#272. – Brian Posehn, Gerry Duggan, Scott Koblish, Declan Shalvey – „Deadpool: Dobry, Zły i Brzydki”

Standardowy

Trzeci tom „Deadpoola” w ramach Marvel NOW! nadal utrzymuje wysoki poziom, lekki, acz inteligentny humor i wartką akcję. Ale pojawia się coś jeszcze. Coś, czego przeciętny odbiorca komiksów, a raczej ich ekranizacji, nie skojarzył z Wade’ m Wilsonem. Wątek tragiczny, który po prostu urywa nagle lekką atmosferę i wprowadza ponury nastrój, mocno kontrastujący z powszechnym wizerunkiem Deadpoola.

Tytuł jest wyjaśniony samą okładką. Drogi Pyskatego Najemnika zbiegają się ze ścieżkami dwóch, jakże innych, herosów. Pierwszym z nich jest stereotypowy trykociarz i ucieleśnienie szlachetnych cech- Kapitan Ameryka. Drugim jest oczywiście Logan. Bohater, który działa często odmiennie i bardziej ostro ( dosłownie i w przenośni ) niż avengersowa i iksmenowa brać. Brzydkim został więc pan Wilson. Prawdziwa Trójnia ! :)

I kolejny przeskok w przeszłość Deadpoola. Posiadającego wówczas afro na głowie/ masce, stylowe wdzianko z epoki i ciągotki do przynależności do innych grup superbohaterskich. Tym razem pech trafił na duet Luke’ a Cage’ a i Iron Fista. Naprzeciwko nim staje niejaki Biały Człowiek. Tak, wiem jak brzmi jego pseudonim i zapewniam, że brak poprawności politycznej jest jak najbardziej na miejscu. Pewien wątek podoczny będzie kluczowy dla reszty opowieści, zaś nawiązanie do komiksu „Nick Fury; Agent SHIELD” jest pięknym ukłonem w stronę oldschool’ u. 

Tytuł nawiązujący do słynnego westernu Sergio Leone nie mówi jednak o innych sojusznikach Deadpoola- X- Men. A właściwie to nie X- Men, a ich kopią Made in South Korea. Pod „patronatem” żaby z dynastii Kimów na terenie totalitarnego państewka powstał bowiem obóz, którego nie powstydziłoby się Weapon X. 

Rysownicy, Shavley i Koblish, prezentują nieco inne podejście do tematu, ale nikt nie poczuje się urażony zmianą kreski. Koblish jest znacznie mroczniejszy i krwawy, co wpisuje się w dość ponure, późniejsze zeszyty wchodzące w skład tomu. Shavley’ owi zaś należą się brawa oczywiście na oldchoolową opowieść z Power Manem i Iron Fistem.

Podsumowanie: „Deadpool” jest najlepszą obok „Thora Gromowładnego” pozycją z serii Marvel NOW ! wydawaną przez Egmont. Może brak jej rozmachu „Avengers” Hickmana, czy społeczno- ewolucyjnych rozważań wszelakich „X- Men” Bendisa, lecz nie brak w niej człowieczeństwa. Deadpool jest kpiną ze zjawiska superbohaterów, swoistym błaznem świata Marvela. Nie jest to błazen jedynie komediowy. Żywot Wade’ a Wilsona jest bowiem naznaczony tragediami, które co paradoksalne, czynią go podobny do żywotów klasycznych herosów jak Logan. W pewnym momencie przestaje być on rzucającym żarcikami śmieszkiem, a staje się w pełni zdającym sobie sprawę z powagi sytuacji mężczyzną, świadomym swej przeszłości i bólu jaki wyrządził innym.

Dwa niepokoje… Hailujący Cap i pinka Komedianta

Standardowy

W ostatnich tygodniach głośno o wielkim evencie DC Comics „Rebirth”. Czyli kolejnej kasacji/ modyfikacji/ uporządkowania wydarzeń, tym razem po okresie New 52!. Jak zwykle w moim strachliwym umyśle pojawiły się obawy- cóż za rewoltę wymyślą marketingowcy i autorzy ? Wszystkie zmiany jakoś spłynęły po mnie jak po kaczce, ale poniższy niepokojący kadr zatrzymał mnie na chwilę.

Pamięta ktoś zakończenie „Strażników” ? W szczególnosci dialog pomiędzy Dr Manhattan’ em i Ozymandiaszem w którym ten pierwszy, odpowiedziawszy na stwierdzenie tego drugiego, że to już koniec, odpowiedział- iż niekoniecznie…  Czyżby więc głównym mistrzem marionetek i możliwym uber- złoczńcą nie był Anti- Monitor czy Darkseid, a Dr. Manhattan ? A może, licha nadzieja, to tylko takie mrugnięcie okiem w stronę czytelnika… ? 

Alan Moore pewnie już szykuje zaklęcia bojowe. Ciężko jest mi pogodzić się z faktem, że choćby i jedna postać z „Watchmen” znajdzie się w głównym uniwersum DC. Mopre co prawda swymi postaciami nieco nawiązywał do klasycznych herosów, ale zapewnie nigdy nie myślał, że ktoś odważy się w jakikolwiek sposób scalić jego świat z głównym. 

Drugi mój przestrach. Hailujący Kapitan Ameryka. Na szczęście nie w wiadomy, ręczny sposób, ale wypowiadający dwa słowa które były wypowiadane przez ludzi których dotąd lał równo po makówkach. Hail Hydra.

Przejścia na „ciemną” stronę w wykonaniu herosów już się zdarzały. A to co Marvel wyrabiał już z postacią Kapitana Ameryki/ Steve’ a Rogersa prosi o pomstę niebiańską. Pierw Cap ginie i zostaje zastąpiony przez swego ucznia/ towarzysza broni Bucky’ ego. Potem znów się odradza i po jakimś czasie znów dzierży gwieździstą tarczę. I to można znieść. Ale potem ni z gruchy, ni z pietruchy zaczyna się starzeć, a jego miejsce zastępuje Falcon. Obecnie zaś znów jest młodym i żwawym patriotą, a na dodatek Sam Wilson nie zmienił swej pozycji. Teraz zaś… No w końcu Steve Rogers to aryjczyk prawda ?

A na serio. Może być ciekawie. Wszystkie te lata działań w Avengers, przez większość czasu jako ich lider. Cała ta ikoniczność, „hamerykanckość”, chwała herosa pomnikowego herosa… Czyżby Cap był szpiegiem- śpiochem ? Czyżby miał wspólny mianownik z TW Bolkiem ? Może być ciekawie, ale mam nadzieję, że Marvel nie zburzy legendy Kapitana Ameryki jak kilka razy niemal mu się to udało. 

#232. – „Kapitan Ameryka : Wojna bohaterów” (2016)

Standardowy

Gdy tylko usłyszałem, że „CIvil War” ma zostać zekranizowane oblał mnie zimny pot. Komiks Marka Millara i Steve’ a McNivena to dzieło mocno zakorzenione w komiksowym uniwersum Marvela. Wydarzenia w nim przedstawione miały swoje wieloletnie przyczyny. W filmowym uniwersum Marvela zaś grupa Avengers ledwo debiutowała, a jej liczebność jest dość skromna w porównaniu z oryginałem. Braciom Russo udało się jednak mnie zaskoczyć i co więcej, stworzyć dzieło które zdeklasowało film Zacka Snydera.

Ultron poszedł na złom. Skład Mścicieli poszerzył się o kilka osób, w tym Visiona i Scarlet Witch ( którą tutaj nazywają po prostu Wandą ). Kapitan Ameryka obejmuje dowództwo nad grupą. Herosi ścigają grupę pod przywództwem niejakiego Crossbones’ a. Wydawać by się mogło, że wszystko już wiadome. Ale nieoczekiwanie terrorysta ginie. Przy okazji powodując kolejny incydent sprawiający, że Avengers przestają być nietykalni. Na arenę wkracza bowiem generał Ross ( William Hurt). Ten sam który nie lubi Hulka, a w komiksowym uniwersum jest Red Hulkiem. Tutaj wymyśla dokumencik który daje mu faktyczną władzę nad działaniami Avengers. Jakie będzie miało to znaczenie w następnych częściach ? Zobaczymy. Póki co powoduje postępujący podział między herosami. I o ile Stark i Rogers jakoś by się dogadali to w przypadku nagłego pojawienia się Winter Soldiera nie mogą dojść do konsensusu. Główny badass’ em jest Zemo. I takie spojrzenie na tę postać mi się podoba. Bez ciepłej kufajki na głowie i kretyńskiego stylu bycia. Pozornie niepozorny, ale o wiele groźniejszy od Ultrona, sprytem i przebiegłością dorównujący samemu Lokiemu. 

Film ten ma sporo debiutów i poł- debiutów. Pierwszy raz okazję mają wystąpić Black Panther i Spider- Man. T’Challa w wykonaniu Chadwicka Mackie znakomicie oddaje charakter postaci. Honorowy, nieco heroiczny i nie stanowiący wyzwanie nawet dla Rogersa. Pajęczak zaś w końcu jest taki jaki być powinien. Nastolatek o nieco amatorskim podejściu do swej profesji, na dodatek w równym stopniu zafascynowany Iron Manem i Kapitanem. Tom Holland zaskoczył i dobrze oddał lekko kpiarski sposób bycia postaci. Gorzej z ciocią May. Marisa Tomei to aktorka zdecydowanie za młoda na tę rolę. I zdecydowanie nie jest ona tak skromna i nobliwa jak komiksowy pierwowzór. No i Ant- Man. W końcu miał WIĘKSZĄ rolę.

Nie mogę nie ulec przeświadczeniu, że filmowe wewnętrzne starcie Avengerów było bardziej  kułaczym bojem obrażonych na siebie kumpli niż faktycznym konfliktem. W powieści graficznej Iron Man i Kapitan Ameryka prali się po pysku do utraty uzębienia. Tutaj troszkę jeden poturbował drugiego, troszkę nakrzyczał i tyle. Ale po cóż komplikować ? „Wojna bohaterów” i tak przebija „Erę Ultrona” i swego konkurenta z filmowego DC. Bracia Russo potrafili wyczuć na ile mogą sobie pozwolić, a Cap i Iron Man nie musieli wypominać sobie imion matek. 

Sceny potyczek są widowiskowe. Finałowa bitwa liderów zwaśnionych stron ma więcej symbolizmu ( jak chociażby specjalnie przez twórców zwolniona scena nawiązująca do komiksu ) niż spektakularności, ale liczy się tu treść nie widoczki. Cieszę się, że twórcy do końca nie wcisnęli na siłę Thora i Hulka. Gromowładny i Sałata to zdecydowanie za ciężki kaliber. No i wiadomo, że staromodny bóg piorunów i antyrządowy doktorek poparli by stronę Rogersa co wywołało by sporą dysproporcję sił. 

Captain America Civil War

Filmowcy mieli też kilka ciekawych koncepcji oprócz świeżego spojrzenia na Zemo. Pupil Falcona o imieniu Redwing nie jest już żywym sokołem, lecz dronem. Relacja Visiona i Wandy zaczyna być podejrzanie bliska, ale póki co daleko jej do międzygatunkowego romansu co również nieco odróżnia świat filmowy od komiksowego. Jest po prostu nowocześniej ( tym razem nie w stylu Ultimate ) i nieco mniej skomplikowanie ( dużo mniejszy bagaż fabularny ). „Wojna bohaterów” obala więc tezę z którą jeszcze niedawno byłem zgodny, iż jeśli chce się ekranizować jakiś wielki tytuł komiksowy trzeba być wierny oryginałowi. Film pokazał, że komiks może być ledwie szkieletem na którym stworzy się równie dobre dzieło.

Podsumowanie: Jestem pozytywnie zaskoczony tym obrazem. Mimo, iż to coś kompletnie innego niż komiks całość prezentuje się bardzo dobrze. Kto wie ? Może dla niektórych nawet lepiej niż oryginał. Mniej przemocy, bratobójczych walk i ponurej refleksji. Więcej rozrywki, odrobinę charakterystycznego dla kinowego Marvela humoru i dobrego widowiska. Miła odmiana po mrocznym „Batman v Superman”. I klimatowa i jakościowa. 

#193. – WKKM #17 – Brian Michael Bendis, Gabrielle Dell’otto – „Tajna Wojna”

Standardowy

Brian Michael Bendis to autor mający swoje plusy i minusy. Jego najsłabsze dzieła nie są totalnymi gniotami, ale są co najwyżej przeciętne. Jego najlepsze- to prawdziwe diamenty. „Ród M”, „Era Ultrona”, „Upadek Avengers”. Wszystkie łączą się w kilku punktach. Wydarzenia wstrząsają posadami świata Marvela, występują w nich niemal wszystkie istotne postaci, a scenariusz zaskakuje w wyważony sposób ( nie na zasadzie- wyrżnę połowę postaci i zobaczę co się stanie ). Obok wielkich tytułów autorstwa tego scenarzysty niepostrzeżenie może umknąć jednak bardzo ciekawa pozycja. Nazwa jej to „Tajna Wojna”. I na szczęście nie ma nic wspólnego z „Tajnymi Wojnami” Jim Shootera.

Skąd więc tytuł ? Osobiście na miejscu BMB dla odróżnienia od komiksu dawnego naczelnego Marvela nazwałbym go „Tajną Wojną Fury’ego”. Bo to naczelnik S.H.I.E.L.D. gra tu istotna rolę. Po „zdemontowaniu” Dr Doom’a z roli przywódcy państwa Latverii, USA jak ma to w zwyczaju, wprowadza tam demokrację. I marionetkową premier Lucią von Bardas . Jak się jednak okazuje kobiecina przechytrzyła cwanych Jankesów i robi im za plecami kuku wraz ze złoczyńcami różnego, głównie drugoligowego, formatu. Jednooki Nick stara się więc przetłumaczyć tuzom z Białego Domu, iż należy pannę von Bardas wysłać tam gdzie jej poprzednika. Mikuś Furia ma na to swój plan.

Fury nie idzie pochlipać do Avengers i nie leci Hellicarrier’em nad Latverię. Zbiera grupę najbardziej zaufanych herosów z ulicy ( dosłownie ) i wyrusza pokazać czym grozi igranie z JuEsEj. Warto wspomnieć, że na tę misję herosi dostają nowe, znakomite stroje. Aż szkoda, że tylko na jednorazowy wypad. Ta bojowa wycieczka przyniesie jednak dość nieoczekiwane konsekwencje. I dla niego i dla zwerbowanych trykociarzy. Nick Fury przekonuje się, że z babami się  nie zadziera.

Rysunkami zajął się Gabrielle Dell’otto. Artysta odpowiadający również za „grzbietową” grafikę na tomach WKKM. Komiksy malowane to coś co kręci każdego. Technika artysty różni się co prawda od tej Alexa Ross’a, ale plansze jego autorstwa są na równie wysokim poziomie co te z „Kingdom Come”. Dell’otto nieźle radzi sobie w dynamicznych kadrach z wieloma planami akcji i jeszcze większą liczbą szczegółów. No i nowe stroje grupki herosów- niestety użyte tylko na te jedyną akcję.

Całość ma charakter nieco szpiegowski, lecz fani wielkich, zespołowych potyczek nie będą czuli się zawiedzeni. Plusem jest też fakt, że Bendis zwrócił uwagę na określony typ herosów. Misja Fury’ego była w końcu tajna, a więc obecność powszechnie zwracających na siebie uwagę jegomościów jak Hulk czy Thor byłaby głupotą. Niezły scenariusz i strona graficzna to jednak nie wszystko. Pojawiają się stenogramy z rozmów ze schwytanymi przez Tarczę badass’ami, dane na ich temat, ale też szczegółowe „teczki” na członków wypadu do Latverii. Jak widać Nick jest równie ufny wobec swych sojuszników co Wayne.

Podsumowanie: Historia nie będąca wielkim eventem, jednak będąca kroplą w czary goryczy jaka spowodowała Wojnę Domową. Coś dla fanów BMB którzy chcą nieco odpocząć od jego większych tytułów, jednocześnie pozostając w klimacie grupowych potyczek w których herosi nie zawsze dominują. No i wiadomo już co gdzie się podział Fury w trakcie Civil War i M- Day.

Rzecz o… Trójcy. Jednej i drugiej.

Standardowy

Trójka to dobra liczba. Dwóch to trochę za mało. Relacje są ograniczone, do tego jeśli są to jednostki przeciwne płciowo umysł nasuwa skojarzenia i swata je mimo woli. Jeśli to same chłopy albo same baby zazwyczaj tworzą się tarcia. Autorzy lubią bowiem łączyć ze sobą przeciwieństwa. No chyba, że to jacyś przeklęci yaoiści… :D

Nic dziwnego więc, że Trójcą nazywani są czołowi herosi DC Comics- Superman, Batman i Wonder Woman. Ucieleśnienie amerykańskich wartości, bogacz mogący sobie pozwolić na superbohaterskie gadżety i wojowniczka związana z mitologicznym światem. Zaraz… Kogoś to przypomina prawda ? Bo czyż ideałem Amerykańskiego Snu nie jest Kapitan Ameryka/ Steve Rogers ? Czy krezusem z wypasionymi gadżetami i genialnym umysłem nie jest Iron Man ? I czy mitologicznym wojownikiem, a właściwie bogiem, nie jest Thor ? Marvel jednak inaczej eksponuje powyższą trójkę. Jakie są różnice i podobieństwa między Trójcami konkurencyjnych, komiksowych gigantów ?

Amerikan Drim

Clark Kent wychował się na farmie w Kansas. Wsiowy chłop o mocach boga ma więc prostolinijne poczucie sprawiedliwości, dobre serducho i nieco harcerzykowate pojmowanie świata. Steve Rogers to syn irlandzkich imigrantów. Niegdyś cherlawy kurdupel z miłością do Gwieździstego Sztandaru, po eksperymencie mającym zapoczątkować taśmową produkcję superżołnierzy jedyny z nich. Zarówno Supek, jak i Cap wierzą w Wolność, Demokrację, Równość, Swobodę Wypowiedzi i inne wartości pisane z dużej litery których popularność rośnie wraz z wyborami z wielu krajach. Co więcej- realizują je. Jednak o ile Kal- el może pozwolić sobie na bycie ideałem z racji na swoją kuloodporność, o tyle Kapitan musi uważać na różnorakie zbłąkane kulę. Ale czyż nie chroni go gwieździsta tarcza ?

Kryptończyk z „S-ką” na piersi i okutany w jankeskie barwy wojak z tarczą są nieformalnymi liderami swych drużyn. Clark ma za plecami nieco bardziej rozsądnego Batmana, ale on za to lata, jest bożyszczem tłumów i ma lasery z oczu. A Bruce to ponurak, a takich lubi się mniej. Rogers zaś to trep w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Słysząc jego głos nawet rozszalały Hulk czy gromowładny, asgardzki bóg wyprężają pierś krzycząc – Yes sir ! Obaj panowie są sumą najbardziej cenionych wartości i obaj są nieco naiwnie prostolinijni. Tacy jacy powinni być wielcy liderzy.

 W mroku miasta i w błysku fleszy

Stark był dobrze rokującym potentatem militarnym. Dopóki nie spotkało go kuku i nie trafił do niewoli. Pojmując tym samym, że możesz mieć miliony, a i tak znaleźć się w czarnej sytuacji po stworzeniu pierwszej, topornej jak socrealistyczna architektura zbroi kiełkuje w jego zakutym już łbie myśl o działalności superbohaterskiej. Zgoła inną postacią jest Bruce Wayne. Fakt- jest bogaczem jak Tony. Fakt- jego moc to w sporej mierze sprzęt z marzeń każdego geeka. Fakt- jego genezę zapoczątkowały traumatyczne, choć nie dotyczące bezpośrednio fizycznie jego przeżycia. Lecz od Iron Mana różni się tym, iż bez swych zabawek może skopać zadek. A wyszczerzonym w hollywood’ kim uśmiechu playboy’em jest tylko na pokaz. Jego trykociarski wizerunek to mroczny typ który stanowczo nie jest ekstrawertycznym W głębi duszy to dość skomplikowana psychicznie persona. A Tony ? Nawet jako heros bryluje w swej futurystycznym pancerzu i rzuca żarcikami na lewo i prawo.

Oboje jednak są sponsorami swoich kumpli. Tak więc za wielkimi ideowcami, półbogami, mutantami i kosmitami stoją zawsze goście którzy płacą czynsz na monumentalną siedzibę, samoloty, karnety na loty w kosmos i inne ośmiorniczki. I taką rolę pełnią w swych zespołach Iron Man i Batman.

Asgard i Olimp

Mitologia od zawsze fascynowała. Od pojawienia się koncepcji superbohatera oczywistością było, iż któryś z nich będzie miał korzenie w dawnych legendach i mitach. Nikt jednak nie przypuszczał, że niemal każdy panteon ma swoje przedstawiciele w współczesnym komiksie. Najbardziej znani są jednak Thor i Diana. O tym pierwszym nie trzeba mówić. Jedynodzierżca Mjollnira, syn Odyna, pogromca Fafnira, władca gromów. A do tego członek Avengers i najlepszy kumpel faceta ubranego w amerykańską flagę i bogacza w metalowym kostiumie. Thor to jedna z postaci zdolnych . A jednocześnie  Wonder Woman to twarda kobieta. A do tego rozmiękczająca męskie serca. Córka Hipolity, podobnie jak asgardzki bóg, jest nieco narowista, ma ciężką rękę, nie należy też do zbyt subtelnych. Jedną z rzeczy która ich różni to fakt, że jednak Thor jest bogiem. Diana zaś amazonką która ma spowinowacenia z Olimpijczykami, ale bóstwem nie jest. Gromowładnemu częściej też zdarzały się wypady w kosmos. Wonder Woman sporo czasu zaś przesiedziała na wyspie w babskim towarzystwie. Co nie przeszkodziło jej stać się najpopularniejszą damą w DC. Podobnie jak mitologiczny spadek i opinia pijaka i bawidamka nie przeszkodziła synowi Odyna stać w pierwszym szeregu Mścicieli.

Oboje są często marnotrawnymi dziećmi swych rodziców, oboje też władają mitycznym orężem. Ich obyczaje ( a bywało, że i składnia ) wydają się być nieco z innej epoki, ale mentalność tworzy obraz heroicznego wojownika wierzącego w honor i poświęcenie. Taką tez rolę pełnią w Avengers i JL. Uosobień dawnych, wydawać by się mogło, archaicznych wartości i nieco twardorękich wojowników którzy łączą dwa sprzeczne żywioły jak konserwatyzm Capa i liberalizm Starka czy otwartość Supermana ze tajemniczością Batmana.

Jak już mówiłem- trójka to liczba doskonała. Co prawda do obu triumwiratów wydawnictwa doczepiają czasem Hulka, Spider- mana czy Green Lanterna i Flasha, ale to trójka o wszystkim decyduje. Lider. geniusz ( chciałoby się rzec sponsor ), i silnoręki. Jedna funkcja nie wyklucza drugiej, gdyż Supek znacznie przewyższa Dianę, a i Starkowi zdarzyło się dowodzenie, ale ogólny, nieco umowny podział jest najprawdziwszy. Jak widać- troje to nie tłok. :)

PS : A się Hawkeye na przyczepkę załapał… :D

Rzecz o… superbohaterskich szablonach cz. 1

Standardowy

Superbohaterowie są współczesnym odbiciem mitologicznych herosów i w tym tkwi ich sukces. Ludzie potrzebują bowiem niekiedy światłych liderów, istot nadludzkich lub niemal nadludzkich. Dość mają codziennie nudno- szarych bohaterów którzy to trapią się codziennymi problemami. Ot znowu jakiś Lubicz czy inny Mostowiak. Chociaż w serialach z udziałem tych familii ich członkowie mają więcej niemożliwie fikcyjnych przygód niż niejeden członek JLA czy Avengers…

Ikona

Najbardziej popularny i najbardziej stereotypowy typ herosa. Taki w jaskrawej pelerynie, silny jak tur, szybki jak komornik w kwestii zajmowania dóbr i piękny jak Rzeczpospolita. Zbawca mas i protektor niewinnych. Pogromca zła i chodzący wzór. Po prostu- IKONA :) .

Najbardziej charakterystycznym przedstawicielem tej kategorii jest Superman. Z wielką „S- ką” na piersi w czerwonej pelerynie i aż do czasów New 52! w gatkach o tym samym kolorze. Kal- al odegrał nieporównywalną rolę w medium komiksowym, jak i w całej współczesnej kulturze. Najbardziej szlachetny i śmiało można rzec, że w gruncie rzeczy jeden z najpotężniejszych trykociarzy nie tylko w uniwersum DC z lekkim podtekstem boskim. Najbardziej uderza fakt, że Clark Kent to w mimo swego pozaziemskiego pochodzenia i zdolności jest prostym farmerem z Kansas i o bardzo prostym systemie moralnym i myślowym.

A teraz ikona z nieco innej perspektywy, czyli Kapitan Ameryka. Steve Rogers nie ma wielkokalibrowych zdolności. W gruncie rzeczy ma jedynie swoja tarczę, troszkę więcej krzepy w jankeskich muskułach i tony charyzmy. Prawdziwy i moim zdaniem jedyny słuszny lider Avengers obleczony w barwy Old Glory jest co prawda oczerniany tym, iż jest tylko hamerykanckim pajacem, ale to opinia sowieckich szpiegów i liberałów. Co na jedno wychodzi :) .Wydawać by się mogło, że Cap jest herosem tylko i wyłącznie żywym w umysłach Amerykanów i najzagorzalszych jego fanów. Błąd ! Jest to archetyp żołnierza idealnego. O ile Superman to typowy fruwający idol oscylujący na granicy boskości, o tyle Kapitan Ameryka to wódz prowadzący tłumy na barykady, ciągnący za sobą żołnierzy na heroiczny bój na miarę Leonidasa.

Do tej kategorii można zaliczyć dość sporą rzeszę herosów. Iron Man, Thor, obaj Kapitanowie Marvelowie, Wonder Woman, Green Lantern i wszystko co lata i powiewa peleryną budząc ochy i achy nie tylko młodych panien. Ikona więc zachwyca, ale i irytuje. Niemal zawsze wygrywa, a jak nie to ma kumpli do pomocy. Jest chodzącym ideałem i tylko dlatego chyba autorzy scenariuszy od czasu do czasu lubią takiego pomnikowego hiroł ukatrupić. Przykład pierwszy z brzegu- dwaj panowie wymienieni powyżej. Ich zgony odbiły się szerokim echem nie tylko w świecie komiksowym.

Jaką rolę w komiksie odegrał ten typ postaci superbohaterskiej ? Przede wszystkim nieco zaszufladkował ten rodzaj powieści graficznej, która dla przeciętnego odbiorcy wydaje się infantylna i dziecinna. Lecz czymże byłby komiks bez Supermana ? Bez nieco naiwnych i łatwowiernych historyjek o dobrych bohaterach i złych łotrach ? Jeśli miałbym wskazać potwierdzenie tezy, iż superbohaterowie to obecni odpowiednicy antycznych herosów wskazałbym właśnie ten typ trykociarzy. Dokonujących wielkich czynów, oscylujących na granicy człowieczeństwa i boskości.

 

Ulicznik

Czyli tak zwani street- level heroes. Mowa tu o bohaterach którym nie w głowie kosmiczne wojaże, stanie na piedestale i brylowanie w świetle fleszów. Mowa tu o takich jednostkach jak Spider- Man, Luke Cage, Iron Fist, Daredevil, Green Arrow czy Batman. Na pół herosi, na pół miejskie legendy. Nie raz znajdujący się bliżej bruku niż by tego chcieli.

Spider- Man/ Peter Parker nie jest człowiekiem sukcesu. Poza przypadkowym ugryzieniem radioaktywnego pająka i dwoma wspaniałymi kobietami  które po części go niańczą jest po prostu szarym, pechowym obywatelem. Fotoreporter w Daily Bugle’u w którym główne sukcesy zawdzięcza faktowi, iż sam sobie cyka fotki. Jakiś czas nauczyciel w swoim dawnym liceum. Posiadający całe spektrum przeciwników ubranych w kostiumy zwierząt. Pechowiec. Po prostu. Mimo to ma na tyle hartu ducha by rzucać dowcipami w stronę oponentów, patrzeć na siebie w nieco krzywym zwierciadle i kochać damy swego serca- MJ i ciocię May. Nie zapominając jednak o Gwen i wujku Benie.

Mimo całej swej  najbardziej rozpoznawalny heros Marvela. Za nim plasują się poszczególni członkowie Avengers i X- Men, lecz są na tyle daleko, że Parker może swobodnie nazywać się ikoną Marvela. W świecie Ultimate Spider- Manem staje się po śmierci Petera niejaki Miles Morales. Jak rozwiążą się losy Petera i Milesa po „Secret Wars III”. Dla mnie relacja mistrz- uczeń z lekko humorystyczno- ironiczną nutą byłaby najlepszym rozwiązaniem.

I żeby odreagować nieco od rzucającego żarcikami Parkera czas na Wayne’a. Batman mroczną i małą zabawną ( w przeciwieństwie do swojego arcywroga ). Batman i cała symbolika która narosła wokół niego to temat na wiele, wiele rozważań i artykułów. Sama jego geneza została przytoczona wiele razy na łamach komiksów nie tylko o samym Batmanie. Śmierć rodziców która odcisnęła na młodym Bruce’ie silne piętno i stworzyło Batmana. Gothamskiego mściciela . Ba ! Jest punktem zapalnym dla całego uniwersum DC. Bez niego JL byłaby zbieraniną wesolutkich pół- bogów z których może i część ma genialne umysły, ale nie są… no cóż, po prostu Batmanem. :D Bruce Wayne to krezus pełną gębą, ale skrajnie różny od Tony’ego Starka. Zdarza mu się co prawda wdziać mocarne zbroje, ale jego domeną jest mrok i mgła ulic miasta Gotham.

Zarówno w życiu Pająka, jak i Nietoperza niebagatelną rolę odgrywała śmierć bliskich im osób. Nie inaczej było z Człowiekiem Bes Strachu. Matt Murdock stracił wzrok poparzony radioaktywnym izotopem ( znawca by się czepił – jaka to substancja, ale niech mu batarang lekkim nie będzie ), lecz tak naprawdę dopiero po morderstwie jego ojca okrzepł jako heros. Odtąd stał się diabłem- stróżem dzielnicy Nowego Yorku będącej istnym przedsionkiem piekła. Prywatnie jest prawnikiem i mimo świadomości bezkarności sporej części oskarżonych przez niego bandosów działa w imię prawa do końca. A jak nadejdzie ten koniec zawsze jest Daredevil…

Co wnoszą herosi ulicy ? Powiew realizmu. Głębie postaci. Ich charakter nie jest przytłumiany przez epickie niczym skandynawskie sagi opowieści, swoistą galaktyczną skalę wydarzeń. Częste nawiązania do stylistyki noir, dramatu psychologicznego czy kryminału dodają dodatkowo smaczku . A poza tym czasem lepiej zagłębić się w lekturze w której postać nie jest z innej planety, nie włada materią, magią czy ludzkimi umysłami. Jest po prostu człekiem z krwi i kości i czasem zdarza jej się nie mieć gotówki do dziesiątego lub stracić pracę.

Jeśli więc Ikony pełnią funkcję bądź co bądź bogów, tak Ulicznicy są herosami którzy niegodni boskich krain wędrują wśród ludzi. Herosami którzy częstokroć lepiej rozumieją człowieczeństwo i szarą ludzką dolę. Wspaniały przykład pojawił się w „Kryzysie Tożsamości”. Gdy Liga załatwiła już problem naczelna Trójca opuszczała pole walki wracając do swoich domen. Ci z drugiego rzędu jak Green Arrow czy Zatanna musieli zaś dokończyć działa nieco radykalniej.

ciąg dalszy nastąpi…

#161. – WKKM #74 – Brian Michael Bendis, Alan Davis- „Pierwsi Avenegers”

Standardowy

Po perturbacjach jakie zgotował uniwersum Marvela człowiek znany jak Brian Michael Bendis w końcu musiała przyjść godzina spokoju ( piszę godzina bo jeszcze przed nimi kolejna bratobójcza potyczka- tym razem Mścicieli z mutantami) ). Po zniszczeniu Asgardu przez Sentry’ego w sześćdziesiątym tomie WKKM „Oblężenie” relacje na linii Thor- Iron Man- Kapitan Ameryka/ Steve Rogers nie ulegają poprawie. O ile Asgardczyk i Cap jakoś nie mają do siebie o nic żalu, o tyle stosunki ze Starkiem są nadzywczaj napięte. Przyznam, że nieco sceptycznie podchodziłem do tego tomu, choć jednocześnie go oczekiwałem. Alan Davis jako rysownik i dość mocno niewyjaśniona kwestia- jakim cudem Rogers i Stark znów są dobrymi kompanami skoro  jeszcze nie tak dawno pierwszy z nich zginął w przyczyny drugiego.

Trójka herosów rozgląda się po gruzach dawnej siedziby bogów. W międzyczasie Tony i Steve słownie drą koty, gdy nagle uświadamiają sobie fakt, że wraz ze zniszczeniem całego Asgardu zniknął również Bilfrost, czyli tęczowy most łączący i utrzymujący równowagę pomiędzy dziewięcioma światami. Zanim jednak to wszystko do nich dociera na chłodno zostają oni wciągnięci w to co zostało z mostu któremu dotąd strażował Heimdall.

Można powiedzieć, że historia nie jest jakoś szczególnie oryginalna. Cała trójka trafia do kompletnie różnych światów. Cap bez tarczy, Iron Man w zbroi sprzed wielu, wielu lat, Thorowi zaś nie pomaga nawet Mjollnir. Różne światy okazują się jednak tym samym uniwersum w którym dużą rolę odgrywa nordycka bogini śmierci- Hel. Obok niej pojawi się szereg mitologicznych i baśniowych stworzeń, w tym niektóre z nich z przeszłości Thora. I to jedna z zalet tego komiksu. Wielobarwność postaci i ich zróżnicowanie sprawia, że nie jest to kolejny crossover Bendisa ze stadem bijących się superbohaterów.

Ważnym motywem oprócz głównego wątku akcji są relacje między trojgiem peleryniarzy. Widoczne są uszczypliwości i niezabliźnione rany, jednak dialogi i humor z pazurem pokazują, że Odinson, Stark i Rogers to jednak ci sami starzy przyjaciele. Nie widać też tu Starka- zdrajcy, a Starka- zawadiakę, jaki pojawia się wykonaniu Roberta Downey’a Jr. . Thor zaś pełni cichą rolę mediatora.  Ocieplenie stosunków między naczelnymi Mścicielami to dobry znak- każdy miał już chyba dość bratobójczych scysji ciągnących się jeszcze sprzed „Upadku Avengers”.

Z Alanem Davis’em można było zapoznać się przy okazji „Avengers: Impas” czy „Fantastyczna Czwórka: Koniec” ( gdzie napisał nawet scenariusz ). Współtworzył on ze swoim imiennikiem Alanem Moore’m również „Captain Britain: The Crooked World”, które zostało nam w polskiej edycji WKKM barbarzyńsko wycięte ( no nie przeboleję tego… ). Rysownik łączy w swych dziełach nutkę starej szkoły i nowsze trendy. Duże, całostronnicowe kadry wychodzą mu plakatowo- billboardowo. Nawet zbiorowe, bitewne rysunki gdzie oręż splata się z orężem, a jeden bije drugiego nie powodują uczucia konfuzji. No chyba, że z wrażenia szczegółowości i dokładności rysunku Davisa. :)

Podsumowanie: Komis dla fanów trojga głównych bohaterów, ale tez dla ludzi ceniących cięte dialogi, piękne rysunki i dobrą, niebanalną akcję. Śmiało można wręcz powiedzieć, że Bendis pokonał samego siebie. „Pierwsi Avengers” są bardziej poczytni i po prostu lepsi niż „Oblężenie” na którego wydarzeniach jest ono oparte. Rysunki Davisa zaś są bez zarzutu- po prostu solidna, artystyczna robota. :)

PS: Marvel stanowczo zaniedbuje swoje postaci. W DC występuje takie zjawisko jak Trójca- Batman, Superman i Wonder Woman. Pierwszoszeregowe postaci wydawnictwa od których wiele się zaczęło i które nie raz ciągnęły je do przodu. W Marvelu jest podobnie. Z tą różnicą, że Thor, Kapitan Ameryka i Iron Man nikną pod ciężarem całej grupy Avengers, w której składzie nie zawsze były tak wspaniałe postaci jak oni, bądź nikną pod cieniem solowych main eventerów jak Spider- Man lub Daredevil czy grupy X- Men. Co jest dużym błędem, gdyż bohaterów tych analogicznie można postawić w opozycji do Trójcy DC. Cap/ Superman- pozytywni bohaterowie tłumów, herosi których można dawać młodzieży za przykład, Iron Man/ Batman- główna moc- gotówka i intelekt, obaj nie pozbawieni wad, ale spajający nie jeden raz Avngers/ Ligę Sprawiedliwości. Thor/ Wonder Woman- obecnie są nawet tej samej płci ( :( ). Ja jednak pamiętam starego dobrego Thora który nie był kobietą. Oboje związany silnie z mitologią. Oboje potrafiący dać równie mitycznym co oni stworom w szczękę. Oboje z jedynym w swoim rodzaju i potężnym orężem. I o dość archaicznym pojmowaniu świata, że o wysławianiu się nie wspomnę.

Nic więc nie stoi na przeszkodzie, aby Marvel nieco bardziej wyeksponował ( jak w tym komiksie ) te trzy postaci. Oczywiście po przywróceniu im dawnych tożsamości, bo teraz to… Ech…

Dr Oz