#260. – Neil Gaiman, Shawn McManus, Colleen Doran, Bryan Talbot, George Pratt, Stan Woch, Dick Giordano – „Sandman: Zabawa w ciebie”

Standardowy

Śnienie to  kraina, która nie podlega żadnym schematom. Część z niej jest wykreowana przez jej władcę, część jest produktem śniących. A część zapewne ma niewiadomą genezę. Z czasem niektóre przestają istnieć, zaś inne istnieją, lecz zostają zapomniane, nawet przez samego Władcę Snów.

W pewnej kamienicy w Nowym Jorku mieszkają dość oryginalni lokatorzy. Barbie, znana już z „Domu Lalki” współlokatorka Rose. Para Foxglove i Hanzel. Transwestyta imieniem Wanda, oraz podejrzanie introwertyczny i nie wadzący nikomu George.  Niby nic niezwykłego. Ot standardowi ludzie, co prawda nieco może odbiegający od schematów, ale w palecie postaci autorstwa Gaimana wydają się one być wręcz standardowe. Najmniej wyróżniająca się z nich jest Barbie. Lecz to z jej przyczyny dzieje się najwięcej. Kukułka przenika bowiem poza jej krainę. 

Dziewczyna okazuje się być bowiem księżniczką pewnej magicznej krainy, której zagraża tajemnicza i niebezpieczna Kukułka. Księżniczka opuszcza swą domenę, zaś jej poddani, żyjący wpół na wygnaniu wysyłają emisariusza, celem sprowadzenia monarchini z powrotem. Neil Gaiman świetnie czuje się w baśniowej konwencji, lecz z typu tych, które nie są słodkie i urocze. „Zabawa w ciebie” to mroczna historia, przeplatana refleksjami na temat moralności współczesnego świata. Refleksjami, które w pewnych kwestiach obruszyły by do cna ludzi z lewa, jak i z prawa. Gaiman podszedł do kwestii homo- i transseksualizmu ze zdrowym rozsądkiem. Nie potępiał, ale też nie afirmował. Rzetelnie przedstawił optymalny punkt widzenia, choć jest to punkt, do którego obie strony sceny społeczno- politycznej zapewne miałyby pewne obiekcje.

Wizualnie jest groteskowo, makabrycznie, ale również bajkowo i uroczo. Rysownicy po raz kolejny zaserwowali różnorodność i pomysły na wygląd postaci. I nie mam tu na myśli wyżej wymienionych, a istoty jak Martin Tenbonies czy Wilkinson, czyli poddanych Barbie. Szczur w prochowcu i kapeluszu niczym detektyw z filmów noir, małpka w cyrkowy mundurku czy papużka pod muchą. Z jednej strony postaci niczym z kreskówki, z drugiej klimat sprawia, że wszystkiemu daleko do sielanki.

 Podsumowanie: Opowieść, w której postać Sandmana nie występuje zbyt często, ale jak to przyzwyczaił już nas do tego autor, pewne szczegóły będą niezwykle kluczowe. Postacie Foxglove i Hanzel pojawiają się zresztą w komiksie „Śmierć” i są w nim znacznie bardziej rozbudowane. „Zabawa w ciebie” ma dla mnie bardziej charakter społeczno- filozoficzny, niż mistyczny. Spora odmiana po „Porze Mgieł” gdzie przewinęło się kilka panteonów bóstw, a sam Sandman dokonywał transakcji nieruchomościami z samym Lucyferem. Klimat, mimo swego mroku, jest dużo bardziej kameralny, wyciszony, nieco nawet melancholijny. 

#258. – Neil Gaiman – „Amerykańscy bogowie”

Standardowy

Parafrazując Olivera Stone’ a – mitologia i fantastyka pasują do siebie jak bekon i jajka. Złośliwcy stwierdzą, że oba te pojęcia to jedno i to samo. Ba ! Co bardziej przyziemni stwierdzą, że wszelaka religia to tożsama rzecz z twórczością Wellsa czy Lema. Mniejsza o opinie natury wyznaniowej ludzi wątpliwej konduity umysłowej. Ważne, żeby w literaturze amalgamat tych dwóch pojęć nie uwłaczał ani jednej, ani drugiej stronie. Aby zachowane były proporcje. Neil Gaiman, niczym najprzedniejszy mistrz alchemii, połączył mitologię i fantastykę w stosunku dający znakomite dzieło.

Cień wychodzi z więzienia. Trzyletnia odsiadka dała mu sporo do myślenia, a powrót na wolność wydaje się ukojeniem. Lecz nie dane będzie mu go zaznać. Jego żona Laura ginie w wypadku samochodowym wraz z jego przyjacielem Robbie’ m. Którzy również byli sobie bliscy. Aż nadto. Zdruzgotany śmiercią i sprzecznymi uczuciami spotyka dość interesującego człowieka. Przedstawia mu się ona jako Wednesday i proponuje mu pracę w roli ochroniarza/ adiutanta/ osobistego asystenta. W takich sytuacjach pomyślałbym, że ów tajemniczy człowiek to nie kto inny, a diabeł. Imię jednak samo mówi za siebie. Pan Wednesday wplata Cienia do ogromnego konfliktu. Konfliktu między dawnymi, lecz nieco już zapomnianymi bogami, a nowymi idolami ludzkości. 

Fabuła jest prowadzona nieśpiesznie. Pisarz pozwala czytelnikowi odkrywać pozornie zwyczajny świat, w którym żyją niezwyczajne istoty. Pozornie wszystko opiera się na motywie drogi, lecz przystanki na niej i zawijasy losu są nie do przewidzenia. Wystarczy wymienić samych antagonistów Odyna i spółki. Współczesne bożki i idole, którym ludzie świadomie lub nieświadomie oddaje hołd. Media, motoryzacja, wszelakie nowinki i mody budzące ślinotok mas. Zapyta ktoś- czymże one są wobec Wszechojca Odyna, boga- pająka Anansiego, czy duchów natury ? Wbrew pozorom- poważnym zagrożeniem. Śmierci nieśmiertelnych. 

Gaiman potrafi utrzymać równowagę nie tylko w łączeniu popkulturowych motywów z mitologią. Czyni też majstersztyk w „uczłowieczaniu” postaci z legend. Szalony Sweeney, czyli irlandzki leprechaun, jako ćma barowa czy Czernobog jako emerytowany pracownik rzeźni, pokazują, że można nieco zdetronizować bogów, zachowując przy tym ich godność. Choć podobnie jak w przypadku „Pory mgieł” zabrakło mi konkretnych przedstawicieli panteony helleńskiego. Sam Cień to postać zaś najbardziej tajemnicza. Od początku czuć, iż nie jest to ot taki sobie zwykły były więzień, a to jak napisał go autor dodaje mu dodatkowych superlatywów. Nie jest to bowiem kolejna postać na sterydach, chałupniczy Superman, a ktoś kto wie jak radzić sobie w ciężkich sytuacjach, ale nie jest kuloodporny. Cień nie raz upada, nie zawsze podnosi się do końca, lecz mimo to trwa. 

Opowieść ta jest nie tylko o bóstwach minionych dni. Mówi też o Ameryce. Takiej, którą ciężko poznać z hollywoodzkich produkcji. Bez drapaczy chmur Manhattanu, plaż Florydy, majestatu Białego Domu czy teksańskiego rodeo. Gaiman ukazuje ją ze strony jednego z tysięcy miasteczek, ogromnych połaci terenu, niekończących się dróg, rezerwatów Indian i zapomnianych atrakcji turystycznych, dla których amerykański sen okazał się koszmarem. I wreszcie jako miejsce nieprzychylne, niegdyś potężnym istotom.

Podsumowanie: ”Amerykańscy bogowie” to nieco nostalgiczna powieść z wątkiem romantycznym. Nostalgiczna w dużej skali. Uczucie to wiąże się nie z ulubioną ławeczką czy babcinymi wypiekami, a z dawnymi potęgami. Bogami, którzy byli niejednokrotnie zachłanni i brutalni, ale też łaskawi i opiekuńczy.  A romantyzm ? Czy relacja między Cieniem, a jego żoną, mimo pewnych dziur na małżeńskim szlaku nie jest pełna prawdziwej miłości i przede wszystkim- przebaczenia ?

#223. – Neil Gaiman, Kelley Jones, Mike Drigengenberg, Malcolm Jones III, Matt Wagner, Dick Giordano, George Pratt, P. Craig Russel – „Sandman: Pora Mgieł”

Standardowy

Po „Krainie Snów” Gaiman wrócił fabularnie do głównego wątku. Jeśli czytelnik myślał, że Sandman spokojnie powróci do Śnienia po odzyskaniu i posprzątaniu bałaganu był w błędzie. Pan Snów znów ma wiele na głowie i tym razem wydarzenia związane z tą opowieścią będą miały swoje reperkusje w przyszłości. Gaimanowi znów udało się stworzyć historię która samodzielnie jest bardzo dobra, a w połączeniu z serią staje się majstersztykiem.

Sandman to potężny Nieskończony. Na dobrą sprawę postać jego zdolności nie mają ograniczeń. Co nie znaczy, że nie targają nim proste uczucia. A że to dumny chłopina, gdy jego ukochana odrzuca obmyślony na wszelkie sposoby i wyśniony plan ten wtrąca ją do Piekła na kilka tysięcy lat. Bach ! Byłaś nieposłuszna kobieta więc zamiast do teściowej pójdziesz do Lucyfera. Na dobrą sprawę niewielka to czasem różnica… Ale po latach ta decyzja okazuje się mieć poważne skutki.

Los zwołuje swe rodzeństwo na spotkanie. Pomyśli kto- jak zwykle coś naczytał się w swej księdze i panikuje. Nic bardziej mylnego ! Los jako najstarszy pełni swego rodzaju rolę starszego brata dla wszystkich i wie to i owo. Ale inni Nieskończeni też są godni uwagi. Maligna jest taka jak zawsze. Śmierci daleko do jej kościono- kosiarzowego archetypu, zaś Pożądanie i Sen niemal skaczą sobie do gardeł. Rozpaczy pozostaje więc jedynie Rozpacz. Między innymi nad tym, iż Zniszczenie gdzieś wcięło i nie ma zamiaru się pokazać nawet teraz. Konflikt między Pożądaniem, a Panem Snów uświadamia jednakowoż temu drugiemu, że sytuacja z jego dawną ukochaną Nadą nie była wobec nie uczciwa. Morfeusz postanawia wyruszyć więc do Piekła w celu jej wyzwolenia. Do Piekła w którym tak niedawno upokorzył jego władców i zmusił demony do ustąpienia mu drogi. 

Obawy przed dosłownym spotkaniem z własną siostrą są więc uzasadnione. Przygotowuje się więc na najgorsze, żegnając się nawet z Hobem. Jakież więc zdziwienie spotyka Sandmana, gdy zamiast legionu naostrzonych wideł wymierzonych w swoją stronę napotyka on na ofertę biznesu życia. Ów deal to klucze do bram Piekieł i rezygnacja ze sprawowanego urzędu pana piekieł przez samego Lucyfera. Niosący Światło nieco nachalnie wciska w ręce Pana Snów prawa do swej nieruchomości, co Morfeuszowi nie przypada specjalnie do gustu. Na dodatek Nadę wcięło. Jako władca Śnienia i Piekła Sandman nie czuje się jakoś specjalnie potężny, a wręcz przeciwnie- wie, że nadchodzą kłopoty, a przynajmniej spore zamieszanie. Które jest nie w smak komuś, kogo dziedziną jest sen.

Do Śnienia przybywają całe panteony bóstw. Od asgardzkich bogów, poprzez egipską boginię Bast do przedstawicieli Chaosu i Porządku. Pojawiają się też demony i Aniołowie. Oneiros ma więc na swym rozczochranym łbie sporą ferajnę z której to każdy różnorako próbuje przekonać do tego, iż to on jest godny piekielnego klucza. Wspomnieć należy, że owa ferajna to nie składacze długopisów i fani wenezuelskich tasiemców, a postaci boskie. Thor który nie przypomina blondwłosego woja z Marvela, cudaczni wysłannicy Chaosu i Porządku, demony piekielne i ich wzajemne relacje czy przedstawiciele Magicznego Plemienia. Gaiman czerpie więc z wielu, naprawdę wielu źródeł. Zabrakło niestety olimpijczyków. :(

 photo Sandman27-04-05.jpg

A co z Nadą zapytacie ? Wspominałem już, że goście Śnienia mimo boskich korzeni zachowują się jak w rosyjskim urzędzie. Łapóweczki, przysługi i obietnice sypią się więc setkami, a jedną z nich jest dawna miłość Pana Snów. Ale jest on dość rozważną istotą, a na pewno nie kierującą się osobistymi odczuciami. Ma własny plan do kogo ma trafić klucz. Tymczasem Śmierć ugania się za umarłymi którzy tymczasowo zostali wysiedleni w nieruchomości będącej w fazie sprzedaży. 

Gaiman nie zadowala się jednym rysownikiem. Artystów jest więc równie wielu co bogów w tym tomie. Daje to zróżnicowanie w charakterze postaci i pomnaża różnorodność albumu. Żaden w twórców nie jest też typowym, poprawnym stylistycznie rysownikiem. Każdy ma swój sznyt i swój własny wyraz twórczy. Jest więc nieco groteskowo i przerażająco. Czyli idealnie do twórczości Gaimana.

Podsumowanie: Dalszy rozwój wydarzeń już po naprawieniu wszelkich reperkusji po wieloletnim więzieniu jest niespodziewanie mocny. Gaiman zaskoczył rozmachem wizji i niebanalnym podejściem do bóstw. Jeszcze bardziej ukazał ludzką stronę Snu. Istoty wszechpotężnej, ale targanej emocjami i niepewnej jak zwykły śmiertelnik. Potężna dawka mitologii to coś co zawsze jest u mnie mile widziane. Na dodatek nie jest to banalne podejście do mistycznych postaci, ani też nazbyt unowocześnione. Oryginalne. Niebanalne. I jedyne w swoim rodzaju. Jak „Pora Mgieł”. Na koniec można wnieść toast za ów tom słowami Hoba: 

Za nieobecnych przyjaciół, stracone miłości, starych bogów i porę mgieł. I niech każdy z nas odda diabłu co jego.

#204. – Neil Gaiman, Kelley Jones, Charles Vess, Coleen Doran, Malcolm Jones III – „Sandman- Kraina Snów”

Standardowy

W trzecim tomie „Sandmana” na chwilę porzucamy główny wątek i zatapiamy się w zbiór kilku innych opowieści które są równie dobre jak ta wątek przewodni. Ukazują też Pana Snów z nieco innej perspektywy. Z tej fizycznej jego kocia wersja jest równie mroczna co standardowa, a fryzura z epoki elżbietańskiej wcale nie odejmuje mu powagi. Morfeusz okazuje się też być dżentelmenem i mecenasem sztuki. Pojawia się też jego starsza siostra i choć kojarząca się ludziom o wiele gorzej niż sen- jest znacznie mniej mroczna i bardziej ludzka.

„Kaliope”- dziś mało kto pamięta o muzach. Istotach które dawały artystom natchnienie do tworzenia epokowych dzieł. Jednak ci artyści nie zawsze traktowali je jak należy. Na szczęście wśród istot nadprzyrodzonych istnieją pewne konotacje które gwarantują im drogę ucieczki w razie niebezpieczeństwa. Sandman w roli obrońcy niewiasty sprawdza się całkiem dobrze. Choć jego metody nie można nazwać rycerskimi. Autor w końcu pokazał jaką potęga dysponuje Nieskończony i co naprawdę mogło spotkać młodego Burgessa po uwolnieniu się z niewoli. Niewola. Tutaj to słowo kluczowe.

„Sen Tysiąca Kotów”- obecnie kotki to urocze i śmieszne stworzonka które dominują internet. Wielkie, urocze oczęta, puchate łapki i piskliwe miauknięcia. Słowem- miód z toną cukru. Mało kto pamięta, że owe oczka to oczy widzące w głębokim mroku zdolne wypatrzyć najmniejszą ofiarę. Puchate łapki skrywają zaś pazury które miłe nie są. A miauknięcie ? Słyszał ktoś tłukące się po nocach koty i nie skojarzył tych odgłosów z dźwiękami z piekieł ? I tutaj właśnie Gaiman podkreśla drapieżny aspekt kotów. Bardzo przewrotna i niepokojąca historia. Kotki z filmiku już nie będą takie słodkie po jej przeczytaniu.

„Sen Nocy Letniej”- Szekspira przedstawiać nie trzeba. Twórca teatru „The Globe”, ulubieniec królowej Elżbiety i moim zdaniem najwybitniejszy dramaturg w dziejach. Nic dziwnego, że inspiruje on wielu literatów. Tutaj twórca „Makbeta” ma okazje napisać sztukę dla samego Morfeusza. I właściwie nie wiadomo co jest snem, a co jawą. I jak mówił Puk : „ Jeśli was nasze obraziły cienie, Pomyślcie tylko ( łaskawe przypuszczenie), Że was sen zmorzył, że wszystko, co było, Tylko uśpionym we śnie się marzyło”…

„Fasada” – w uniwersum DC istnieje ktoś taki jak Metamorpho.  Niezbyt jest on niestety piękny. Ale jak się kumpluje z Supermanem i ma się niezłe moce to sprawa drugorzędna. Gorzej, gdy jest się kobietą. Kobietą dynamiczną, piękną i brawurową. I nagle za sprawą starożytnego bóstwa staje się kimś zdolnym zmienić się we wszystko prócz swojej swojej dawnej wersji. Tutaj botoks i makijaż nie pomagają. Jedyne co można to ukrywać się za maską stworzoną przez siebie. I czekać na śmierć. Ale jak umrzeć, gdy struktura z której się składa jest się nie starzeje ? Bo jak ma się zestarzeć dowolny metal, gaz czy ciecz ? Ale Śmierć może przyjść w najmniej oczekiwanym momencie.

To co robią tu rysownicy jest niesamowite. Koty w których oczach widać ludzką świadomość, ale też iskrę drapieżnika. Barwny orszak Oberona i Tytanii. Mrok duszy niespełnionego pisarza i jego popadanie w obłęd w konfrontacji z Oneirosem. Wewnętrzny ból Rainie obciążoną klątwą egipskiego bóstwa.

Podsumowanie: Pan Snów nie gra tu tak istotnej roli jak w pozostałych tomach. Jest postacią obecną, kluczową, lecz nie dominującą. Gaiman raczy czytelnika krótkimi, ale zapadającymi w pamięć opowieściami. Zaskakującymi, oddającymi hołd klasykom, skłaniającym do refleksji. Niektóre z nich mają swe konsekwencje w późniejszych losach Sandmana. Bardzo poważne konsekwencje.

#187. – Neil Gaiman – „Nigdziebądź”

Standardowy

Każdy zna taki typ człowieka. Ułożony, mający swoje utarte, nudne spojrzenie na świat. Dążący do prostych, wręcz kanapowych celów w życiu i jednocześnie unikający jakiegokolwiek ryzyka. Na dodatek dający sobą zamiatać i o zaniżonych mniemaniu. Taki właśnie jest Richard Mayhew. Zaręczony z kobietą sukcesu o imieniu Jessica, pracujący w londyńskim City, rokujący bardzo dobrze na przyszłość. DO czasu. W życiu każdego takiego gagatka bowiem następuje punkt przełomu. W którym wszystko wali mu się na głowę, a potem jest jeszcze gorzej.

Udając się ze swoją kobietą na spotkanie z jej szanowanym i zacnym szefem panem Stocktonem, Mayhew trafia na zakrwawioną i będącą w niemal agonalnym stanie dziewczynę. Nie jest to klasyczne, proste dziewczę, a niezwykłe indywiduum na które Jessica reaguje dość niepochlebnie. Richard jednak mimo swego pantoflarstwa i lichej woli stawia opór swej narzeczonej i bierze pod opiekę poszkodowaną. Jak się okazuje zwie się ona Drzwi i jest elementem świata którego obraz Mayhew nieszczęście będzie miał poznać już niedługo. Londynu Pod.

Richard po uratowaniu Drzwi popada w nie lada tarapaty.Mianowicie znika. Nie fizycznie, ale społecznie. Niczym pracownik firmy widziany na randce z szefową konkurencyjnej korporacji. Nie tylko nie rozpoznają go znajomi, ale mijają nawet taksówki, zaś w jego obecności jest sprzedawane jego mieszkanie. A co gorsza- Drzwi znika. Jedynie przypadek ratuje Richarda od niechybnie śmierci, lecz nie znaczy to, że odeszła ona choćby o krok. Stała się po prostu bardziej mroczna i różnorodna. Poniżej przedstawieni panowie mają bowiem pomysłów na jej zadawanie od groma. :)

Gaiman potrafi kreować znakomite charaktery. Główni antagoniści są bez wątpienia najsoczystszym elementem książki. Pan Vandemar i pan Croup. Mordercy, sadyści i psychopaci o drapieżnym duchu których nie przeraża nic ani nikt. Podążają oni śladem Drzwi i Richarda zostawiając tu o ówdzie kilka trupów. Wszystko to robiąc w elegancki, wysublimowany sposób przez który przedziera się dzikość i nieludzkość ich sumień. Złoczyńcy idealni. Ciemna wersja Vincenta i Julesa z „Pulp Fiction”.

Inną postacią jest markiz de Carabas. Mający swój tricksterowski urok i cwaniactwo czarnoskóry mężczyzna niejednokrotnie ratuje zadek Richardowi, choć początkowo ich relacje są równie przyjazne jak groźnego kota i tchórzliwego szczura. Sama Drzwi to też niebanalna kreacja. Potomkini starego rodu, posiadające niezwykłą moc która kluczowa jest nawet dla istot niebiańskich. Jest też pewien opiekun londyńskiego ptactwa, który pozornie niepozorny, odegra ważną rolę w tej powieści.

Jakoś jednak strawić nie mogłem Łowczyni. Najlepsza wojowniczka Londynu Pod ze swoją obsesją na punkcie Londyńskiej Bestii wydawała się być sztampową postacią mrukliwego wojownika. Pozbawionego charakteru i głębi. Może jednak to nie jej wina, a urok dwójki zabójców, nieudacznictwa Richarda i sprytu markiza?

Podobna opowieść serwuje też Siergiej Łukjanienko w swojej dylogii-”Brudnopis” i „Czystopis”. Ogólny schemat jest podobny- główny bohater przestaje być elementem znanego nam świata, ale styl autora „Nocnego Patrolu” różni się nieco od tego co serwuje ojciec serii „Sandman”. Łukjanienko tworzy w rzeczywistości bliższej mieszkańcom byłego bloku socjalistycznego. Zamiast wiktoriańskich kamienic są więc blokowiska. Jest więc nieco mniej magicznie, a bardziej realistycznie. Polecam jednak obu autorów. Poza wspólna ideą są to inne powieści i inne światy w które warto się zagłębić.

Podsumowanie: Wszystko jest dodatkowo okryte całunem czarnego humoru i klimatem dickensowkich powieści. Gaiman szydzi z poprawnego społecznie życia. Życia bez wyobraźni, odgradzającego się od odrobiny niezwykłości i niebanalności. Brytyjski pisarz czerpie również garściami z legend, zarówno miejskich, jak i tych bardziej tradycyjnych. Książka mroczna, ale też urokliwa. Jak Londyn Pod.

#104. – Neil Gaiman, Sam Keith, Malcolm Jones III, Mike Drigenberg – „Sandman: Dom Lalki”

Standardowy

sandman-dom-lalki-tom-2-b-iext4001450

Po wieloletniej niewoli Pan Snów odzyskuje swą potęgę i władzę. Nie obywa się to bez kłopotów, lecz teraz nadszedł czas na przegląd, ujmijmy to, inwentarza. Okazuje się, że kilka koszmarów pod nieobecność Sandmana pozwoliło sobie na nieco więcej swobody. A postaci to niebagatelne- i niejaki Koryntczyk. Jednak dawni słudzy Morfeusza nie są największym jego zmartwieniem. Oto bowiem pojawia się nowe zagrożenie, nie tylko dla samego Morfeusza, ale i dla całej jego krainy. Siedemdziesięcioletnie uwięzienie Pana Snów nadal ciągnie za sobą konsekwencje. Ale o tym nieco później.

Na początek poznajemy Rose Walker. Kolorowowłosa dziewczyna powinowacona jest z niejaką Unity Kinkaid. Dziewczyną która dosyć mocno odczuła nieobecność Sandmana w pierwszym tomie serii. I która obecnie jest już staruszką, cudem odnalezioną przez matkę Rose. Jej postać warta jest uwagi- jej wpływ na zakończenie jest bowiem niebagatelny. To jednak nie koniec wątku rodzinnych poszukiwań. Młoda kobieta próbuje bowiem odszukać swego zaginionego brata pomieszkując w domu wraz z plejadą cudacznych współlokatorów, wśród których jest jednak tajemniczy i przyjacielski Gillbert. W międzyczasie Sandman robi porządek ze swoimi snami- sługami. Wszystkie jednak działania Morfeusza są powiązane z losami Rose. Zarówno te dotyczące miejsca pobytu jej brata, jak i późniejszych wydarzeń. Ba ! W pewnym momencie Sen staje się herosem ratującym dziewczę z opresji. Z postaci występujących tutaj warto wymienić Koryntczyka i Gillberta, oraz drugiego Sandmana.

Pojawia się też ciekawa retrospekcja „Wybrańy Losu”, niedotycząca wątku głównego. Oto bowiem Sen i jego siostra Śmierć przebywają w jednej z kantyn w Anglii. Tam słyszą jak jeden z uczestniczących w męskim spotkaniu oświadcza, że nie ma zamiaru umrzeć i że pragnienie jej jest skończoną głupotą. Na to Hypnos i Tanatos nie mogą pozostać obojętni. Sandman składa więc niezwykłą propozycję owemu mężczyźnie. Mówi też, że co stulecie będą spotykali się i weryfikowali jak to radzi sobie człowiek który nie pragnie śmierci. Znakomity przerywnik od głównego wątku. I ukazanie tego jak zmieniały się obyczaje i stroje w przeciągu ledwie stu lat. Obyczaje którym zewnętrznie ulegał nawet Sandman.

Pod koniec pojawia się kolejna istota należąca, jak Sen i Śmierć, do Nieskończonych- Pożądanie. Nieco kocia kobieta wyraźnie jednak czuje respekt przed starszym bratem. Widać również pewne podziały wśród nieskończonego rodzeństwa. I bodaj pierwszy raz Sandman wydawał się być naprawdę wzburzony, co nie stało się nawet w przypadku wariactwa Johna Dee.

Rysownicy znów pokazują na co ich stać. Mieszanka rysunków, zdjęć i grafik. podobnie jak poprzednio, ma w sobie ta niepokojącą nastrojowość Przyzwyczajonych do pięknych, photoshopowanych kadrów może to mierzić, lecz czasem warto oderwać się od wypacykowanych kadrów, a zagłębić w nieco inne obrazy, które bez wątpienia mają swój charakter.

CDisplayEx-Sandman-01609

Podsumowanie: Seria „Sandman” trzyma wysoki poziom od samego początku. Mało w niej co prawda komiksowego luzu superbohaterskiego- jest to raczej dosyć psychodeliczna i mroczna opowieść, lecz taka odmiana od trykociarzy jest naprawdę wskazana. Co więcej- świat w którym dzieje się akcja to główne uniwersum DC więc wspominani są znani stamtąd bohaterowie. Na szczęście tylko wspomniani. Sandman to bowiem nieco inna liga niż Green Lantern czy nawet Superman i Batman. „Dom Lalki” jest niejako przedłużeniem wydarzeń z poprzednich tomów. Lecz jego zakończeni wskazuje na to, że sprawy wymagające posprzątania zostały zakończone, a uwięzienie Sandmana nie było do końca przypadkiem.

 

2649049-tumblr_m9oyzvkIhP1rb6rbyo1_500

#88. – Neil Gaiman, Sam Kieth, Malcolm Jones III, Mike Drigenberg – „Sandman- Nadzieja w Piekle”

Standardowy

okladka-600

Sandman, Pan Krainy Sny po kilkudziesięcioletnim uwięzieniu przez okultystę Burgessa wydostaje się i pragnie odzyskać swą dawną siłę. Jest jednak uzależniony od przedmiotów które niegdyś stworzył. Sakwy z piaskiem, hełmu i rubinu. Pierwszy z nich już zdołał odzyskać. Przed nim wizyta w Piekle i przeciwnik który jest groźny nawet dla Nieskończonego.

Po hełm z kości martwego boga Sandman musi udać się do samego Piekła. Jako pełniący tak ważny urząd Pan Snów ma wejściówkę za darmo. Na miejscu wita go demon Merlina- Edrigan. Sandman w końcu trafia przed oblicze Lucyfera, który jednak nie jest już jedynowładcą swej krainy. W triumwirat rządzący Piekłem wchodzą bowiem jeszcze Belzebub ( czyli wielka mucha na cienkich nóżkach- aż się chce użyć święconego muchozolu… ) oraz Azazel ( który jest obrazą dla marvelowego teleportera… ) . Ta urocza gromadka wzywa wszystkie demony, aby se Sandman wyszukał co chce, bo nie ma nic za darmo panie Sandman ! Takie to przebiegłe diabły !

Jednak tu Sen uciera im nosa i bez trudu odnajduje posiadacza hełmu. Nie może jednak dać mu w łeb i uciec w siną dal, gdyż plugawiec zdobył go w uczciwej wymianie. Zaczyna się więc gra. Jest to jeden z najlepszych momentów komiksu, zaraz po nim, gdy Sen opuszcza Piekło mówi słowa sprawiające, że wszystkie demony obawiają się spojrzeć mu w oczy i pozwalają mu opuścić swe królestwo. Bardzo barwnie przedstawione są tu demony. Nie są to przerażające, plugawe bestie ani metroseksualni panowie we włoskich garniakach woniejący siarką. Plejadą fizjonomii, pokraczności, brzydactwa jest tu niebagatelna. Przypuszczał, że gdyby diabły zaatakowały Niebo, Anioły w pierwszych odruchu uraczyłyby ich salwami śmiechu.

Lucifer

Po wizycie w Piekle Pan Krainy Snów rozpoczyna poszukiwania ostatniego ze swych artefaktów. Pojawia się przeciwnik JLA- Doctor Destiny. Człowiek który budzi odruchowy wstręt i niechęć. Typ Golluma, który pozornie gra nieporadnego , wychudzonego ciołka, po to, by wbić ci sztych w plecy. Ta podła istota dostaje w ręce skrawek mocy Sandmana. A wiadomo- idiota + potęga = katastrofa. Zeszyt o tytule „24 godziny” jest naprawdę mocny i budzi grozę. Nie samymi zdarzeniami jakie w nim mają miejsce, a ich inicjatorem. Który mimo swej podłości i nikczemności wywołuje zamęt spory nawet jak na skalę Sandmana. Jednak jest TYLKO człowiekiem. A cóż znaczy człowiek wobec Nieskończonego Snu ?

Powieść graficzną Gaimana czyta się wolno. Nie chodzi tu o jego jakość, lecz  o tematykę i klimat tegoż dzieła. Równocześnie scenariusz wciąga do tego stopnia, że ciężko się oderwać w połowie danego zeszytu, a napięcie serwowane pod koniec każdego z nich nie pozwala ot tak rzucić komiksu w kąt i wrócić na jawę.

sandman8

Pojawia się  starsza siostra Snu- Śmierć. I faktycznie- podobieństwo między rodzeństwem jest uderzające. Oboje wyglądają jak fani glam rocka w nieco mroczniejszej wersji, a ubrania w wesołej czerni tylko potęgują to wrażenie. Śmierć jednak nie jest tak pochmurna jak jej braciszek. To energiczne i sympatyczne dziewczę wydaje się być zaprzeczeniem swego stereotypu z kosą, suchą, pociągłą mordą i czarnym prześcieradłem narzucanym niedbale. Oprócz niej pojawiają się też Kain i Abel. To rodzeństwo zachowuje pewną biblijną tradycję, a ich dziwaczność jest  groteskowa i nieco straszna. Poza tym chodzą do tego samego fryzjera co Wolverine :D.

Graficznie mamy kilku autorów, dosyć mocno odstających od siebie. Kieth nie jest na pewno mega- realistą. Niektóre kadry wręcz wydają się być niedbałe i przejaskrawione, a raczej przetrącone. Nie przekracza on na szczęście ulotnej granicy pomiędzy specyfiką oryginalnej kreski, a pokractwem niesprawnego rysownika lub pseudo- artyzmem. We wspomnianym zeszycie „24 godziny” wchodzi na sceną duet Malcolm Jones III i Mike Dringenberg. W moim osobistym odczuciu ich praca podoba mi się bardziej, ale gdy wróciłem do poprzednich stron sam nie widziałem który styl bardziej pasuje do scenariusza Gaimana. Wszystko to jednak tworzy spójną całość, a surrealizm i mistycyzm nie są zakłócane zmianą rysowników.

Podsumowanie: Gaiman mistrzowsko kreuje sieć mrocznego i mistycznego klimatu, garściami czerpiąc z mitologii i magii. Horrorowy klimat tu jest prawdziwie horrorowy. Nie jest to przedstawiciel tego gatunku opowiadający o grupie skretyniałych nastolatków, których coś zjada i wypluwa, lecz historia z bohaterem który mimo swej tajemniczości i aury cienia przyciąga. Powieść która nie wywołuje palpitacji serducha nagłym pojawieniem się świra z sierpem/ młotem/ piłą łańcuchową/ piłą/ łańcuchem , lecz misterna konstrukcja fabularna która kołysze w oparach cienia.

Podsumowanie: 9/10

Str2_cn_wow0511_sand_D

#43. – WKKM# 49 – Neil Gaiman, John Romita Jr. – „Przedwieczni”

Standardowy

10698624_312459948940116_5801374978621479157_n

X-Men… Fantastyczna Czwórka… Avengers… Wszyscy doskonale znają te grupy, nawet nie czytając komiksów. Na siłę można dorzucić Inhumans, Young Avengers czy Alpha Flight. Ich popularność jest na tyle duża, że nawet laik kojarzy, że w F4 jest ten płonący i ten kamieniasty. Mutantów zaś kojarzy się z łysolem na wózku inwalidzkim i Wolverine’m. Marvel ma na swoim koncie wiele grup trykociarzy mniej lub bardziej znanych.

Jednak grupa o nazwie Eternals ? No kto ich kojarzy ? No właśnie. Grupa ta jest szerzej słabo kojarzona, a szkoda. Jest bowiem czymś kompletnie innym niż reszta.

Dawno, dawno temu jeden z ojców komiksu niejaki Jack „The King” Kirby stworzył tęże grupę zainspirowany new age’owskimi teoryjkami. O tym jak tajemnicza rasa kosmitów miliony lat temu przybyła na Ziemię i zasiedliła ją intel;igentnym życiem powołując również istoty nazywany przez ludzkość bogami. Jak wszystko w New Age to oczywisty stek bzdur, lecz umiejętny autor jakim niewątpliwie jest Kirby stworzył z tego dość ciekawą wizję. Oto potężni Celestianie przybywają na trzecią planetę Układy Słonecznego po to by stworzyć na nim inteligentne życie. Przy okazji tworzą dwie przeciwstawne rasy- tytułowych Przedwiecznych- istote idealne o wielkich mocach i Dewiantów ( urocza nazwa po prostu… )- istoty plugawe, z DNA na tyle wymieszanym, iż żaden z nich nie jest taki sam. CI drudzy zniewalają ludzkość i zadzierają z samymi Przedwiecznymi którzy jednak radzą sobie nieźle. W pewnym momencie jednak są zmuszeni wezwać swych stwórców którzy robią z Dewiantami to samo co powinno Hannibal Lecter z fałszującym flecistą. Mijają wieki i Przedwieczni pełnią różne role. W ich szeregach pojawia się jednak zdrajca który zrzuca bogów z piedestału…

Kolejny raz Gaiman pokazuje prawdziwą klasę. Z hiistorii którą można było łatwo zepsuć wykreował on dzieło naprawdę dobre i poczytne. Pierwsze skrzypce gra tu Matt Curry/Makkari który za sprawą pewnych machinacji, podobnie jak reszta Eternals stał się człowiekiem. Początkowo, jak to bywa, nie wierzy w swą niesamowitą tożsamość, jednak wydarzenia sprawiają, że jest do tego zmuszony.

wallcoo.com_marvel_comics_character_eternals1

Jak już pisałem JRJR lepiej sprawdza się w „miejskiej” scenerii. Doskonale wpasowuje się w postaci pokroju Spider-Mana czy Daredevila. Gdy przychodzi jednak do monumentalnych i szerokich plansz Romita Młodszy radzi sobie gorzej. Jednak, o dziwo, w „Przedwiecznych” jest dokładnie na odwrót. Sceny z „cywilnym” życiem Makkariego są nijakie i średnie. Póżniejsze,przepełnione szczegółami i znakomitą kolorystyką kadry są boskie :) Wielki Celestian prezentuję się olśniewająco, zaś Dewianci ( ech… ) faktycznie budzą odrazę. John Romita Jr. udowadnia po raz kolejny jednak, że jest autorem który przypada do gustu od razu albo w ogóle. Godne uwagi są okładki poszczególnych zeszytów autorstwa Ricka Berry’ego.

Jest kilka scen które zapamiętałem szczególnie mocno. Pociąg i milionletni jedenastolatek. Rozmowa Celestianina z Makkarim. Samo pojawienie się Ikarisa. Gaiman naprawdę godnie potraktował dziedzictwo po Kirby’m.

Dzieło należy do klasycznego uniwersum Marvela, jednak jest jakby ponad nim. Bo cóż znaczą takie persony jak Iron Man i Yellowjacket którzy biadolą o rejestracji herosów podczas gdy Przedwieczni mają na głowie losy wszechświata ? Ta wyższość sprawia wrażenie które odczuwam gdy czytam komiksy o bardziej ludzkich herosach jak Pajęczak czy Batman. Niekiedy ciężko uwierzyć, że w tym samym świecie gdzieś tam żre sobie Galactus lub istnieje ktoś taki jak Superman lub Korpus Zielonych Latarni. Tutaj jednak miałem odwrotnie. Wszystkie potyczki Avengers czy X-Men wydają się czymś błahym, ulotnym. Wyborne :)

Podsumowanie: Chciałoby się poczytać ciut więcej o tej wspaniałej grupie. Może Dom Pomysłów zamiast robić z Falcona Kapitana Amerykę, a Mjollnira oddawać ( o zgrozo ! ) kobiecie zająłby się Przedwiecznymi ? Zasługują oni na dużo większą uwagę i na autorów takich jak twórca „Sandmana”.  Tom który pozytywnie mnie zaskoczył. Spodziewałem się historyjki lekkiej i swawolnej, a otrzymałem wspaniałą opowieść w świecie Marvela z nieco innej perspektywy.  Eternals sprawiają, że nawet Thor czy Sentry wydają się być „śmiertelnikami”. Kto wie ? Może kiedyś, jak ze Strażnikami Galaktyki, popularność grupy wzrośnie dzięki ekranizacji ?

Ocena: 8,5/ 10

Neil Gaiman John Romita Jr Eternals

#27. – Neil Gaiman, Sam Kieth, Malcolm Jones III, Mike Drigenberg – „Sandman- Sen Sprawiedliwych”

Standardowy

 

Sandman-01-Sen-Sprawiedliwych-_bn12350

Powszechnie komiks uważany jest za gałąź sztuki na której bujają się typy pokroju Batmana i Spider-Mana, bądź za krótką humorystyczną historyjkę. Czyli coś lekkiego, przyjemnego i wchłanianego bez zastanowienia. Ten kto zna trochę komiks superbohaterski wie, że spora część historii to wysokiego poziomu historię.

Tajemniczy angielski okultysta- Roderick Burgess zdobywa tajemniczy „Grimuair Magdaleński”. Za jego sprawą zamierza przywołać samą Śmierć. Jednak jak to bywa z magicznymi rytuałami coś się psuje i na jej miejscu pojawia się inna, nie mniej groźna istota. Sam Pan Krainy Snów. Sandman. Zostaje on uwięziony, a przymioty jego mocy odebrane. Jednak okultysta nieco się przeliczył, myśląc, że Sandman zechce z nim rozmawiać. Milczenie trwa wiele lat. W tym czasie władze w jego Loży przejmuje młodszy Burgess, który jednak nie jest aż tak zafascynowany magią jak jego ojciec. Loża staje się bardziej ekskluzywnym klubem zblazowanych pyszałków, niż magicznym bractwem. Koniec końców i on osiąga wiek starczy. Jeden niechciany ruch… I Pan Krainy Snów uwalnia się z kilkudziesięcioletniej niewoli. Pragnie on zemsty i powrotu do swego królestwa. Jednak jego zemsta jest zupełnie inna, niż może sobie to wyobrazić fan tanich horrorów. :)

Komiks ten jest ciężki i mglisty. Nie ma tu pędzącej akcji, ani monumentalnych pojedynków. Jest za to wciągająca fabułą która jest PRAWDZIWYM horrorem. Przez kilka chwil Sandman naprawdę może uchodzić za istotę wszechokrutną, ucieleśnieniem i siewcą koszmarów. Jednak fragment związany z Johnem Constatnine’m pojawiającym się gościnnie już po uwolnieniu się tytułowej postaci przeczy temu odczuciu. Sam sposób istnienia Sandmana sprawia,  że jest to postać niezwykle charyzmatyczna, co doskonale łączy się z jego wizualizacją. Nie jest on bowiem personą odległą w swej boskości. Wręcz przeciwnie- wydaje się, że Morfeusz jest bardziej ludzki niż nadnaturalny.

Rysunki są majstersztykiem. Sama tytułowa postać prezentuje się godnie jako Pan Snów. Posępny, mroczny, lecz jednak ludzki jak już wyżej wspomniałem . Autorzy rysunków postarali się nie tylko o wizerunki postaci, ale też o rozmieszczenie i sam wygląd kadrów. Wizualna strona komiksu przyciąga. Dużym plusem dla każdego komiksu jest mimika twarzy. Nawet jeśli otoczenie jest pozbawione detali, a i wiele mankamentów pojawia się w samej postaci, gdy twarz ma to „coś” komiks przykuwa oko. Tutaj mimika twarzy i właśnie magiczne „coś” tworzy idealną kompozycję z resztą strony rysunkowej.

images

Podsumowanie: „Sandman- Sen Sprawiedliwych” rozpoczyna słynny cykl jednego z najlepszych twórców komiksów. Gaiman wspiął się tutaj na wyżyny swej twórczości. Tym czym dla Moore’a są „Strażnicy”, a dla Millera „Sin City” tym dla niego jest seria o Panie Snów. Doprawdy- wiele jest znakomitych powieści graficznych które są dla mnie ważne, jednak „Sandman” to dzieło które odmieniło mój pogląd na pisarstwo.

Ocena: 9,5/10

#19. – WKKM #46 – Neil Gaiman, Andy Kubert – „1602″

Standardowy

10576956_294772790708832_918750375980402976_n

Zarówno DC jak i Marvel wprost uwielbiają tworzyć różnego rodzaju alternatywne światy swoich historii. A to herosi są zombie, a to Superman ląduje w ZSRR zamiast w USA, to znowu powstają światy podobne, lecz nieco zmodernizowane jak marvelowe Ultimate.Tym razem jednak czas na prawdziwy diament.

Akcja osadzona jest w świecie nowożytnym, gdy Ameryka dopiero zaczynała być kolonizowana, a Elżbieta I Tudor zasiadała dumnie na angielskim tronie. W tych właśnie realiach, niemal trzysta lat za wcześnie pojawili się herosi. I tak zamiast osławionego Johna Dee na stanowisku nadwornego maga królowej zasiada nie kto inny jak Stephen Strange. Na terenie Brytanii działa zaś szkoła czarorodnych  Carlosa Javiera, na którego dybie inkwizytor Enrique… Do tego otrzymujemy legendarny statek „Fatanstic” a na nim legendarną czwórkę. Najbardziej zaufanym człowiekiem Elżbiety I jest sir Nicholas Fury. I można wymieniać wiele. Ale tak tylko zniszczę przyjemność poznania tego dzieła.

Z pozoru dostajemy do ręki kolejna wariacja Marvela. Na szczęście za scenariusz odpowiada Neil Gaiman. Autor „Sandmana” czy „Amerykańskich bogów”. Człowiek który swą twórczością dorównuje mistrzom Moore’owi i Millerowi. Twórca w „1602″ oddał piękny hołd postaciom Domu Pomysłów ze Złotej Ery Komiksów. Jednocześnie ich przeniesienie na realia czasów elżbietańskich nie zakłóciło ich pierwotnych wzorów. I tak Reed Richards nadal jest typowym jajogłowym, Strange enigmatycznym magiem, a Javier i Magneto- przeciwnikami między którymi jednak nie wygasła dawna, braterska więź. Wyjątkiem jest tu chyba tylko Banner. Pojawia się również Kapitan, lecz w dość nieoczekiwanej postaci. To jak Gaiman wymieszał osobowości superbohaterów Marvela z archetypami ludzi z tamtego okresu powinno uchodzić za wzór dla innych twórców. Wątek historyczny może nie jest bynajmniej podręcznikowy, niemniej jednak schyłek życia Gloriany przypada na tamte lata, zaś Virginia Dare była faktycznie pierwszym narodzonym dzieckiem europejskim na kontynencie Wuja Sama. Jedn

1602_Xmen

Tak jak Gaiman zmienił nieco nazwiska postaci i ich charakter na potrzeby epoki, tak Kubert zajął się stroną wizualną. Tak udanej przemiany nie widziałem nigdzie. W uniwersum Ultimate autorzy przyłożyli się do roboty, ale bez wielkich braw. Seria z postaciami w roku 2099 rozczarowała. a niekiedy żenowała. Tutaj zaś mamy arcydzieło.  Stroje X-Men czy należyty dla Thora wygląd ( brodaty, łypiący spod hełmu, bez wydelikaceń ) robią wrażenie. Technika rysunku znana już w „Wolverine: Genezie” oddaje ducha ówczesnego świata. Wielkie żaglowce, tajemnicze miasta, kunsztowne wnętrza z czasów Królowej-Dziewicy syntetyzują się z wizerunkami herosów nie wzbudzając niezjadliwego kontrastu. Również nasycenie barw jest odpowiednie. Półcienie, delikatne barwy, nie zaś jaskrawość jak w klasycznym osadzonym w uniwersum 616 komiksie gdzie dynamika jest kadrów jest nieco inna.

1602_thor

 

Podsumowanie: Jedna z najdłużej oczekiwanych przeze mnie historii nie była rozczarowaniem  jak np :”Marvel Zombies”.  Jest to historia którą na półce powinien mieć każdy, od miłośników historii poprzez komiksowych geeków po wielbicieli po prostu ciekawej literatury. Bo komiksy tego formatu udowadniają, że powieść graficzna potrafi być równie dobra jak powieść pisana.

Ocena: 9,5/10