#276. – Jonathan Hickman, Mike Deadato – „New Avengers: Nieskończoność”

Standardowy

Kolejny tom z serii „Nieskończoności” Marvela. Ten kto myślał, iż Avengers mają pełne ręce roboty niech zwróci swe oczy ku grupie Iluminati. Tajny krąg herosów boryka się nie tylko z problemami związanymi z Inkursjami czy podwójną inwazją ale też z wewnętrznymi niesnaskami. Królowie dwóch królestw, Namor i Black Panther, biorą się za bary. A przyczyny ich konfliktu mają swe zarzewie jeszcze w wojnie Avengers i X- Men, gdy to opętany Phoenixem władca Atlantydy spustoszył jedno z bardziej ludnych miast Wakandy. 

Ofensywa Budowniczych i następująca po niej inwazja Thanosa nie przerwały w cudowny sposób pojawiania się Inkursji. Wprost przeciwnie-  mają się dobrze, a piętrzące się kłopoty sprawiają, że trudna misja dla Iluminati stała się jeszcze trudniejsza. Szybko też wychodzi na jaw, że tajne stowarzyszenie  jest kiepsko zgrane- napomknięty wcześniej konflikt między królem Wakandy, a królem Atlantydy przeradza się paranoiczną, bratobójcza wojnę z konsekwencjami większymi niż obaj mogli przewidzieć. Obojgu królom los jednak odpłaci za wzajemne bitki i to srogo.

Niewinnym  nie pozostaje również i trzeci monarcha. Black Bolt wie o prawdziwej przyczynie przybycia Thanosa na Ziemię i informuje o tym swoich resztę Iluminati. Co nieco wie również jego brat, Maximus Szalony. Nie jest on jednak na tyle szalony, aby informować kolejną osobę wbrew woli brata o tajemnicy i jego sekretnym zgromadzeniu. Nawet jeśli tą osobą jest jego królowa Medusa.

Nie samymi królami jednak ta historia stoi. Konsekwencje swych decyzji poniesie również Doktor Strange konfrontując się z Ebony Maw, zaś Tony Stark po wojażach w kosmosie będzie musiał przemyśleć to i owo. Znacznie większą rolę niż w „Avengers: Nieskończoność” ma tu Thanos. O ile w tam pojawił się pod sam koniec, gdy konflikt z Budowniczymi był w większym stopniu rozwiązany, o tyle tutaj Szalony Tytan i Cull Obsidian pokazują mają do powiedzenia znacznie więcej.

Deadato to nazwisko, które pojawiło się przy innych dziełach ze stajni Marvela. Zilustrowanie więc jednej z kluczowych części „Nieskończoności” nie dziwi, a mnie osobiście wręcz cieszy. Postaci nie są zamykane w kadrach- artysta pozwala się im pokazać. Jak chociażby przy scenie małżeńskiej rozmowy pary królewskiej Inhumans czy ujmowaniu w niektórych momentach Szalonego Tytana, które pokazuje kto jest najsilniejszy na boisku.

 

Podsumowanie: Iluminati to dość specyficzna grupa. Jest ugrupowaniem pośród innych ugrupowań. Ich cele są tajne i mało superbohaterskie. Nazwałbym ich ludźmi od brudnej roboty, gdyby nie fakt, iż daleko im do chłodnego profesjonalizmu i fachowości, a bliżej do grupy wsparcia. Osobiste animozje i ambicje. Własne, często sprzeczne z interesem reszty grupy, ukryte cele. I fakt, że ta sama grupa podjęła już wcześniej mało rozsądne decyzje w stylu wysłania Hulka w kosmos. Cóż… Jeśli tak wyglądać ma prawdziwa, otoczona złą sławą organizacja kontrolująca świat – nie musimy obawiać się żadnych NWO, globalnego ocieplenia, ataku Marsjan i przypuszczeń, iż Ziemia jest dyskiem.

#236. – Jonathan Hickman, Nick Spencer, Mike Deadoto, Stefano Caselli – „Avengers: Preludium Nieskończoności”

Standardowy

Scenariusze Hickmana są napisane bez wątpienia z rozmachem. Tym razem nie skończy się na wewnętrznym konflikcie czy zagrożeniu narażającym na szwank wyłącznie Ziemię. Finalne efekty działań  Ex Nihilo są naprawdę poważne, a zarazem  tajemnicze. Bomby genezy są niedoskonałe, co powoduje pewne komplikacje., ale gdy wszystko jako tako zaczyna działać okazuje się, że żółty koleżka z Marsa sam nie miał do końca pojęcia do czego doprowadził. Sygnał poszedł daleko w przestrzeń, a odpowiedź będzie dramatyczna. Czas na kolejną rekrutację nowych członków.

Choć każdy zapewne wie, że i tak niedługi czas dzieli opisane tu wydarzenia od pojawienia się starego, dobrego Thanosa. Póki co, mimo pozornego chaosu, autor konsekwentnie buduje swoją wizję kolejnej, być może jednej z największych batalii Avengers. Takiej która może przerosnąć nawet tak zróżnicowaną ekipę.

Mścicielom przyjdzie mierzyć się między innymi z High Evolutionary i jego ciągotami do zrobienia z podopiecznych Hyperiona i Captain Universe bateryjek. Wielki Ewolucjonista to postać kojarząca mi się z F4 i jej dawnymi przygodami. Tutaj udowadnia, że wciąż jest ciekawą postacią. Innym oponentam na jakiego trafią herosi jest organizacja A.I.M. . Pszczelarze od zawsze niezmiernie mnie irytowali. Ich złowieszcze plany zawsze miały jakiś feler. Najczęściej taki, że członkowie ugrupowania okazywali się idiotami, a młot Thora i tarcza Capa najbardziej lubią  łby właśnie takich person. Tutaj pokazali, że niestraszny im nawet skład Avengers z Spider- Manem, Loganem i Hyperionem. Ich „dziecię” wydaje się na szczęście dość proste, a co za tym idzie nie do końca złe.

Bardzo lubię mądrze prowadzoną narrację. Nie jakieś tam nudne bla bla w stylu bajek wujaszka popijającego rumianek, ani zbyt luźnej, pozornie śmiesznej opowiastki w której narrator koniecznie jest głównym bohaterem i nie zgadaniecie. Jest arcygeniuszem i człowiekiem sukcesu lub przeciwnie- pechowcem który jest jednak ponad swe porażki i tych którzy do nich doprowadzają. Hickman jest na szczęście inny. Nadaje postaciom nieco poetycki, refleksyjny charakter. Autor wyróżnił w tym przypadku Hyperiona. Nowy nabytek Avengers to nie tylko mocarz równy Kal- el’ owi, ale też osobo elokwentna i ucząca się na swych błędach. Plusem dla HIckamana jest nadal to, że każda postać ma swoje pięć minut. Momentami to nieco dziwne, że tak długoletnie i ważne dla uniwersum Marvela postaci jak Pajęczak czy Wolverine mają tyle samo czasu antenowego co żółtodziób Smasher czy Manifold. Urzekła mnie scena walki z Terminusem. Thor w swoim najlepszym, prawdziwie boskim wydaniu. 

 

Rysownicy postarali się o kadrowanie. Dynamika i akcja sprawiają, że gdyby ktoś zechciał kiedyś zekranizować tę część przygód Mścicieli mógłby traktować komiks jako storyboard nie siląc się na przerabianie języka komiksu na obraz filmowy. Nieco odbiega od reszty Stefano Caselli. Włoski twórca ma nieco bardziej naznaczoną i twardą kreskę przez co przez pierwsze minuty wydawało mi się, że poziom ilustracji dramatycznie spadł. Ale ta odmiana ostatecznie okazała się pozytywna. A postać na okładce ? Czyżby Ex Nihilo zmienił płeć i zastąpił asymetryczne rogi uroczym porożem ? Nic z tego. Odpowiedź nadejdzie. :)

Podsumowanie: Może nieco przesadzam z fascynacją tym okresem w dziejach głównej grupy Marvela, ale podoba mi się ona w szczeniacki sposób. Spora ilość wspaniałych postaci, ogromna skala działań, nieodgadnieni przeciwnicy i zagrożenie które jest starsze niż ludzkość. To wszystko podane w czytelny i wciągający sposób. Bez sprowadzania na siłę wszystkiego do ultra- realizmu, bez wewnętrznych tarć, szokujących zmian- czyli bez tego wszystkiego do czego przyzwyczaił czytelników Bendis. Choć nie powiem, żebym i nim się nie zachwycał. 

#202. – Jonathan Hickman, Dustin Weaver, Mike Deodato – „Avengers: Ostatnie Białe Zdarzenie”

Standardowy

Nadciąga Ostatnie Białe Zdarzenie. Zjawisko które ma na zawsze odmienić planetę i nieco pogmatwać w całym kosmosie. Coś jest jednak nie tak i kilka czynników stawia wszystko na głowie. Na świat przychodzi Starbrand. Broń na skalę planetarną. Okazuje się nim być chłopaczyna który jest typowym outsiderem niezauważanym przez nikogo ze swego środowiska. Przy okazji otrzymania zdolności mogącej wysłać jednym ciosem Hulka na orbitę ziemską rozbija w pył swoją szkołę. Nic dziwnego, że na kark od razu siadają mu Avengers.

Czemu tak się dzieje ? Okazuje się, że Ex Nihilo nie spoczął na laurach. Jego działania były dalekosiężne, a plany naprawdę ambitne. Żółciutki koleżka tym samym staje się numerem jeden gości do odstrzału na liście Mścicieli. Pociski które wysłał na Błękitną Planetę okazują się mieć właściwości przynależące świadomym, rozwijającym się gatunkom. Do takich należą między innymi komunikacja, samoświadomość czy ewolucja. Szczególnie dwie ostatnie mają są ważne w tym komiksie. Ktoś tu chce z Ziemi zrobić drugą Zonamę Sekot lub starszą siostrę dla Ego i Alter Ego… :D

Oprócz wątku ze Starbrandem i Nightmask’iem akcja przenosi się do kanadyjskiej grupy Omega Flight. W ojczyźnie Wolverine’ a i syropu klonowego skutki planów Ex Nihilo również wydają swe owoce. Kanadyjczycy trafiają na Ewolucję. Co nie kończy się dla nich dobrze, zaś sami Avengers mają coraz więcej powodów do niepokoju. Oprócz tego dane jest zapoznać się czytelnikowi też z nieco bardziej dyskretną misją herosów w którą zamieszane jest A.I.M. . I tutaj pochwała dla autorów. Hołd dla Bruce Lee jest naprawdę przewspaniały. :)

Czy ktoś może zauważył, że w poprzednim tomie zginęła masa cywili ? I że tutaj w powietrze wylatuje szkoła pełna uczniów ? A ktoś może pamięta od czego zaczęła się Wojna Domowa między Starkiem i Rogersem ? Teraz takie liczby ofiar to betka. Obaj panowie zapewne machnęli by ręką i kontynuowali by swe bieżące zadania. W końcu w międzyczasie Hulk rozwalił pół NY, Skrulle się przyłożyły, a rządy Osborna nie były wiele lepsze. Zaś wojna między Mścicielami i X- Men również nie była podwórkową bójką. Ludziska się już przyzwyczaiły, że od czasu do czasu przez superbohaterów ginie połowa miasta. Ale któż w końcu nie kocha niezwyciężonych Avengers ? :D

Optycznie stwierdzam, że jest bardzo ładnie. Weaver i Deadoto poradzili sobie z planszami ukazującymi spore zdolności Starbranda nie tworząc tylko banalnych wybuchów i innych jej emanacji. Również Starbrand pasuje do swego charakteru. Nie jest pięknisiem, nie ma modnej fryzury, ani zawadiackiego uśmieszku. Prosty, cichy chłopaczyna który nagle stał się istotą zdolną mierzyć się z Thorem czy Hyperionem. Spodobała mi się bardzo, ale to bardzo stylizowana lekko azjatycko okładka jednego z zeszytów składających się na tom.

Podsumowanie: Mimo istotnej wady fabularnej takie spojrzenie na Avengers podoba mi się najbardziej. Poszerzenie skali działań, nadanie im większego rozmachu i widowiskowości, a także odświeżenie spójności i składu grupy jest dobrym zjawiskiem po kilku latach ciągłych perturbacji wewnętrznych. Myślę też, że każdy znajdzie w składzie kogoś dla siebie. Jest Logan i Spidey, są klasyczni członkowie grupy i są też debiutanci. Hickman powoli zmierza w stronę zapowiedzianego już przez Egmont „Infinity”, a tam gdzie Thanos tam… Wystarczy cierpliwie czekać. :) W międzyczasie autor będzie miał okazję popisać się w dwóch następnych tomach z tej serii. Nie rozumiem też nieco hejtu jaki pełznie w stron ę runu Hickmana. Może i scenarzysta mija się z logiką i konsekwencją wydarzeń, ale ten rozmach, ta akcja. :)

#180. – WKKM #79 – Ed Brubaker, Mike Deadoto – „Secret Avengers: Misja na Marsa”

Standardowy

Po wycofaniu się z roli Kapitana Ameryki Steve Rogers nie poszedł na emeryturę powspominać stare czasy z starszymi o kilkadziesiąt lat rówieśnikami. Jako liczący się  tuz w S.H.I.E.L.D. zdawał sobie sprawę, że oficjalni Avengers musza ponownie zewrzeć swe szeregi o ochłonąć po wielu zawirowaniach. Jednak potrzebni są herosi działający mniej oficjalnie. Których wyczyny nie znajdą się na pierwszych stronach gazet i tym samym nie mają oni ciągnącej się za nimi opinii. Która nie zawsze pasuje do wizerunku herosa.

Do nowego, tajnego składu Rogersa o mało błyskotliwiej nazwie Secret Avengers należą więc: Sharon Carter, War Machine, Walkiria, Beast, Nova, Black Widow, Moon Knight i Ant- Man/ Eric O’Grady. Nie jest to może pierwszoligowy skład. I o to chodziło Capowi. O ludzi znających się na rzeczy, ale nie rzucających się w oczy. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że War Machine i Walkiria to substytuty Iron Mana i Thora… Cóż- Rogers ledwo co wrócił zza grobu i zatęsknił za kumplami ze starego składu. A że nie mógł ich dołączyć do swej grupy ? Herosów w Marvelu mnogo :) .

Historia rozpoczyna się z przytupem. Tajna organizacja, jeszcze bardziej tajny artefakt. Akcja wręcz stworzona dla takiej grupy jak powyższa ( też tajnej ). Wszystko jednak nie jest takie łatwe jak Rogers uważał na początku. Problemy zaczynają się pojawiać na Marsie. Gdzie wysłany został Nova. Mimo swej sporej siły ulega pewnej nieznanej sile i co tu dużo mówić- reszta Secret Avengers musi udać się na Czerwoną Planetę zobaczyć cóż się z nim stało. To co jednak tam spotkają wydaje się być nieco na wyrost dla ekipy której domeną nie jest frontalny atak, a działania skryto- szpiegowski. Oprócz głównego wątku w ostatnim zeszycie pojawia się Nick Fury. A raczej ktoś wyglądający jak on…

Deadoto ma niezły warsztat. Nie ma właściwie czego się przyczepić. Może jedynie tego, że nie jest charakterystyczny jak Tim Sale czy Romita Jr. ,  ale czy każdy rysownik musi być oryginałem na ich miarę? Jest wiele kadrów naprawdę solidnie narysowanych. Powyższy z Ant- Manem jest na to dowodem. Dynamiczne kadrowanie i nieco ciężka atmosfera Marsa to również wizualne plusy tego komiksu nadające mu ciekawego klimatu. W historii dodatkowej rządzi jednak Michael Lark i David Aja. Wraz ze zmianą atmosfery z pełnej zwrotów akcji batalii mamy więc zmianę graficzną która robi wrażenie.

Podsumowanie: Nie jest to może przełomowe wydarzenie w historii Mścicieli, ale jako pomniejsza historia spełnia oczekiwania. Sprawnie poprowadzona akcja z udziałem  bohaterów stojących zazwyczaj w drugim szeregu zajmuje choć jest przeraźliwie krótka. Chciałoby się więcej- tym bardziej, że akcja wyraźnie nie jest dokończona, a urwany wątek prosi się o dokończenie.

#91. – WKKM#57 – Warren Ellis, Mike Deadato – „Thunderbolts: Wiara w potwory”

Standardowy

10945054_353804498138994_6624886754090162615_nWojna Domowa nie tylko podzieliła herosów, ale też odwróciła wartości w świecie Marvela. Od kiedy Stark pojął, że samymi dobrymi trykociarzami ciężko będzie dać radę stronnikom o niebo bardziej charyzmatycznego Kapitana Ameryki zaczął rekrutować w szeregi rejestrowanych badassów. I to wcale nie tych na których da się przymknąć oko. Żelazny najął takich zawodników jak Venom, Radioactive Man czy Moonstone. Fakt faktem, że daleko im do Dooma, ale na wyłapywanie co mniejszych pokapitanowych płotek jak najbardziej się nadają. Choć nawet to nie idzie im najlepiej. Oczywiście Antoni nie raczył brudzić sobie rączek dowodzeniem bandą oszołomów zwących się Thunderbolts, dlatego też oddał je w ręce Normana Osborna. Człowieka który najlepiej rozumie co znaczy być chorym psychicznie zakapiorem.

Na kogo polują więc dokładnie Thunderbolts ? Na pewno nie na naczelnych nierejstrowych jak Luke Cage czy Spider- Man. Grupa pod przywództwem Osborna wzięła na cel mniejsze figury. Wśród nich Jack Flag czy Steel Spider. Postaci będące oczywistą metaforą Capa i Spidey’a. Jednak nawet z nimi grupa zresocjalizowanych pozornie badassów nie daje sobie rady. W końcu zdegenerowana i przestępcza natura wyłazi na wierzch, a umiejętność pracy w grupie pozostawia wiele do życzenia. Superbohaterskość superłotrów jest więc na niskim poziomie, lecz nie przeszkadza to medialnie zrobić z nich gwiazd. Tutaj Ellis naprawdę pokazał świetnie jak działa propaganda- od reklamy zabawek w której głównym „złym” jest Cap, poprzez talk show czy spot mający zachęcić do wstąpienia do Thunderbolts z gościnnym występem samego Stana Lee.

Co nieco o postaciach. Zwierzchnikiem Thunderbolts jak wspominałem jest Norman Osborn, dawny Green Goblin. Jeden z największych oszołomów Marvela pokazuje jednak, że potrafi trzymać na smyczy jemu podobnych. Jednak jeśli Joker ma obsesje na punkcie pewnego nietoperza, tak GG ma fizia na punkcie pewnego pająka i to dosyć trudną do ukrycia. Sami podopieczni Osborna to prawdziwa menażeria psycholi i degeneratów. Ot choćby Bullsye. Ale to nie wszystko. Uderzył mnie najbardziej Penace i jego kostium, oraz Venom/Mac Gargan. Dla nieobeznanych- swego czasu Edek Brock pozbył się symbiota, a on kolejami losu trafił do dawnego Scorpiona. Wszystko  w rodzinie można by rzecz .  Venom jednak nie jest tym kim był kiedyś. Jest stokroć bardziej bezmyślny, a jego nosicielowi daleko do charakteru Brocka.

Greengoblininthunderbolts

Deadoto momentami potrafi zaskoczyć. Rysownikowi szczególnie dobrze wychodzi mimika twarzy, zaś Norman Osborn z licem Tommy’ego Lee Jonesa jest po prostu wybitny. Solidnie wypracowany graficznie komiks, który zachęci tych mniej zaznajomionych z tą grupą do dalszego poszukiwania czegoś na jej temat. Tym bardziej, że jej następna „generacja” to persony znacznie większego formatu. A kto taki ? Deadpool, Red Hulk, Punisher, Elektra i Agent Venom. Niejeden skład Mścicieli czy X- Men nie liczył takiej plejady gwiazd. Przedstawiony tutaj zestaw jest sam w sobie dosyć niskoligowy więc dodatkowo obniża on

Podsumowanie: Dojrzałe dzieło, ze sporą dawką brutalności, wpisuje się doskonale w atmosferę „polowania na czarownice” jaka nastąpiła po Wojnie Domowej, a szczególnie odczuwanej  po śmieci Capa. Jest też ciekawym spojrzeniem na psychologię tej złej strony. Ludzi w gruncie rzeczy kierujących się niskimi pobudkami, mającymi problemy psychiczne i złamany kręgosłup moralny.

Ocena: 8/10

Thunderbolts