’ owi, a Rodzina może spodziewać się nowego członków. A właściwie członkiń. 

Wizualnie jest różnie. Autorów ilustracji jest kilku. Jest co pochwalić i nie ma się zbytnio do czego przyczepić. Co prawda brak mi Grega Capullo, ale cała grupa twórców w jakimś stopniu to wynagradza. Pozornie jest klasycznie- deszczowo, gotycko- nokturnowo. Ale różnorodność artystów sprawia, że takowy nastrój ma różnorodne odcienie. Jason Fabok, Dustin Nguyen czy Guillem March to różni rysownicy z nieco innym, ciekawym spojrzeniem na postać Mrocznego Rycerza. Jest wiele kadrów które zasługują na pochwałę, ale otwierająca tom całostronnicowa sekwencja poniżej po prostu płonie.

Podsumowanie: Batman cieszy się nad Wisłą niezmienną, wielką popularnością. Cztery serie z New 52!, seria dzielona z Supermanem, pojawianie się Gacka we wszelakich odmianach „Ligi Sprawiedliwości” i solowe tytuły z DC Deluxe. To zasługa oryginalności, niejednoznaczności i całej otoczki Batmana która gwarantuje naprawdę wysoką jakość i przyjemność z czytania. Tak jak pierwszy tom „WIecznego Batmana”. A na sam koniec ostrzeżenie- niech nikt nie waży się zaglądać na spoilery z dalszych tomów. Ja to zrobiłem i boleję niezmiernie.

PS: Nadgorliwość to poważna wada. Człek taki myśli, że się stara i wszyscy są zadowoleni, a w istocie szkodzi on swoimi efektami działań które bynajmniej nie są tak pozytywne jak sobie zamierzył. Tak niestety bywało niejednokrotnie z tłumaczami. Zazwyczaj ich grzechem głównym jest przekręcenie tytułu na bakier do absurdalnego wręcz stopnia. Tym razem jednak stało się coś więcej. Tłumaczenie „Batman Eternal” na „Wieczny Batman” może nie jest translatorskim babolkiem, ale jest… No właściwie to po cóż jest ? Tytuł serii „Batman Detective Comics” nie jest tłumaczony, a polscy fani nie czują się tym urażeni. Podobnie z konkurencyjnymi seriami jak „Uncanny X- Men”, Amazing Spider- Man” czy „Mighty Thor”. Po cóż zmieniać tajemniczo brzmiącego „Batmana Eternal” na patetycznego i nobliwie brzmiącego „Wiecznego Batmana” ? Tym samym sam stałem się nieco nadgorliwy… :D

#216. – Scott Snyder, Jim Lee, Scott Williams, Dustin Nguyen, Alex Sinclair – „Superman: Wyzwolony”

Standardowy

 Snyder z przytupem zaczął swój run w New 52! z Batmanem. Brawurowy „Trybunał Sów”, nowatorskie i zarazem oddające cześć wielkim dziełom historie „Śmierć Rodziny” i „Rok Zerowy”  czy mające wyjść na polskim rynku „Endgame” to tematy gorących dyskusji wśród komiksowej braci. Tym razem Snyder na chwilę wziął pod swe pióro Supermana. Postać nieco kontrastową do Mrocznego Rycerza, ale z równie wielkim dziedzictwem. Rysownikiem też jest nie byle kto bo sam Jim Lee. Lecz czy „Superman: Unchained” to hit na miarę jego twórców ?

W 1938 w obliczu wojny Amerykanie wysłali prośbę o pomoc w kosmos. Rok 1945 zaś był rokiem detonacji pierwszej bomby atomowej i dokonali tego właśnie Jankesi. Druga z nich- zrzucona na Nagasaki nie była już taka jak poprzednia. I tak- miało to związek z apelem sprzed kilku lat. Ale żeby być na bieżąco. Supermana widzimy w jednej z jego niemal codziennych misji. Kal- el e jej czasie nawija o swym dzieciństwie. Czyli pokrótce- nie są to posępne monologi Batmana, a nieco wiejące nostalgią i wiejską tęsknotą wspomnienia które ukazują jakim prostym kolesiem jest Człowiek Ze Stali. Tym razem Supek ratuje spadające na naszą nieszczęsną planetę satelity. Dla niego to betka, ale przecież kosmiczne instalacje nie spadają ot tak prawda ? Problemy mnożą się i mnożą, coraz bardziej doprowadzając wszystko do ciekawej konfrontacji.

Co jeśli na Ziemi jest ktoś o mocach działających na podobnej zasadzie co te supermanowskie, ale dużo bardziej doświadczony, silniejszy i na dodatek cieszący się poparciem rządu ? I to nie w tak szlachetny sposób jak w przypadku kolegi z tarczą z konkurencyjnego wydawnictwa, ale nieco gorzej. Bo będąc na służbie pod samym generałem Lane’ em. Skądinąd nieformalnym i nieco niedoszłym teściem Supermana. Wspomniałem już o wiadomości wysłanej w przestrzeń kosmiczną. Odpowiedzią nie był Kal- el, a owe tajemnicze indywiduum które z założenia ma pełnić rolę ewentualnego egzekutora Ostatniego Syna Kryptona. Postać ta nazywa się Wraith. Nie jest to dosłowne tłumaczenie, a skrót od William Rudolph’ s Ace In The Hole ( bo ów Rudolph odpowiada za sprowadzenie i zwerbowanie kosmity ) i nie ma ( na szczęście ) nic wspólnego z jednym z mniej zacnych przeciwników Batmana. Z gęby wygląda tak, jakby jego mamuśka kumała się z Darkseidem, zaś w pewnym momencie najeża się niczym sam Doomsday. Myślę, że to celowa zagrywka autorów. Takie małe puszczenie oka w stronę czytelnika.

W zderzeniu tych dwóch postaci najciekawsze nie są ich potyczki, ale podobieństwa i relacje. Wraith i Superman na dobrą sprawę mają ze sobą sporo wspólnego, a ten pierwszy mógłby być mentorem dla Kal- ela. Sam Clark nie został ukazany przez Snydera szablonowo. Nie jest pomnikową postacią, a człowiekiem który zdaje sobie sprawę, że nie zawsze to on jest tym niepokonanym. Twórcy „Amerykańskiego Wampira” udało się uczłowieczyć przybysza z Kryptona. Zachował jego ikoniczność, ale odjął całą tą męczącą frajerszczyznę i infantylizm. Wracając jednak do Wraitha. Kosmita ten to tak naprawdę swój chłop. Może i przyłoży Supermanowi, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, iż to pozytywny bohater. Na co znalazłem zresztą później potwierdzenie.

Co by tu napisać o Jim’ ie Lee i pracy jaką wykonał w tym tomie ? Że jest świetna i trzyma wysoki poziom do jakiego przyzwyczaił nas rysownik ? Że umiejętnie ukazał nadludzkość zarówno Kal- ela, jak i jego oponenta/ sojusznika ? Że Lee ujął idealnie ogromną widowiskowość i skalę działań i nie pozbawił czytelnika rysunków które pozostaną na długo w jego pamięci ? Jak choćby ten poniżej. Superman w pełnym rynsztunku. Siła w pełnej okazałości.

Ale nie zapominajmy, że oprócz Jima Lee jest tu ktoś taki jak Dustin Nguyen. Twórca ten odpowiada za retrospekcje z młodzieńczych lat Kal- ela, gdy ten dopiero odkrywał swe zdolności. Ale też ukazywała się jego dobroduszność i poczciwość. Jeżeli poczciwym można nazwać kogoś niemal niezniszczalnego. 

Pojawiają się też Batman i Wonder Woman. Snyder trzymał ich na dystans, dzięki czemu nie było szablonu „pomocy przyjaciół w ostatniej chwili”, ani usilnego wciśnięcia całej Trójcy w jeden komiks. Ot są sobie i tyle. Lecz nie znaczy to, że są postaciami całkowitego tła. Specjalny kostium Batmana ukazujący ponownie jego paranoję na punkcie Supermana która mogłaby konkurować tylko z fiziem Luthora robi wrażenie. A skoro mowa o Luthorze. Arcyprzeciwnik Supka dodaje swoje bardzo cenne pięć groszy. Irytował mnie natomiast generał Lane. Klasyczny model trepa bez wyobraźni. Ktoś kto z wypiłby tysiące hektolitrów napojów wyskokowych z bardzo podobnym zresztą wojskowym z konkurencji- generałem Ross’ em/ Red Hulkiem. Obaj są zazdrośni o swe córki, a swych niedoszłych zięciów zapakowali by za kratki.

Podsumowanie: Po Snyderze oczekiwałem czegoś innego w przedstawieniu postaci Ostatniego Syna Kryptona. I to właśnie dostałem. Co prawda bohaterów o bliźniaczych zdolnościach, a nawet przewyższających go mocą było kilku, ale tylko ten porzucił swą drogę, by podążyć drogą Supermana. Supermana który był wyraźnie słabszy, w swoim światopoglądzie nieco naiwny i nie ma wsparcia Wujka Sama. Ale który jest też ucieleśnieniem szlachetnych ideałów. Prostym, wiejskim chłopakiem który ma dużą moc. Scott Snyder i Jim Lee wraz z innymi stworzyli dzieło które wyrywa Supermana ze stuporu w jaki ma skłonność popadać. Nie jest to rewolta na miarę „Czerwonego Syna”, ale ukazuje, że można ukazać Kal- ela i klasycznie, i ciekawie.

#216. – Geoff Johns, Ivan Reis, Doug Mahnke, Rod Reis – „Liga Sprawiedliwości: Wieczni Bohaterowie”

Standardowy

Historia ta dzieje się w czasie trwania akcji „Wiecznego Zła”. Sytuacja jest więc następująca- większość Ligi i jej sojuszników jest wyautowana przez Syndykat Zbrodni. W walce z nimi stają Luthor i jego banda złoczyńców z dodatkiem Batmana i Catwoman. Aczkolwiek nie o nich mówi ten komiks. Mowa w nim o Cyborgu i o tym jakim to cudem powrócił w pełni sprawny po porzuceniu przez Sieć. Fakt dość istotny, gdyż jego sytuacja przedstawiała się nie najlepiej. Ale od czego jest ojciec mający dostęp do tych i owych fruktów pozaziemskich cywilizacji ?

Kluczową rolę pełnią tu grupa znana jako Metal Men. Grupa androidów stworzona przez Dr Magnusa która jak na swój „gatunek” jest dosyć oryginalna. Nie bipczą, nie składają się z tysięcy zębatek i mikro- nie wiadomo czego. Są, jak mówi nazwa, metalami. Nie takimi z gitarami. Normalnymi, chemicznymi metalami. A konkretniej Złotem, Platyną, Rtęcią, Cyną, Żelazem i Ołowiem. Każde z nich ma swoje właściwości i charakter. I nie mam tu na myśli ich cech wypisanych w układzie okresowym Dimki Mendelejewa. Dla przykładu- Platyna to kokietka mająca ciągoty ku swemu stwórcy, Złoto to pyszałek i narcyz, a Ołów jest ociężały zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Sposób w jaki również przedstawieni wizualnie zostali Metal Men oczarowuje. Plastyczni, przelewający się i mający cechy fizyczne pasujące do swej natury. Rysownicy oddali więc to o co chodziło scenarzyście. Pełna różnorodność połączona z przemyślaną i ciekawą wizją.

Obecność jednego jedynego Cyborga i ledwo co wprowadzonych w realia New 52! tworów Magnusa może wydawać się nieco uboga. Dodatkowo są więc originy członków Crime Syndicate. I nie są to banalne historie stworzone na zasadzie odwrócenia początków członków Ligi. Zbrodnicze początki Owlmana, nieludzka boskość Ultramana czy psychopatyczny związek Johnny’ ego Quicka i Atomici perfekcyjnie oddają mentalność i otoczkę członków tegoż złowieszczego ugrupowania Uważny czytelnik „Wiecznego Zła” zastanawiał się zapewne skąd wziął się Black Adam skoro dotąd w był w formie sproszkowanej. Tutaj znajdzie odpowiedź. I przyznać trzeba- poprzednik Shazama to nielicha postać…

Podsumowanie: Tom zdecydowanie słabszy od poprzedniego, jak i od dziejącego się równolegle „Wiecznego Zła”. Jest bardziej tie- inem w stylu „Wojny w Arkham” niż pełnoprawną kontynuacją wydarzeń z „Trójki”. Mimo to podoba mi się podniesienie statusu Cyborga. Co prawda mógł zacząć działać samodzielnie dopiero, gdy całą resztę niemal trafił szlag, ale Johns pokazał jego potencjał w godny sposób. No i grupa Metal Men. Nie jest to pierwszoligowy skład, zdolny dorównać kiedykolwiek JL czy zaprzyjaźnionym grupom, ale jako wyjście awaryjne, czy pozornie niepozorni sojusznicy może osiągnąć wiele. Komiks dla fanów wydarzeń związanych z „WZ”. Kogoś kto chce jednak przeczytać komiks z większą zawartością Ligi w Lidze, a poznać dodatkowo androidy Magnusa odsyłam do „Sprawiedliwości”.

#203. – Peter J. Tomasi, Scot Eaton, Jaime Mendoza – „Wieczne Zło: Wojna w Arkham”

Standardowy

Rzadko w Polsce można natknąć się na przyzwoite tie- iny. Opowieści które mówią o wydarzeniach dziejących się w czasie trwania jakiegoś wielkiego eventu. O ile „Tajna Inwazja” została wydana przez Hachette, tak z jej ogromnej ilości pobocznych opowieści nie wydane została zupełnie nic. Co nieco obniżyło ogromne napięcie i klimat całości. Rynek komiksów w naszej Ojczyźnie dopiero więc nasyca się wielkimi tytułami, ale na szczęście już widać coraz większy progres wśród pomniejszych tytułów. Choć czy „Wojnę w Arkham” należy uznawać za tytuł mniejszy niż samo „Wieczne Zło” ?

Gdy Batman i Catwoman ratowali do spółki z Luthorem świat, a Nightwing siedział w niewoli Syndykatu do Gotham zawitał gość z daleka. Z egzotyki. A konkretniej- z Santa Prisca. Bane bowiem miał od zawsze chrapkę na miasto Nietoperza. Ten jednak skutecznie udaremniał jego zakusy i trzymał amatora venomu w ryzach z dala od miasta. Gdy ten zniknął na chwilę z pola widzenia, a ogólna sytuacja superbohaterów nie prezentowała się kolorowo okazja była zbyt kusząca. Bane wpada więc ze swoją armią do Gotham i równo ustawia do pionu rezydentów zarówno Blackgate, jak i Arkham. Teoretycznie.

Łamaczowi nietoperzowych kręgosłupów stają kością w gardle takie indywidua jak Scarecrow czy Killer Croc. Batman pewnie byłby rad widząc, jak jego antagoniści zamiatają sobą podłogi. Superłotrowie są zażarci w zwalczaniu się między sobą nie bardziej, niż w pojedynkach z członkami Ligi Sprawiedliwości. A gość z daleka potrafi to wykorzystać. Ciekawy jest też sojusz między nim, a William’ em Cobb’ em. Jednym ze Szponów Trybunału Sów i przodkiem Dicka Graysona. To w pewnie sposób zabawne- Graysonowie czy to żywi czy nie- zawsze są asystentami jakiegoś Batmana… :D

Sprawiedliwość według Bane’a jest dość dziwna. Chłop ma swój własny system wartości który pasowałby bardziej do dyktatora wojskowej junty, którym zresztą poniekąd jest, niż do herosa. Nagły deficyt Batmana w Gotham powoduje, że  poczuwa się on w obowiązku wprowadzić ład w mieście. Stara się i stara, aż w końcu dochodzi do pewnej konkluzji. Mianowicie pojmuje, iż jedynym obrońcą Gotham może być tylko i wyłącznie Batman. Co więc robi Bane ? Okładka chyba wszystko zdradza, więc nie będę  czuł się winny spoilerowania. Staje się napakowaną, toporną, brutalną i zgrabną w działaniu jak osiemnastokołowa ciężarówka wersją Nietoperza biorąc sobie za współpracowników Szpony. I naprawdę- ma to swój klimat. :) Cieszy mnie natomiast znikomy udział cudacznej ferajny z Santa Prisca. Brute i inne persony uzależnione od venomu jakoś nie specjalnie pasowały mi do Bane’ a, który najlepiej sprawdza się solo. Pojawia się za to płaszcz podbity futrem- małe nawiązanie do nolanowskiej interpretacji tej postaci z bezbłędnym Tomem Hardy’ ym.

Bane w stroju Batmana prezentuje się troszkę nienaturalnie. Oryginał jest tajemniczy, mroczny i niepokojąco niebezpieczny. W tej interpretacji „Batman” wygląda jak zawodnik wrestlingu który nieco przesadził z ringowym wizerunkiem. Aczkolwiek to wszystko oddaje sposób myślenia wroga prawdziwego Batmana. Jego siłowe metody działań, rozwiązywanie wszelkich problemów pięścią i butem czy surowe postrzeganie rzeczywistości mają swe odbicie w jego poniekąd superbohaterskim kostiumie. Graficznie jest tu sporo przyzwoicie zilustrowanych walk. Na niektórych planszach wrze wręcz kipiel wszelkiej maści łotrów i przestępców którzy nieco panikują na wiadomość o obecności Bane’ a i jego sił w Gotham. Nieco rozochoconych po przybyciu Syndykatu Zbrodni i absencji Batmana poczuli się nieco zbyt luźno. Jako, że w czasie „Wiecznego Zła” słoneczko zostało zaćmione przez Ultramana w Gotham panuje mrok jeszcze większy niż dotychczas. Co nieźle udało się oddać rysownikom.

Podsumowanie: Początkowo myślałem, że to kolejny skok na popularności znanego tytułu jak miało to miejsce w przypadku „Szpona” i „Trybunału Sów”. Ale na szczęście teraz jest inaczej. Opowieść jest pełna akcji, wspaniałych walk zakrawających o uliczne bijatyki i brutalności Bane’a. Batman ma naprawdę wielkie szczęście do wyrazistych oponentów. Bane jest groteskowy i paradoksalnie na swój sposób skuteczny w dyżurowaniu na stanowisku herosa za Wayne’a. Od razu widać, że nie nadaje on się na długo w rolę obrońcy Gotham, ale charakter i dominacja przez jakiś czas wystarczą.

#198. – Geoff Johns, David Finch, Richard Friend – „Wieczne Zło”

Standardowy

Zawsze wiedziałem, że wiele wpadek w moim życiu nie jest z mojej winy. Spóźnienia w pracy, szkolno- uczelniane wpadki, sprzeczki z bliskimi. To naprawdę nie moja wina. Odpowiada za nie zły brat- bliźniak z innego wymiaru… Brzmi absurdalnie ? Odrobinę, ale wizja Johnsa w „Forever Evil” jest naprawdę ciekawa. Dotąd uznawana za wzór wszelkich cnót i prawości Justice League wydawała się niepokonana. Nawet dam Darkseid dostał manto od zjednoczonych herosów DC. Do czasu, aż puszka Pandory została otwarta i otwiera drogę z równoległej rzeczywistości wielkiemu złu. Z twarzami herosów. Dosłownie. Zamiast Supermana pojawia się Ultraman. Miejsce Batmana zajmuje Owlman, a na pozycji Flasha znalazł się Johnny Quick. O nich za chwilę.

Kto więc staje się obrońcą ludzkości, gdy ci którzy bronili jej dotychczas przepadają, a na ich miejsce wlazły ich złe substytuty ? Jak się okazuje nie wszyscy herosi znikają z radaru. Przetrwał ( a jakże by inaczej ) Batman i Catwoman. Ale cóż mogą poradzić ubrana za nietoperza i kota para ? Na pomoc przychodzi Lex Luthor ze swoim nowym podopiecznym Bizzaro. Wątek z klonem Kal- ela jest dość ciekawy. Relacja między nim a Lexem jest karykaturalnie ojcowsko- synowska. Poza głównym oponentem Supermana przeciw Syndykatowi występują również Sinestro, Black Adam, Captain Cold i Black Manta. Koalicja jest więc dosyć zróżnicowana. Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem.

A teraz nieco o samym Syndykacie. Zbiorowisko to barwne, ciekawie przedstawione jako kontrast Ligi. Ultraman żre kryptonit, i ucieka przed słonkiem jak pospolity wampir. Superwoman daleko do godności Wonder Woman, zaś zagadkowe imię Lois budzi pewne skojarzenia. Owlman to odpowiednik nie tyle Bruce’a co Thomasa Wayne’a. Nie jest jednak wyjaśnione czy chodzi o tatka Mrocznego Rycerza, czy należącego do Trybunału Sów brata. Power Ring to strachliwy, histeryczny żywiciel pierścienia, odpowiednik Hala Jordana. Żywiciel, gdyż jego broń nie jest narzędziem posłusznym jego woli, a pasożytem mającym swoje, często dość odrębne od niego zdanie. Johnny Quick- psychopata i sadysta z prędkością Flasha. Atomica- zdrajczyni JLA i JL oraz kochanka Quicka tworząca z nim duet przy którym Joker i Harley wydają się być całkiem ok. Deathstorm- mroczna wersja Firestorma ze skłonnościami szablonowego szalonego naukowca. I Sieć. Ten kto czytał „Trójkę” wie o kogo chodzi i czym/kim po części ów jegomość jest. Wspomniani są inni członkowie którzy polegli w walce z tajemniczym przeciwnikiem, zaś na chwilę pojawia się zła wersja Aquamana. Z nim nieco więcej do czynienia będzie miał Constantine i spółka. No i nadprogramowy przybysz. :)

„Forever Evil” to dość brutalna opowieść o nieprzewidywalnym scenariuszu. Johns sprawnie przeniósł Syndykat Zbrodni w realia New 52! nie udziwniając i nie zmieniając jego składu. Kreska Fincha odpowiednia podkreśla napiętą, kryzysową sytuację, a sceny walk są dobrze ukazane. Bez cenzury. Sam pomysł aby stworzyć sojusz między Luthorem i znaczący badassami, a dość radykalnym w stosunku do nich Batmanem jest dobrze zrealizowany. Moment w którym Wayne oznajmia, że on będzie dowodził, czy chwila w której Lex mówi do siebie, iż powstrzymanie ekscesów Syndykatu do robota dla Supermana zapadają w pamięć. Jest kilka logicznych wpadek, jak przesuwanie księżyca przez Ultramana w celu zasłonięcia Słońca, ale… Wygląda to majestatycznie i podkreśla złodupstwo grupy. :D

Podsumowanie: Echa „Wiecznego Zła” rozbrzmiewają w innych, niezłych historiach. Do tego dochodzi pojawienie się nowego, ciężkokalibrowego przeciwnika. Poza tym chyba nie tylko ja odniosłem wrażenie, że Lex, Sinestro i reszta nie są złymi herosami i z powodzeniem mogliby zastąpić Ligę. :D Zakończenie komiksu niesie za sobą zapowiedzi, wielu poważnych wydarzeń. Ktoś odkrywa czyjąś tożsamość, ktoś ratuje życie swojemu adwersarzowi, to znowu ktoś ma szansę na nową drogę. Lektura warta uwagi.

#156. – John Layman, Jason Fabok, Andy Clarke – „Batman Detective Comics: Gniew”

Standardowy

Zakończenie „Imperium Pingwina” było pod wieloma względami pobudzające apetyt na ciąg dalszy. Nowa, znakomita postać Pingwina Cesarskiego, Zsasz na wolności, Poison Ivy. Wszystko wróżyło dobrze. Jednak jak to bywa z wróżbami- nie zawsze się sprawdzają. Autor całkowicie zepsuł wątki z poprzedniego tomu zastępując całkiem nowy, dosyć dobrymi, lecz cierpiącymi na ostre rozbicie fabularne.  Całą historię z Pingwinem Cesarskim uciął w idiotyczny sposób, kompletnie marnując potencjał tej postaci. Szaleństwa Victora Zsasza przerobił zaś na część nowego wątku fabularnego związanego z Man- Batem. Oj pogubił się pan Layman w swojej wielowątkowości, pogubił …

Nie jest jednak tak tragicznie jak mogłoby się wydawać. Scenarzysta to zdolny twórca potrafiący wprowadzać charakterystyczny dla nietoperzowych opowieści klimat. Tytułowa historia może wydawać się wyjątkiem, ale jeśli głębiej się przyjrzeć- Wrath jest kolejnym mrocznym odbiciem Wayne’a. E.D. Cadwell podobnie jak Bruce jest krezusem. I to nawet większym, zdolnym wykupić Wayne Industries. I podobnie jak on ma swoja małą tajemnicę. Jego motywacja jednak jest absurdalnie banalna. Mimo sprzętu przy którym ten gackowy wydaje się być odpustowy nie ma nawet grama charyzmy i głębi by pozostać adwersarzem Batmana na dłużej niż kilka historii. Liczyć może tylko na  stałe miejsce w trzeciej lidze jego przeciwników.

Nie jest to jednak wątek zapełniający cały tom. Historii tu mnogo. Całkiem niezły jako całość jest Man- Bat. Mocno psychologiczna, z motywem wewnętrznego demona który powoli rozwiera kraty normalności i spokoju wewnętrznego. No i miłość państwa Langstormów. Biedny chłopina z tego Man- Bata. Uwagę jednak zwróciła inna historią w której na pierwszym planie wysuwają się postaci Harvey’a Bullocka i Jane Doe. Bullock to podkomendny Gordona. Postać żywcem wyjęta z kina noir. Archetypowy wręcz  detektyw z problemami. Jane Doe to… Właściwie nie wiadomo kim jest owa kobieta. Wiadomo jedynie, że po mistrzowsku przybiera osobowość o nawyki swych ofiar po to by wcielić się w nie dla własnych korzyści i przejąć na jakiś czas ich życie. Samo określenie „Jane Doe” to slangowe nazwanie niezidentyfikowanej ofiar płci żeńskiej. Bez tożsamości. Pojawia się tez zabójczyni od papcia Al’ghula oraz Harper Row. Ciekawy przerywnik, lecz istniejący tylko dla wypromowania przyszłej Bluebird.

Nie rozumiem tylko jednego. Po jakąż cholerkę na sam koniec wcisnął się John Tynion IV ze swoją pokancerowaną wizją Bane’a i jego wesołej gromadki z Santa Prisca. Epizod dolepiony zupełnie bez sensu i sprawiający wrażenie, iż Tynion IV zachowuje się jak mały chłopczyk który musi wepchnąć się do każdej sceny szkolnego teatrzyku. Nawet znając treść powiązanej z ta opowiastką historii „Szpon: Upadek Sów” czuję, iż jest zupełnie zbędna.

Rysowników jest sporo. Ograniczę się więc do tych dominujących lub wyróżniających się. Dwaj panowie wymienieni na okładce, czyli Jason Fabok i Andy Clarke mają dużo do pokazania. Pierwszy- w kadrach z udziałem Man- Bata czy potyczkach z Wrathem. Drugi- uzupełnia poprzednika, ale też tworzy swój indywidualny klimat. Podoba mi się kadr z Ogilvy’m dumnie siedzącym na swego rodzaju tronie wśród dolarków walających sie po ziemi. To się nazywa klasa ! :)

Jak mówiłem- rysowników poza panami okładkowymi jest dużo. Może nawet za dużo, choć w moim mniemaniu, różnorodność pod tym względem jest dobra. Ba ! Wpasowuje się i tym samym łagodzi negatywne skutki zmiksowania fabularnego. Przez karty komiksu przewijają się dzieła Scotta Eatona czy Szymona Kudrańskiego. I to związane z naprawdę niezłą historią Jane Doe.

Podobna rzecz jest z kolorami. Ich różnorodność jest niekiedy skrajna. Od nasyconych barw po przydymione kadry niczym z powieści detektywistycznych. Na szczęście są sprawnie dopasowane do poszczególnych historii i może tylko jedna- „Prze Niebieskie Okulary” nie powala zarówno kolorami, jak i toporną, nudną kreską.

Podsumowanie: Z jednej strony scenarzysta po prostu spartolił niezłe wątki i postaci. Pingwin Cesarski był najlepszą nową  postacią w Gotham obok Szpona i Trybunału Sów. Z drugiej jednak całość związana z Man- Batem, choć poszatkowana, jest mroczna i przykuwająca uwagę. Ponadto przegląd różnorakich warsztatów plastycznych  jakoś mnie nie mierzi, a ciekawi. Nieco intryguje mnie czemu to autorzy wszelakich serii z Batmanem nie ruszą ostro z kopyta z postacią Harper Row. Dziewczyny która pod czujnym okiem Wayne’a biłaby na głowę pannę Gordonównę.

#124. – Grant Morrison, Rags Morales, Andy Kubert – „Superman: Superman i ludzie ze stali”

Standardowy

Określone uniwersum niesie za sobą swój charakterystyczny smaczek. I tak uniwersum „Star Wars” to między innymi majestatycznie odchodzące w przestrzeń kosmiczną napisy, krzepiąca muzyka, lajtsejbery i szturmowcy, a cykl powieści Jacka Komudy „Samozwaniec” to wyczyny polskiej jazdy i kontrast między Obyczajem Sarmackim, a ruską tradycją. Dwa największe uniwersa komiksowe DC i Marvela, niezależnie od ich wariacji w stylu Ultimate czy New 52, mają swoje cechy które nadają im kształt i moc. A na same uniwersa składają się dziesiątki postaci. Oczywiście jedne są ważniejsze od drugich. I bez wątpienia w świecie DC Comics liczącym się tuzem jest Superman.

Wraz ze startem New 52 wiadome stało się, że herosów czekają odświeżone genezy. I jak Batman ma swój „Rok Zerowy”, tak Superman ma „Ludzi ze stali”. Ten kto spodziewa się od razu Supka w niebieskim kostiumie i z peleryną powiewającą przy aplauzie tłumów szczerze się zdziwi. Superman jeszcze nie potrafi latać, z garderoby ma tylko swą pelerynę i zwykły t-shirt ze swoją „S-ką” i wytarte dźinsy. Do tego jest traktowany jak każdy początkujący superbohater. Nagonką policji i oszczerstwami społeczeństwa. Z tą różnicą, że Kal- el nie musi chronić się przed kulami jak pewien Nietoperz i Pająk, ale śmiało wystawia klatę na ołów. Od początku też media przyklejają mu łatkę „kosmity”, czemu hołduje i popiera ów zamysł jego dowieczny przeciwnik- Lex Luthor.

Pomimo faktu, iż Superman przez lwią część komiksu lata w koszulce i pelerynie zawiniętej jak dzieciak z kocykiem który go naśladuje, Ostatni Syn Kryptona prezentuje się godnie. Zresztą- nawet największy obdartus który w łapie trzymałby samochód, a kule by się go nie imały wyglądałby majestatycznie. Kal- el ma po prostu naturalne parcie na szkło. Zdolności które robią wrażenie, działanie w blasku słońca ( i blaskie słońca zasilane… ) no i szczera gęba chłopaka z Kansas z loczkiem.

Jak jednak wiadomo fakt, że Clark został ewakuowany z Kryptona tuż przed jego zagładą nie znaczy, że kłopoty się skończyły. Oto pozaziemska cywilizacja która lubuje się w zbieraniu „pamiątek” po światach bliskich zagładzie w końcu dociera do Ziemi. Może nie tyle co do Błękitnej Planety, a po koleżkę który nie załapał się do ich eksponatu pod tytułem „Krypton”. Pechowo dla ufoli dawny kryptończyk jest już kimś więcej.

Obok głównej genezy pojawia się kilka krótszych o historii które Morrison napisać z wsparciem Sholly’ego Fischa. Fisch napisał scenariusz do dwóch całkiem zgrabnych opowieści. Głównym bohaterem jednej z nich jest dr Irons, który odpowiada za projekt metalu Zero i harce Corbena. Tego drugiego traktuje dość obcesowo, jednak Thor by za to go pochwalił. Dostajemy też ukazaną młodość Clarka w której ciepło i rodzinnie pokazana jest jego relacja z Kentami, którzy jak by nie patrzeć zaakceptowali dziwaka z rakiety.

Naczelny wątek ilustruje Rags Morales. Rysownikowi, podobnie jak Gregowi Capullo w „Roku Zerowym”, udało się ująć młodzieńczość głównego bohatera. Niby to ten sam Clark Kent, lecz wygląda tak jakby… szczeniacko. Nawet gdy ma już swój kanoniczny trykocik ( warto wspomnieć, że w New 52 nie ma majtek na gaciach :D ) i pelerynkę jest ledwie człowiekiem z ledwo co wystygłej stali.  Żywa mimika twarzy, ciekawa interpretacja Johna Corbena.  Jednak jeden kadr z wyszczerzonym Supermanem po prostu… Każdy zapewne kojarzy po czym można poznać szczęśliwego motocyklistę… :D

SCAN0001

 

Za wątki niezwiązane z originem Kal- ela wizualnie wziął się między innymi Andy Kubert. Rysownik znany miedzy innymi z „1602″ znów pokazał swoją fachowość, choć sama historia dla kogoś nie obeznanego z historią Supermana z klasycznego uniwersum może czuć się skonfudowany dość niestandardowymi ( jak Luthor czy Doomsday ) oponentami i sojusznikami Clarka.

Obok Kuberta w scenariuszach Fischa pojawia się niestety drugi ilustrator. Rysunki niejakiego ChrisCross’a sprawiają wrażenie, jakby ich autor był pod wielka fascynacją Jokera. Mordy jakie domalowuje ziemskim rodzicom Clarka doprowadzają do iście jokerowego uśmiechu. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że sama historia jest dobra i gdyby wziął za nią Kubert byłoby to mocny punkt tego tomu, a nie graficzny bebok. Tym bardziej, że była to historia Kentów i ich drogi w wychowaniu Clarka, o której wspomniałem.

Podsumowanie: Znakomity początek dla kogoś kto chce poznać postać Supermana zanim przejdzie do klasyków tejże postaci ( chociażby”All- star Superman” tegoż samego autora czy „Superman: Czerwony Syn” Marka Millara ). Komiks to dokładnie to, czego oczekiwałem po opowieści o uwspółcześnionych narodzinach Supermana. Akcja, sporo „kosmiczności”, nawiązania do przygód Kal-ela z klasycznego uniwersum, niemal w całości chwalebnie zilustrowane to właśnie „Ludzie ze stali”.

 

#120. – Scott Snyder, Greg Capullo, Danny Mikki – „Batman- Rok Zerowy: Mroczne Miasto”

Standardowy

Pierwsza część komiksu duetu Snyder/Capullo „Batman- Rok Zerowy: Tajemnicze Miasto” zakończyła się pojawieniem się Riddlera i wielkim blackoutem Gotham. Oczkiem w głowie władz porządkowych nie jest jednak Nygma, lecz Batman. Policja ściga jednak Nietoperza uważając go za poplecznika Riddlera nie zauważając, że Zagadka za jego plecami szykuje plan wprowadzenia całkowicie nowych rządów w Gotham. Tytuł komiksu jest nawiązaniem do „Roku Pierwszego” Franka Millera. Jednocześnie ma to również swoje odniesienie w fabule. Ale o tym nieco później.

Riddler w szybki sposób rozsiewa chaos, po to by przejąć kontrolę na miastem. Gra Nygmy jest prosta. Mieszkańcy Gotham muszą zmądrzeć. Codziennie o wyzywa gothamczyków na pojedynek. Orężem nie jest jednak broń w klasycznym rozumieniu, lecz zagadki. Riddler wtedy odpuści, gdy ktoś go zagnie. Szkopuł tkwi jednak w tym, iż jeśli delikwent zada zagadkę na która zna on odpowiedź ląduje w dole z dzikimi bestiami. Ot jakie to atrakcje oferuje pan w zielonym meloniku.

Geneza Batmana autorstwa Snydera różni się nieco od tej klasycznej  pióra Franka Millera. Autor „Amerykańskiego Wampira” jednak na niemal każdym kroku oddaje hołd swemu poprzednikowi i to w naprawdę godny sposób. Kadr na którym Batman hopsa sobie na tle błyskawicy czy ten z w którym siedzi na liniach wysokiego napięcia są otwartym salutem w stronę poprzednika. Inaczej jest jednak przedstawiona relacja Wayne- Gordon. Obydwie są jednak na tyle dobre, że dla fanatyka Batmana jest to nie lada zgrzyt. Snyder czy Miler ? To równie trudny wybór jak pomiędzy DC, a Marvelem.

Co nieco o Gordonie. To ten sam rudy, wąsaty okularnik kopcący faje jak smok. Człek o silnym kręgosłupie moralnym i poczuciu sprawiedliwości. Po jednej z klęsk Gacka otwarcie staje się jego sojusznikiem, przy czym warto zaznaczyć, że sojusz ów jest nadal dość specyficzny. Niby jest bat- sygnał, niby jest zaufanie, ale w głębi duszy policjant czuje się nieswojo w obecności gościa przebranego za nietoperza. A szczególnie ten jego sposób nagłego znikania… A skoro mowa o Gordonie warto wspomnieć, że policja w Gotham jest tak samo skorumpowana jak była. Niby wszystko na nowo, ale pewne rzeczy są niezmienne. :D

Riddler był zawsze dla mnie postacią ciekawą, lecz nie mogącą sobie stanąć w szeregu z Jokerem. Lubujący się w zagadkach i łamigłówkach wydawał się niekiedy wręcz komiczny w tym swoim meloniku i  zielonym garniaku w motywy pytajnika. Snyder jednak z drugoplanowego przeciwnika Batmana robi prawdziwego wirtuoza inteligentnego terroryzmu. Nygma doprowadza Gotham do upadku. Sprytnie manipuluje nie tylko Gackiem, ale i służbami porządkowymi próbującymi poradzić sobie z zaciemnieniem i huraganem. A gdy wszystko wydaje się być o krok od capnięcia Riddlera ten zaczyna prawdziwe widowisko. Nygma nie posługuje się bandami terrorystów, nie nadużywa wybuchów i nie podkłada atomówki pod miasto. Wykorzystuje wynalazki różnorakich naukowców związanych z Luciusem Foxem, a tym samym z firmą Wayne’a by niemal doprowadzić miasto do ruiny. Na uwagę zasługuje akcja pro- ekologiczna z udziałem specyfików przyszłej Poison Ivy. 

Obok Riddlera pojawia się makabryczny Doktor Śmierć. Ksywę swą zawdzięcza dość odważnym praktykom lekarskim w którym pacjenci witali się z gąską po drugiej stronie. Można rzec więc, że konkurencja dla łódzkiego pogotowia. Jednak nie ciągotami handlem żywym/martwym towarem sprawiały, iż zyskanł on swój przydomek. Doktorek wymyślił specyfik który usprawnia szkielet. W razie jakiegokolwiek urazu kość w tym punkcie twardnieje, co w praktyce miałoby szereg zastosowań. Jak to bywa z takimi wizjami efekt jest nie do przewidzenia i uczony zostaje maszkarą godną dołączenia do panteonu dziwactw Gotham. Nie jest on głównym oponentem Batmana, jednak jako pionek Riddlera jest kłopotliwy i stanowi poważne zagrożenie.

I kilka pokłonów znów w stronę Grega Capullo. Sposób w jaki tworzy atmosferę nie tle chaosu, co obłędnego klimatu miasta i w jaki sposób „odmładza” Bruce’a jest niewiarygodny. Młody Gacek jest rozpoznawalny, ale jednocześnie wygląda młodzieńczo. Kolory w komiksie mają równie duże znaczenie co w pierwszej części „Roku Zerowego”. Intensywność, nasycenia, barwa… Nie są to na pewno standardowe odcienie, a tworzące określoną rolę barwy. Od fioletów, czerwieni i żółci po przepiękną zagadkową zieleń. To wszystko zasługa FCO Plascencia. Kolorysta po prostu czaruje. Wszystkie te kolory, tak odmienne od standardowych, mrocznych odcieni  dominujących w historiach z Gackiem, zaskakująco pasują do opowieści Snydera. Jak widać, nawet Batman może być przedstawiany w jasnych barwach. Nadmienię tylko, że swego czasu autorzy odpowiedzialni za wizualną stronę komiksu pracowali nad Spawn’em.

Pod koniec pojawia się znów Harper Row . Podobnie jak Wayne jest dużo młodsza, lecz już przejawia swą niepokorność i pomysłowość. Blue Bird może okazać się naprawdę interesującą postacią. Innym małoletnim pomocnikiem Batmana pojawiającym się na kartach drugiego tomu „Roku Zerowego” jest Robin. Lecz nie jest to Grayson, Todd, Drake  ani Wayne jr. :)

Podsumowanie: Snyder nie niszcząc legendy „Roku Pierwszego”, a wręcz niejednokrotnie oddając mu należyty hołd świeża i pomysłowo przedstawił pierwsze kroki Gacka. Dzieło Snydera jest równie ponure jak te autora „300″ jednak jest to inny rodzaj mroku. Miller podchodzi blisko pod noir, zaś w „Roku Zerowym” mamy klasyczny scenariusz”Rok Zerowy” jest dużo bardziej nowatorski, klimatyczny i nie tak „ultimate’owy” niż „Ziemia Jeden”, a przy tym rozwija więcej wątków. Scott Snyder to najlepsze co przytrafiło się Batmanowi w ostatnich latach. Bez wątpienia ma szansę na stawianie w szeregu z Moore’m, Loebem czy Millerem. A gdy jeszcze wydane zostanie wydane u nas „Endgame”…

PS: Zastanawia mnie jedno. Czy piosenka „Tokyo Moon” wspomniana przez Doktora Śmierć to wymysł Snydera, czy ten utwór został napisany naprawdę ?

#106. – James Tynion IV, Miguel Sepulveda, Emanuel Simeoni – „Szpon: Upadek Sów”

Standardowy

Scott Snyder który współpracował scenariusz pierwszego tomu „Szpona” dał wolną rękę swemu koledze. Jak radzi sobie zatem James Tynion IV samodzielnie ? Czy utrzymuje powagę Trybunału Sów, a zarazem dynamikę i akcję z poprzedniej części ? Jak rozwiąże motyw z Bane’m i wewnętrznymi tarciami w Trybunale i co z Harmonem pozbawionym kontroli ?

Calvin Rose nie żyje. Właściwie skoro Batman po spotkaniu z Bane’m miał przetrącony grzbiet, to co mówić o kimś kogo specjalnością są ucieczki. Jednak jak każdy Szpon ma możliwość powrotu zza grobu. Odtąd Rose jest podobnie jak kumple z gniazda- żywym trupem. Co już mi się nie podoba, gdyż pozorna ułomność jaką była śmiertelność Calvina była jego dużym plusem, wyróżnikiem wśród Szponów. Jednak Tynion IV  szykuje dla niego wydarzenia które może przetrwać tylko w takiej postaci.

Rose znów jest na smyczy Trybunału. Jak się okazuje trafia spod „opieki” jednego Wielkiego Mistrza Trybunału do drugiego. DO tego dochodzi wątek porwania jego kobiety. Nawiasem mówiąc bardziej zaradnej i waleczniejszej niż tytułowy Szpon.

Tynion IV popełnił jednak wiele grzechów. Bane to postać kultowa. Pod względem dokopania Batmanowi druga zaraz po Jokerze. Brutalna siła którą on jest zamieniła się tutaj jednak w tępą siłę. Bane przypomina raczej watażkę który marzy by siać swe chore idee na cały świat, nie rozglądając się kogo ma wokół. A ma nie lada plejadę cudów i dziwactw której nie powstydziłby się doktor Moreau. Wolf- Spider, Brute… Cały wątek na Santa Prisca był moim zdaniem maksymalnie rozciągnięty i potrzebny jak nóż w brzuchu. Również fakt, że Calvin to mówiąc brutalnie ciepłe kluchy. Miota się, stara się niby ratować pannę Washington, ale nie zdaje sobie sprawy, że jest wodzony za nos przez Sowy.

Trzeba przyznać jednak , że scenarzysta daje radę utrzymać tempo akcji. Biegnie on wręcz kolosalnie szybko. Raz Santa Prisca, to znów Gotham. Raz Bane, raz Harmon ( ach… jaka szkoda, że ci dwaj panowie nie starli się w pojedynku ). Niewątpliwie jest to zaleta komiksu, choć wolałbym żeby nieco czasami akcja zwolniła i ukazała to co czuł Calvin gdy z żywego, żwawego koleżki stał się równie żwawym, lecz niestety trupem. Autor nadrabia to w jednej z historii dodatkowych, lecz to wciąż za mało…

Jak się okazuje zbuntowanych Szponów była więcej. Na jedną ze Szpon- bab Rose jednak zlecenie, lecz ma dobre serduszko i oszukuje złego Wielkiego Mistrza niczym myśliwiec złą Królową każąca mu zabić Śnieżkę. Absolutnie to porównanie nie ma za celu wyszydzenia tegoż zabiegu, lecz pokazuje to nieco przerysowanie, iż Rose jest tą dobrą Sówką. Mimo, że trup. Warto wspomnieć, że Szponica należy do bandy Batgirl gdzie uraczymy Black Canary i cudacznego Condora. Ten ostatni to nie wiem kto to jest… Prezentuje się jak postać z komiksów z dawnych lat gdzie trykociarze często wyglądali jakby ubierali się po ciemku i włączając w swą garderobę różnego rodzaju wiadra i inne gadżety.

Poza główną historią dostajemy dwie z nią nie powiązane. Na duży plus wpisuje  szczególnie jedną z nich. Mianowicie historię Szpona który piastował owe zacne stanowisko po Williamie Cobb’ie. Czarnoskóry chłopak urodzony w Georgii w czasie epidemii hiszpanki ( roku pańskiego 1918 ) był prawdziwą Sową. Kopnięty w dekiel, lubujący się w krojeniu ludzi i zafascynowany dziwnymi rzeczami, w tym przypadku egipskimi bogami ( Ozymandiasz lubi to ). Całość jest napisana i zilustrowana bardzo, bardzo dobrze i dziwię się po raz kolejny dlaczego nikt w DC nie wpadł na pomysł osobnej serii tylko i wyłącznie poświęconej Trybunałowi i Szponom. Oczywiście pod czujnym okiem Snydera i kreski godnych jej rysowników. :) Druga historia jest już poświęcona Calvinowi. Jest szybka, pełna akcji i humoru Lorda Death Mana ( kto wymyślał mu ksywkę ?? ). Kończy się… No właśnie tego do końca nie zrozumiałem. :D Pojawia się i Batman jako mądry i dobry filantrop który pomaga zrobić porządek i ratuje wszystkie dzieciaczki których skrzywdziły Sówki.

Co do samego Trybunału. Tytuł błędnie sugeruje, iż organizacja upada. Sowy jednak jak na drapieżniki przystało nie pozwalają sobie na nokaut z ręki jednego ze swoich piskląt, nawet jeśli pomaga mu ten przeklęty nietoperz. Doskonale to ukazuje, że Trybunał jest jakby poza zasięgiem nawet takich figur jak Batman. Ciekaw jestem jak Snyder rozwiąże sprawę Sów w „Endgame”.

Rysunki. Nie wiem jak je ocenić. Przede wszystkim Harmon. O ile Simeoni sprawił mu wygląd a la Logan co było znośne, o tyle Sepulvada nadał mu wzrost przeciętnego Transformera. Mnogość rysowników jest dla mnie zwykle czymś ciekawym ( ot na przykład ” Poległy Syn ” ). Jednak tutaj, mimowymienionego Simeoniego i ilustrującego mini- historie Jorge Lucasa, sytuację zepsuł Sepulvada. Można by go nazywać Pan Cień, gdyż właśnie ich nadużywał niczym Bane venomu. Jest jeszcze pan Szymon Kudryński. Na szczęście.

Podsumowanie: Pierwszy tom „Szpona” był czymś świeżym, szansą na pojawienie się w Gotham postaci nieco odcinającej się od Bat-rodzinki. Jednak w drugim autorzy nieco sobie pofolgowali. W szczególności zaś scenarzysta.  Tynion IV nieco zagubił klimat towarzyszący Trybunałowi rozmieniając historię na wiele wątków. Począwszy od nadużywania postaci Bane’a po grę w kotka i myszkę z Harmonem. Sztafeta rysowników których warsztat był diametralnie różny tworzył wrażenie, jakby nie była to spójna całość, a kilka luźno powiązanych ze sobą historii. Dodatkowo ilość absurdalnych postaci nieco przytłacza nawet największego fana mordobicia w stylu Seagala, gdyż na takim poziomie one są.