#274. – Jonathan Hickman, Jim Cheung, Jerome Opeña, Dustin Weaver – „Nieskończoność”

Standardowy

Prowadzący serie „Avengers” i „New Avengers” Jonathan Hickman nie należy do zwolenników kameralnych historii, skupionych na garstce postaci i jednym, jedynym przeciwniku. Cała afera związana z Budowniczymi sama w sobie była potężnie rozbudowanym crossoverem angażującym wszelkiej maści grupy, a nawet kosmiczne cywilizacje z uniwersum Marvela. Autor poszedł jeszcze dalej. Gdy wydawało się, że przeciwnik został pokonany i wszyscy mogą odetchnąć z ulgą pojawia się nowy wróg. I to nie byle jaki, bo sam Szalony Tytan- Thanos.

„Infinity” fabularnie zazębia się z wspomnianymi „Avengers” i „New Avengers”. Ale aby w pełni zrozumieć motywację Thanosa i cel jaki sobie obrał radzę sięgnął po komiks pióra Jasona Aarona- „Thanos powstaje”. Wracając jednak do fabuły „Nieskończoności”. Oto gdy sprzymierzone siły przybywają na Ziemię zostają ją oblężoną przez siły Thanosa. Superłotr na skalę kosmiczną przybył na Niebieską Planetę wykorzystując nieco nieobecność sporej części herosów, lecz jego przybycie tak naprawdę było tylko kwestią czasu. 

Warto na chwilę zatrzymać się na Cull Obsidian, czyli Czarnym Zakonie. Grupie istot, będących najbliżej Szalonego Tytana. W jej skład wchodzą: Corvus Glaive, Proxima Midnight, Ebony Maw, Black Dwarf, Supergiant. Każde z nich zdolne jest mierzyć się z największymi i najpotężniejszymi herosami jak Hulk, Doktor Strange czy Hyperion. Każde też jest ślepo oddane Thanosowi. A skoro mowa o nim samym. Nie mając w ręce lub na ręce żadnego artefaktu czyniącego z niego boga, nie odpuszcza, a swoimi działaniami budzi postrach na wielu planetach. Nic dziwnego- jego danina jest godna samego biblijnego Heroda. 

Hickman serwuje nam kilka naprawdę pięknych momentów. Pojedynek Black Bolta i Thanosa, „kapitulacja” Thora czy konfrontacja Strange’ a i Ebony Maw to coś niezapomnianego. Filmowcy powinni brać przykład jak napisać dobry scenariusz ze sporą ilością fajerwerków i nie popaść w nadmierny infantylizm.

 Opeña i Cheung, z naciskiem na tego drugiego, mieli nie lada orzech do zgryzienia. Kosmiczne batalia, stanowiące lwią część komiksu nie były łatwym wyzwaniem, ale rysownicy poradzili z nim sobie dobrze. Tylko dobrze, gdyż czasami nie umiałem pozbyć się wrażenia, iż na jednym kadrze starano się upchnąć jak największą ilość kosmicznego latadła. Inaczej ma się sprawa z Thanosem. Wszyscy wiedzą, że to kawał bydlaka, a z twarzyczki nie przypomina Adonisa. Ujęcie jego uśmiechniętej paszczęki naprawdę powoduje ciary. 

Na chwilę jednak odpuśćmy Thanosowi i skupmy się na Budowniczych. Bo oni są zapalnikiem wszystkiego. W końcu nawet Szalony Tytan nie jest tak szalony, aby otwarcie rzucać się na planetę, na której już dwa razy dostał bęcki. Rasa ta to nie byle kto- jednoczy Skrulli, Kree, Annihilusa i całą kosmiczną ferajnę Marvela. I do tego przez sporą część eventu dominuje ów alians. Ale o nim nieco więc w „Avengers; Nieskończność”.

Podsumowanie: Zdawać by się mogło, iż to kolejny crossover Marvela. Pretekst by nieco namieszać, lecz tak naprawdę nic za sobą nie niosący. „Infinty” nie zmieniło tak wiele jak „Wojna Domowa” czy „Ród M”, można wręcz powiedzieć, że przy całym swoim huku przyniosło dość nieproporcjonalne do niego efekty. Może to i lepiej ? Kawał solidnej przygody, po której zamiast chaosu i braków kadrowych wśród herosów pozostaje względny spokój, imperia się jednoczą, a trykociarze mogą na krótką chwilę odsapnąć. „Nieskończoność” to komiks pełen akcji, najlepiej smakujący z innymi tytułami spod szyldu tego wydarzenia, również autorstwa Hickmana. Marvel zrobił psikusa czytelnikowi sporą objętościowo historię na trzy osobne tytuły. Ale dla tekiej bitki… Warto. 

#158. – Jonathan Hickman, Jerome Opeña, Adam Kubert- „Avengers: Świat Avengers”

Standardowy

Wydarzenie wydawnicze znane jak Marvel NOW! miało swe miejsce tuż po zakończeniu jednego z najgłośniejszych komiksowych eventów ostatnich lat- „Avengers vs X- Men”. Z jednej strony powrót Phoenix wywrócił wszystko na głowę, z drugiej zaś scalił. O ile X- Men nie są już jednolitą, zgraną ekipą ( i to bardziej niż kiedykolwiek ), o tyle Mściciele rozszerzają swój skład nie zapominając o starych członkach grupy.

Nieoficjalnym liderem Avengers był Kapitan Ameryka. Czasami dowództwo pełnił Stark, a nawet Wasp. Jednak uzbrojony w tarczę heros swoją postawą i charyzmą wysuwał się na czoło i jakoś tak zawsze wychodziło, że dowodził Steve Rogers. I tak jest i tutaj. Z bardzo wyraźnym podkreśleniem. Oczywiście wtóruje mu Tony Stark. Sponsor też musi mieć coś do powiedzenia… :D Duet wspaniale się uzupełnia. Konserwatywny, zasadniczy i honorowy Cap i wizjonerski, ironiczny i genialny Iron Man. Obaj panowie planują poszerzyć skalę działań i sam skład Mścicieli. I nie wyjdzie z tego Avengers of World. Raczej of Universe. :)

Opowieść jest również nieźle napisana. Retrospekcje nie są irytującymi przerywnikami, a chwilą napięcia i oddechu od głównej akcji. Budują też całość większej historii. Potężnej, monumentalnej i złożonej, w sam raz na Mścicieli bez granic i ograniczeń. Hickman nieźle poradził sobie też z zaszłościami z Wojny Domowej i innych fatalnych dla grupy wydarzeń. Stark i Rogers wydają się być starymi kumplami którzy od lat nie drą ze sobą kotów.

Pojawia się kilka nowych twarzy. Niektórzy są znani- Sunspot, Cannonball, Manifold. Niektórzy zaś są kompletnie, dosłownie i w przenośni, z kosmosu. Nowa Smasher i Captain Universe. Obie panie są skrajnie inne. Pierwsza ziemska superstrażniczka Shi’tar to dziewczyna z południa USA która ślepym trafem zyskała moce Smashera. Powiem tylko tyle, że ma to związek z awaryjnym lądowaniem owego pana w jednym z tomów „New X- Men”. Captain Universe to  kosmos. W skali naprawdę makro.

A skoro już mowa o nowych postaciach tajemniczy Ex Nihilo, Abyss i Aleph są dosyć wymagającymi, aczkolwiek nieźle wykreowanymi postaciami. Żadnych tam podbojów USA ani władzy nad ludzkimi umysłami. Od razu z grubej rury- rozwalamy Ziemię i tyle. :D Ciekawy jest również Hyperion. Taki jakby… Znajomy. Lecz niekoniecznie z uniwersum Marvela :D O nim nieco więcej za jakiś czas :) .

Graficznie panowie Opeña i Kubert stoją w równym szeregu z scenarzystą. Kreska pierwszego rysownika jest nieco wyraźniejsza, bardziej charakterystyczna, wystepuje u niego też większy realizm.  Zaś postaci jak Abyss czy moce Manifold prezentują się iście superbohatersko. Adam Kubert zaś to brat Andy’ego i syn Joe’go Kubertów. W jego żyłach płynie więc komiksiarska krew co widać od początku. Jest świetny zarówno warsztatowo jak i indywidualnie jako twórca. Właściwie cały tom jest wypełniony zapierający dech w piersi kadrami, niemal pomnikowymi przedstawieniami Avengers. Warto też zwrócić uwagę na nowy wygląd klasycznych herosów. Cap nie ma już tekstylnego stroju, a lekki pancerz, już bez oldschool’wych „skrzydełek”. Iron Man zmienił barwy na nieco poważniejsze, a Hawkeye założyć ciemne szkła i dynamiczny strój.

Podsumowanie: Egmont szaleje. Obok dwóch kilku serii komiksowych z DC otwarcie wyzwał na wojnę Hachette. Wydawnictwa jednak , podobnie jak Cap i Iron Man w tym dziele, uzupełniają się nawzajem. Hachette zarzuca rynek komiksowymi dinozaurami nie pozbawionymi jednak silnych szczęk , autorstwa Stana Lee, Jacka Kirby’ego czy Steve’a Ditko . Egmont wydaje znowuż serię Marvel NOW! czyli okres w po pamiętnej batalii między mutantami i Mścicielami, czyli czas w którym wydawało się, że wydawnictw przyśpieszyło z rozmachem. Przed Secret Wars III ( choć na to co z tego wyniknie lepiej poczekać ). Sam komiks ma w sobie wszystko czego oczekuje po Avengers. Niemal legendarni, starzy członkowie teamu, ludzie kojarzeni z solową działalnością lub innymi grupami i godni podziwu debiutanci. Do tego akcja jednocześnie kosmiczno- epicka, lecz bez wielkich odlotów w odległą galaktykę . Godne szacunku :) .