#271. – WKKM #101 – Roy Thomas, Neal Adams – „X- Men: W cieniu Saurona”

Standardowy

Słowem wstępu- nie, nie jest to opowieść o pojedynku Dzieci Atomu z tolkienowskim czarnym charakterem. Na szczęście. „W cieniu Saurona” jest zbiorem schyłkowych opowieści o pierwszej generacji grupy X- Men. A tytułowy Sauron to pterodont na okładce. A skoro jest człowiek- dinozaur, jest też i Savage Land. A jeśli Savage Land, to i Ka- Zar. Mały plus więc za postaci nieco dziś już zapomniane.

Historia Karla Lykosa, czyli właśnie Saurona ma w sobie motywy wilkołacze. Jak w przypadku ofiary Lykantropa, po ranach odniesionych w walce z pterodontami ów jegomość odkrywa, że pochłaniając energię innych żywych istot staje się potężną latającą, bestią. Szybko też odkrywa, że najwięcej siły dają mu mutanci. Ku utrapieniu pewnej grupki młodocianych homo superior…

W pozostałych historiach X- Men muszą zmierzyć się z Hulkiem ( albowiem każdy w tamtych czasach MUSIAŁ mierzyć się z Sałatą ), najeźdźcą z kosmosu i samym Magneto, który powrócił zza grobu. Największą jednak gratką jest ukazanie genezy Beasta, w wersji futrzanej. Swoją drogą, gdyby Hank wiedział, że to nie ostatnia taka metamorfoza zapewne inaczej rozwiązałby całą sytuację. Na łamach tegoż tomu debiutuje też Shiro Yoshida, znany szerzej jako Sunfire. Jako japoński fanatyk, i to bynajmniej nie wobec swej korporacji, bądź ulubionej mangi, prezentuje się dużo groźniej niż potworny Sauron i Mistrz Magnetyzmu. 

Można rzecz, że kreska Neala Adamsa ratuje ten komiks. Bez przesady ! Roy Thomas, jak na swoje czasy, stworzył niezłą opowieść, a Adams tylko pomógł mu ja opowiedzieć w sposób, dzięki któremu nie czyta się go jak innych komiksów z epoki. Czyli z nutką znużenia i odkładania co jakiś czas. Ale fakt faktem- największym atutem tego komiksu jest niewątpliwy udział legendarnego już dziś twórcy. Rysownik ten wie co to kadrowanie. Podział plansz przebija większość dzisiejszych komiksów. Wielki wizjoner, ot co. 

Podsumowanie: Będę szczery- „Mroczna Phoenix” to to nie jest. Ale nie jest to też dzieło słabe, niegodne uwagi. Fani X- Men będą zadowoleni, podobnie jak zwolennicy komiksowych antyków. Ja po nawałnicy oldschool’ u z WKKM jestem nieco mniej tym drugim, ale miłośnikiem serii o mutantach jak najbardziej. Pierwszy skład ma kompletnie inny klimat, niż ten z Loganem, Storm i resztą międzynarodowej ferajny. Przypomina on nieco połączenie klasycznej opowieści o superbohaterach z tamtych lat, z naiwnością familijnych obrazów. X- Men musieli dojrzeć. Z grupki X- Harcerzy stać się kimś na miarę Avengers. Tutaj zaprezentowany zostaje ich ostatni krok jako tych pierwszych. Nieco niezgrabny, lecz mocny. 

#270. – Pierwotny Scenarzysta, Mick Anglo, Garry Leach, Alan Davis, John Ridgway, Chuck Austen, Rick Veitch, John Totleben, Don Lawrence, Steve Dillon, Paul Neary, Rick Bryant – „Miracleman” t.1

Standardowy

Niewiele komiksów jest tak legendarne jak „Miracleman”. I to zarówno pod względem wartości artystycznej, jak i wydarzeń z nim związanych. Wszelkich przepychanek o prawa autorskie, zmian ich właścicieli, a nawet kontynuacji powyższego dzieła. Jakaż więc była ma radość, gdy Mucha ogłosiła, iż wyda ten tytuł w połowie bieżącego roku. Wydawnictwo nieco się spóźniło- ale warto było czekać.

Superbohater- to brzmi dumnie. Tę, nieco patetyczną, maksymę obalił pewien komiksowy scenarzysta z Northampton, słynący z dość kontrowersyjnych poglądów, szczególnie jeśli chodzi o ekranizacje własnych dzieł. To dlaczego ów twórca, uważany za jednego z najwybitniejszych w swej dziedzinie, nie podpisuje się pod tym dziełem to temat na inny tekst. Ale zapewniam- na pewno nie ze wstydu. Pierwotny Scenarzysta stworzył dzieło, w którym obala mit herosa Złotej Ery, udowodnił, że ubrany w trykot superbohater to też człowiek. Ze wszystkimi konsekwencjami tego stanu bytności. 

Michael Moran to czterdziestoparoletni mężczyzna, pracujący jako reporter- freelancer. Jest pod każdym niemal względem przeciętny, wręcz nijaki. Te cechy jeszcze bardziej uwypuklają się, gdy pod wpływem pewnych wydarzeń i magicznego słowa staje się Miraclemanem, którego pseudonim jest jak najbardziej adekwatny. Stanowi on bowiem ucieleśnienie stereotypu komiksowego herosa, a na dodatek ma loczek. Latający, kuloodporny, supersilny i tak dalej. Słowem- bohater idealny i umiejący nosić poprawnie bieliznę. 

Miracleman z czasem odkrywa swą genezę. Nie tak uroczą, jak mu się zdawało. Jego dawni stworzyciele jednak nie śpią i pragną, aby ich dziecię powróciło na ich łono. Przy okazji kilka słów o Rodzinie Miraclemana. Pierwotny Scenarzysta mistrzowsko rozwiązał lustrzane wręcz podobieństwo do Rodziny Kapitana Marvela z DC. Oprócz tytułowego bohatera w jej skład wchodzą nastoletni Young Miracleman i trzynastoletni Kid Miracleman ( ten drugi będzie miał nie lada znaczenie w przyszłości herosa ). Cała trójka dysponuje prawdziwą potęgą. Nic więc dziwnego, iż pewnego dnia stwierdzono, że swobodnie latające jednostki zdolne, każda z osobna, zniszczyć dowolną armię i się przy tym nie zasapać to duże zagrożenie. Na tyle, iż lepiej go się pozbyć. Ale jak to bywa w takich przypadkach- zamysł się nie spełnił, a zgon zaliczył tylko jeden członek Rodzinki Cudoludzkich. Po latach dwaj ocaleni trykociarze budzą się ze snu. O Miraclemanie wspominałem. Jego nieformalny „brat” to już inna para kaloszy…

Parafrazując słynną maksymę Hitchcocka, początek „Miraclemana” jest widowiskowy, a dalej jest już jeszcze bardziej monumentalnie, epicko, kosmicznie i, co tu mówić więcej, superbohatersko. Pierwotny Scenarzysta ma rozmach i kreśli jednocześnie fabułę w logiczny, nie wydumany z braku wiedzy sposób. Wątki SF przeplatają się z mitologią, odniesienia do popkultury, realnie istniejących postaci z filozoficznymi tezami. Klasyczne superbohaterstwo ze swoim blichtrem i naiwnością, z superbohaterstwem po- strażnikowym. A w tym przypadku, przed- strażnikowym.

Pierwotny Scenarzysta pozwala sobie tu na naprawdę nietzscheańskie dywagacje. Jego heros to nie malowany chłop gaszący pożary podmuchem, a istota będąca spadkobiercą mitologicznym bóstw. Można by rzecz- bóg ery atomowej. Ktoś, kto w pewnym stopniu zjednał dwie, zwaśnione, kosmiczne cywilizacje. Ktoś, kto jest ojcem pierwszej ludzko- boskiej istoty w dosłownym tego słowa znaczeniu. I wreszcie ktoś, kto dał początek nowej rasie ludzkiej. Superludzkiej. 

Rysownik jest tu niemało. Najbardziej charakterystyczne i zapamiętałe z tego komiksu są sceny Londynu po masakrze jaką dokonał na nim Bates i scena narodzin córki Miraclemana. Prócz nich występuje szereg innych plansz, udowadniających, że nie jest to komiks dla niedzielnych fanów, którzy kręcą nosem, gdy dana powieść graficzna „ma mało stron”. Brutalność, dosłowność, czyli po prostu pieczołowity realizm. Praca całej gromady rysowników sprawiła, iż zamysł i wizja Pierwotnego Scenarzysty została przedstawiona idealnie. 

Podsumowanie: „Miracleman” to nieco inne spojrzenie Pierwotnego Scenarzysty na pojęcie superbohaterów, niż „Strażnikach”. Tutaj autor skupia się bowiem bardziej na mitologicznej roli herosa i odpowiada na pytanie- co by faktycznie stało się, gdyby Superman istniał ? Nadaje głównemu bohaterowi z jednej strony bardzo ludzką osobowość, dbającą o żonę i córkę ( o którą to jednak dbać nie musi… ),  starającą się prowadzić normalne życie. Co z czasem okazuje się mrzonką i oszukiwaniem samego siebie. Zgodnie z tym co pisał Joseph Campbell- przeznaczenie prędzej czy później wezwie każdego herosa na jego właściwą ścieżkę.

Takie tam z Londynu…

#269. – J. Michael Straczyński, Sam Barnes, Brandon Peterson – „Doktor Strange: Początki i zakończenia”

Standardowy

Originy w komiksach to zjawisko, które z biegiem lat ulega ustawicznemu przeobrażeniu. Pierwsza geneza Batmana liczyła ledwie jedną stronę. Dopiero po latach zyskała wręcz sakralny charakter, którego zmieszczenie w kilku kadrach wydaje się być zbrodnią. Inny heros nie cierpiący ubóstwa, Tony Stark, początkowo skonstruował swój debiutancki kostium w niewoli u azjatyckiego watażki, po latach jednak „okazało się”, że pancerz został zbudowany na Bliskim Wschodzie. Jaki czasy- takie początki. Nie inaczej jest i w powyższej miniserii Straczyńskiego i Barnesa . Trzeba jednak przyznać, że autor w dość godny sposób odświeżył genezę Stephena Strange’ a. Bez wielkich rewolucji, ale żaby ktoś nie myślał- kilka zmian jest.

Na początku- co jest zgodne z oryginałem. Po pierwsze- Strange na początku, jeszcze jako mistrz skalpela, nie magii, jest niesamowitym dupkiem. Arogancki do stopnia, który zawstydziłby Dr. House’ a, egoistyczny i ślepy na to jaki jest do dnia feralnego wypadku. Będącego ukazanym nieco inaczej, w innych okolicznościach, ale co najważniejsza, i chwała za to twórcom- z tymi samym konsekwencjami. Dziwny Stefek zmienia fartuch na czarodziejski płaszcz, a zamiast natrętnych pacjentów ma natrętne bestie z piekieł wszelkiej maści. 

Po drugie- postaci jak Wong, Starożytny, Clea, Baron Mordo czy demon Dormammu pełnią rolę zgoła podobne, choć zostają oni przedstawieni z nieco innej perspektywy. Perspektywy, która to może niektórych ( w tym mnie ) nieco zirytować. O ile sam zamysł fabularny jest o ciekawy i lepszy, niż to co pokazało nieszczęsne uniwersum Ultimate, to zmodyfikowane postaci dla tego, kto przywykł i przyzwyczaił się do standardowych ich wersji może być ciężkie do przełknięcia. Wong, który nie przypomina stereotypowego Azjaty z baru szybkiej obsługi, a jest kimś w rodzaju Lei’a Wulonga z serii gier „Tekken” to dobra zmiana. Podobnie Starożytny. Nie przypomina skapcaniałego staruszka w futrze nieznanego pochodzenia, a seniora w typie Pata Mority . Jednak wrogowie i miłość Doktora Strange’ a są nieco… zbyt normalni. 

Barona Mordo kojarzę jako złą wersję głównego bohatera. Wykrzywiona w przerysowanego, komiksowego grymasie złoczyńcy mina i te jego przydupastwo w stosunku do Dormammu. A skoro mowa o nim- oryginał uśmiał do łez widząc, jak Ludzka Pochodnia próbuje się w niego wcielić. Tutejszy antagonista maga przypomina bardziej właśnie członka F4, niż groźnego piekielnika. A na sam koniec- Clea. Gdzie białe włosy i charakterystyczna fryzura ? Gdzie jej, nieco odrealnione, zachowanie ? Gdzie ta efemeryczność ? Tutejsza Clea wydaje się być bardziej bitna niż wszyscy panowie razem wzięci.

Smuci mnie nieco brak psychodelii z dawnych lat. Zastąpiona została ona przez płomieniste, fajerwerkowe widowisko. Nie jest to absolutnie rażąca wada, ale w czasach, gdy grafika potrafi uczynić cuda można by pokusić się na nieco więcej magicznej oniryzmu.

„Początki i zakończenia” mogą pochwalić się niezła stroną graficzną. Poza Dormammu niczym z Fantastycznej Czwórki piekielne stwory prezentują się nader plugawo i potępieńczo. Scena w której Strange opuszczą sanktuarium Starożytnego i trafia do miejsca, do którego najwyraźniej prowadzi autostrada z piosenki AC/DC jest niezapomnienia. Demony idealnie wpasowują się w wielkomiejski krajobraz NY. Odjechane rysunki w stylu Steve’ a Ditko zastępuje widowiskowa batalistyka autorstwa Brandona Petersona. Nie jest to zmiana ani na lepsze, ani na gorsza. Podróże po innych światach to nieco inna opowieść, niż scenariusz Straczyńskiego i Barnesa.

Podsumowanie: Idealny komiks opublikowany na krótko przed premierą filmu o głównym jego bohaterze. Tytuł jest odświeżoną wersją genezy Doktora Dziwago, ale nie popada w zbytni „altimejtyzm”. Są pewne kwestie, które mnie drażnią, ale to naprawdę dobry komiks. Nie jest on częścią ogromnych eventów, nie trzeba znać historii sprzed trzydziestu lat, aby zrozumieć sens- jest to po prostu dobra opowieść zamknięta umiejętnie w zgrabnej miniserii. 

#267. – WKKM #99 – Mark Waid, Paolo M. Riviera – „Daredevil: Wściekłość i wrzask”

Standardowy

Kręte są ścieżki życiowe superbohaterów. Ginący bliscy, kosmiczne wojaże, powroty zza grobu, przejścia na ciemną stronę, alternatywne wersje samego siebie i tak dalej. Słowem- trykociarzowi nie jest dane ot tak usiąść sobie po dołożeniu jakiemuś tam Doomowi czy Luthorowi. Biedaczek musi jeszcze przeżyć swoje nieco ponad program. Matt Murdock miał swoje chwile chwały i klęski. Wypadek, śmierć ojca, odejście ukochanej i jej śmierć z ręki odwiecznego wroga, kolejne konfrontacje z Kingpinem i wiele, wiele innych. Jak ta związana z dowództwem Hand i małym skokiem na ciemną stronę.

Tak więc po akcji z „Shadowland”, po poradzeniu sobie z opinią publiczną Matt Murdock stara się nadal być wziętym prawnikiem. Tym razem jego niepełnosprawność nie jest postrzegana jako coś, co , a coś, co wręcz krzyczy- MATT MURDOCK = DAREDEVIL. I jak na ironię- na ten krzyk heros musi udawać głuchego.

Żywot superbohatera byłby nudny, gdyby po drodze nie stanął mu na drodze jakiś łotr. Co stanie się jeśli naprzeciwko człowieka o ultra- wyczulonym słuchu stanie ktoś, kto jest zestalonym dźwiękiem ? Złoczyńca znany jako Klaw, dyżurny przeciwnik Black Panthera, po pewnej, niemiłej dla siebie, przygodzie z Avengers stara się dojść do siebie. Ścieżki losu sprawiają, że trafia na Daredevila. Sposób w jaki dochodzi do konfrontacji obu panów nie jest standardowy- czyli złoczyńca zło czyni, a heros stara się mu przerwać w mniej lub bardziej inwazyjny sposób. Innym oponentem, a raczej całą grupą są przedstawiciele wszystkich niemal zbrodniczych organizacji świata Marvela. A więc Hydra, A.I.M, , Tajne Imperium i tak dalej. W skrócie- dużo śmiesznych kostiumów i panów chcących zawładnąć światem, bądź go rozwałkować. 

Paolo Riviera pokazał mistrzostwo w ukazywaniu dynamicznych przejść między kadrami. Rozmowa i space po NY Murdocka i Foggy’ go, czy potyczka z Klawem są niezwykle płynnymi i przyjemnymi dla oka scenami, które pocięte na osobne kadry nie miałby tak dużej mocy przekazu. Lecz to nie wszystko. RIviera nie bawi się w szczegóły. I właśnie ten ascetyzm w połączeniu ze kolorystyką i umiejętnym rozmieszczeniem jest największym atutem rysunków w tym tomie. I nie znajdzie się chyba nikt, kto przejdzie obok wizualizacji „radaru” Daredevila obojętnie.

Podsumowanie: Człowiek Bez Strachu to jedna z tych postaci, która jest stworzona do działania solowego. W jego wypadku podkreśla to ludzką stronę i to nie tylko prawniczą. Lecz najważniejszym elementem komiksu nie są pojedynki, a wewnętrzna zmiana Murdocka. Człowiek dotąd będący dosyć pesymistycznym typem postanawia to zmienić. Co nawet dla jego najbliższych jest niemałych szokiem. Na szczęście robi to w godny sposób, starając się odnowić swe życie, będące materiałem na kilka innych żywotów. I to nawet superbohaterskich.

#264. – WKKM #98 – Stan Lee, Gerry Conway, John Romita Sr, Gil Kane – „The Amazing Spider- Man: Śmierć Stacych”

Standardowy

Zgodnie z filozofią Jokera z „Zabójczego Żartu” wystarczy jeden, kiepski dzień, aby zwariować. Przypadek Batmana udowadnia jednak, że może od doprowadzić do narodzin nowego bohatera. Punkt przełomu, pełen gwałtowności i skrajności, jest punktem wyjścia do narodzin większej części superbohaterskiej społeczności. Nie inaczej było ze Spider- Manem. Ugryzienie pająka dało mu supermoce, ale to dopiero śmierć wujka Bena zdefiniowała go jako herosa. Lecz nie była ona jedyną tragedią w życiu dość pechowego Pajęczaka. Podobnie jak dla Bruce Wayne ważna była śmierć Jasona Todda, tak dla Petera Parkera przełomowym momentem była śmierć Stacy’ ch. 

Akcja ma miejsce, gdy Peter jest jeszcze nastolatkiem, a służba superbohatera nieco przeszkadza mu w życiu prywatnym. Oto bowiem chłopak, który prowadzi aktywne życie prywatne musi stawiać czoło takim zakapiorom jak Octopus. Ze wszystkim fizycznymi i społecznymi tego konsekwencjami. No i opinia w Daily Bugle’ u nie przynosi mu bynajmniej rzeszy fanów. Ten kto tęskni za Jamesonem z tego okresu ubawi się tu do łez. :)

Jak mawiał wuj Ben- wielka moc= wielka odpowiedzialność. I tak nie trzeba było długo czekać na powrót pecha. Z więzienia ucieka Otto Octavius. Przyszły Superior Spider- Man robi to co zwykle- sieje chaos i zniszczenie. Tym razem dotkną one Parkera osobiście. W wyniku potyczki ośmiorniczo- pojęczej ginie kapitan George Stacy. Ojciec ukochanej Petera, Gwen. Człek, który jest duchowym bliźniakiem wuja Bena. I do którego ciężko nie poczuć sympatii. Na dodatek jego zgon funduje niechęć Gwen do Spider- Mana i chwilowe nasilenie represji wobec Spider- Mana ze strony Sama Bullita. Negatywnie konserwatywnego polityka, który na śmierci Stacy’ ego chce wspiąć się na szczyty po pajęczych plecach. To wszystko w pierwszej części tomu.

Pominięte są niestety losy Normana Osborna po chwilowej amnezji i uwolnieniu się od Green Goblina. Za to związek Gwen i Petera powoli staje na nogi po małym kryzysie. Pomijając oczywiście haniebny epizod popełniony przez J. Michaela Straczynskiego sugerujący jakoby Gwen i Norman mieli się ku sobie na Starym Kontynencie… Ale Fortuna nie kocha Petera Parkera i jego odwieczny wróg, Green Goblin, wraca. I to z przytupem. Zarówno tytuł, jak i okładka to jeden wielki spoiler, więc nie zgrzeszę jeśli powiem, że Gwen Stacy ginie. W taki sposób, iż Pajęczak ma kolejny powód do obwiniania samego siebie o śmierć bliskiej mu osoby.

Gil Kane pokazał co potrafi, a potrafi naprawdę wiele. Wystarczy spojrzeć na fenomenalną okładkę „The Amazing Spider- Man #121″. Zaś John Romita Starszy stylem nieco różni się od swego syna, a rzekłbym, że i nawet go przewyższa. Obok Todda McFarlene’ a jest moim zdaniem najlepszym ilustratorem przygód Pajęczaka. 

Podsumowanie: Opowieść, która dla Marvela jest również ważna jak pojawienie się Phoenix czy Galactusa, choć pozornie ma mniejszą skalę. Fanom Spider- Mana polecam przeczytać to dzieło równolegle ze „Spider- Man; Niebieski”. Jeph Loeb i Tim Sale odnosili się do tej właśnie historii i znakomicie zachowali jej klimat. Choć trzeba przyznać, że więcej dramatyzmu i smutku jest w pierwotnym dziele Stana Lee i spółki. Jeżeli oldschool to właśnie taki.

#263. – Brian Michael Bendis, Sara Pichelli – „Guardians of Galaxy- Strażnicy Galaktyki : Angela

Standardowy

Star- Lordowi i spółce udaje się zbiec swemu ojcu, lecz J’Son nie należy do takich, którzy łatwo odpuszczają. W końcu nie bez w żyłach obu panów płynie ta sama, spartakiańska i jednocześnie królewska krew. Echa wydarzeń na Ziemi ukazują nowe oblicze zakazu jakiejkolwiek agresji wobec niej J’Sona. Strażnicy Galaktyki będą musieli udowodnić, że są godni swej nazwy. Wkrótce ojczyzna Star- Lorda może podzielić losy lucasowego Alderanna, mimo stad herosów jej chroniących. 

Postać Angeli warta jest wspomnienia. Choćby ze względu na jej autora, którym jest Neil Gaiman. Jest ona córką Odyna, a co za tym idzie siostrzyczką Thora i Lokiego. I podobnie jak gromowładny brat wie jak machać orężem, aby nie zawstydzić jednookiego tatusia. Skądś się wzięła ? Pochodzi z Njeba. Krainy, która jest swego rodzaju wariacją na temat Nieba chrześcijańskiego. I które jest dodatkowym światem złączonym z Yggrassilem, a który Wszechojciec odłączył po wojnie Njebian z Asgardczykami. Pierwsze pojawienie się siostrzyczki blondwłosego dzierżyciela Mjollnira miało miejsce na samym końcu „Ery Ultrona”.

Pojawia się też Thanos, a na jego wielkiej, fioletowej szczęce wykwita raz za razem tajemniczy uśmiech zwiastujący pewne sekretne plany co do małej, pozornie nic nieznaczącej planety w Układzie Słonecznym. Sarze Pichelli genialnie udało się oddać jego tytaniczny majestat. Jak i również niebiańskość Angeli. Z innych postaci mających wartcy wspomnienia wymienić mogę Watchera. Pojedynek dwóch bitnych pań jest codziennością w świecie, gdzie bogowie kumają się z odmrożonymi superżołnierzami, ale obecność łysola ze skłonnością do podglądactwa niepokoi.

Podsumowanie: Komiks nieco obcięty przez wydawcę, ale Egmont to solidna marka i zapewne wynagrodzi to w kolejnej części, będącej już tie- inem do „Nieskończoności”. Postać Angeli nie odegrała tak dużej roli, na jaką liczyłem, a autor nie raczył wspomnieć ani słowa o jej asgardzkim rodowodzie. Do tego dziwna relacja na linii Stark- Gamora. Liczę na nieco większe rozwinięcie akcji, choć Bendis prowadzi narrację na tyle ciekawie, iż nie należy się bać rozczarowania. 

#262. – Alan Moore, Alan Davis – „Captain Britain: A Crooked World

Standardowy

Wielka Kolekcja Komiksów Marvela, a raczej wydawnictwo za nią odpowiedzialne, ma kilka istotnych wad. Hachette podchodzi do czytelnika po macoszemu, czego efektem jest brak jakiejkolwiek sensownej komunikacji. A to z kolei daje brak możliwości choćby szczątkowego wyboru tytułów wydawanych w ramach serii. I tak naszą piękną Ojczyznę ominęły takie tytuły jak „Warlock”, „Howard the Duck” czy właśnie historia z Kapitanem Brytanią autorstwa dwóch Alanów- Moore’ a i Davisa.  Same już nazwisko tych dwóch autorów są ogromną rekomendacją dla powyższego tytułu. Którego główną postacią jest słabo znany w Polsce heros, a który, mimo oczywistych skojarzeń, jest kimś zgoła innych niż równy mu stopniem kolega zza Atlantyku.

Słów kilka o Kapitanie Brytanii. Najłatwiej go ukazać na różnicach dzielących go z Kapitanem Ameryką. Steve Rogers to połączenie hartu ducha, ideałów amerykańskiego snu z domieszką serum superżołnierza, promieni Vita. Do tego strój w narodowe barwy i tarcza. Brian Braddock, gdyż tak zwie się brytyjski heros, ma nieco bardziej magiczną genezę. Uciekając z laboratorium, które zostało zaatakowane przez Reavera, trafia na zbiorowisko dość osobliwych kamiennych budowli w stylu Stone Henge. Osobliwych, gdyż na terenie gdzie się znajdowały zamieszkiwał duch Merlina. Arturiański mag stawia Braddocka przed wyborem, którego musi dokonać między dwoma, potężnymi artefaktami- Mieczem Mocy czy Amuletem Prawości. Zamiast ostrza naukowiec wybiera biżuterię. I tak oto powstaje Kapitan Brytania. Heros o nadludzkich zdolnościach, mający magiczny rodowód i również ubrany w kolory flagi.A cała geneza jest dość sprawnie opowiedziana przez Moore’ a ustami Merlina. 

W swojej historii Kapitan Brytania miał różne przygody. A to został przeniesiony w czasy króla Artura, gdzie pomógł pokonać Lorda Nercromona, a to znów został wysłany na Ziemię- 238. I od tego wydarzenia wychodzi już fabuła „A Crooked World”. Świat ten jest rządzony despotyczną ręką Szalonego Jima Jaspersa. Człeka, który nie przepada za trykotem i peleryną, mającego dość silne narzędzia do zwalczania osobników o zdolnościach nadprzyrodzonych. Przeciw niemu staje dość enigmatyczna kobieta, związana z ponadwymiarowymi siłami o imieniu Saturnynne wraz ze swoją grupą Avant Guard. Konsekwencje działań jej i Kapitania Brytanii będą spore, a ubrany z Union Jacka bohater pozna je dość boleśnie. 

W „A Crooked World” można odczuć pewien klimat orwellowski. Społeczeństwo superludzi zostaje wybite do nogi i nawet takie potęgi jak Major Tusker czy Miracleman ( tak, TEN Miracleman ) zostają zgładzone przez cybiota zwącego się The Fury. Początkowo bezwolna mieszanka technologii i biologii staje się nieco bardziej samodzielna, lecz to nie ona jest naczelnym czarnym charakterem.

Niezwykły jest tu główny antagonista. Szalony Jim Jaspers to mutant o sporych możliwościach wpływania na rzeczywistość. Do tego jest genialnym manipulantem, kimś kto potrafi ukazywać wiele twarzy i jest, zdawać by się mogło, niezatapialny. Podobne klimaty Moore serwował już w „V jak Vandetta” czy „Liga Niezwykłych Dżentelmenów: Czarne Akta”, ale tutaj mają one wymiar o wiele bardziej apokaliptyczny dla społeczeństwa superludzi. 

Alan Davis jest tu trochę inny niż w „Fantastyczna Czwórka: Koniec”. Jest bardziej psychodeliczny, pozwala sobie na nutki surrealizmu i  wprowadza nieco więcej dynamiki samymi kadrami. Konfrontacja albiońskiego herosa z Jaspersem zachwyca swoim odrealnieniem. Wyrwaniem herosa ze znanej mu rzeczywistości i rzucenie go w świat wykreowany przez jego wroga.

Podsumowanie: Warto czasem poszukać na zagranicznych serwisach tytułów z brytyjskiej WKKM. Dlaczego ? Bo Hachette to korpo- amatorzy. Przypuszczam, że jedyną przyczyną wydania tego i jeszcze innego tytułu z Kapitanem Brytanią w UK, był prosty fakt, że jest to jego ojczyzna. Wydawnictwo nie zwróciło uwagi na fakt, że tytuł ten mógłby być perełką w polskiej edycji, a już na pewno doskonałym zamiennikiem takiego gniota jak „Czarna Pantera: Kim jest Czarna Pantera ?”. Kto jednak wie ? Moze zdarzy się cud i zamiast dubli z egmontowskiego Marvel NOW! po tomie oznaczonym numerem 120 nastąpi wysyp dzieł z zagranicznych edycji kolekcji, pomieszany z dziełami Marvela nie wydanimi przez Egmont. Ale podobnie łudziłem się pod koniec pierwszej sześć dziesiątki.

PS: Za wszelkie domowe tłumaczenia niektórych nazw lub pseudonimów serdecznie przepraszam, ale w obliczu tłumaczeń jak „Łotr Jeden” czy „Legion Samobójców” mogę sobie pozwolić na lekkie nadinterpretacje i lingwistyczne nieścisłości. :D

#261. – Brian Posehn, Gerry Duggan, Scott Koblish, Mike Hawthorne – „Deadpool: Łowca dusz”

Standardowy

W poprzednim tomie Deadpoolowi przyszło zmierzyć się z całym panteonem zmarłych, amerykańskich prezydentów. To pożyteczna lekcja historii USA w nieco umarlackiej wersji zakończyła się dość ciekawym zwrotem akcji. Agentka Preston traci życie, a przynajmniej fizycznie. Jej dusza trafia staje się współlokatorem w ciele Deadpoola. Życie w ciele psychotycznego najemnika, który jest niemal nieśmiertelny przynosi wiele, wątpliwej jakości, lecz jednak, atrakcji.

Tym razem Deadpoolowi przyjdzie się zmierzyć z nadludzkimi i piekielnymi mocami. Na swej drodze spotka Daredevila, Jessicę Jones i Superior Spider- Mana. Ale zanim to następuje- mały powrót do przeszłości. Do czasów, gdy Tony Stark zaglądał do kielicha, a funkcję Iron Mana często pełnił ktoś w jego zastępstwie. Zazwyczaj bywał to późniejszy War Machine, James Rhodes. Tym razem w zbroję Złotego Avengera wskakuje Deadpool. I pewne wątki z „Demona w butelce” się wyjaśniają… :D

A wracając do przeciwników Deadpoola. Pyskaty Najemnik paktuje z mocami piekielnymi. Pytanie- która ze stron jest tą przegraną ? Aby wykupić duszę swego druha, znanego z poprzedniego tomu okultysty, musi zabić osoby wskazane przez demona Vetisa. A plejada ich jest dość kolorowa- parodia Donalda Trumpa- Donald Gump, stworzona jeszcze zanim miliarder wyruszył w rajd ku fotelowi prezydenta USA. Który na dodatek posiada prorocze zdolności. Człowiek, którego kule i wszelakie zagrożenia się nie imają. Złośliwa, wredna parodia Aquamana, lecz w całej swej zgryźliwości- naprawdę udana. :) Ale najbardziej z grupy ludzi, z którymi jak się okazuje Vetis podpisał wcześnie pakt, podobał mi się zmiennokształtny jegomość, upodabniający się do kilku znanych herosów Marvela, ale to nie wszystko. W wykonaniu przeciwnika Deadpoola najciekawszą metamorfozą jest ta, w której przybiera on kształt Randy’ ego „Macho Mana” Savage. :)

Tom jest pełen deadpool’owskiego humoru, ale szczególnie bawiła mnie relacja z agentką Preston, oraz z jej rodziną. Jak zawsze można tez liczyć na wiele nawiązań do historii Marvela i innych serii. A i również na małe odniesienie do klasyki kina. Mała podpowiedź: Nowy York i taksówka. 

Scott Koblish, mimo iż ilustrował pierwszy zeszyt tomu, ukradł całe show. Pop artowa, pełna odniesień do klasycznych rysunków kreska, mająca jednak w sobie nowocześniejszy sznyt. I te rastry tu i tam… :) Ale Mike Hathorne również wykonał kawał solidnej roboty. Szczególnie w kwestii mimiko postaci, co najlepiej widać na przykładzie Mefisto. Pan Piekła to badass pełną gębą, ale rysownik sprawnie wykorzystał fakt, iż ma on dość kanciaste rysy gęby i tym samym ciekawe pole do popisu.

Podsumowanie: „Deadpool” może nie jest tak dobry jak „Thor Gromowładny” Jasona Aarona, ani nie ma rozmachu „Avengers” Jonathana Hickmana, ale z pewnością dostarcza najwięcej przyzwoitej rozrywki z całego Marvel NOW! Egmontu. Pozornie śmieszkowy heros niesie za sobą wiele warstw ciekawej treści, a humorzasta oprawa sprawia, że nawet jeśli ktoś jej nie skuma, to i tak komiks będzie mu się podobał. 

#259. – WKKM #97 – Stan Lee, Jack Kirby – „Fantastyczna Czwórka: Sądny dzień”

Standardowy

I kolejny komiksowy nestor w Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Kolejny raz też autorstwa Lee i Kirby’ ego. Nie będę ukrywał. Łatwo to to się nie czyta. Nakładająca się specyfika ówczesnych lat, z wiedzą co działo się później z każdą postaci zapewne psuje wrażenie, jakie czynił ów komiks w sercach odbiorców, gdy trup JFK jeszcze nie ostygł, a Beatlesi trwali razem. Mimo to, jest to dzieło godne nań spojrzenia. 

Black Panther obecnie to norma. Czarnoskóry heros nie dziwi nikogo, tym bardziej w erze, gdzie segregacja rasowa jest wspomnieniem, a Kapitanem Ameryką jest właśnie afroamerykanin. Wówczas jednak był to duże wow. Na dodatek nie urodził się on w krainie Wuja Sama, a w samym sercu Afryki. Które było nadzwyczaj nowoczesne w stopniu zaskakującym nawet takiego elastycznego nerda jak Mr Fantastic. W komiksie tym debiutuje też złoczyńca znany jak Klaw. Wbrew pozorom jest to charakter dość niebezpieczny, a jego idiotyczna rola w „Tajnych Wojnach” powinna być uczczona, paradoksalnie, minutą ciszy. 

Dr Doom z biegiem lat nie stracił swej iskry, ale w czasie niepodzielnej dominacji autorskiego duetu zdecydowanie przewyższał inne czarne charaktery. Mało kto bowiem ośmiela się przejmować moce herolda samego Galactusa. Motyw ten został nawet powtórzony w filmie, gdzie nie było to już tak fajne, ale widok Dooma na desce Srebrnego Surfera robi wrażenie i podnosi badassowski skill latveriańskiemu watażce. 

Zabawną gratką są „nowoczesne” wynalazki Lee i Kirby’ ego. Obaj byli znakomitymi twórcami superbohaterskich opowieści, ale dość kiepskimi futurystami. Ich wizje niekiedy żenują, niekiedy śmieszą. Przykład: urządzenie, którym jeden ze sług T’Challi komunikuje się na odległość zadziwia Reeda Richardsa, twórce różnorakich międzywymiarowych pierdółek i wehikułów latających…

Podsumowanie: Klasyka klasyki. Czytelnik nie uraczy tu przełomów, a raczej pierwsze kroki. Dr Doom jako lekko oszołomiasty łotr z niejasnymi i infantylnymi motywami, specyficzne prowadzenie walk, narracja dramatyzująco- opisująca. Druga sześćdziesiątka WKKM zasypuje czytelnika dziełami z tego okresu, a sporo przed nami. Warto czasem po nie sięgnąć, choćby po to, by dowiedzieć się jak wyglądałby Black Panther jako Węglowy Tygrys. I wbrew nazwie wcale nadal byłby z Wakandy, nie zaś ze Śląska. 

#257. – Jason Aaron, Simone Bianchi – „Thanos powstaje”

Standardowy

Originy herosów są powszechnie znane, częstokroć przez je wielokrotne przypominanie. Każdy widział śmierć rodziców Batmana, przynajmniej kilka razy. Każdy wie, że wujek Ben zginął, bo Parker zachował się jak przeciętny przechodzień na widok bandy miłośników ubrań sportowych. Każdy wie, że Logan był w Weapon X, Superman przyleciał rakietą z Kryptona, Green Lantern został obdarowany pierścieniem, a Kapitan Ameryka zbombardowany promieniami Vita i napakowany serum superżołnierza. Słowem- nuda. Mało kto poświęca czas na originy złoczyńców. Wiadomo jak narodził się Dr. Doom czy Luthor. Mniej więcej wiadomo kim stał się ubogi komik po kąpieli w chemikaliach w zakładzie ACE Chemicals. I właśnie tylko w przypadku „Zabójczego Żartu” czułem się usatysfakcjonowany z przedstawienie początków największego przeciwnika Batmana. Reszta potrafiła mnie wciągnąć ( jak chociażby „Magneto: Testament” ), ale czegoś mi zawsze brakowało. Jakby rzekł to Joker- tego jednego dnia. Aż do czasu „Thanos powstaje”. Gdzie punkt przełomu po długotrwałej, chwiejnej drodze ku złu istnieje, a nawet ma w sobie odrobinę romantyzmu.

Początki Szalonego Tytana są dość zaskakujące i niepokojące zarazem. Jak każdy pewnie zauważył, fioletowa skóra i inne cechy fizjonomii Thanosa nie są czymś normalnym dla jego pobratymców. Ale to nie ta szczególna mutacja sprawiła, że jego matka omal nie zaszlachtowała go po porodzie. W jego oczach dostrzegła bowiem śmierć. Następne lata jednak nie ukazały mrocznej natury, prorokowanej przez Sui San. Thanos jako dzieciak był bowiem kujonem, do tego sympatycznym i genialnym. Wszystko idzie w miarę dobrze, dopóki na jego drodze nie staje pewna tajemnicza dziewczyna, z która przyszła zmora herosów Marvela znajduje wspólny język. Bo mimo swej genialności i powszechnej sympatii Thanos cierpi na pewien kryzys tożsamości. A jak wiadomo, takowy problem jest dla postaci komiksowych drogą do poważnych, kłopotliwych następstw. Mamusia miała więc rację co do swego fioletowego synalka.

W późniejszych latach Thanos podróżował wraz z grupą piratów. Mimo, iż oddalony było od swej „dziewczyny” ciągnął się za nim korowód trupów. To podczas tej swoistej odysei syn Mentora i Sui San zmienia się w wczesną wersją jaką znana jest z okresów, gdy władał przeróżnymi kosmicznymi artefaktami.

Najbardziej enigmatycznym elementem jest postać Śmierci. Jej personifikacja pojawiała się u wielu znanych pisarzy, jak chociażby Gołkowski czy Prachett, a w samym Marvelu miała już status pełnoprawnej postaci. Jason Aaron poddał w lekką wątpliwość jej istnienie. A konkretniej- istnienie tej, do której Thanos czuje miętę. W „Thanos powstaje” kostuchę widzi jedynie on sam, a spotkanie z Mentorem sugeruje dobitnie, że jest ona wytworem jego umysłu. Obrazem wytworzonym przez podświadomość, która stara się maskować przed nim samym jego szaleństwo. Kłóci się to co prawda z innymi historiami, gdzie Śmierć widzieli również inni bohaterowie, jak chociażby „Imperatyw Thanosa”. Ale czyż nie jest to intrygujący pomysł ?

Simone Bianchi dobrze sprawdził się w roli ilustratora młodyzych lat Thanosa. Ukazanie go jako szczupłego dzieciaka, z całkiem sympatycznym wyrazem twarzy, i to jak zmieniał się przez lata, aż do postaci wielkiego zakapiora, która jest znana szerszej publiczności wyszło mu po mistrzowsku. Elementy makabry jaką siał fioletowy amant kostuchy były dodatkową porcją mroku. 

Podsumowanie: Thanos to bez wątpienia ciężki kaliber wśród czarnych charakterów Marvela. Jego origin zaś dodaje mu głębi. Powolna, sukcesywna droga do okrutnego, siejącego zamęt i strach w całych wszechświecie awatara Śmierci została ukazana przez twórców jako swoista walka z samym sobą i zarazem w poszukiwaniu samego siebie. Od początku uważałem Thanosa za coś więcej niż fioletową kupę mięśni i mocy. A dzieło Aarona i Bianchi’ ego w pełni oddaje ów pogląd.