#278. – WKKM #105 – Jason Aaron, Brian Michael Bendis, Ed Brubaker, Matt Fraction, Jonathan Hickman, Frank Cho, John Romita Jr. – „Avengers vs X- Men cz.1″

Standardowy

Wielkie crossovery powstały z dwóch powodów. Aby zgarnąć nieco szeleszczących i brzęczących nominałów z portfeli konsumenta i po to, by nieco przewietrzyć woniejące już nudą uniwersum. Wśród tego typu wydarzeń zaś najwięcej sensacji wzbudzają te, w których herosi walczą między sobą. Nie kosmiczna inwazja, nie kryzys na wielu światach. Ale bratobójcze mordobicie w imię, mniej lub bardziej, banalnych ideałów. Bo czymże była główna przyczyna sławenej „Wojny Domowej” wobec wieloletniej przyjaźnie Capa i Starka ? Wydawać by się mogło, że niczym, lecz krew się polała. Podobnie jest i tutaj. Dwie, niejednokrotnie współpracujące ze sobą grupy rzucają się sobie do gardeł. Oczywiście nawet nie próbując usiąść do stołu. A co jest tego przyczyną ?

Phoenix powstaje z popiołów. Potężny, kosmiczny byt zmierza w stronę Ziemi. Jean Grey nie żyje ( znowu ), ale płonąca bestia upatrzyła sobie na cel inną pannę związaną z nazwiskiem Summers. Jest jest nią niejaka Hope, pierwsza mutantka urodzona po M- Day. Przeklętym przez mutantów dniu, w którym Scarlet Witch wymazała połowę populacji homo superior. Garstka mutantów ocalałych po tych wydarzeniach liczy, iż Phoenix nosi swą nazwę nie na darmo i przyczyni się do rezurekcji ich gatunki. Skrajnie inny punkt widzenia przejawiają Avengers. Grupa pod przywództwem Kapitana Ameryki obawia się przybycia kosmicznej istoty znanej z siania spustoszenia i zagłady. Konflikt interesów wydaje się być nieco błahy. Odnoszę wręcz wrażenie, że Cap i Cyclops tylko czekali, aby móc pokazać, który z nich jest prawdziwym samcem alfa.

Dość specyficzna rola przypada Wolverine’ owi. Logan, który poróżnił się z Summersem na łamach „X- Men: Rozłam” stoi po stronie Avengers, ale jednocześnie w na pozycji tego, któremu ciężko jest zaufać. Nic dziwnego- gdzieś bowiem w duszy zakapiora ze szponami z adamantium gra czuła struna tęsknoty i żalu za panną Grey.

Podobnie jak w historii Millara i McNivena, tak i tu, dziwi mnie prędkość z jaką dotychczasowi sojusznicy zaczynają obijać się kułakami. Ma to w sobie wręcz wrestlingowy sznyt. Tylko w tego typu widowiskach dotychczasowi sojusznicy ot tak zmieniają stronę. Sęk w tym, iż w amerykańskich zapasach to rzecz wręcz obowiązkowa i podnosząca napięcie. W komiksach zaś nie zawsze się sprawdza, a nieskomplikowane pobudki wzajemnej wrogości sprawiają, że ciężko jest przejść obok nich obojętnie. Bo całkiem fajnie zobaczyć dwie największe grupy Marvela w bezpośrednim starciu. Lecz uproszczenie jego genezy już takie nie jest.

Obok głównej opowieści wydawca dorzucił serię „AVX Versus” ilustrującą solowe walki członków obydwu grup. Main eventem jest tu bez wątpienia walka między Iron Manem, a Magneto, lecz zestawienia takie jak Kapitan Ameryka vs Gambit czy Thing vs Namor również robią wrażenie. 

Pierwszą część ilustruje John Romita Jr. Nie będący w swej szczytowej formie. Nie jest to zbrodnia jakie zdarzało mu się popełniać nawet na łamach WKKM ( pamiętny „Black Panther” ), ale daleko mu do formy z „World War Hulk” czy „Spider- Man: Homecoming”. Zbyt często bywa niedbały, aby móc przemilczeć zepsute kadry. Szczególnie, iż w następnych tomach wypada nieco blado przy Oliverze Coipelu czy Kubercie. Wystarczy spojrzeć na powyższy kadr, aby przekonać się, co nie poszło nie tak Romicie Młodszemu… :p

Podsumowanie: Batalia mutantów i Mścicieli odcisnęła silne piętno na świat Marvela. Ale o tym więcej przy okazji recenzji dalszych części tegoż eventu. Póki co grupy są zajęte na tyle sobą, aby nie zauważyć, iż to Phoenix jest największym zagrożeniem. Olśnienie przychodzi nagle, w momencie, gdy przychodzi przywitać się z płomienną, kosmiczną gąską.

#62. – WKKM #51 – Greg Pak, John Romita Jr. – „Wielka Wojna Hulka”

Standardowy

1457628_321988441320600_6212218519344625080_n

Po wydarzeniach z „Planety Hulka” ( recenzje, mam nadzieję, wkrótce ) Zielony wraca na Ziemię w pełni sił. To jest nabuzowany jak kobieta w trybie bojowym PMS bez czekolady, infantylnych seriali i z mężem strojącym sobie z niej żarty. Zanim jednak ląduje na swej matczynej planecie odwiedza Księżyc i pewnego krzykacza, który tym razem się nie postarał… Później przychodzi czas na dalszą część kółka przyjaciół specjalizujących się wysyłaniu go w kosmos.

W samym tomie wydanym przez Hachette mamy plejadę postaci, lecz znacznie więcej pojawia się w tie- inach.  Oprócz pojawiających się w tej historii Avengers i F4, mamy okazję poznać relacje między wojennym Hulkiem, a X-Men, historię związaną z grupą Amadeusa Cho, Ghost Ridera czy Punishera. Uderza tutaj słabość ziemskich herosów w starciu z Przymierzem. Kompania z Saakaru to nie lada twardziele- niewiele zresztą ustępujący Zielonej Szramie. Przez całą historię przewija się nieśmiało Sentry- najsilniejsza postać uniwersum Marvela. Na szczęście jego nieśmiałość w końcu mija.

Komiks to w większości jedna wielka bitwa. Hulk nie odpuszcza herosom ani na chwilę. Po prostu- Hulk Smash ! I ponownie Sałata nie jest tu typem wypowiadającym nieskładnie zdania i niszczącym wszystko wokół potworem. Co prawda niszczy :D Ale nie w obłędnym amoku, lecz w chłodnej i wykalkulowanej wściekłości. Nie atakuje on cywili, mimo pełnej możliwości nie dąży wcale do śmierci Starka i spółki. Zastanawia mnie jednak- dlaczego herosi nie rzucili się kupą na Zielonego ? Odniosłem wrażenie, że wręcz ustawiają się w kolejce po bęcki w swych Hulkbusterach, urządzeniach imitujących energię Sentry’ego lub wiernej i biernej armii z której niszczenia Hulk mógłby napisać doktorat. Po „Planecie Hulka” czekałem na pojedynek Thinga z Korgiem- czyli kamyk kontra kamyk. I co ? I nic :( Między panów- głazów wtrącił się Zielony…

20100807e

I znów chwale Romitę Młodszego ku utrapieniu pewnej bliskiej mi osoby :D To bez wątpienia najlepszy jego pokaz umiejętności w WKKM. Jego styl nadal jest jedyny w swoim rodzaju jednak tutaj sceny takiej jak walka Hulka i Strange’a, czy w ogóle całonocna ofensywa Zielonego na swoich dawnych towarzyszy prezentują się naprawdę nieźle. JRJR ukazał też Złotego Strażnika naprawdę widowiskowo. Jednak nic nie przebije wyżej wspomnianego już Starnge’a. Okładki poszczególnych zeszytów są autorstwa Davida Fincha- i chyba zmienię me negatywne nastawienie do tego rysownika :) .

1029784-world_war_hulk_5

WWH miała spore reperkusje, nie mniejsze niż Wojna Domowa czy obydwa incydenty związane ze Scarlet Witch. Grupa Iluminati została ujawniona, niejako ukazując drugie oblicze pięknisiów takich jak Stark czy Richards. A Stark Tower powtórzył losy Posiadłości Avengers. I co chyba najważniejsze- pod koniec komiksu akcja przenosi się na Saakar gdzie rodzi się jego prawdziwy syn. :)

Podsumowanie: „Wielka Wojna Hulka” to coś co lubię. Duża dawka dobrej akcji, bez spłycania fabuły. Pak po raz kolejny udowadnia, że Sałata to postać równie barwna co reszta Mścicieli. Dzieło które jest dla tych, którzy twierdzą, że Hulk to zielone bydlę w fioletowych, potarganych gatkach, nie zaś istota rozumna. Pełna wartkiej akcji, widowiskowych walk i o dobrze napisanym scenariuszu.

Ocena: 8,5/10

20100807a

#59. – WKKM #42 – Jeph Loeb, J. Michael Straczyński, Leinil Yu, Ed McGuinness, John Romita Jr., David Finch, John Cassaday- „Poległy Syn: Śmierć Kapitana Ameryki”

Standardowy

10410126_267080826811362_3746745456647370985_n

Tytuł czterdziestego drugiego tomu Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela jest sam w sobie spoilerem, więc powiem od razu- Kapitan ginie. Po wydarzeniach w „Wojnie Domowej” Cap staje się przestępcą. Podczas wyprowadzania z sądu pada strzał. Steve Rogers, znany szerzej jako Kapitan Ameryka umiera. Jak się okazuje później nie od jednego strzału, ale to już inna opowieść…

Pomysłodawcą scenariusza był JSM, wykonawcą- Jeph Loeb. Poszczególne rozdziały opowieści są pięcioma fazami śmierci. W każdym z nich pojawia się inna postać. W każdym z nich próbuje ona poradzić sobie ze śmiercią jednego z najważniejszych z nich.

Na początek jednak prolog kreski Cassaday’a. Autor jak zwykle sprawdził się w ilustrowaniu historii z Rogersem. Duża część to retrospekcje, które przeplatają się z teraźniejszością. Jednak ważniejsze są tu wydarzenia- zamach na Kapitana. Wydarzenia pędzą tu jak odrzutowiec, na tyle szybko, że można wziąć je za jakąś alternatywną rzeczywistość których w Marvelu nie brakuje.

Tak samo myśli też Wolverine i grupa niezarejstrowanych herosów w pierwszej części- zaprzeczeniu. Sądzą oni bowiem, że miotający tarczą Avenger żyje, a jego śmierć to mistyfikacja Irona Mana i S.H.I.E.L.D. . Logan próbuje wciągnąć w swą próbę pierw Winter Soldiera, następnie Daredevila który jest bardziej kompromisowy niż Bucky. Rysunki Yu są intrygujące. Ze wszystkich rysowników z tego tomu jego znam najsłabiej. I z tego powodu był dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Nieco „szarpana” kreska pasuje bardzo dobrze do klimatu tego rozdziału i bohaterów tam występujących.

Fallen Son Wolvie 12-13

Drugi rozdział- gniew. Akcja toczy się na dwóch polach, równocześnie do pierwszego rozdziału. Ukazane są dwie grupy- legalni Avengers z Aresem, Sentry’m i Marvelówną w składzie, oraz nielegałowie- Luke Cage, Spider-Man, Thing czy Dr Strange. Pierwsi po raz kolejny ścierają się z poważnym zagrożeniem, drudzy- grają w karty :D Obie grupy na swój sposób próbują przyjąć wieści o śmierci Capa. Za stronę wizualną odpowiada Ed McGuinness. Kolejny dobry wybór. Barwna paleta herosów wypada naprawdę nieźle w jego wykonaniu w scenerii zarówno kameralnej jak i tej mniej wyciszonej.

Trzeci rozdział- Negocjacje. Mały spoiler z „Rodu M’ i „Upadku Avengers”. Hawkeye po szaleństwach Scarlet Witch żyje, choć w ukryciu. Nie ukrywa się jednak na tyle skutecznie, aby nie być zauważonym przez Starka. Nie przybywa on by przenieść blankiecik rejestracji, lecz, aby złożyć niecodzienną ofertę zatrudnienia. Już nie jako Hawkeya jednak… Pojawiają się też „młodzi gniewni”- Patriot i Hawkeye-baba. Ilustruje – John Romita Jr. Autor dobrze mi znany, który tutaj pokazał kawał swego warsztatu, z kilkoma naprawdę niezłymi momentami.

Część czwarta- depresja. Główna rola- Spider-Man. Spidey, ach Spidey… Loeb znakomicie wykorzystał jego poczucie winy. Bo jakże to tak ? Ktoś z otoczenia Parkera ginie i on się nie obwinia choć minimalnie za jego zgon ? A jak ! Parker odwiedza cmentarz, a konkretniej wuja Bena. Nieoczekiwanie jednak na nekropolii jest jeszcze ktoś, kogo ciężko sobie wyobrazić w zadumie nad grobem. Tu też ukazuje się ludzka twarz tejże postaci. Pajęczak nie jest nieomylny. No i strona wizualna. Jak nie cierpię stylu Fincha, tak tutaj bije na głowę swoich kolegów po fachu. Mroczna atmosfera w strugach deszczy, pełne szczegółów sylwetki postaci i brak jego największej wady- monotonnej mimiki twarzy. Rysunki prezentują naprawdę najwyższy poziom spośród całego albumu.

I ostatni- akceptacja. Pogrzeb Kapitana Ameryki. Tutaj już nie jest traktowany jak renegat, jak ktoś kto z dnia na dzień z idola tłumów i chodzącej inspiracji stał się wrogiem publicznym numer jeden. Jego trumna ciągnięta przez samotnego, białego konia- ceremoniał należny jedynie zmarłym prezydentom USA- otwiera pożegnalny akt tej opowieści. Fenomenalna mowa pogrzebowa Falcona ( Kapitan Ameryka przemawia na pogrzebie Kapitana Ameryki :P ).

Dziś już wiemy, że był to epizod. Że tak istotna postać jak Cap powróciła. I kolejny raz sprawdziło się powiedzenie, że w Marvelu tylko wuj Ben na zawsze pozostanie martwy. Niegdyś mówiło się jednak również o Bucky’m…

Podsumowanie: Dzieło autorstwa, można śmiało powiedzieć, dwóch scenarzystów i kilku rysowników. Graficznie oferuje różne style, jednak dopasowane do historii i ich różnorodność jest wisienką na torcie, nie niewygodnym przeszkadzaczem. Piękne, choć chwilowe, pożegnanie na Kapitana – bodaj najbardziej ikonicznej postaci Domu Pomysłów.

Ocena: 8,5/10

CaptainAmerica-fallenson

#51. – WKKM #50 -Reginald Hudlin, John Romita Jr. – „Czarna Pantera: Kim jest Czarna Pantera ? „

Standardowy

10473773_317647435088034_2201020926672245431_n

Przypadkowy przechodzień zobaczywszy Black Panthera wziąłby go za naśladowcę Batmana lub za jego alternatywny kostium. Usłyszawszy pseudonim T’Challi uznałby za jakiegoś propagandowego herosa skrajnych stronnictw murzyńskich. W tym dziele niestety można odnieść takie wrażenie. Dlaczego tak podkreślam rasową tematykę ? Śpieszę z wyjaśnieniami.

Zanim jednak opiszę autora i jego światopogląd… Historia rozpoczyna się nieźle. Ukazana jest historia Wakandy, kraju w Afryce który jest rozwinięty technologicznie bardziej niż Japonia, co jest dosyć ciekawym kontrastem do ponurej rzeczywistości Czarnego Lądu. Houdin ukazuje jak to Wakandczycy pod przywództwem swego władcy- Czarnej Pantery odpierają ataki kolejnych najeźdźców, sami jednak nie roszcząc sobie praw do nowych ziem. Potem niestety jest już gorzej. Linia fabularna jest przeciętna. Ot łotr z przeszłości, odpowiedzialny z śmierć ojca T’Challi pragnie zemsty. Najmuje szeregowych zbirów jak Rhino czy Batroc i wyrusza na Wakandę. I tu pojawia się pewien dysonans. O ile w historii przedstawionej na początku Wakandczycy wydają cię być niepokonani, tutaj wydają się być w defensywie, mimo, że z tą zgrają poradziłby sobie. Główny adwersarz- Klaw. Nie wiem, czy to ten sam co w „Tajnych Wojnach” Shootera, jednak odnoszę wrażenie, że tamten jest o wiele lepszą postacią niż zachowujący się jak nastolatek przeciwnik Panthera. Jedynie nieświadomie będący po złej stronie Black Knight coś sobą reprezentuje.

Autor scenariusza to dosyć kontrowersyjny koleżka. Takich bzdur o rzekomej kulturze Czarnych nie słyszałem od dawna. Houdin mija się z afrykańską rzeczywistością o mile. Pisze o Jay’u-Z nie zauważając, że środowisko z którego wywodzi się raper ma swe korzenie w USA, a nie Afryce. Złote łańcuchy, teksty o mało afrykańskich korzeniach ( pokażcie mi rapera który śpiewa o sawannie, polowaniach i obrzędach swego plemienia… ), i wielkie gabloty to inny świat niż szerząca się ebola, głód, dzieci- żołnierze czy komunistyczny zbrodniarz brany przez cały świat za bohatera. Swoją drogą bombowy Nelson niestety pojawia się w komiksie. W tym właśnie tkwi największa wada tego komiksu. Panther, dla mnie zawsze największe uosobienie Afryki w Marvelu, jest tu na siłę wrzucany do wora z raperami i politycznie poprawnie tak zwanymi Afroamerykanami u których przedrostek afro mógłby raczej oznaczać fryzurę, a nie pochodzenie.

bpcap25tb

Rysunki – John Romita młodszy. O ile w Spider-Manie, Przedwiecznych i nadchodzącym Hulku jego kreska jest dobra, to tutaj wydaje się nudna i banalna. Mała ilość szczegółów. Nieliczne są też kadry na których można na chwilę zawiesić oko. Jedynie Pantera prezentuje się przyzwoicie. Niestety Wakanda, przy której można było zaszaleć i narysować naprawdę futurystyczną metropolię jest szara niczym peerelowskie osiedle.

Podsumowanie: Komiks rozczarowuje. Jako jedyna jak dotąd pozycja spod szyldu Black Panthera powinien trzymać wyższy poziom. Tym bardziej, że T’Challa to postać biorąca udział w znacznie lepszych historiach. Autor przemyca też swoje poglądy i opinie. O rzekomym ucisku Murzynów przez złych białych. O złych Amerykanach wstrącających się w sprawy Afryki ( fragment z zombie to potwarz dla US Army moim zdaniem… ).  I tak scenariusz plus średnie rysunki ( mimo, iż to JRJR ) tworzą przeciętne dzieło.

Ocena : 6,5 / 10

 

#44. – WKKM #48 – J. Michael Straczyński, John Romita Jr. – „Spider-Man:Wyznania”

Standardowy

10407226_307678886084889_2852328661886800071_n

Jeest ! W końcu ! Kontynuacja PIERWSZEGO tomu WKKM „Powrót do domu”. Dla mnie to podwójna frajda, gdyż znałem pierwszą część jeszcze z zeszytówek Dobrego Komiksu i cholera mnie wzięła gdy okazało się, że dalszego ciągu nie będzie.

Nieco ujawniając zakończenie pierwszego tomu. Po czasie w którym nawet Groot nauczyłby się przepięknej staropolszczyzny May w końcu jak pięścią w nos dowiaduje się o pajęczej tożsamości Parkera. Dzieje się to gdy poobijany solidnie i wykończony przez Morluna Pajęczak śpi w najlepsze, a Ciocia May bezceremonialnie włażi mu do mieszkania i widzi go w takim stanie. Pewnie uznałaby to za dosyć ekstremalne potknięcie się na schodach, gdyby nie strój Spider-Mana w opłakanym stanie i ze śladami krwi przy łóżku.

Rozmowa Petera z jego właściwie matką zastępczą jest jednym z najlepszych momentów w historii Spider-Mana jakie czytałem. Szczera, pełna emocji i do bólu realistyczna. Straczyński odświeżył też postać May. Krucha i babciowata ciotka Petera staje się kobietą z poczuciem humoru ( kontrola na lotnisku ), nie zamykającą się na nowinki techniczne, a jednocześnie zachowującą się jak przystało na swój wiek.

Dalej Parko trafia na tajemnicze zaginięcia w ubogich dzielnicach. Okazuje się, że jest to sprawa bardziej dla pojawiającego się epizodycznie Doctora Strange’a. Do tego kłopoty tym razem z drugą kobietą życia Petera- MJ… Koleje losu kierują go do San Francisco, gdzie pojawia się stary, dobry znajomy- Doctor Octopus. Nie jest on do końca przeciwnikiem Spidey’a tym razem, nie możne powiedzieć też, że jest przyjacielem. Sytuacje oddaje idealnie powiedzenie- wróg moego wroga jest moim przyjacielem. I chyba jedyny raz kibicowałem Octaviusowi ( no może w „Spider-Manie 2″ z genialnym Alfredem Moliną w tejże roli ).

1325668-shade_spidey_h2

Straczyński stworzył scenariusz ze sporą dawką humoru, ale też i patosu. Wydawca ominął niestety zeszyt 36 w którym to superbohaterowie Marvela jednoczą się po atakach 11 września. Wielka szkoda, bo autor, wbrew opiniom, oddał piękny hołd poległym, bez propagandy.

Swoją drogą… Dlaczego takie gesty uchodzą za propagandowe lub sztuczne ? Amerykanie potrafią wspaniale, nawet na kartach komiksu o fikcyjnej postaci, oddać hołd poległym, podczas gdy w UE wydaje się być to na takim samym poziomie jak ciężarówki-potwory czy wrestling. Duma z kraju powinna być wpisana w sercach wszystkich narodów, a nazywanie tego uczucia nacjonalizmem, czy jak tutaj- patetyzmem, jest czystym idiotyzmem skierowanym we własny, prywatny interes.

Drugi raz dziś Romita Jr. :D Tym razem w swojej najlepszej odsłonie. Potyczka z Shade’m i pobyt w innym świecie są naprawdę majstersztykiem. Nieco gorzej prezentuje się Doc Ock, ale ten tłustawy jajogłowy z metalowymi ramionami zawsze prezentuje się gorzej wizualnie. Doskonale narysowana jest MJ. Silna i zadziorna pani Pająkówna ma w sobie urok

Dla nielubiących Romity Młodszego mam złą wiadomość- w WKKM pojawią się jeszcze dwa tomy z jego udziałem i to po kolei :)

Podsumowanie: Tom nieco gorszy niż poprzedzająca go część jednak myślę, że odczuwam to przez moją obsesję na punkcie Morluna. Ani nowy, ani stary Ock, ani Shade nie są w stanie dorównać temu zimnemu skurczybykowi. Na plus jednak przemawia znakomita rozmowa May z Peterem i spora dawka humoru nie kontrastująca z poważniejszymi momentami. Przedstawienie Ocka jako ofiary również jest ciekawe.

Ocena : 8/10

JUN110726

#43. – WKKM# 49 – Neil Gaiman, John Romita Jr. – „Przedwieczni”

Standardowy

10698624_312459948940116_5801374978621479157_n

X-Men… Fantastyczna Czwórka… Avengers… Wszyscy doskonale znają te grupy, nawet nie czytając komiksów. Na siłę można dorzucić Inhumans, Young Avengers czy Alpha Flight. Ich popularność jest na tyle duża, że nawet laik kojarzy, że w F4 jest ten płonący i ten kamieniasty. Mutantów zaś kojarzy się z łysolem na wózku inwalidzkim i Wolverine’m. Marvel ma na swoim koncie wiele grup trykociarzy mniej lub bardziej znanych.

Jednak grupa o nazwie Eternals ? No kto ich kojarzy ? No właśnie. Grupa ta jest szerzej słabo kojarzona, a szkoda. Jest bowiem czymś kompletnie innym niż reszta.

Dawno, dawno temu jeden z ojców komiksu niejaki Jack „The King” Kirby stworzył tęże grupę zainspirowany new age’owskimi teoryjkami. O tym jak tajemnicza rasa kosmitów miliony lat temu przybyła na Ziemię i zasiedliła ją intel;igentnym życiem powołując również istoty nazywany przez ludzkość bogami. Jak wszystko w New Age to oczywisty stek bzdur, lecz umiejętny autor jakim niewątpliwie jest Kirby stworzył z tego dość ciekawą wizję. Oto potężni Celestianie przybywają na trzecią planetę Układy Słonecznego po to by stworzyć na nim inteligentne życie. Przy okazji tworzą dwie przeciwstawne rasy- tytułowych Przedwiecznych- istote idealne o wielkich mocach i Dewiantów ( urocza nazwa po prostu… )- istoty plugawe, z DNA na tyle wymieszanym, iż żaden z nich nie jest taki sam. CI drudzy zniewalają ludzkość i zadzierają z samymi Przedwiecznymi którzy jednak radzą sobie nieźle. W pewnym momencie jednak są zmuszeni wezwać swych stwórców którzy robią z Dewiantami to samo co powinno Hannibal Lecter z fałszującym flecistą. Mijają wieki i Przedwieczni pełnią różne role. W ich szeregach pojawia się jednak zdrajca który zrzuca bogów z piedestału…

Kolejny raz Gaiman pokazuje prawdziwą klasę. Z hiistorii którą można było łatwo zepsuć wykreował on dzieło naprawdę dobre i poczytne. Pierwsze skrzypce gra tu Matt Curry/Makkari który za sprawą pewnych machinacji, podobnie jak reszta Eternals stał się człowiekiem. Początkowo, jak to bywa, nie wierzy w swą niesamowitą tożsamość, jednak wydarzenia sprawiają, że jest do tego zmuszony.

wallcoo.com_marvel_comics_character_eternals1

Jak już pisałem JRJR lepiej sprawdza się w „miejskiej” scenerii. Doskonale wpasowuje się w postaci pokroju Spider-Mana czy Daredevila. Gdy przychodzi jednak do monumentalnych i szerokich plansz Romita Młodszy radzi sobie gorzej. Jednak, o dziwo, w „Przedwiecznych” jest dokładnie na odwrót. Sceny z „cywilnym” życiem Makkariego są nijakie i średnie. Póżniejsze,przepełnione szczegółami i znakomitą kolorystyką kadry są boskie :) Wielki Celestian prezentuję się olśniewająco, zaś Dewianci ( ech… ) faktycznie budzą odrazę. John Romita Jr. udowadnia po raz kolejny jednak, że jest autorem który przypada do gustu od razu albo w ogóle. Godne uwagi są okładki poszczególnych zeszytów autorstwa Ricka Berry’ego.

Jest kilka scen które zapamiętałem szczególnie mocno. Pociąg i milionletni jedenastolatek. Rozmowa Celestianina z Makkarim. Samo pojawienie się Ikarisa. Gaiman naprawdę godnie potraktował dziedzictwo po Kirby’m.

Dzieło należy do klasycznego uniwersum Marvela, jednak jest jakby ponad nim. Bo cóż znaczą takie persony jak Iron Man i Yellowjacket którzy biadolą o rejestracji herosów podczas gdy Przedwieczni mają na głowie losy wszechświata ? Ta wyższość sprawia wrażenie które odczuwam gdy czytam komiksy o bardziej ludzkich herosach jak Pajęczak czy Batman. Niekiedy ciężko uwierzyć, że w tym samym świecie gdzieś tam żre sobie Galactus lub istnieje ktoś taki jak Superman lub Korpus Zielonych Latarni. Tutaj jednak miałem odwrotnie. Wszystkie potyczki Avengers czy X-Men wydają się czymś błahym, ulotnym. Wyborne :)

Podsumowanie: Chciałoby się poczytać ciut więcej o tej wspaniałej grupie. Może Dom Pomysłów zamiast robić z Falcona Kapitana Amerykę, a Mjollnira oddawać ( o zgrozo ! ) kobiecie zająłby się Przedwiecznymi ? Zasługują oni na dużo większą uwagę i na autorów takich jak twórca „Sandmana”.  Tom który pozytywnie mnie zaskoczył. Spodziewałem się historyjki lekkiej i swawolnej, a otrzymałem wspaniałą opowieść w świecie Marvela z nieco innej perspektywy.  Eternals sprawiają, że nawet Thor czy Sentry wydają się być „śmiertelnikami”. Kto wie ? Może kiedyś, jak ze Strażnikami Galaktyki, popularność grupy wzrośnie dzięki ekranizacji ?

Ocena: 8,5/ 10

Neil Gaiman John Romita Jr Eternals

#37. – WKKM #29 -David Michieline, John Romita Jr, Carmine Infantino – „Iron Man: Demon w butelce”

Standardowy

1525602_211325762386869_285028924_n

Przeciwnicy Iron Mana to zazwyczaj tacy sami jak on śmiertelnicy w różnymi gadżetami, zbrojami z niekiedy wręcz absurdalnymi zdolnościami. Mało kto jednak kojarzy największego przeciwnika Iron Mana.  Powala on bez trudu, a na dodatek jedno spotkanie z nim zwiastuje następne. Oto jeden z najbardziej mrocznych okresów w życiu Starka. Okresu w którym jego największym kompanem nie był Cap czy War Machine, a butelczyna burbonu.

„Demon w butelce” powstał w 1979 roku u jak dotąd jest to najstarszy komiks w WKKM. Widać to na pierwszy rzut oka, oczywiście w pozytywny sposób. Rysunek, scenariusz, sposób narracji- dziś już się tak nie tworzy. Nawet przeciwnicy Żelaznego są dosyć nieszablonowi współcześnie. Dla przykładu- Stiletto którego zdolnością było mistrzowskie rzucanie noży, czy Water Wizard który posiadał zdolność manipulowania wodą. Co skwapliwie wykorzystał w walce tworząc z H2O skuter, a jakże, wodny i uciekł w siną dal… Można więc traktować to jak wątek humorystyczny :D

Iron Man mierzy tu się do spółki z Namorem z potentatem naftowym zanieczyszczającym środowisko, ze znanym z filmów Justinem Hammersem i jego wyżej wymienionymi najmitami, który tutaj jest kimś diametralnie innym oraz tankuje tyle, iż można by pomyśleć, że zbroja działa na alkohol. Fabuła mówiąc krótko jest nieco mniej ambitna niż w „Pięciu Koszmarach” co nie znaczy, że jest gorsza. Te wszystkie oldschoolowe kwestie, ta nieco infantylna już narracja, ta po prostu dawna superbohaterskość… Coś pięknego :)

Fakt, że kreska należała do JRJR zdziwił mnie najbardziej. Autor „Kick Ass’a” i wielu produkcji Marvela jest niezwykle charakterystyczny. Niczego z jego stylu tutaj nie zauważyłem, co doskonale ukazuje jak na przestrzeni lat zmienił się styl tegoż artysty. Podobają mi się drobiazgi jak na przykład nieco zmienione nazwy oryginalnych alkoholi, czy nagła wizyta Iron Mana w biurze samego Jima Shootera.

Podsumowanie: Miła lektura. Dla kogoś kto jest przywyczajony do nowoczesnych technik tworzenia ilustracji będzie to mały szok. Jest to jednak prawdziwy rarytas, klasyk komiksu. Nie tylko dla fanów Iron Mana, ale i całego uniwersum Marvela

Ocena: 8,5/10

1512599_215801081939337_1003861099_n

PS : Ciekawe co by było gdyby komiks miał swą premierę w latach 90 bądź później, a za scenariusz wziął się Miller bądź … Millar xd W przypadku tego pierwszego powieść byłaby bardziej ponura i realistyczna. Mniej fajerwerków, więcej psychologii. W przypadku tego drugiego Stark stoczyłby się na samo dno, złajdaczył, przyłączyłby na jakiś czas do jakiejś grupy badassów i tak dalej…

#33. – WKKM #27 – Dan Jurgens, John Romita Jr. – „Thor: W poszukiwaniu bogów”

Standardowy

575643_202362643283181_1473140033_nThor w WKKM ma wyjątkowego pecha. Wszystkie dotąd wydane historie wydają się mnie lub bardziej urwane w najważniejszym punkcie. I o ile „Ostatni Wiking” zawierał w sobie pełne, dokończone dwie historie i minusem był brak objaśnienia kim do diaska jest zły koleś kujący miecz to tutaj wydawcy nie odrobili lekcji. O ile we wspomnianym tomie autorstwa Walta Simonsona czytelnik łatwo domyśli się tożsamości tejże postaci to w tej czytelnik czuje się jak gość restauracji któremu ktoś w połowie posiłku odebrał talerz i na dodatek trzasnął solidnie w potylicę aby wypluł co ma w ustach.

Thor powrócił wraz z innymi herosami po potyczce z Onslaughtem. Na miejscu Asgardu odkrywa jednak zgliszcza. Bóg gromów szuka więc winnych. Trafia mu się jednak tylko miejski wariat który podaje się za samego Heimdalla. Niewiele myśląc Gromowładny zabiera go na ruiny swego domu. Po powrocie z wycieczki pojawia się ktoś o wiele bardziej konkretny- Niszczyciel. Thor i jego kumple z Avengers jednak zbiera solidne manto od broni swego ojca. Dalsze opisywanie scenariusza jednak byłoby brutalnym spiolerowaniem :) Nadmienię tylko, iż oprócz Mścicieli przez karty komiksu przewijają się takie postaci jak Namor czy Hercules,

Jurgens jako pierwszy postanowił ukazać bardziej boską stronę herosa. Dotąd mimo swego pochodzenia autorzy traktowali go podobnie jak „śmiertelników”. Był ważnym, aczkolwiek kolejnym w szeregu herosem ze swoimi przeciwnikami i historią. Tutaj ludzie powoli zaczynają zastanawiać się czy Thor faktycznie jest nordyckim bogiem, czy superbohaterem z nieco zbyt wielkim ego. Motyw ten ma swoje dalsze następstwa co niekoniecznie przypadło mi do gustu. Mówiąc, że w marvelowskim wydaniu Thora jest za mało mitologii chodziło mi raczej o jego zbytnią popkulturowość.

Scenarzysta stworzył niezłą historię. Tajemniczy przeciwnicy którzy dali się we znaki nie tylko mieszkańcom Asgardu, ale i Olimpu budzą zaciekawienie. Aż szkoda, że nie doczekamy się kontynuacji w WKKM. Gdyby zamiast zapowiadanego „Astonishing Thora” otrzymalibyśmy kontynuację wydawca zmazałby swój grzech.

Na Romitę młodszego nie narzekam. Mimo kilku baboli, co jest u niego normą, kreska ma swój klimat. Choć myślę, że JRJR lepiej czuje się tworząc „miejskie” scenerie niż monumentalne kadry z bogami w tle. Autor ten jest jednym z moich ulubionych, choć jestem świadom, że nie każdemu przypada do gustu jego styl.

4c6c3f43ac157

Podsumowanie: Nie chcę tu umniejszać autorom komiksu- obaj wykreowali niezły komiks i warto po niego sięgnąć, ale to co zrobiło Hachette to skandal… Urwać opowieść w połowie, gdy akcja nabiera rumieńców ? Albo Hachette w jakiś sposób się zrehabilituje, albo sytuację wykorzysta inny wydawca.

Ocena: 7,5/10

thor94

#11. – WKKM #1- J. Michael Straczyński, John Romita Jr. – „Spider-man: Powrót do domu”

Standardowy

207334_101402710045842_1914231452_nPierwszy tom WKKM. A zarazem jedna z pierwszych historii która poznałem. Pierwsze wydanie, jeszcze zeszytowe, nabyłem z przerwanego brutalnie „Dobrego Komiksu”. I zanurzyłem się w świat Pajęczaka bez reszty. „Spider-Man: Powrót do domu”. Historia do której wrócę pewnie setki razy.

Parker odwiedza stare kąty. Miejsca w których przebywał przed ukąszeniem pająka, Jednak zmieniły się one znacznie przez te wszystkie lata. Jednak schemat oprawców i ofiar wciąż pozostaje taki sam.  O czym ma się przekonać wkrótce Parker-nauczyciel. W międzyczasie  spotyka on kogoś kto nieco namiesza mu w głowie. Jest to pierwsza postać godna uwagi. Niejaki Ezekiel Sims. Przypominający nieco Wujka Bena mężczyzna posiada bliźniacze zdolności i dużo większą wiedzę. Uświadamia, a raczej ostrzega on Parkera przed zagrożeniem o którym zaraz wspomnę, oraz daje do przemyślenia kilka istotnych kwestii.

Drugim charakterem jest  Morlun. O tak… Jeden z najlepszych przeciwników jakich miał Spider-Man. Nie drze ryja, nie krzywi gęby, nie ma gadżetów potrafiących zmieść pół miasta ani nie jest z kosmosu. Jest po prostu bezwzględnym drapieżcą. Istotą która poluje na takich jak Spidey. Łączących ludzi ze zwierzętami. Swoiste pomosty między dwoma światami. Elegancki, wyważony, zimny i charyzmatyczny. Ubrany w stroje z poprzedniej epoki, wyglądający jak wampiry od Anny Rice. Jego pojawienie się nawiązuje do Stokera- przybywa on do NY wśród mgieł na tajemniczym żaglowcu.

John Romita Jr. Niektórzy na to nazwisko dostają szału- jak jego rysunki mogą ilustrować takie historię jak „World War Hulk” czy „Avengers vs X-Men” ! Ja na należę do tej drugiej grupy czytelników. Uwielbiam charakterystyczną kreskę Romity Jr, choć wiem, że technicznie jest dużo gorszy od McNivena czy Reisa. W pierwszym tomie WKKM jednak wzniósł się na wyżyny. Detale miasta, postaci są znakomite. Fenomenalny Ezekiel, mroczny Morlun i poturbowany Pajęczak. Oczywiście chwała też nalezy się kolorystom. Wraz z JRJR stworzyli naprawdę dobre widowisko.

Straczyński zadbał zaś o postać Parkera. Nostalgiczne wspomnienia i charakterystyczny sarkazm sprawia, że czuje się dawnego Spider-mana z czasów gdy większość jego przeciwników nosiła ubrania zwierzaków i tak się tytułowała.  Piękne jest również nawiązanie właśnie do owych adwersarzy. Autor rozpoczął również ważny wątek z ciocią May. Kontynuacja nastąpi dopiero za kilka miesięcy, ale warto czekać. Tym bardziej, że jest to historia gwałtownie przerwana w „Dobrym Komiksie”.

Morlun_1

Podsumowanie: Wspaniałe rozpoczęcie Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Dzieło bardzo dobre, ale nie będące lekturą na poziomie „Spider-mana: Blue” czy „Marvels”. Jednocześnie piekielnie wciągające. Myślę, że był to najlepszy wybór jakiego mogli dokonać wydawcy na pierwszy tom dużej serii.

Ocena: 8,5/10

ezekil2