#278. – WKKM #105 – Jason Aaron, Brian Michael Bendis, Ed Brubaker, Matt Fraction, Jonathan Hickman, Frank Cho, John Romita Jr. – „Avengers vs X- Men cz.1″

Standardowy

Wielkie crossovery powstały z dwóch powodów. Aby zgarnąć nieco szeleszczących i brzęczących nominałów z portfeli konsumenta i po to, by nieco przewietrzyć woniejące już nudą uniwersum. Wśród tego typu wydarzeń zaś najwięcej sensacji wzbudzają te, w których herosi walczą między sobą. Nie kosmiczna inwazja, nie kryzys na wielu światach. Ale bratobójcze mordobicie w imię, mniej lub bardziej, banalnych ideałów. Bo czymże była główna przyczyna sławenej „Wojny Domowej” wobec wieloletniej przyjaźnie Capa i Starka ? Wydawać by się mogło, że niczym, lecz krew się polała. Podobnie jest i tutaj. Dwie, niejednokrotnie współpracujące ze sobą grupy rzucają się sobie do gardeł. Oczywiście nawet nie próbując usiąść do stołu. A co jest tego przyczyną ?

Phoenix powstaje z popiołów. Potężny, kosmiczny byt zmierza w stronę Ziemi. Jean Grey nie żyje ( znowu ), ale płonąca bestia upatrzyła sobie na cel inną pannę związaną z nazwiskiem Summers. Jest jest nią niejaka Hope, pierwsza mutantka urodzona po M- Day. Przeklętym przez mutantów dniu, w którym Scarlet Witch wymazała połowę populacji homo superior. Garstka mutantów ocalałych po tych wydarzeniach liczy, iż Phoenix nosi swą nazwę nie na darmo i przyczyni się do rezurekcji ich gatunki. Skrajnie inny punkt widzenia przejawiają Avengers. Grupa pod przywództwem Kapitana Ameryki obawia się przybycia kosmicznej istoty znanej z siania spustoszenia i zagłady. Konflikt interesów wydaje się być nieco błahy. Odnoszę wręcz wrażenie, że Cap i Cyclops tylko czekali, aby móc pokazać, który z nich jest prawdziwym samcem alfa.

Dość specyficzna rola przypada Wolverine’ owi. Logan, który poróżnił się z Summersem na łamach „X- Men: Rozłam” stoi po stronie Avengers, ale jednocześnie w na pozycji tego, któremu ciężko jest zaufać. Nic dziwnego- gdzieś bowiem w duszy zakapiora ze szponami z adamantium gra czuła struna tęsknoty i żalu za panną Grey.

Podobnie jak w historii Millara i McNivena, tak i tu, dziwi mnie prędkość z jaką dotychczasowi sojusznicy zaczynają obijać się kułakami. Ma to w sobie wręcz wrestlingowy sznyt. Tylko w tego typu widowiskach dotychczasowi sojusznicy ot tak zmieniają stronę. Sęk w tym, iż w amerykańskich zapasach to rzecz wręcz obowiązkowa i podnosząca napięcie. W komiksach zaś nie zawsze się sprawdza, a nieskomplikowane pobudki wzajemnej wrogości sprawiają, że ciężko jest przejść obok nich obojętnie. Bo całkiem fajnie zobaczyć dwie największe grupy Marvela w bezpośrednim starciu. Lecz uproszczenie jego genezy już takie nie jest.

Obok głównej opowieści wydawca dorzucił serię „AVX Versus” ilustrującą solowe walki członków obydwu grup. Main eventem jest tu bez wątpienia walka między Iron Manem, a Magneto, lecz zestawienia takie jak Kapitan Ameryka vs Gambit czy Thing vs Namor również robią wrażenie. 

Pierwszą część ilustruje John Romita Jr. Nie będący w swej szczytowej formie. Nie jest to zbrodnia jakie zdarzało mu się popełniać nawet na łamach WKKM ( pamiętny „Black Panther” ), ale daleko mu do formy z „World War Hulk” czy „Spider- Man: Homecoming”. Zbyt często bywa niedbały, aby móc przemilczeć zepsute kadry. Szczególnie, iż w następnych tomach wypada nieco blado przy Oliverze Coipelu czy Kubercie. Wystarczy spojrzeć na powyższy kadr, aby przekonać się, co nie poszło nie tak Romicie Młodszemu… :p

Podsumowanie: Batalia mutantów i Mścicieli odcisnęła silne piętno na świat Marvela. Ale o tym więcej przy okazji recenzji dalszych części tegoż eventu. Póki co grupy są zajęte na tyle sobą, aby nie zauważyć, iż to Phoenix jest największym zagrożeniem. Olśnienie przychodzi nagle, w momencie, gdy przychodzi przywitać się z płomienną, kosmiczną gąską.

#276. – Jonathan Hickman, Mike Deadato – „New Avengers: Nieskończoność”

Standardowy

Kolejny tom z serii „Nieskończoności” Marvela. Ten kto myślał, iż Avengers mają pełne ręce roboty niech zwróci swe oczy ku grupie Iluminati. Tajny krąg herosów boryka się nie tylko z problemami związanymi z Inkursjami czy podwójną inwazją ale też z wewnętrznymi niesnaskami. Królowie dwóch królestw, Namor i Black Panther, biorą się za bary. A przyczyny ich konfliktu mają swe zarzewie jeszcze w wojnie Avengers i X- Men, gdy to opętany Phoenixem władca Atlantydy spustoszył jedno z bardziej ludnych miast Wakandy. 

Ofensywa Budowniczych i następująca po niej inwazja Thanosa nie przerwały w cudowny sposób pojawiania się Inkursji. Wprost przeciwnie-  mają się dobrze, a piętrzące się kłopoty sprawiają, że trudna misja dla Iluminati stała się jeszcze trudniejsza. Szybko też wychodzi na jaw, że tajne stowarzyszenie  jest kiepsko zgrane- napomknięty wcześniej konflikt między królem Wakandy, a królem Atlantydy przeradza się paranoiczną, bratobójcza wojnę z konsekwencjami większymi niż obaj mogli przewidzieć. Obojgu królom los jednak odpłaci za wzajemne bitki i to srogo.

Niewinnym  nie pozostaje również i trzeci monarcha. Black Bolt wie o prawdziwej przyczynie przybycia Thanosa na Ziemię i informuje o tym swoich resztę Iluminati. Co nieco wie również jego brat, Maximus Szalony. Nie jest on jednak na tyle szalony, aby informować kolejną osobę wbrew woli brata o tajemnicy i jego sekretnym zgromadzeniu. Nawet jeśli tą osobą jest jego królowa Medusa.

Nie samymi królami jednak ta historia stoi. Konsekwencje swych decyzji poniesie również Doktor Strange konfrontując się z Ebony Maw, zaś Tony Stark po wojażach w kosmosie będzie musiał przemyśleć to i owo. Znacznie większą rolę niż w „Avengers: Nieskończoność” ma tu Thanos. O ile w tam pojawił się pod sam koniec, gdy konflikt z Budowniczymi był w większym stopniu rozwiązany, o tyle tutaj Szalony Tytan i Cull Obsidian pokazują mają do powiedzenia znacznie więcej.

Deadato to nazwisko, które pojawiło się przy innych dziełach ze stajni Marvela. Zilustrowanie więc jednej z kluczowych części „Nieskończoności” nie dziwi, a mnie osobiście wręcz cieszy. Postaci nie są zamykane w kadrach- artysta pozwala się im pokazać. Jak chociażby przy scenie małżeńskiej rozmowy pary królewskiej Inhumans czy ujmowaniu w niektórych momentach Szalonego Tytana, które pokazuje kto jest najsilniejszy na boisku.

 

Podsumowanie: Iluminati to dość specyficzna grupa. Jest ugrupowaniem pośród innych ugrupowań. Ich cele są tajne i mało superbohaterskie. Nazwałbym ich ludźmi od brudnej roboty, gdyby nie fakt, iż daleko im do chłodnego profesjonalizmu i fachowości, a bliżej do grupy wsparcia. Osobiste animozje i ambicje. Własne, często sprzeczne z interesem reszty grupy, ukryte cele. I fakt, że ta sama grupa podjęła już wcześniej mało rozsądne decyzje w stylu wysłania Hulka w kosmos. Cóż… Jeśli tak wyglądać ma prawdziwa, otoczona złą sławą organizacja kontrolująca świat – nie musimy obawiać się żadnych NWO, globalnego ocieplenia, ataku Marsjan i przypuszczeń, iż Ziemia jest dyskiem.

#275. – Jonathan Hickman, Leinil Francis Yu – „Avengers: Nieskończoność”

Standardowy

Poprzedni tom o jakże zwiastującym tytule „Preludium Nieskończoności”, przyniósł ze sobą kolejne zmiany personalne w składzie Avengers. A raczej kolejne rozszerzenie kadr. Do grupy dołączyli bowiem Starbrand i Nightmask, a także niedawni oponenci grupy- Ex Nihilo i Abyss. Zdawać by się więc mogło, że takiemu teamowi nikt nie stanie na drodze. Że wystarczy sama wzmianka o nich, a każdy superłotr mający trochę oleju w głowie schowa się w najciemniejszy kąt. Lecz zagrożenie z jakim przyjdzie zmierzyć się Mścicielom będzie przerastało nawet ich. I kilka kosmicznych imperiów razem wziętych.

Do Ziemi zbliża się flota Budowniczych. Starożytnej rasy, odpowiadającej za kreację życia we wszechświecie. Przynajmniej jego części, bo ten kto zna uniwersum Marvela wie, że takich protoplastów było wielu. Inwazja ta nie byłaby pewnie dla reszty cywilizacji  szczególnym utrapieniem, gdyby nie fakt, iż owi Budowniczy niszczą wszystko po swej drodze. Szybko więc formuje się sojusz skupiający w sobie miedzy innymi Kree, Skrulli, siły Annihilusa, Spartax i ziemskich herosów spod wielkiej litery A. Zdawać by się mogło, że Budowniczy jedyne co mogą zrobić to przeprosić za zamieszanie i udać się w daleką podróż stamtąd, skąd przybyli. Nic bardziej mylnego. Antyczna nacja to twardziele, dla których owa koalicja to prymitywy, których można 

Hickman stale buduje napięcie. Gdy wydaje się, że znaleziono sposób na najeźdźców okazuje się, że były to liche nadzieje. Antyczna rasa to twardy orzech do zgryzienia dla zjednoczonych potęg, a co gorsza wydaje się, że kosmiczna ententa połamie sobie zęby na nim zęby. Ale zaraz ? Czy w składzie Avengers nie była przypadkiem Captain Universe, do której smaliłby cholewki zapewne sam Dr. Manhattan ? Ten kto liczy na wejście tej potężnej istoty w samym finale i zrobienia porządku ze swymi nieposłusznymi dziećmi, bo nimi są dla niej Budowniczy, nieco się przeliczy. Lepiej za to zwrócić więcej uwagi w stronę Ex Nihilo. Mimo oddalenia od frontu, będzie miał niebagatelną rolę do odegrania już po konflikcie. 

Leinil Francis Yu nie bał się szaleć w przedstawianiu kosmicznych potęg. Ogromne floty w pełnym chaosie walki, pojedynczy bohaterowie walczący z coraz to nowym zagrożeniem. Coraz nowym gdyż dla zapominalskich- zaraz po ataku Budowniczych następuje inwazja w wykonaniu sił Thanosa. I nie sposób przegapić nowej fryzury Captain Marvel, dzięki której panna Denvers mogłaby być wzięta za siostrę pewnej nacji wojowników z legendarnego anime. 

Podsumowanie: Jak wspominałem przy okazji „Nieskończoności”, cały event powinno się przeczytać mając przed sobą trzy około- mścicielowe tytuły pióra Hickmana. Tworzą one rozległą, lecz spójną i niezłą historię dla osób chcącym na kartach jednej historii poznać zobaczyć nie tylko Mścicieli, ale lwią część uniwersum Marvela. A jako, że wojna z Budowniczymi przeplata się z wątkiem z „Nieskończoności” można spodziewać się pierwszych zwiastunów sił Thanosa.

#274. – Jonathan Hickman, Jim Cheung, Jerome Opeña, Dustin Weaver – „Nieskończoność”

Standardowy

Prowadzący serie „Avengers” i „New Avengers” Jonathan Hickman nie należy do zwolenników kameralnych historii, skupionych na garstce postaci i jednym, jedynym przeciwniku. Cała afera związana z Budowniczymi sama w sobie była potężnie rozbudowanym crossoverem angażującym wszelkiej maści grupy, a nawet kosmiczne cywilizacje z uniwersum Marvela. Autor poszedł jeszcze dalej. Gdy wydawało się, że przeciwnik został pokonany i wszyscy mogą odetchnąć z ulgą pojawia się nowy wróg. I to nie byle jaki, bo sam Szalony Tytan- Thanos.

„Infinity” fabularnie zazębia się z wspomnianymi „Avengers” i „New Avengers”. Ale aby w pełni zrozumieć motywację Thanosa i cel jaki sobie obrał radzę sięgnął po komiks pióra Jasona Aarona- „Thanos powstaje”. Wracając jednak do fabuły „Nieskończoności”. Oto gdy sprzymierzone siły przybywają na Ziemię zostają ją oblężoną przez siły Thanosa. Superłotr na skalę kosmiczną przybył na Niebieską Planetę wykorzystując nieco nieobecność sporej części herosów, lecz jego przybycie tak naprawdę było tylko kwestią czasu. 

Warto na chwilę zatrzymać się na Cull Obsidian, czyli Czarnym Zakonie. Grupie istot, będących najbliżej Szalonego Tytana. W jej skład wchodzą: Corvus Glaive, Proxima Midnight, Ebony Maw, Black Dwarf, Supergiant. Każde z nich zdolne jest mierzyć się z największymi i najpotężniejszymi herosami jak Hulk, Doktor Strange czy Hyperion. Każde też jest ślepo oddane Thanosowi. A skoro mowa o nim samym. Nie mając w ręce lub na ręce żadnego artefaktu czyniącego z niego boga, nie odpuszcza, a swoimi działaniami budzi postrach na wielu planetach. Nic dziwnego- jego danina jest godna samego biblijnego Heroda. 

Hickman serwuje nam kilka naprawdę pięknych momentów. Pojedynek Black Bolta i Thanosa, „kapitulacja” Thora czy konfrontacja Strange’ a i Ebony Maw to coś niezapomnianego. Filmowcy powinni brać przykład jak napisać dobry scenariusz ze sporą ilością fajerwerków i nie popaść w nadmierny infantylizm.

 Opeña i Cheung, z naciskiem na tego drugiego, mieli nie lada orzech do zgryzienia. Kosmiczne batalia, stanowiące lwią część komiksu nie były łatwym wyzwaniem, ale rysownicy poradzili z nim sobie dobrze. Tylko dobrze, gdyż czasami nie umiałem pozbyć się wrażenia, iż na jednym kadrze starano się upchnąć jak największą ilość kosmicznego latadła. Inaczej ma się sprawa z Thanosem. Wszyscy wiedzą, że to kawał bydlaka, a z twarzyczki nie przypomina Adonisa. Ujęcie jego uśmiechniętej paszczęki naprawdę powoduje ciary. 

Na chwilę jednak odpuśćmy Thanosowi i skupmy się na Budowniczych. Bo oni są zapalnikiem wszystkiego. W końcu nawet Szalony Tytan nie jest tak szalony, aby otwarcie rzucać się na planetę, na której już dwa razy dostał bęcki. Rasa ta to nie byle kto- jednoczy Skrulli, Kree, Annihilusa i całą kosmiczną ferajnę Marvela. I do tego przez sporą część eventu dominuje ów alians. Ale o nim nieco więc w „Avengers; Nieskończność”.

Podsumowanie: Zdawać by się mogło, iż to kolejny crossover Marvela. Pretekst by nieco namieszać, lecz tak naprawdę nic za sobą nie niosący. „Infinty” nie zmieniło tak wiele jak „Wojna Domowa” czy „Ród M”, można wręcz powiedzieć, że przy całym swoim huku przyniosło dość nieproporcjonalne do niego efekty. Może to i lepiej ? Kawał solidnej przygody, po której zamiast chaosu i braków kadrowych wśród herosów pozostaje względny spokój, imperia się jednoczą, a trykociarze mogą na krótką chwilę odsapnąć. „Nieskończoność” to komiks pełen akcji, najlepiej smakujący z innymi tytułami spod szyldu tego wydarzenia, również autorstwa Hickmana. Marvel zrobił psikusa czytelnikowi sporą objętościowo historię na trzy osobne tytuły. Ale dla tekiej bitki… Warto. 

#252. – Jonathan Hickman, Steve Epting – „New Avengers: Wszystko umiera”

Standardowy

Pojęcie „grupa, która trzyma władzę” jest nader niepokojące. Masoni, Iluminaci czy inne Trybunały Sów pobudzają wyobraźnię zwolenników teorii spiskowych i ludzi lekkiego pomyślunku niezależnie od szerokości geograficznej. Mądry bowiem wie, że nie da się ugasić Słońca szklanką wody. Takie teorie te nie mogły nie mieć swego odzwierciedlenia w komiksie . I tak powstała grupa, o zgrozo, Iluminati. W jej skład wchodzą: Iron Man, Black Panther, Doctor Strange, Reed Richards, Charles Xavier, Black Bolt i Namor Submariner. A jako bonus Kapitan Ameryka. 

Tym razem nie chodzi o pewnego zielonego koleżkę, ze słabą składnią i skłonnościami do niszczenia mienia publicznego. Iluminaci nie wysyłają więc nikogo w kosmos. To kosmos idzie do nich. A konkretniej- obcy, alternatywny kosmos. Pierwszy człowiekiem, który ma okazję go poznać jest T’Challa. Ciężar korony Wakandy znów daje o sobie znać, a tajemnicza Black Swan nie budzi ufności Panthera. Kobietę jednak udaje się uwięzić, ale to co ma do przekazania nie jest zwiastunem radości i prosperity. 

Jeden ze światów uległ przedwczesnej zagładzie. Nie miałoby to wielkiego znaczenia dla innych, gdyby nie spowodowało to reakcji łańcuchowej, mogącej rozdupcyć je wszystkie. Reed Richards i spółka czują się odpowiedzialny za ocalenie świata. Iluminaci z radami i pomocą Black Swan rozpoczynają misję ratowniczą. Zanim jednak sięgną po odpowiednie gadżety muszą uzupełnić szeregi. Charlie X gryzie glebę, lecz na jego miejsce wskakuje Beast. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że futrzak nie pasuje do wiecznie sprzeczającego się kółka panów o wielkiej władzy. Zgryźliwy Namor, wertujący mroczne księgi Strange, Black Panther i Black Bolt myślący o interesach swych ludów i duet Stark/ Richards. Czyli ci, którzy przyczynili się do „Civil War”.

Steve Epting rysuje wszystko w dość mrocznych barwach, bo i fabule daleko do sielanki. Zagłada jest bliska, co widać od pierwszych stron komiksu. Ogrom planet i wydarzeń przytłacza tak jak miał. Na linii scenariusz- rysunki jest więc piękna harmonia. Nie można oczywiście nie pochwalić okładek autorstwa Jocka.

Podsumowanie: Hickman lubuje się w pompatycznych wydarzeniach z udziałem herosów. Tym razem nie jest inaczej. Groźba kolizji, a w efekcie destrukcji wszystkich wszechświatów, Rękawica Nieskończoności, Galactus, podejrzana księga Strange’ a- to tylko niektóre z rzeczy i zjawisk występujących na łamach „Wszystko umiera”. Komiks trzyma w napięciu, mam wręcz wrażenie, że fabułę spokojnie można było by nieco rozciągnąć i więcej wyjaśnić, zbudować klimat. Ale jest dobrze, tym bardziej, że wszystko kieruje się w stronę „Infinity”. 

#236. – Jonathan Hickman, Nick Spencer, Mike Deadoto, Stefano Caselli – „Avengers: Preludium Nieskończoności”

Standardowy

Scenariusze Hickmana są napisane bez wątpienia z rozmachem. Tym razem nie skończy się na wewnętrznym konflikcie czy zagrożeniu narażającym na szwank wyłącznie Ziemię. Finalne efekty działań  Ex Nihilo są naprawdę poważne, a zarazem  tajemnicze. Bomby genezy są niedoskonałe, co powoduje pewne komplikacje., ale gdy wszystko jako tako zaczyna działać okazuje się, że żółty koleżka z Marsa sam nie miał do końca pojęcia do czego doprowadził. Sygnał poszedł daleko w przestrzeń, a odpowiedź będzie dramatyczna. Czas na kolejną rekrutację nowych członków.

Choć każdy zapewne wie, że i tak niedługi czas dzieli opisane tu wydarzenia od pojawienia się starego, dobrego Thanosa. Póki co, mimo pozornego chaosu, autor konsekwentnie buduje swoją wizję kolejnej, być może jednej z największych batalii Avengers. Takiej która może przerosnąć nawet tak zróżnicowaną ekipę.

Mścicielom przyjdzie mierzyć się między innymi z High Evolutionary i jego ciągotami do zrobienia z podopiecznych Hyperiona i Captain Universe bateryjek. Wielki Ewolucjonista to postać kojarząca mi się z F4 i jej dawnymi przygodami. Tutaj udowadnia, że wciąż jest ciekawą postacią. Innym oponentam na jakiego trafią herosi jest organizacja A.I.M. . Pszczelarze od zawsze niezmiernie mnie irytowali. Ich złowieszcze plany zawsze miały jakiś feler. Najczęściej taki, że członkowie ugrupowania okazywali się idiotami, a młot Thora i tarcza Capa najbardziej lubią  łby właśnie takich person. Tutaj pokazali, że niestraszny im nawet skład Avengers z Spider- Manem, Loganem i Hyperionem. Ich „dziecię” wydaje się na szczęście dość proste, a co za tym idzie nie do końca złe.

Bardzo lubię mądrze prowadzoną narrację. Nie jakieś tam nudne bla bla w stylu bajek wujaszka popijającego rumianek, ani zbyt luźnej, pozornie śmiesznej opowiastki w której narrator koniecznie jest głównym bohaterem i nie zgadaniecie. Jest arcygeniuszem i człowiekiem sukcesu lub przeciwnie- pechowcem który jest jednak ponad swe porażki i tych którzy do nich doprowadzają. Hickman jest na szczęście inny. Nadaje postaciom nieco poetycki, refleksyjny charakter. Autor wyróżnił w tym przypadku Hyperiona. Nowy nabytek Avengers to nie tylko mocarz równy Kal- el’ owi, ale też osobo elokwentna i ucząca się na swych błędach. Plusem dla HIckamana jest nadal to, że każda postać ma swoje pięć minut. Momentami to nieco dziwne, że tak długoletnie i ważne dla uniwersum Marvela postaci jak Pajęczak czy Wolverine mają tyle samo czasu antenowego co żółtodziób Smasher czy Manifold. Urzekła mnie scena walki z Terminusem. Thor w swoim najlepszym, prawdziwie boskim wydaniu. 

 

Rysownicy postarali się o kadrowanie. Dynamika i akcja sprawiają, że gdyby ktoś zechciał kiedyś zekranizować tę część przygód Mścicieli mógłby traktować komiks jako storyboard nie siląc się na przerabianie języka komiksu na obraz filmowy. Nieco odbiega od reszty Stefano Caselli. Włoski twórca ma nieco bardziej naznaczoną i twardą kreskę przez co przez pierwsze minuty wydawało mi się, że poziom ilustracji dramatycznie spadł. Ale ta odmiana ostatecznie okazała się pozytywna. A postać na okładce ? Czyżby Ex Nihilo zmienił płeć i zastąpił asymetryczne rogi uroczym porożem ? Nic z tego. Odpowiedź nadejdzie. :)

Podsumowanie: Może nieco przesadzam z fascynacją tym okresem w dziejach głównej grupy Marvela, ale podoba mi się ona w szczeniacki sposób. Spora ilość wspaniałych postaci, ogromna skala działań, nieodgadnieni przeciwnicy i zagrożenie które jest starsze niż ludzkość. To wszystko podane w czytelny i wciągający sposób. Bez sprowadzania na siłę wszystkiego do ultra- realizmu, bez wewnętrznych tarć, szokujących zmian- czyli bez tego wszystkiego do czego przyzwyczaił czytelników Bendis. Choć nie powiem, żebym i nim się nie zachwycał. 

#202. – Jonathan Hickman, Dustin Weaver, Mike Deodato – „Avengers: Ostatnie Białe Zdarzenie”

Standardowy

Nadciąga Ostatnie Białe Zdarzenie. Zjawisko które ma na zawsze odmienić planetę i nieco pogmatwać w całym kosmosie. Coś jest jednak nie tak i kilka czynników stawia wszystko na głowie. Na świat przychodzi Starbrand. Broń na skalę planetarną. Okazuje się nim być chłopaczyna który jest typowym outsiderem niezauważanym przez nikogo ze swego środowiska. Przy okazji otrzymania zdolności mogącej wysłać jednym ciosem Hulka na orbitę ziemską rozbija w pył swoją szkołę. Nic dziwnego, że na kark od razu siadają mu Avengers.

Czemu tak się dzieje ? Okazuje się, że Ex Nihilo nie spoczął na laurach. Jego działania były dalekosiężne, a plany naprawdę ambitne. Żółciutki koleżka tym samym staje się numerem jeden gości do odstrzału na liście Mścicieli. Pociski które wysłał na Błękitną Planetę okazują się mieć właściwości przynależące świadomym, rozwijającym się gatunkom. Do takich należą między innymi komunikacja, samoświadomość czy ewolucja. Szczególnie dwie ostatnie mają są ważne w tym komiksie. Ktoś tu chce z Ziemi zrobić drugą Zonamę Sekot lub starszą siostrę dla Ego i Alter Ego… :D

Oprócz wątku ze Starbrandem i Nightmask’iem akcja przenosi się do kanadyjskiej grupy Omega Flight. W ojczyźnie Wolverine’ a i syropu klonowego skutki planów Ex Nihilo również wydają swe owoce. Kanadyjczycy trafiają na Ewolucję. Co nie kończy się dla nich dobrze, zaś sami Avengers mają coraz więcej powodów do niepokoju. Oprócz tego dane jest zapoznać się czytelnikowi też z nieco bardziej dyskretną misją herosów w którą zamieszane jest A.I.M. . I tutaj pochwała dla autorów. Hołd dla Bruce Lee jest naprawdę przewspaniały. :)

Czy ktoś może zauważył, że w poprzednim tomie zginęła masa cywili ? I że tutaj w powietrze wylatuje szkoła pełna uczniów ? A ktoś może pamięta od czego zaczęła się Wojna Domowa między Starkiem i Rogersem ? Teraz takie liczby ofiar to betka. Obaj panowie zapewne machnęli by ręką i kontynuowali by swe bieżące zadania. W końcu w międzyczasie Hulk rozwalił pół NY, Skrulle się przyłożyły, a rządy Osborna nie były wiele lepsze. Zaś wojna między Mścicielami i X- Men również nie była podwórkową bójką. Ludziska się już przyzwyczaiły, że od czasu do czasu przez superbohaterów ginie połowa miasta. Ale któż w końcu nie kocha niezwyciężonych Avengers ? :D

Optycznie stwierdzam, że jest bardzo ładnie. Weaver i Deadoto poradzili sobie z planszami ukazującymi spore zdolności Starbranda nie tworząc tylko banalnych wybuchów i innych jej emanacji. Również Starbrand pasuje do swego charakteru. Nie jest pięknisiem, nie ma modnej fryzury, ani zawadiackiego uśmieszku. Prosty, cichy chłopaczyna który nagle stał się istotą zdolną mierzyć się z Thorem czy Hyperionem. Spodobała mi się bardzo, ale to bardzo stylizowana lekko azjatycko okładka jednego z zeszytów składających się na tom.

Podsumowanie: Mimo istotnej wady fabularnej takie spojrzenie na Avengers podoba mi się najbardziej. Poszerzenie skali działań, nadanie im większego rozmachu i widowiskowości, a także odświeżenie spójności i składu grupy jest dobrym zjawiskiem po kilku latach ciągłych perturbacji wewnętrznych. Myślę też, że każdy znajdzie w składzie kogoś dla siebie. Jest Logan i Spidey, są klasyczni członkowie grupy i są też debiutanci. Hickman powoli zmierza w stronę zapowiedzianego już przez Egmont „Infinity”, a tam gdzie Thanos tam… Wystarczy cierpliwie czekać. :) W międzyczasie autor będzie miał okazję popisać się w dwóch następnych tomach z tej serii. Nie rozumiem też nieco hejtu jaki pełznie w stron ę runu Hickmana. Może i scenarzysta mija się z logiką i konsekwencją wydarzeń, ale ten rozmach, ta akcja. :)

#158. – Jonathan Hickman, Jerome Opeña, Adam Kubert- „Avengers: Świat Avengers”

Standardowy

Wydarzenie wydawnicze znane jak Marvel NOW! miało swe miejsce tuż po zakończeniu jednego z najgłośniejszych komiksowych eventów ostatnich lat- „Avengers vs X- Men”. Z jednej strony powrót Phoenix wywrócił wszystko na głowę, z drugiej zaś scalił. O ile X- Men nie są już jednolitą, zgraną ekipą ( i to bardziej niż kiedykolwiek ), o tyle Mściciele rozszerzają swój skład nie zapominając o starych członkach grupy.

Nieoficjalnym liderem Avengers był Kapitan Ameryka. Czasami dowództwo pełnił Stark, a nawet Wasp. Jednak uzbrojony w tarczę heros swoją postawą i charyzmą wysuwał się na czoło i jakoś tak zawsze wychodziło, że dowodził Steve Rogers. I tak jest i tutaj. Z bardzo wyraźnym podkreśleniem. Oczywiście wtóruje mu Tony Stark. Sponsor też musi mieć coś do powiedzenia… :D Duet wspaniale się uzupełnia. Konserwatywny, zasadniczy i honorowy Cap i wizjonerski, ironiczny i genialny Iron Man. Obaj panowie planują poszerzyć skalę działań i sam skład Mścicieli. I nie wyjdzie z tego Avengers of World. Raczej of Universe. :)

Opowieść jest również nieźle napisana. Retrospekcje nie są irytującymi przerywnikami, a chwilą napięcia i oddechu od głównej akcji. Budują też całość większej historii. Potężnej, monumentalnej i złożonej, w sam raz na Mścicieli bez granic i ograniczeń. Hickman nieźle poradził sobie też z zaszłościami z Wojny Domowej i innych fatalnych dla grupy wydarzeń. Stark i Rogers wydają się być starymi kumplami którzy od lat nie drą ze sobą kotów.

Pojawia się kilka nowych twarzy. Niektórzy są znani- Sunspot, Cannonball, Manifold. Niektórzy zaś są kompletnie, dosłownie i w przenośni, z kosmosu. Nowa Smasher i Captain Universe. Obie panie są skrajnie inne. Pierwsza ziemska superstrażniczka Shi’tar to dziewczyna z południa USA która ślepym trafem zyskała moce Smashera. Powiem tylko tyle, że ma to związek z awaryjnym lądowaniem owego pana w jednym z tomów „New X- Men”. Captain Universe to  kosmos. W skali naprawdę makro.

A skoro już mowa o nowych postaciach tajemniczy Ex Nihilo, Abyss i Aleph są dosyć wymagającymi, aczkolwiek nieźle wykreowanymi postaciami. Żadnych tam podbojów USA ani władzy nad ludzkimi umysłami. Od razu z grubej rury- rozwalamy Ziemię i tyle. :D Ciekawy jest również Hyperion. Taki jakby… Znajomy. Lecz niekoniecznie z uniwersum Marvela :D O nim nieco więcej za jakiś czas :) .

Graficznie panowie Opeña i Kubert stoją w równym szeregu z scenarzystą. Kreska pierwszego rysownika jest nieco wyraźniejsza, bardziej charakterystyczna, wystepuje u niego też większy realizm.  Zaś postaci jak Abyss czy moce Manifold prezentują się iście superbohatersko. Adam Kubert zaś to brat Andy’ego i syn Joe’go Kubertów. W jego żyłach płynie więc komiksiarska krew co widać od początku. Jest świetny zarówno warsztatowo jak i indywidualnie jako twórca. Właściwie cały tom jest wypełniony zapierający dech w piersi kadrami, niemal pomnikowymi przedstawieniami Avengers. Warto też zwrócić uwagę na nowy wygląd klasycznych herosów. Cap nie ma już tekstylnego stroju, a lekki pancerz, już bez oldschool’wych „skrzydełek”. Iron Man zmienił barwy na nieco poważniejsze, a Hawkeye założyć ciemne szkła i dynamiczny strój.

Podsumowanie: Egmont szaleje. Obok dwóch kilku serii komiksowych z DC otwarcie wyzwał na wojnę Hachette. Wydawnictwa jednak , podobnie jak Cap i Iron Man w tym dziele, uzupełniają się nawzajem. Hachette zarzuca rynek komiksowymi dinozaurami nie pozbawionymi jednak silnych szczęk , autorstwa Stana Lee, Jacka Kirby’ego czy Steve’a Ditko . Egmont wydaje znowuż serię Marvel NOW! czyli okres w po pamiętnej batalii między mutantami i Mścicielami, czyli czas w którym wydawało się, że wydawnictw przyśpieszyło z rozmachem. Przed Secret Wars III ( choć na to co z tego wyniknie lepiej poczekać ). Sam komiks ma w sobie wszystko czego oczekuje po Avengers. Niemal legendarni, starzy członkowie teamu, ludzie kojarzeni z solową działalnością lub innymi grupami i godni podziwu debiutanci. Do tego akcja jednocześnie kosmiczno- epicka, lecz bez wielkich odlotów w odległą galaktykę . Godne szacunku :) .