#265. – WKKDC #1, #2 – Jeph Loeb, Jim Lee – „Batman: Hush”

Standardowy

Wielka Kolekcja Komiksów DC Comics - 1 - Batman: Hush, cz. 1

Start Wielkiej Kolekcji Komiksów DC z wydawnictwa Eaglemoss był największym komiksowym wydarzeniem ostatnich miesięcy, a już teraz można powiedzieć, że jednym z najważniejszych tego roku. Mimo wielu dubli wygląda na to, że seria będzie miała się dobrze, a co więcej- będzie symbiotycznie współistnieć z konkurencją z Hachette. 

Historia zaczyna się jak zwykle. Batman udaremnia porwania zorganizowanego przez Killer Croca. W efekcie odzyskuje też pokaźny okup. Nie na długo. Na horyzoncie pojawia się bowiem Catwoman, która szybko przywłaszcza sobie klejnoty. Batman reaguje jak zwykle. W pogoni za Catwoman spotyka go mała kolizja na Crime Alley. Upadek z dużej wysokości nie kończy się pozytywnie dla herosa, ale na szczęście w mieście przebywa ważna postać z jego przeszłości. Tom Elliot. Przyjaciel z dzieciństwa Wayne, a obecnie wybitny i znany chirurg, który zszywa i składa gothamskiego bohatera.

Po dojściu do siebie Wayne ma do rozgryzienia nie lada zagadkę, będącą wyzwaniem nawet dla detektywa jego klasy. Na drodze staje mu bowiem szereg klasycznych przeciwników, a każdy z nich zachowuje się dość niepokojąco. Nawet jak na takie tuzy szaleństwa jak Harley Quinn, Scarecrow czy Riddler, będący w niepokojących zachowaniach liderami, są dość niecodzienni. 

Lubujący się w teoriach spiskowych i nie ufający nikomu Wayne wyczuwa pewien spisek. Ktoś bowiem musi stać za nagłym wysypem połowy Arkham i Blackgate. Do tego relacje z Catwoman stają się mnie służbowe, a Rodzina oczekuje otwartej deklaracji co do panny Seliny. Tak więc i wrogowie, i współpracownicy nie ułatwiają śledztwa Gackowi. Na dodatek chłopina traci nad sobą panowanie. A to wszystko przez tego przeklętego Jokera !!!

Całość historii ilustruje Jim Lee. Ktoś kto jest potrafi tworzyć znakomite warsztatowo rysunki, będące jednocześnie bardzo klasyczno- superbohaterskie i rozpoznawalne. Wielu bowiem ma nieco podobną kreskę, ale kunszt autora tkwi w drobnych detalach. Ten kto zna nieco więcej z jego twórczości, wie rozpozna je bez trudu :). 

Podsumowanie: ”Hush” to dzieło kontynuujące niejako dziedzictwo Millera pod względem klimatu,charakteru postaci i jego środowiska, ale też będące czymś innym. Więcej tu dynamizmu, szalonych potyczek, zagadki i widowiskowości. O czym świadczyć może pojawienie się Supermana czy tajemnicze powroty zza grobu. Jako komiks otwierający serię wydawniczą, w której pojawią się takie tytuły jak „Green Lantern: Secret Origin”, „Superman: Son of Krypton” czy „Batman: Death in the family”. jest idealny.

PS: I na samym końcu słów kilka o WKKDC. Swego czasu słyszałem o tej serii, lecz nie bardzo wierzyłem w jej pojawienie się w Polsce. Tym bardziej, jeśli za komiksy DC wziął się Egmont. I to z niemałym rozmachem. DC Deluxe, New 52!, klasycznego historie, Vertigo. Lecz wydawnictwo to z Tomaszem Kołodziejczakiem na czele jest naprawdę drapieżnym rekinem swego biznesu. Choćby zdublowane tytuły, czy reedycje tych, które zostały wydane jakiś czas temu. Jeśli ktoś myśli, że Egmont sprytnie wykiwał rywala niech zajrzy na ostatnią stronę pierwszego tomu. 

Plusem serii jest też pewien prosty fakt. Dwuczęściowe tomy są wydawane po kolei. Ktoś, kto nie zdecyduje się na kupowanie każdego tomu nie przegapi kontynuacji pierwszej części. Niby nic- a cieszy. Z dodatkami jest nieco inaczej. WKKM skupia się na autorach, ciekawostkach i informacjach. Kolekcja z Eaglemoss stawia przede wszystkim na klasyczne komiksy. Jak w przypadku „Husha”- pierwszego numeru Batmana i pierwszej wersji genezy owej postaci. Dość ciekawy kontrast z historią z kompletnie innych czasów.

#229. – Jeph Loeb, Ed McGuinness, Dexter Vines – „Superman/Batman: Wrogowie Publiczni”

Standardowy

Historie narracyjnie budowane na zasadzie dwóch przeciwieństw są niezwykle poczytne i łatwe w odbiorze. Co nie umniejsza ich walorów, tym bardziej jeśli tymi dwoma przeciwstawnymi bohaterami są Superman i Batman. Ostatni Syn Kryptona i Zamaskowany Krzyżowiec to dwie naczelne postaci DC, a wsadzenie ich w jedną ich w jedną opowieść gwarantuje nie tylko wartką akcję, ale i porządną fabułę. Nadmienię jedynie, że panującym prezydentem USA jest Lex Luthor, a co za tym idzie Liga Sprawiedliwości nie jest zbytnio suwerenna, a już na pewno nie ma w swoim składzie nikogo z Kryptona. 

Tytuł tej historii powinien brzmieć „Superman/Batman vs reszta świata”. Kal- el i Wayne mają bowiem przeciw sobie cały legion postaci złych i dobrych z uniwersum DC. Od hord złoczyńców, poprzez Shazama i Hawkmana, aż po Ligę Sprawiedliwości. Ci ostatni oczywiście na smyczy prezydenta Luthora, ale w składzie znajdą się dawni współtowarzysze obu panów jak Green Lantern/ John Stewart, Black Lightening czy Power Girl. Ciekawsze są jednak  postaci takie jak moralnie rozdarty pomiędzy wiernością do władzy, a sztubackim uwielbieniem Supermana Captain Atom i oszołomiasty trep Major Force. Ale cóż znaczą tabuny wrogiej masy przeciw zjednoczonym siłom Supka i Gacka ? 

Loeb niesamowicie podkreśla różnice pomiędzy sposobem bycia i myślenia obrońców Gotham i Metropolis. Sam wstęp pokazuje oba te zjawiska wyśmienicie. Niby są jakieś podobieństwa, ale mentalnie panowie są naprawdę odlegli. Farmerska i uczciwa do bólu natura Supermana wręcz przyprawia o zawrót głowy w porównaniu z shopenhaur’ owskim i wesołym jak doom metal spojrzeniem na świat Wayne’ a. Widać to też w działaniu. Clark działa subtelnie jak taran. Batman myśli, analizuje i niemal steruje swoim kompanem z Kryptona. 

Ten ktoś myśli posępnie, że to historyjka tylko o tym jak Superman i Batman biją się z połową świata DC będzie mile zaskoczony. Loeb serwuje bowiem takie delikatesy jak pojawienie się Supermana z przyszłości, debiut nowego Toymana i jego spektakularnego robota- rakiety o epickim wyglądzie Supermana i Batmana oraz zjednoczenie najbliższych współpracowników dwojga bohaterów w szturmie na Biały Dom i prezydenta Luthora.

Wizualnie jest po prostu bezbłędnie. Batalie jakie zmuszeni jest staczać duet i pokaźna liczba postaci to nie jedyne plusy rysunków „Wrogów publicznych”. McGuiness fenomenalnie zgrał się z narracją również i wizualnie odróżniając od siebie głównych bohaterów. Jasne i słoneczne barwy towarzyszące Kal- elowi i pochmurne, mroczne kolory skupione wokół Mrocznego Rycerza tworzą kontrast podpierający rozdzieloną na dwoje fabułę. No i ta dynamika. Wejście popleczników Batmana i Supermana do siedziby amerykańskich prezydentów przypomina początek „X- Men 2″. Tyle, że zamiast Nightcrawlera jest tu spora ilość młodego „S”-ek i nietoperzy.

Podsumowanie: Historię znam co prawda z zeszytówek „Dobrego Komiksu”, ale wydanie zbiorcze cieszy oko i półkę. Egmontowi należy się mimo zebrania historii do kupy mały minus. Liternictwo nie jest tak dobre jak te z „DK” co jest właściwie dość często wadą wydawanych w Polsce zagranicznych komiksów. Wracając natomiast do samego komiksu. Zrobił on na mnie ogromne wrażenie i stawiam go jako modelowy przykład narracji- przekładańca. Dwie odmienne, lecz zjednoczone postaci. Wspólny cel i problemy, ale też inne na nie spojrzenie. Loeb to scenarzysta wszechstronny. Mroczna detektywistyczna powieść jak „Długie Halloween” czy sentymentalna seria kolorowa Marvela to nie problem dla tego weterana komiksu. Również seria „Superman/ Batman” w jego wykonaniu to coś co trzeba znać.

#192. – Jeph Loeb, Tim Sale – „Hulk: Szary”

Standardowy

Popularność kolorowej serii Marvela przyniósł „niebieski” Spider- Man z WKKM. Mucha umiejętnie wykorzystując brak pozostałych części serii Loeba i Sale’a od Hachette wydała „żółtego” Daredevila”. Kwestią czasu więc było wydanie trzeciej, lecz nie ostatniej, opowieści opowiadającej o szarym Hulku. Szarym dosłownie i w przenośni.

Parker nagrywał dla zmarłej Gwen kasety. Murdock kierował do Karen Page listy. Banner zaś poszedł do psychiatry. A konkretniej do samego dr Samsona. Który również gra w zielone. Ale jaki związek ma to z poprzednimi częściami ? Postacią kluczową w rozmowie z Leonardem jest bowiem ukochana Bruce’a- Betty Ross. Akcja wyznań Bannera dzieje się między pierwszym, a drugim zeszytem przygód Hulka. Gdy ten  był bardziej zagubionym gigantem niż wściekłą bestią. Gdy zieleń ustępowała szarości.

Kolor ten zresztą gra tu niebagatelną rolę. Nic tu nie jest bowiem do końca białe czy czarne. Hulk nie jest niszczycielem i potworem, a istotą która chce po prostu spokoju. Nawet Ross w kilku momentach wydaje się mieć ludzką twarz. Późniejszy Czerwony Hulk tutaj jest głównie jednak typowym wojakiem który na wiadomość iż jest otoczony reaguje uśmiechem. W końcu może atakować we wszystkie strony. Gościnnie pojawia się też Iron Man. Ale skoro Stark dostał bęcki od Hulka nawet w specjalnie przygotowanej na niego zbroi, to czy w swoim topornym, złotym pancerzu miał jakiekolwiek szanse ?

Relacje Hulk- Betty- generał Ross są nader dziwne. Hulk nie kuma, że Ross’ówna boi się wielkiej, szarej kupy mięśni bardziej od swojego ojca. Ale w swojej prostocie widzi, że tatulko to despota i człek z przerostem ego. Ross nie wie, że Banner i Hulk to jedna osoba, więc obwinia o śmierć naukowca Szarego. Nie jest to jednak troska spowodowana żalem po śmierci ukochanego córki, a po stracie dobrego wyrobnika, jajogłowego który wynajdzie mu jeszcze silniejszą bombę. Istnieje wiele odcieni szarości. Potwór nie zawsze jest potworem. Ojciec nie zawsze zasługuje na miano ojca. A Hulk to Hulk.

Sposób w jaki przedstawiony jest przez Sale’a Hulk oddaje wspaniale tutaj jego charakter. Nie do końca pojmujący samego siebie, nie zdający sobie sprawy z własnej siły ( kolega królik… ) i mimo wszystko – pocieszny i sympatyczny szary gigant. Jeśli tymi dwoma epitetami można określić kogoś rozdzierającego pancerz czołgu gołymi rękoma. Rysownik wzorował nieco beczułkowatą sylwetkę szarego jeszcze Hulka na krótkich komiksach Marie Severin „Not Brand Echh „, gdzie Sałata był uroczo destrukcyjny. Sam zamysł siejącego nie zawsze celowo wyrządzone szkody ma swoje źródła zaś w „Frankenstein’ie” z 1931 roku.

Podsumowanie: Duet Loeb/ Sale tworzy zgrabne historie niemal ocierając się o wydarzenia oryginalne autorstwa Stana Lee i Jack’a Kirby’ego. Wplatają swe wątki w klasyczne i kluczowe opowieści nie zmieniając niczego, może czasem pokazując nieco inny punkt widzenia. „Hulk; Szary” jest inny niż kolory z udziałem Pajęczaka i Człowieka Bez Strachu, ale też sam Hulk jest kompletnie inną postacią niż dwaj herosi z NY. Parker i Murdock to bohaterowie uliczni, ze swoimi namiętnościami i demonami. Hulk to czysta, niepohamowana destrukcja. A jednocześnie dobra bestia która ma ogromne serducho ( odsyłam do „Planety Hulka” ) i być może jest ono bardziej ludzkie niż niejednego cywilizowanego bohatera.

#191. – Jeph Loeb, David Finch – „Ultimatum”

Standardowy

Nie lubię świata Ultimate. Po prostu nie leży mi jak ktoś na siłę, dopychając kolanem próbuje wprowadzić rewolucje która miast hucznej rewolty jest pikietą wegan pod mięsnym. Niby coś robimy, krzyczymy, ale robi się zimno i ta pani źle na nas patrzy, no i mama wraca z pracy. Czyli objaśniając- chcemy, ale nie umiemy. Niektóre historie były bardzo dobre, lecz lwia część nie wyrastała zbytnio ponad przeciętną. „Ultimatum” to jednak coś co w ogóle nie wyrasta. Jak dla mnie nie powinno wyrosnąć poza robocze pomysły twórców.

Armagedon się dzieje ! Magneto zmienia bieguny ziemskie ! Cóż z tego, że naukowo to bzdet. Czytelnik kupi. Bo to komiks przeca ! To superbohatery, supelasery i ufoki ! Dziecinada ! Otóż, kurczę, NIE !!! Od rewolucji Moore’a i Millera powieść graficzna to poważne medium z poważnymi treściami. Robienie sobie jaj z podstawowej wiedzy naukowej  mogli sobie pozwolić scenarzyści z dawnych lat, gdy te technologię i naukę trzeba była wymyślić. Choć zapewne i oni nie odważyliby się tak jawnie kpić z czytelnika. Ponadto od lat 60 minęło i tworząc coś od nowa trzeba przestrzegać nowych zasad, a nie jechać po mutacjach deus ex machina.

Ni cholery nie rozumiem jakim cudem ktoś taki jak Jeph Loeb ( „kolory” Marvela, „Długie Halloween”, „Superman/Batman: Wrogowie publiczni” ) napisał takiego gniota. Bo nie sposób inaczej opisać ten komiks. Kiepski okres twórczości ? Terminy ? „Ultimatum” to doskonały dowód jak przekraczać granice dobrego smaku. Dla porównania- Mark Millar w „Staruszku Loganie” wybił 99 % populacji herosów, ale tak sprawnie wszystko poprowadził, iż czytelnik nie czuł się zniesmaczony. Szokował, może nawet bardziej niż Loeb, ale za szablę nie chwytałem, na koń nie wsiadałem. Millar wykreował posępną, postapokaliptyczną wizję uniwersum Marvela po porażce herosów. Loeb zaś skalał wspaniałe postaci urządzając im rzeźnię w której giną oni jak w tanim horrorze. Magneto, Xavier, Wolverine, Cyclops, Beast, Nightcrawler, Dr Strange, Wasp, Giant Man, Blob, Dazzler, Angel. A to i pewnie nie wszyscy. Najgorszy jest jednak w jaki sposób odchodzą niektórzy z nich. Fani „Gry o Tron” nie mają więc na co narzekać. Martin przynajmniej wybija z klasą. Jeph Loeb to twórca na tyle zasłużony, że jednym smrodkiem nie zepsuje sobie opinii. Mimo to rekomendacja, jaką jest jego nazwisko zobowiązuje i scenarzysta powinien pamiętać, że obok wielkich tytułów jego autorstwa znajdzie się taki karzełek jak „Ultimatum”.

Finch również nie pokazał się z najlepszej strony. W „Forever Evil” pokazał klasę. W „Upadku Avengers” nieco gorzej, ale nie było tragedii. Tutaj jednak jest źle. Scenariusz i rysunki są więc na równym poziomie. Krzyknę na koniec rozpaczliwie- Loeb’ie i Finchu ! Nie idźcie tą drogą ! Na szczęście Marvel posłał w diabły całe Ultimate, Loeb piszę „Captain America: White”, zaś Finch współpracuje z DC w o wiele lepszej formie.

Podsumowanie: Nie przepadam za uniwersum Ultimate, szczęśliwie już skasowanym. Marvel który miał szansę stworzyć wszystko od nowa nie dość, że zniszczył wiele legend, to okazało się, że target do którego był skierowana owa linia wydawnicza woli klasyczną 616. Ultimate jednak nie jest do końca złe. Początki X- Men, początki Ultimates, Spider- Man Bendisa to coś co warto znać. Jednak ten potworek to kwintesencja tego czego nie cierpię tym uniwersum. Zbyt radykalne, wręcz siłowe i sztubackie podejście do modernizacji i unowocześnienia herosów, nielogiczność, kompletny brak szacunku do dziedzictwa kilku dekad opowieści Marvela. Nie radzę też zaczynać nikomu przygody z komiksami od tego dzieła. Nie, nie, nie… Musze odreagować Moore’m… :D

#145. – Jeph Loeb, Tim Sale – „Daredevil: Żółty”

Standardowy

Seria kolorowa panów Leph/Sale daleko odbiega od standardowych historii z jej bohaterami. W „Spider- Man: Niebieski” Pajęczak nostalgicznie i ze smutkiem wspominał pierwsze chwile miłości z Gwen Stacy. W „Daredevil: Żółty” Murdock również patrzy za siebie wstecz. Autorom udało się jednak przedstawić wszystko zupełnie inaczej niż w przypadku Spider- Mana. U Parkera da wyczuć się ukryte między słowami poczucie winy i głęboki smutek po utracie, nie bójmy się powiedzieć, miłości życia którą była panna Stacy. DD zaś odczuwa te same uczucia, jednak skupia się również na swoim poczuciu zemsty, gniewie, emocjach które z niewidomego prawnika uczyniły superbohatera. Dodam też, że Daredevil dzieli swe wspomnienia pomiędzy dwie tragicznie zmarłe i bliskie mu osoby.

Pierwszym wspominanym jest „Kid” Murdock. Bokser już w średnim wieku, który walczy w nie do końca uczciwych walkach bokserskich, gdzie większość wyników jest uzgadniana za kulisami. Stary Murdock jednak nie należy do byle cieniasów i swoje walki traktuje jak najbardziej z sercem. W efekcie w finalnej walce nie poddaje się mimo nakazów trenera. Szybko jednak przekonuje się, że honor na ringu to tylko puste pojęcie dla jego mocodawców. Mimo silnej pięści i woli walki ginie z ręki pewnego amatora pistacji z polecenia wyżej wymienionych.

Drugą osią na której opierają się wspomnienia Daredevila jest Karen Page. Jego wielka i tragiczna zarazem miłość. Kobieta która z jednej strony niemal doprowadziła do upadku Murdocka jako człowieka i bohatera, a z drugiej sprawiła, że tym bohaterem pozostał. Po perypetiach które urządził jej Frank Miller nie potrafię jednak patrzeć na tę babeczkę jak na pozytywną postać. Nie jest ona jak Gwen Stacy dla Parkera ( pominę już haniebny epizod jakiego dopuścił się JMS z udziałem Normana Osborna ), ani Lois Lane dla Supka. Karen obdarza Matta wielkim uczuciem, ale również nie waha się porzucić jego i swego dotychczasowego życia dla plugawej kariery, w efekcie stając się ćpunką. Tutaj jednak jest jeszcze zalotną dziewczyną do której miętę czuje nie tylko główny bohater. Postać ciekawa, niknąca wśród tragicznych kobiet Marvela jak Jean Grey czy wspomniana Gwen. Chociaż po obecnych wydarzeniach w Marvelu można się spodziewać wielu rzeczy.

Jednak nie tylko ojciec i kobita Daredevila są tutaj kluczowe. Loeb ukazał również w ciekawy sposób przyjaźń i partnerstwo w interesach. Poczciwy i misiowaty Foggy Nelson i ambitny, błyskotliwy Matt Murdock nawet bez Daredevila byliby świetnym materiałem na serial akcji.

Sale doskonale oddał klimat Hell’s Kitchen z jej ponurymi zaułkami, wrażeniem wszędobylskiej przestępczości, klimatu znanego z kryminałów noir. Kontrastem jest tu DD. W swym żółtym stroju objawia się jako salwator dla pokrytych brudem i mrokiem ulic piekielnej dzielnicy Nowego Yorku. I jak zawsze w przypadku tego twórcy można podziwiać znakomitą perspektywę kadrów i niezwykłą kreskę, która nawet dla zwolenników realizmu musi być ciekawa i przykuwająca wzrok.

Podsumowanie: Są pewni autorzy których dział można kupować w ciemno. Jeph Loeb i Tim Sale to duet słynący z tworzenia niebanalnych opowieści. Takich które można polecić nawet sceptykom komiksu superbohaterskiego. Loeb/Sale tworzą historię klimatyczne, nasycone emocjami, prawdziwe, bez przesadzonej, efektownej akcji i zbędnych zawiłości. Po prostu dzieła do których się wraca i pamięta. Cykl „kolorów” nie wpisuje się wielkie wydarzenia w świecie Marvela, ale pokazuje ludzką stronę herosów.

PS: Plotki głoszą, iż panowie prawdopodobnie dokończą zapowiadany czwarty tom serii pod tytułem „Kapitan Ameryka: Biały”. Jeśli to prawda to oprócz „szarego” Hulka oczekuję, iż Mucha Comis wyda go jak najszybciej. :)

#59. – WKKM #42 – Jeph Loeb, J. Michael Straczyński, Leinil Yu, Ed McGuinness, John Romita Jr., David Finch, John Cassaday- „Poległy Syn: Śmierć Kapitana Ameryki”

Standardowy

10410126_267080826811362_3746745456647370985_n

Tytuł czterdziestego drugiego tomu Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela jest sam w sobie spoilerem, więc powiem od razu- Kapitan ginie. Po wydarzeniach w „Wojnie Domowej” Cap staje się przestępcą. Podczas wyprowadzania z sądu pada strzał. Steve Rogers, znany szerzej jako Kapitan Ameryka umiera. Jak się okazuje później nie od jednego strzału, ale to już inna opowieść…

Pomysłodawcą scenariusza był JSM, wykonawcą- Jeph Loeb. Poszczególne rozdziały opowieści są pięcioma fazami śmierci. W każdym z nich pojawia się inna postać. W każdym z nich próbuje ona poradzić sobie ze śmiercią jednego z najważniejszych z nich.

Na początek jednak prolog kreski Cassaday’a. Autor jak zwykle sprawdził się w ilustrowaniu historii z Rogersem. Duża część to retrospekcje, które przeplatają się z teraźniejszością. Jednak ważniejsze są tu wydarzenia- zamach na Kapitana. Wydarzenia pędzą tu jak odrzutowiec, na tyle szybko, że można wziąć je za jakąś alternatywną rzeczywistość których w Marvelu nie brakuje.

Tak samo myśli też Wolverine i grupa niezarejstrowanych herosów w pierwszej części- zaprzeczeniu. Sądzą oni bowiem, że miotający tarczą Avenger żyje, a jego śmierć to mistyfikacja Irona Mana i S.H.I.E.L.D. . Logan próbuje wciągnąć w swą próbę pierw Winter Soldiera, następnie Daredevila który jest bardziej kompromisowy niż Bucky. Rysunki Yu są intrygujące. Ze wszystkich rysowników z tego tomu jego znam najsłabiej. I z tego powodu był dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Nieco „szarpana” kreska pasuje bardzo dobrze do klimatu tego rozdziału i bohaterów tam występujących.

Fallen Son Wolvie 12-13

Drugi rozdział- gniew. Akcja toczy się na dwóch polach, równocześnie do pierwszego rozdziału. Ukazane są dwie grupy- legalni Avengers z Aresem, Sentry’m i Marvelówną w składzie, oraz nielegałowie- Luke Cage, Spider-Man, Thing czy Dr Strange. Pierwsi po raz kolejny ścierają się z poważnym zagrożeniem, drudzy- grają w karty :D Obie grupy na swój sposób próbują przyjąć wieści o śmierci Capa. Za stronę wizualną odpowiada Ed McGuinness. Kolejny dobry wybór. Barwna paleta herosów wypada naprawdę nieźle w jego wykonaniu w scenerii zarówno kameralnej jak i tej mniej wyciszonej.

Trzeci rozdział- Negocjacje. Mały spoiler z „Rodu M’ i „Upadku Avengers”. Hawkeye po szaleństwach Scarlet Witch żyje, choć w ukryciu. Nie ukrywa się jednak na tyle skutecznie, aby nie być zauważonym przez Starka. Nie przybywa on by przenieść blankiecik rejestracji, lecz, aby złożyć niecodzienną ofertę zatrudnienia. Już nie jako Hawkeya jednak… Pojawiają się też „młodzi gniewni”- Patriot i Hawkeye-baba. Ilustruje – John Romita Jr. Autor dobrze mi znany, który tutaj pokazał kawał swego warsztatu, z kilkoma naprawdę niezłymi momentami.

Część czwarta- depresja. Główna rola- Spider-Man. Spidey, ach Spidey… Loeb znakomicie wykorzystał jego poczucie winy. Bo jakże to tak ? Ktoś z otoczenia Parkera ginie i on się nie obwinia choć minimalnie za jego zgon ? A jak ! Parker odwiedza cmentarz, a konkretniej wuja Bena. Nieoczekiwanie jednak na nekropolii jest jeszcze ktoś, kogo ciężko sobie wyobrazić w zadumie nad grobem. Tu też ukazuje się ludzka twarz tejże postaci. Pajęczak nie jest nieomylny. No i strona wizualna. Jak nie cierpię stylu Fincha, tak tutaj bije na głowę swoich kolegów po fachu. Mroczna atmosfera w strugach deszczy, pełne szczegółów sylwetki postaci i brak jego największej wady- monotonnej mimiki twarzy. Rysunki prezentują naprawdę najwyższy poziom spośród całego albumu.

I ostatni- akceptacja. Pogrzeb Kapitana Ameryki. Tutaj już nie jest traktowany jak renegat, jak ktoś kto z dnia na dzień z idola tłumów i chodzącej inspiracji stał się wrogiem publicznym numer jeden. Jego trumna ciągnięta przez samotnego, białego konia- ceremoniał należny jedynie zmarłym prezydentom USA- otwiera pożegnalny akt tej opowieści. Fenomenalna mowa pogrzebowa Falcona ( Kapitan Ameryka przemawia na pogrzebie Kapitana Ameryki :P ).

Dziś już wiemy, że był to epizod. Że tak istotna postać jak Cap powróciła. I kolejny raz sprawdziło się powiedzenie, że w Marvelu tylko wuj Ben na zawsze pozostanie martwy. Niegdyś mówiło się jednak również o Bucky’m…

Podsumowanie: Dzieło autorstwa, można śmiało powiedzieć, dwóch scenarzystów i kilku rysowników. Graficznie oferuje różne style, jednak dopasowane do historii i ich różnorodność jest wisienką na torcie, nie niewygodnym przeszkadzaczem. Piękne, choć chwilowe, pożegnanie na Kapitana – bodaj najbardziej ikonicznej postaci Domu Pomysłów.

Ocena: 8,5/10

CaptainAmerica-fallenson

#24 – WKKM #33 – Jeph Loeb, Tim Sale – „Spider-Man: Niebieski”

Standardowy

1939700_232471400272305_620178807_nJeph Loeb i Tim Sale to team który tworzy prawdziwe perełki,takie jak „Batman: Długie Halloween” czy seria „kolorów” Marvela.  Składa się na nią właśnie ten tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, a oprócz niego- „Hulk: Szary” i „Daredevil: Żółty”. W planach ( mam nadzieje, że realnych)- „Kapitan Ameryka: Biały”.

Jako pierwszą z trzech historii przeczytałem niebieskiego Pajęczaka. Miałem duże wątpliwości co do tego komiksu. Obawa wynikała z przekonania, że będzie to bardziej opowieść o MJ i Gwen, niż o samym Peterze. I owszem. Dzieło Loeba i Sale’a opwiada bardziej o jego relacjach z środowiskiem po ugryzieniu pająka, gdy przestawał być ciamajdowatym nerdem, a stawał się pewnym siebie młodym człowiekiem, niż o jego trykociarskiej profesji. Autorzy pokazali swój wyśmienity kunszt. Jeph Loeb oznaczając tom kolorem niebieskim wiedział co robi. Życie Spider-Mana było w sporej części serią osobistych tragedii, a smutek w jego życiu był częstszym gościem niż Venom i spółka.  A czyż niebieski nie jest kolorem smutku ?

Narratorem historii jest sam Peter. Nagrywa on kasetę ze wspomnieniami skierowaną do nieżyjącej już Gwen. Rozpamiętuje momenty gdy zobaczył ją pierwszy raz, gdy był wśród przyjaciół których drogi rozeszły się różnie. Gdy na horyzoncie pojawiła się obecna partnerka- MJ Watson. Moc tego komiksu nie tkwi jednak w wydarzeniach, a w sposobie ich przedstawienia. Czytelnik dobrze wie, że niedługo Green Goblin zrobi swoje. Jest to swoista cisza przed burzą. Śmierć wujka Bena sprawiła, że Peter z rozbieganego szczyla stał się herosem. Śmierć Gwen będzie przedłużeniem łańcucha strat, i na zawsze odmieni jego przyszłość.

I jak zawsze na koniec- strona wizualna :) Sale jest bardzo charakterystycznym rysownikiem. Autor jest daltonistą. Lecz jego dobór kolorów sprawia, że kadry zapierają dech w piersiach. Same okładki poszczególnych zeszytów składających się na tom ukazują jego klasę. Jednak Sale nie jest dla wszystkich. Nie jest to Jim Lee czy Paul Jenkins. Detale mogą wydać się toporne, zaś same postacie narysowane ręką dziecka. Jednak Sale to nie pospolity rysownik, a artysta mający pełne prawo na oryginalność.

Najpiękniejszy jest jednak koniec. Sentymentalny, wzruszający i rozmiękczający serce. Również wspaniałe nawiązanie do pewnej piosenki dość niespodziewanej wykonawczyni. Genialna robota translatorów :) Tutaj nawet ekstrawertyczna MJ jest inna.

Pojawia się klasyczne superbohaterskie mordobicie, ale jak cały komiks jest ono raczej kolejnym wspomnieniem z przeszłości. Przerywniki z udziałem śmietanki dawnych adwersarzy Pajęczaka oddają hołd dawnym dziejom Parkera. Tworzące klimat ze starych dobrych czasów.  Po prostu klasyka.

6a36554648a0a0a1722f2d42e892c1b0

Podsumowanie: Moje odczucia troszeczkę przypominają te związane z „Ostatnimi łowami Kravena”. Przede wszystkim pozytywne zaskoczenie naprawdę dobrą historią z którą powinien zapoznać się każdy kto uważa komiksy za dziecinadę. Jakże różny jest komiks o Spider-Manie, a jego „publiczne” wyobrażenie…

Ocena; 9/10