#278. – WKKM #105 – Jason Aaron, Brian Michael Bendis, Ed Brubaker, Matt Fraction, Jonathan Hickman, Frank Cho, John Romita Jr. – „Avengers vs X- Men cz.1″

Standardowy

Wielkie crossovery powstały z dwóch powodów. Aby zgarnąć nieco szeleszczących i brzęczących nominałów z portfeli konsumenta i po to, by nieco przewietrzyć woniejące już nudą uniwersum. Wśród tego typu wydarzeń zaś najwięcej sensacji wzbudzają te, w których herosi walczą między sobą. Nie kosmiczna inwazja, nie kryzys na wielu światach. Ale bratobójcze mordobicie w imię, mniej lub bardziej, banalnych ideałów. Bo czymże była główna przyczyna sławenej „Wojny Domowej” wobec wieloletniej przyjaźnie Capa i Starka ? Wydawać by się mogło, że niczym, lecz krew się polała. Podobnie jest i tutaj. Dwie, niejednokrotnie współpracujące ze sobą grupy rzucają się sobie do gardeł. Oczywiście nawet nie próbując usiąść do stołu. A co jest tego przyczyną ?

Phoenix powstaje z popiołów. Potężny, kosmiczny byt zmierza w stronę Ziemi. Jean Grey nie żyje ( znowu ), ale płonąca bestia upatrzyła sobie na cel inną pannę związaną z nazwiskiem Summers. Jest jest nią niejaka Hope, pierwsza mutantka urodzona po M- Day. Przeklętym przez mutantów dniu, w którym Scarlet Witch wymazała połowę populacji homo superior. Garstka mutantów ocalałych po tych wydarzeniach liczy, iż Phoenix nosi swą nazwę nie na darmo i przyczyni się do rezurekcji ich gatunki. Skrajnie inny punkt widzenia przejawiają Avengers. Grupa pod przywództwem Kapitana Ameryki obawia się przybycia kosmicznej istoty znanej z siania spustoszenia i zagłady. Konflikt interesów wydaje się być nieco błahy. Odnoszę wręcz wrażenie, że Cap i Cyclops tylko czekali, aby móc pokazać, który z nich jest prawdziwym samcem alfa.

Dość specyficzna rola przypada Wolverine’ owi. Logan, który poróżnił się z Summersem na łamach „X- Men: Rozłam” stoi po stronie Avengers, ale jednocześnie w na pozycji tego, któremu ciężko jest zaufać. Nic dziwnego- gdzieś bowiem w duszy zakapiora ze szponami z adamantium gra czuła struna tęsknoty i żalu za panną Grey.

Podobnie jak w historii Millara i McNivena, tak i tu, dziwi mnie prędkość z jaką dotychczasowi sojusznicy zaczynają obijać się kułakami. Ma to w sobie wręcz wrestlingowy sznyt. Tylko w tego typu widowiskach dotychczasowi sojusznicy ot tak zmieniają stronę. Sęk w tym, iż w amerykańskich zapasach to rzecz wręcz obowiązkowa i podnosząca napięcie. W komiksach zaś nie zawsze się sprawdza, a nieskomplikowane pobudki wzajemnej wrogości sprawiają, że ciężko jest przejść obok nich obojętnie. Bo całkiem fajnie zobaczyć dwie największe grupy Marvela w bezpośrednim starciu. Lecz uproszczenie jego genezy już takie nie jest.

Obok głównej opowieści wydawca dorzucił serię „AVX Versus” ilustrującą solowe walki członków obydwu grup. Main eventem jest tu bez wątpienia walka między Iron Manem, a Magneto, lecz zestawienia takie jak Kapitan Ameryka vs Gambit czy Thing vs Namor również robią wrażenie. 

Pierwszą część ilustruje John Romita Jr. Nie będący w swej szczytowej formie. Nie jest to zbrodnia jakie zdarzało mu się popełniać nawet na łamach WKKM ( pamiętny „Black Panther” ), ale daleko mu do formy z „World War Hulk” czy „Spider- Man: Homecoming”. Zbyt często bywa niedbały, aby móc przemilczeć zepsute kadry. Szczególnie, iż w następnych tomach wypada nieco blado przy Oliverze Coipelu czy Kubercie. Wystarczy spojrzeć na powyższy kadr, aby przekonać się, co nie poszło nie tak Romicie Młodszemu… :p

Podsumowanie: Batalia mutantów i Mścicieli odcisnęła silne piętno na świat Marvela. Ale o tym więcej przy okazji recenzji dalszych części tegoż eventu. Póki co grupy są zajęte na tyle sobą, aby nie zauważyć, iż to Phoenix jest największym zagrożeniem. Olśnienie przychodzi nagle, w momencie, gdy przychodzi przywitać się z płomienną, kosmiczną gąską.

#278. – Jason Aaron, Esad Rebic – „Thor Gromowładny- Boża bomba”

Standardowy

Boże Narodzenie tuż, tuż. Sklepy jeszcze na długo przed nim wystawiają świętych od Coca- Coli, bałwanki, gwiazdki i rozmaite precjozja, ukazujące wyższość marketingu nad tradycją. Jest więc to wspaniały czas by wspomnieć o historii z udziałem boga. Będącego jednym w trójcy. I aby uspokoić bogobojne sumienia- nie jest to bluźnierstwo przeciw tej Trójcy. Jason Aaron i Esad Rebic prezentuję bowiem swoją boskie trio. A konkretniej troje nordyckich bogów gromu, będących tą samą osobą, z trzech różnych epok swego życia.

W poprzedniej części współczesny Thor odkrywa, iż ktoś wybija bóstwa z różnorakich panteonów. Szybko okazuje się, że miał on nawet do czynienia z zabójcą. W okresie życia, w którym uosabiał wszystkie stereotypy dotyczące młodego, pyszałkowatego boga. Czyli ciągoty do bitki, kobitki i popitki są mu bliskie aż nadto. Do tego kompleks związany z brakiem odpowiednich kwalifikacji potrzebnych do obsługi Mjollnira. Ale jest też Wszechojciec Thor. Najpotężniejszy z trójki, najbardziej doświadczony, ale jednocześnie złamany i zgorzkniały. Pokonany wielokrotnie przez siły Bogobójcy w całej swej potędze jest bezradny. Aż do czasu przybycia Thora Avengera. I jak łatwo się domyślić- najmłodszego z Gromowładnych. Aaron znakomicie bawił się również relacjami między nimi. Najstarszy, z wiadomych powodów, przypominał w sporej mierze swego ojca. Thor teraźniejszy- herosa, który chyba najbardziej stara się ułożyć bałagan, któremu winny w pewnym stopniu jest on sam. W wersji, która nie żywi szacunku ani do niego, ani do pryncypialnego Wszechojca. 

Znaleziony obraz

Ukazana jest też geneza samego Gorra, a co ważniejsze jego motywacje i coraz wyraźniejsze konsekwencje jego działań dla niego samego. Ktoś, kto wybija i zniewala bóstwa tysiącami sam po jakimś czasie przestaje być zwykłym mordercą, a kimś dużo większym. Wychodzi też na jaw skąd wzięła się jego potęga, zdolna gładzić największe boskie byty i jak plan właściwie ma Rzeźnik Bogów.

Chorwacki rysownik już w poprzednim tomie zabłysnął ogromnym talentem. Kadry ukazujące obdartych ze chwały martwych bogów przerażały nie mniej, niż pozornie niepozorny Gorr Bogobójca. Tutaj Rebic przedstawia kolejne poziomy okrucieństwa tej postaci, a zarazem upadku pozornie nieśmiertelnych. I nie można nie zapamiętać kadru, w którym Thor dzierży dwa Mjollniry. Dla mnie, jako megalomana i człeka lubującego się w neo- hollywoodzkich zagrywkach- bomba. Boża bomba. 

Podsumowanie: Aaron ukazał jedną postać z trzech różnych epok. I  ie byłoby w tym nic szczególnie innowatorskiego, gdyby Gromowładni tak bardzo się od siebie nie różnili, a jednocześnie nie przypominali siebie. Tak samo bitni, krytyczni wobec swoich wcieleń i ze wspólną obawą. Jakaż to rzecz, której lękają się niezmiennie trzy wcielenia Thora ? Aby się dowiedzieć trzeba sięgnąć po ten tom. Podpowiem tylko tyle, iż ma ona nader ludzki wymiar.

#257. – Jason Aaron, Simone Bianchi – „Thanos powstaje”

Standardowy

Originy herosów są powszechnie znane, częstokroć przez je wielokrotne przypominanie. Każdy widział śmierć rodziców Batmana, przynajmniej kilka razy. Każdy wie, że wujek Ben zginął, bo Parker zachował się jak przeciętny przechodzień na widok bandy miłośników ubrań sportowych. Każdy wie, że Logan był w Weapon X, Superman przyleciał rakietą z Kryptona, Green Lantern został obdarowany pierścieniem, a Kapitan Ameryka zbombardowany promieniami Vita i napakowany serum superżołnierza. Słowem- nuda. Mało kto poświęca czas na originy złoczyńców. Wiadomo jak narodził się Dr. Doom czy Luthor. Mniej więcej wiadomo kim stał się ubogi komik po kąpieli w chemikaliach w zakładzie ACE Chemicals. I właśnie tylko w przypadku „Zabójczego Żartu” czułem się usatysfakcjonowany z przedstawienie początków największego przeciwnika Batmana. Reszta potrafiła mnie wciągnąć ( jak chociażby „Magneto: Testament” ), ale czegoś mi zawsze brakowało. Jakby rzekł to Joker- tego jednego dnia. Aż do czasu „Thanos powstaje”. Gdzie punkt przełomu po długotrwałej, chwiejnej drodze ku złu istnieje, a nawet ma w sobie odrobinę romantyzmu.

Początki Szalonego Tytana są dość zaskakujące i niepokojące zarazem. Jak każdy pewnie zauważył, fioletowa skóra i inne cechy fizjonomii Thanosa nie są czymś normalnym dla jego pobratymców. Ale to nie ta szczególna mutacja sprawiła, że jego matka omal nie zaszlachtowała go po porodzie. W jego oczach dostrzegła bowiem śmierć. Następne lata jednak nie ukazały mrocznej natury, prorokowanej przez Sui San. Thanos jako dzieciak był bowiem kujonem, do tego sympatycznym i genialnym. Wszystko idzie w miarę dobrze, dopóki na jego drodze nie staje pewna tajemnicza dziewczyna, z która przyszła zmora herosów Marvela znajduje wspólny język. Bo mimo swej genialności i powszechnej sympatii Thanos cierpi na pewien kryzys tożsamości. A jak wiadomo, takowy problem jest dla postaci komiksowych drogą do poważnych, kłopotliwych następstw. Mamusia miała więc rację co do swego fioletowego synalka.

W późniejszych latach Thanos podróżował wraz z grupą piratów. Mimo, iż oddalony było od swej „dziewczyny” ciągnął się za nim korowód trupów. To podczas tej swoistej odysei syn Mentora i Sui San zmienia się w wczesną wersją jaką znana jest z okresów, gdy władał przeróżnymi kosmicznymi artefaktami.

Najbardziej enigmatycznym elementem jest postać Śmierci. Jej personifikacja pojawiała się u wielu znanych pisarzy, jak chociażby Gołkowski czy Prachett, a w samym Marvelu miała już status pełnoprawnej postaci. Jason Aaron poddał w lekką wątpliwość jej istnienie. A konkretniej- istnienie tej, do której Thanos czuje miętę. W „Thanos powstaje” kostuchę widzi jedynie on sam, a spotkanie z Mentorem sugeruje dobitnie, że jest ona wytworem jego umysłu. Obrazem wytworzonym przez podświadomość, która stara się maskować przed nim samym jego szaleństwo. Kłóci się to co prawda z innymi historiami, gdzie Śmierć widzieli również inni bohaterowie, jak chociażby „Imperatyw Thanosa”. Ale czyż nie jest to intrygujący pomysł ?

Simone Bianchi dobrze sprawdził się w roli ilustratora młodyzych lat Thanosa. Ukazanie go jako szczupłego dzieciaka, z całkiem sympatycznym wyrazem twarzy, i to jak zmieniał się przez lata, aż do postaci wielkiego zakapiora, która jest znana szerszej publiczności wyszło mu po mistrzowsku. Elementy makabry jaką siał fioletowy amant kostuchy były dodatkową porcją mroku. 

Podsumowanie: Thanos to bez wątpienia ciężki kaliber wśród czarnych charakterów Marvela. Jego origin zaś dodaje mu głębi. Powolna, sukcesywna droga do okrutnego, siejącego zamęt i strach w całych wszechświecie awatara Śmierci została ukazana przez twórców jako swoista walka z samym sobą i zarazem w poszukiwaniu samego siebie. Od początku uważałem Thanosa za coś więcej niż fioletową kupę mięśni i mocy. A dzieło Aarona i Bianchi’ ego w pełni oddaje ów pogląd.

#254. – Jason Aaron, Esad Ribic – „Thor Gromowładny: Bogobójca”

Standardowy

Postać marvelowego Thora to pewien mały paradoks. Jest on jedną z czołowych postaci wydawnictwa, ale jego fanów jest znacznie mniej, niż tych od Iron Mana czy Kapitana Ameryki. Może to jego mitologiczna specyfika. Może fakt, że w niektórych komiksach naprawdę zasługuje na miano boga, a w innych swymi wyczynami przypomina raczej nabuzowanego barbarusa z młotem. Thor Marvela nie jest również ani swoim odbiciem mitologicznym, ani popkulturowym. Jest połączeniem klasycznych sag nordyckich z przekazem superbohaterskim, z założenia twórców od samego początku. Niektórzy wplatali więcej wątków mitologicznych, jak Walter Simons, a inni dawali mu się wykazać bardziej jako klasyczny heros. W „Thor Gromowładny: Bogobójca” mitologia miesza się z popkulturowym przekazem w prawidłowych proporcjach, w stylu, którego próżno szukać w innych tytułach spod szyldu Gromowładnego.

Jason Aaron, twórca „Skalpu” i „Otherside” udowodnił, że Thor to nie tylko malowany chłoptaś z wielkimi muskułami, a prawdziwy nordycki wojownik. I to po trzykroć. Aaron prowadzi bowiem potrójną narrację z punktu widzenia tej tytułowej postaci, w różnych etapach jej życia. Pierwszy z Thorów nie dzierży jeszcze legendarnego młota, zaś chętnie gustuje w łupieżczych wyprawach, dziewkach i miodzie. Lekkomyślność, brawura i chętka do bitki- to jego przymioty. Grom jest zaś gdzieś daleko. Drugi to Thor bardziej znany czytelnikowi. Avenger, godny już Mjollnira ( choć nie na długo- akcja ma miejsce na krótko przed „Original Sin”, gdzie Thor traci ten przywilej ) i pragnący zemsty na rzeźniku rozpoczyna swoją wędrówkę, naznaczoną boskimi trupami ku spotkaniu z nim. I ostatni z Gromowładnych Asgardu. Starzec o niemałej potędze, lecz starzec złamany.  Pokonany przez bogobójcę, który przez tysiąclecia zdążył już wybić niemal wszystkie bóstwa, przypomina zmęczona i słabowitą wersję swego ojca. I mimo woli walki daleko mu do majestatu Odyna. Gorr, jak zapowiedział, zostawił sobie starego boga piorunów na sam koniec. Narracja wzajemnie na siebie nachodzi. Najbardziej na pierwszy plan wysuwa się Thor- Avenger, ale to raczej efekt przyzwyczajenia do takiego wizerunku Gromowładnego. Każdy z nich pokazuje właściwie inną postać. Z których żadna nie jest nieomylna.

Skala rzezi jest ogromna. Paradoksalnie wszyscy ci bogowie wydają się pośmiertnie nader ludzcy. Kontrastuje to z ich wizerunkiem jaki pamiętał Odinson. Potężne, niemal nieskończone istoty wydają się niczym nie różnić od klasycznego truchła śmiertelnika. Nie jednak pośmiertny wygląd bogów przeraża Thora. To co naprawdę go niepokoi to fakt, że w większości przypadków nieobecność bóstw została niezauważona przez członków innych panteonów. Na dodatek Gromowładnego trapi poczucie winy za czyn, którego dopuściła się jego młodsza wersja. Zgadza się- ta występująca w tym tomie.

Oprawą graficzną zajął się Esad Ribic. Swą kreską gładził bogów nader sprawnie i sugestywnie. Na kartach komiksu nie ma bowiem wielu scen, w których Gorr siecze swe ofiary. Zagadkowa jest więc śmierć Peruna i wielu innych bóstw, których dowodem na przegraną potyczkę z Bogobójcą był trup lub sama sugestia o śmierci. Dodaje to nieco dreszczyku tajemniczości i niepokoju.

Podsumowanie: Dotąd miałem do czynienia tylko z historiami o Thorze w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Poznałem też opowieść „Thor: Wiking”. Historie z udziałem dzierżącego Mjollnira miały wzloty i upadki. Te drugie nierzadko spowodowane niekompetencją Hachette. Ale żaden nie wgniótł mnie w fotel jak „Bogobójca”. Jason Aaron i fenomenalny rysownik Esad Rebic wykonali arcydzieło.

#233. – Jason Aaron, R.M. Guéra, Davide Furno, John Paul Leon – „Skalp” t.2

Standardowy

Skalp, tom 2

Zwykle sposób prowadzenia historii na podstawie przeplatających się ze sobą retrospekcji i bieżących wydarzeń jest kłopotliwy. Małe potknięcie autora i cała fabuła leci w dół z gracją kuli armatniej. Jason Aaron udowodnił natomiast, że taki sposób narracji jest znakomity. I nawet odległe od siebie wydarzenia odpowiednio złożone tworzą zgrabną, wciągającą całość. I myślę, że dzięki tym zabiegom scenarzysty początek następnego akapitu nie będzie spoilerem, gdyż sam autor walnął owym zwrotem akcji z siłą cegły trzymanej przez byczego robotnika pozbawionego jednej z dwudziestu w ciągu dnia przerw.

Gina Zły Koń nie żyje. Jej ciało znaleziono na obrzeżach Praire Rose. Jakby tego było mało została oskalpowana. Pierwsze podejrzenia- Czerwony Kruk. Ale ktoś kto uważniej czytał poprzedni tom wie, że wódz skonfliktowania z matką Dasha nie zrobiłby czegoś takiego. Lincoln Czerwony Kruk to kawał drania, ale drania z ideałami. Ale o nim za chwilę.  Wydawać więc by się mogło, że w takiej sytuacji Dashiell’ owi opadną łuski z oczu i złoży hołd tragicznie zmarłej matce. Aaron zaskakuje- Dash nie jest typem sentymentalisty. Ale pozostałe wydarzenia z drugiego tomu sprawiają, że nawet taki twardziel i chojrak ugina się pod ciężarem rzeczywistości Rezu. 

Miało być o Czerwonym Kruku. Postać ta jest fascynująca. Skonfliktowany, ale potajemnie wzdychający do Giny szef kasyna coraz bardziej pokazuje swoją jasną stronę. Cóż jednak z tego skoro do ideałów godnych naprawdę wielkich wodzów Lincoln dąży po licznych trupach. Szczególnie objawia się to, gdy na jego drodze staje pewien jednoręki, niepozorny, leciwy Azjata. Czerwony Kruk mimo szóstej dekady na karku ma w sobie duszę wojownika. 

Jest jeszcze córuchna wodza. Zdawać by się mogło- ćpunka, panna lekkiego obyczaju i wulgarny babsztyl. Ale tak naprawdę jest tym samym co Dino, Dash czy w pewnym stopniu Catcher- ofiarą Rezu który po nie bije delikatnie po twarzy, a od razu przetrąca kręgosłup. Wątek romansu z Złym Koniem staje się coraz bardziej widoczny i kluczowy dla obu postaci. Ale ten kto spodziewa się romantycznego i słodkiego nieco się przeliczy.

Znacznie więcej tu powrotów do przeszłości. Giny, Czerwonego Kruka, Dash’ a i przez to samego rezerwatu i sytuacji Indian. Wiele to rozjaśnia, ale też powoduje jeszcze większy głód. Czytelnik pragnie wiedzieć więcej, a jednocześnie dowiedzieć się co tak naprawdę kombinuje agent FBI Nitz. I jaki los czeka Praire Rose jeśli jego plany się powiodą. Jak mówiłem- Czerwony Kruk może i jest gangsterem, ale zależy mu na pewnych wartościach. Na swoim ludzie. Doskonale oddaje to sytuacja z pewnym powiernictwem jakie wręcza mu babcia Biedny Niedźwiedź. Swoją drogą- kolejna postać o wielkiej mocy. 

Do serbskiego rysownika dołączyli inni artyści. Furno i Leon trzymają się klimatu komiksu. Ich kreska jest wyraźnie inna, ale nie psuje to odbioru komiksu. Sceny z Carol cz Upadającym Na Ziemię są wyraziste, pełne głębi.  Sen Dasha w którym przewodnikiem jest jego matka ma w sobie oniryczną pasję i psychodeliczny zjazd pozostawiający go na końcu samemu sobie. 

Podsumowanie: Jak dla mnie „Skalp” to debiut pierwszej połowy roku. „Y; Ostatni z mężczyzn”, „Batman: Eternal” i wiele innych serii depczą po piętach, ale ten nie daje się złapać. Czarny kryminał przyprawiony indiańską mistyką, brutalną rzeczywistością trzeciego świata w samym środku USA i fenomenalnie nakreślone postacie sprawiają, że kolejne tomy są wyczekiwane przeze mnie z niecierpliwością. W przypadku niektórych dzieł pozwalam sobie podejrzeć zakończenie- tutaj wręcz pragnę poczekać.

#209. – Jason Aaron, R. M. Guéra – „Skalp” t.1

Standardowy

Vertigo to imprint DC Comics który ma na celu przedstawienie historii dla nieco starszego rocznika fanów powieści graficznej. Spod szyldu tegoż wydawnictwo wyszła seria „Sandman”, „Saga o potworze z bagien” czy „Y: Ostatni z mężczyzn”. Egmont dominując polski rynek komiksowy nie mógł więc pominąć tak wyśmienitych dzieł. Niedawno światło dzienne ujrzała historia Jasona Aarona i R.M. Guéry nosząca tytuł „Skalp”. I jak łatwo się domyślić opowiada o rdzennych mieszkańcach Ameryki Północnej. Acz ten kto liczy na powtórkę z Karola May’ a czy historyczną opowieść będzie mocno zaskoczony. Aczkolwiek znamiona walki z bladymi twarzami się pojawiają.

Opowieść ma miejsce w rezerwacie Praire Rose. Miejscu którymu daleko jest do niemal idyllicznego terenu izolacji dawnego ludu Ameryki w którym kultywują oni swoje tradycje i łączą je z nowoczesnością budując rozwijające się i przyjazne społeczeństwo. Rezerwat indian z plemienia Dakota to teren wyklęty. Narkotyki, prostytucja, bezrobocie- to zjawiska codzienne w rezie wodza Lincolna Czerwonego Kruka. O ile można nazwać wodzem szefa okolicznego półświatka, opętanego nienawiścią do tych którzy zepchnęli Indian do rezerwatów. Z jednej strony amoralnego, z drugiej- pełnego wyniosłych ideałów o swoim ludzie. Człowiek- oksymoron. Wielki wojownik i podły tchórz.

Lecz głównym bohaterem jest tutaj Dashiell Zły Koń. Syn Giny Zły Koń, współtowarzyszki Czerwonego Kruka z czasów, gdy działali w pro- indiańskiej bojówce. Kobiety zamieszanej w zabójstwo dwóch funkcjonariuszy FBI. Z którymi młody wojownik współpracuje chcąc ukatrupić swego wodza. Dash to chojrak. Powróciwszy z kilkunastoletniej tułaczki zatrudnia się u Czerwonego Kruka jako funkcjonariusz Policji Plemiennej. I do razu depcze po odciskach tych którzy przyzwyczaili się do uległych Indian. O dziwo sam wódz nie jest aż tak z niego niezadowolony…

Najmocniejszy jest klimat komiksu. Dekadencki, przytłaczający beznadzieją sytuacji Dakotów. Ludności która ostatni siłami próbuje kultywować swe tradycje, stworzyć na nowo dla siebie środowisko. Świat zewnętrzny ich jednak pochłania. Jak niegdyś koce z ospą tak dziś Indianie umierają i zabijają się w narkotykowych potyczkach, w najniższych formach egzystencji. Postać szamana Catchera jest tego najlepszym przykładem. Szaman zwykle jest kojarzony z kimś o wielkiej wiedzy, o potężnych zdolnościach i umyśle zdolnym dojrzeć coś co niedostrzegalne. Poniekąd nawet najwięksi wojownicy i wodzowie musieli się liczyć z plemiennym czarownikiem. Catcher to ktoś zupełnie inny. Nie zaprzeczę- widzi to co ukryte, ma sporą wiedzę, a i do półgłówków nie należy. Ale to jaki otacza go świat zmusza go do pogrążania się nie w świat duchowy, ale alkoholowy. Spiritus dla Catchera ma więc dwojakie znaczenie. Sam mistycyzm komiksu nieco przypomina mi ten z serialu „True Detective”. Nie jest to duchowość baśniowa, natchniona pięknymi mitami. Jest przerażająca. Jak koszmar którego skrawki przewijają się po przebudzeniu, ale tak właściwie to nie potrafimy i przede wszystkim nie chcemy przypomnieć go sobie w całości.

Jest jeszcze Dino Biedny Niedźwiedź. Wnuk mentorki Catchera, chłopak który wie, że świat w rezie Praire Rose nie jest miejscem w którym chciałby spędzić resztę życia. Poddaje się codzienności, toksycznemu środowisku, zaś w Dasha wpatrzony jest jak w herosa. Mimo to jest dużo bardziej racjonalny, mnie porywczy. Jego rodzina również nie jest familią z żurnala, ale stara się żyć. Bo w końcu uda mu się naprawić swój wóz i pojechać w stronę zachodzącego słońca.

 Każdy tu ma swoje własne spojrzenie na indiańską tożsamość. Czerwony kruk ma duszę rewolucjonisty. Takiego który nie zawaha się użyć przemocy wobec przeciwnika i mimo pozornej uległości pała do niego ognistą nienawiścią. Dash zaś odrzuca swoje dziedzictwo. Nie zauważając, że ma w sobie cechy na najlepszego przedstawiciela swego narodu. Dino- podobnie jak Zły Koń opędza się od wykładanych mu przez babkę zasad swego ludu, marzy o życiu poza Praire Rose, ale gdzieś w środku pozostaje dumnym Dakotą. Niemniej walecznym niż Dashiell. 

Serbski rysownik swym kunsztem zatrzymuje na dłużej na prawie każdej stronie. Niekiedy w kadrach dzieje się za wiele, ale podnosi to wartkość akcji. Dla kogoś dla kogo jest to problem odskocznią i zadośćuczynieniem będą niemal postapokaliptyczne obrazy warunków panujących w rezerwacie. Ludności będącej parodią dawnego narodu wojowników i łowców. Teraz przypominającą bardziej patologiczne stadko skupiające się na chwilowych chuciach i uciechach. Grube linie naznaczające postaci podkreślają ich wielowymiarowość, a każdy szczegół otoczenia ma znaczenie. Ot biblioteczka Giny czy lista tytułów muzycznych w jednym z klubów Praire Rose. 

Podsumowanie: Czasem naprawdę warto odskoczyć od uniwersów rządzonych przez Avengers i Justice League. „Skalp” wciągnął mnie podwójnie. Przestępczy, pełen mroku świat przeplata się z mistyczną, minioną epoką. Do tego niejasny podział na dobro i zło. FBI nie jest służbą szerzącą sprawiedliwość, a mafijny wódz plemienia nie jest zupełnym czarnym charakterem. Sam Dashiell jest wielowymiarowy i miotany przez różne siły nie może określić nawet swego stosunku wobec plemienia i jego miejsca w nim. Obraz Indian Aarona nie jest popularny w powszechnej świadomości, ale nie znaczy to, że nie ma w nim zarenka ( a właściwie całych worków ziaren ) prawdy.

#167. – WKKM #76 – Jason Aaron, Kieron Gillen, Carlos Pacheco, Frank Cho – „X- Men: Rozłam”

Standardowy

Pod wpływem wielu, naprawdę wielu negatywnych opinii na temat tego dzieła, będącego interludium do również średnio ocenianego przez krytykę sieciową „Avengers vs X- Men” miałem do niego ogromnie  mieszane uczucia. I jak z „Astonishing Thor’em” przekonałem się, że lepiej ignorować złe słowa i przekonać się na własnej skórze o jakości danego komiksu. „X- Men: Rozłam” jest jak dotąd najlepszą historią o mutantach w drugiej połowie WKKM. Opowieścią o X- Men jako grupie i o jej dwóch stałych członkach. I zamianie ich  miejsc.

Jaka jest jednak sytuacja wyjściowa X- Men, jak i całego gatunku mutantów w tym tomie? Po zagładzie Genoshy i Dniu M pojawia się delikatna nadzieja. Dosłownie. Niejaka Hope Summers i kilkoro młodych mutantów tworzy nowy rocznik w szkole Xaviera. Podczas przemowy Scotta pojawia się telepata Quentin Quire znany też jako Omega Kid. Człek nader irytujący i bezczelny. Doprowadza on znów do sytuacji kryzysowej zmuszając psionicznie wysokich rangą polityków do nader prywatnych wynurzeń. Tym samym doprowadza do pojawienia się nieco przyrdzewiałych już Sentineli. Za wszystkim czai się kolejna odsłona Hellfire Clubu, o którym wspomnę za chwilę. Kryzys sprawia, że mała rysa na monolicie X- Men staje się coraz bardziej wyraźna. Podczas gdy niegdysiejszy pacyfista Summers militaryzuje narybek, Logan stara się stworzyć dla nich normalne miejsce schronienia.

Zamiana ról jaka nastąpiła w przypadku Scotta i Logana jest zaskakująca. Jednak w pewnym stopniu do przewidzenia. Panowie zawsze byli dla siebie przeciwwagą. A gdy Cyclops zaczął się radykalizować logicznym faktem stało się, że Wolverine ( choćby na pohybel ) będzie nieco mniej szorstki. Wszystkie tragedie jakie spotkały Scotta jako lidera X- Men przy równoczesnym wycofaniu się Xaviera, do tego dołączenie do składu Magneto sprawiły, że jego poglądy poszły nieco w stronę poglądów pana Erica. Nasuwa się automatyczne skojarzenie z bratobójczą walką Iron Mana i Kapitana Ameryki. Jednak skala i nasilenie konfliktu jest dużo mniejsze. Kto by pomyślał… Nigdy za sobą nie przepadający nie lubiani mutanci Logan i Scott podzielą się mniej boleśnie niż wspaniali, wieloletni przyjaciele i kochani przez tłumy czołowi Avengers.

No i przyszedł czas na Hellfire Club. Jednak jego skład… Cóż, aż zatęskniłem za jego dawną wersją. Tutejsza aż prosi się o natarcie uszu i odłączenie internetu. Poza tym psuje atmosferę i rozprasza. Jeśli miałbym wskazać jakiś mankament tego komiksu byłby nim właśnie te zmodernizowane stowarzyszenie. Gdzie Shaw ? Gdzie Selene czy Leland ? :(

Rysowników tu mnogo. Prym dla wiedzie Alan Davis, ale Billy Tan czy Adam Kubert również mają swoje do powiedzenia. Szczególnie „plemienna” potyczka dwóch głównych bohaterów, ilustrująca jak pozostali mutanci wybierają stronę jednego bądź drugiego wojownika. Zdecydowanie najlepszy zeszyt z całego tomu.

Podsumowanie: Komiks naprawdę dobry. Odwrócenie ról jakie z jakimi kojarzeni byli dotąd Cyclops i Wolverine, sam rozłam i podział wśród mutantów przeprowadzony w bardziej cywilizowany sposób niż miało to miejsce w przypadku „Wojny Domowej” i wyraźnie nowa era w historii Dzieci Atomu jest godnym wstępem do bumu jakie wywołał konflikt między nimi, a Mścicielami. Właściwie to nawet jako osobna, nie łączona z „AvX” historia ma potencjał.