#269. – J. Michael Straczyński, Sam Barnes, Brandon Peterson – „Doktor Strange: Początki i zakończenia”

Standardowy

Originy w komiksach to zjawisko, które z biegiem lat ulega ustawicznemu przeobrażeniu. Pierwsza geneza Batmana liczyła ledwie jedną stronę. Dopiero po latach zyskała wręcz sakralny charakter, którego zmieszczenie w kilku kadrach wydaje się być zbrodnią. Inny heros nie cierpiący ubóstwa, Tony Stark, początkowo skonstruował swój debiutancki kostium w niewoli u azjatyckiego watażki, po latach jednak „okazało się”, że pancerz został zbudowany na Bliskim Wschodzie. Jaki czasy- takie początki. Nie inaczej jest i w powyższej miniserii Straczyńskiego i Barnesa . Trzeba jednak przyznać, że autor w dość godny sposób odświeżył genezę Stephena Strange’ a. Bez wielkich rewolucji, ale żaby ktoś nie myślał- kilka zmian jest.

Na początku- co jest zgodne z oryginałem. Po pierwsze- Strange na początku, jeszcze jako mistrz skalpela, nie magii, jest niesamowitym dupkiem. Arogancki do stopnia, który zawstydziłby Dr. House’ a, egoistyczny i ślepy na to jaki jest do dnia feralnego wypadku. Będącego ukazanym nieco inaczej, w innych okolicznościach, ale co najważniejsza, i chwała za to twórcom- z tymi samym konsekwencjami. Dziwny Stefek zmienia fartuch na czarodziejski płaszcz, a zamiast natrętnych pacjentów ma natrętne bestie z piekieł wszelkiej maści. 

Po drugie- postaci jak Wong, Starożytny, Clea, Baron Mordo czy demon Dormammu pełnią rolę zgoła podobne, choć zostają oni przedstawieni z nieco innej perspektywy. Perspektywy, która to może niektórych ( w tym mnie ) nieco zirytować. O ile sam zamysł fabularny jest o ciekawy i lepszy, niż to co pokazało nieszczęsne uniwersum Ultimate, to zmodyfikowane postaci dla tego, kto przywykł i przyzwyczaił się do standardowych ich wersji może być ciężkie do przełknięcia. Wong, który nie przypomina stereotypowego Azjaty z baru szybkiej obsługi, a jest kimś w rodzaju Lei’a Wulonga z serii gier „Tekken” to dobra zmiana. Podobnie Starożytny. Nie przypomina skapcaniałego staruszka w futrze nieznanego pochodzenia, a seniora w typie Pata Mority . Jednak wrogowie i miłość Doktora Strange’ a są nieco… zbyt normalni. 

Barona Mordo kojarzę jako złą wersję głównego bohatera. Wykrzywiona w przerysowanego, komiksowego grymasie złoczyńcy mina i te jego przydupastwo w stosunku do Dormammu. A skoro mowa o nim- oryginał uśmiał do łez widząc, jak Ludzka Pochodnia próbuje się w niego wcielić. Tutejszy antagonista maga przypomina bardziej właśnie członka F4, niż groźnego piekielnika. A na sam koniec- Clea. Gdzie białe włosy i charakterystyczna fryzura ? Gdzie jej, nieco odrealnione, zachowanie ? Gdzie ta efemeryczność ? Tutejsza Clea wydaje się być bardziej bitna niż wszyscy panowie razem wzięci.

Smuci mnie nieco brak psychodelii z dawnych lat. Zastąpiona została ona przez płomieniste, fajerwerkowe widowisko. Nie jest to absolutnie rażąca wada, ale w czasach, gdy grafika potrafi uczynić cuda można by pokusić się na nieco więcej magicznej oniryzmu.

„Początki i zakończenia” mogą pochwalić się niezła stroną graficzną. Poza Dormammu niczym z Fantastycznej Czwórki piekielne stwory prezentują się nader plugawo i potępieńczo. Scena w której Strange opuszczą sanktuarium Starożytnego i trafia do miejsca, do którego najwyraźniej prowadzi autostrada z piosenki AC/DC jest niezapomnienia. Demony idealnie wpasowują się w wielkomiejski krajobraz NY. Odjechane rysunki w stylu Steve’ a Ditko zastępuje widowiskowa batalistyka autorstwa Brandona Petersona. Nie jest to zmiana ani na lepsze, ani na gorsza. Podróże po innych światach to nieco inna opowieść, niż scenariusz Straczyńskiego i Barnesa.

Podsumowanie: Idealny komiks opublikowany na krótko przed premierą filmu o głównym jego bohaterze. Tytuł jest odświeżoną wersją genezy Doktora Dziwago, ale nie popada w zbytni „altimejtyzm”. Są pewne kwestie, które mnie drażnią, ale to naprawdę dobry komiks. Nie jest on częścią ogromnych eventów, nie trzeba znać historii sprzed trzydziestu lat, aby zrozumieć sens- jest to po prostu dobra opowieść zamknięta umiejętnie w zgrabnej miniserii. 

#63. – J. Michael Straczyński, Andy Kubert, Joe Kubert, Bill Sienkiewicz, Adam Hughes, Eduardo Risso – „Strażnicy- Początek #3 – Nocny Puchacz, Dr Manhattan”

Standardowy

1674575-straznicy-poczatek-nocny-puchacz

Trzeci tom „Before Watchmen” prezentuje Nite Owla II i Dr Manhattana, oraz na doczepkę niejakiego Molocha. O ile w drugim tomie zestawienie Rorschacha i Komedianta, czyli mówiąc prościej- dwóch psycholi, pasowało, tutaj mamy spory dysonans. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Owl- heros z gadżetami a la Batman z moralnością harcerzyka. Manhattan- bóg będący nadal człowiekiem. Moloch- przebiegły, lecz zrujnowany psychicznie łotr.

Pierwsza z historii- Nite Owl II. Danny Dreiberg to chłopak żyjący wraz z matką pod ręką despotycznego ojca. Zafascynowany Nite Owlem I czyli Hollisem Masonem żyje nieco w świecie wyobraźni. Ojciec oczywiście sprzeciwia się pasji Dana, jednak los sprawia, że dołącza do Wujka Bena. Przyszły Sówek  rozpoczyna poszukiwania swego idola. Gdy w końcu dochodzi do spotkania Mason jest pod wrażeniem bystrości umysłu i poczucia sprawiedliwości Dreiberga. Ukazana jest też pierwsza miłość Sówka. Kobieta o równie wielkim temperamencie co Jedwabna Zjawa II. Ważną rolę odgrywa również Rorschach. Zaś czarny charakter jest chyba bliźniakiem Majora z „Hellsinga”.

Kubert tworzy ciekawy miejsko- uliczny klimat. Nie nazwałbym tego noir, ale czymś co wyewoluowało z niego. Mimo, iż komiksowy strój Owla jest nieco kiczowaty, tutaj wygląda naprawdę nieźle. Przebija nawet nieco podobny strój Batmana z jego opowieści liczących sobie nieco więcej lat. Również partnerka Deiberga prezentuje się należycie :)

NITW-OWL-1

Dr Manhattan w drugiej części powalił mnie dopiero po ponownym przeczytaniu. Nie jest to opowieść na szybkie, lekkie czytanko w autobusie. Niebieski ekshibicjonista bowiem rozważa w niej wszystkie możliwości i wybory jakich dokonał w życiu. Nie tylko dzień w którym z człowieka stał się wszechpotężną istotą, lecz nawet możliwe prezenty od rodziców. Przeplatają się tu, jak zresztą w całej serii, wątki ówczesnej polityki ziemnowojennej, pojawiają się prezydenci USA jak Nixon, Kennedy czy Reagan.

Ciekawostką dymków jest to, że niemal słyszę monotonny i łagodny ton głosu Niebieskiego, gdy czytam jego kwestie. Straczyński znakomicie ujął też jego nieco wyższy poziom rozumowania. Jako istota niemal o nieograniczonych zdolnościach sposób dedukowanie i wyciągania faktów jest kompletnie inny i przede wszystkim, mniej emocjonalny niż człowieka. A jednak… Zbyt ludzki jak na kogoś mogącego roznieść galaktykę na strzępy.

a17-500x384

Hughes pokazał co potrafi. Nie można praktycznie do niczego czepić się w jego rysunkach. Kadry, realizm postaci współgrający z narracją JMS-a, no i te barwy :) Manhattan wygląda jak lazurowy bóg, a wiele jest scen które pretendują na miarę najlepszych w serii. I tak chyba jest. Odwrócenie perspektywy podczas zmiany narracji z Niebieskiego na Ozymandiasza jest obłędne. Lubię gdy obraz nie jest dodatkiem do tekstu, ale go uzupełnia i sam  na swój sposób tworzy fabułę.

Moloch czyli Edgar Jacobi został dołączony jak poradnik emeryta w GW. Tyle, że fani kupowali komiks dla dwójki pozostałych postaci nie dla samego Molocha- dodatku :D Opowieść jednak nie obniża poziomu scenariuszowo, może nieco graficzny. Jacobi rodzi się jako nieco odmienny cherlak ze spiczastymi, elfimi uszami. Odrzucony przez rodziców, rówieśników ucieka w sztukę iluzji. Szybko jednak przekonuje się, że nie warto udowadniać pokojowo swojej wartości. W swą przestępczą działalność wplata jednak swój talent do sztuczek co jednak jest ukazane dosyć słabo.

Zaskakująca w przypadku Jacobiego jest jego przemiana po ostatniej odsiadce. Moloch pojmuje bowiem, że jego inteligencja, sztuczki i przebiegłość są pyłem wobec Manhattana. Zabawne jest określenie jakim raczy nazywać Niebieskiego Jacobi :D.Pomoc jednak przychodzi od strony Ozymandiasza…  Jest to jednak pomoc na zasadzie relacji myśliwy- ofiara.

Moloch4

Co do kreski Eduarda Risso. Z jednej strony kadrowanie, ujęcie postaci bardzo mi się podoba. Z drugiej- rysownik wydaje się być nieco niedbały sprawiając wrażenie bazgrania. Kolory są… Cóż, zwyczajne. Nie psują, ani nie wznoszą grafiki na wyższy poziom. A szkoda- postać tak mało znana, a zarazem ciekawa zasługuje na większe starania.

Podsumowanie: Na pierwszym miejscu stawiam Manhattana- ze monumentalność i głębie historii i grafikę. Na drugim – Nite Owl II. Za miejski klimat i zgrabny scenariusz oraz dialogi. Na trzecim- Molocha. Z jego największą bolączką- fatalnymi kolorami które zepsuły kreskę Risso i obniżyły poziom niezłej opowieści.

Ocena: 8,5/10

Before_Watchmen_Nite_Owl_Vol_1_1_Textlessdr-manhattan-before-watchmen

 

#59. – WKKM #42 – Jeph Loeb, J. Michael Straczyński, Leinil Yu, Ed McGuinness, John Romita Jr., David Finch, John Cassaday- „Poległy Syn: Śmierć Kapitana Ameryki”

Standardowy

10410126_267080826811362_3746745456647370985_n

Tytuł czterdziestego drugiego tomu Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela jest sam w sobie spoilerem, więc powiem od razu- Kapitan ginie. Po wydarzeniach w „Wojnie Domowej” Cap staje się przestępcą. Podczas wyprowadzania z sądu pada strzał. Steve Rogers, znany szerzej jako Kapitan Ameryka umiera. Jak się okazuje później nie od jednego strzału, ale to już inna opowieść…

Pomysłodawcą scenariusza był JSM, wykonawcą- Jeph Loeb. Poszczególne rozdziały opowieści są pięcioma fazami śmierci. W każdym z nich pojawia się inna postać. W każdym z nich próbuje ona poradzić sobie ze śmiercią jednego z najważniejszych z nich.

Na początek jednak prolog kreski Cassaday’a. Autor jak zwykle sprawdził się w ilustrowaniu historii z Rogersem. Duża część to retrospekcje, które przeplatają się z teraźniejszością. Jednak ważniejsze są tu wydarzenia- zamach na Kapitana. Wydarzenia pędzą tu jak odrzutowiec, na tyle szybko, że można wziąć je za jakąś alternatywną rzeczywistość których w Marvelu nie brakuje.

Tak samo myśli też Wolverine i grupa niezarejstrowanych herosów w pierwszej części- zaprzeczeniu. Sądzą oni bowiem, że miotający tarczą Avenger żyje, a jego śmierć to mistyfikacja Irona Mana i S.H.I.E.L.D. . Logan próbuje wciągnąć w swą próbę pierw Winter Soldiera, następnie Daredevila który jest bardziej kompromisowy niż Bucky. Rysunki Yu są intrygujące. Ze wszystkich rysowników z tego tomu jego znam najsłabiej. I z tego powodu był dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Nieco „szarpana” kreska pasuje bardzo dobrze do klimatu tego rozdziału i bohaterów tam występujących.

Fallen Son Wolvie 12-13

Drugi rozdział- gniew. Akcja toczy się na dwóch polach, równocześnie do pierwszego rozdziału. Ukazane są dwie grupy- legalni Avengers z Aresem, Sentry’m i Marvelówną w składzie, oraz nielegałowie- Luke Cage, Spider-Man, Thing czy Dr Strange. Pierwsi po raz kolejny ścierają się z poważnym zagrożeniem, drudzy- grają w karty :D Obie grupy na swój sposób próbują przyjąć wieści o śmierci Capa. Za stronę wizualną odpowiada Ed McGuinness. Kolejny dobry wybór. Barwna paleta herosów wypada naprawdę nieźle w jego wykonaniu w scenerii zarówno kameralnej jak i tej mniej wyciszonej.

Trzeci rozdział- Negocjacje. Mały spoiler z „Rodu M’ i „Upadku Avengers”. Hawkeye po szaleństwach Scarlet Witch żyje, choć w ukryciu. Nie ukrywa się jednak na tyle skutecznie, aby nie być zauważonym przez Starka. Nie przybywa on by przenieść blankiecik rejestracji, lecz, aby złożyć niecodzienną ofertę zatrudnienia. Już nie jako Hawkeya jednak… Pojawiają się też „młodzi gniewni”- Patriot i Hawkeye-baba. Ilustruje – John Romita Jr. Autor dobrze mi znany, który tutaj pokazał kawał swego warsztatu, z kilkoma naprawdę niezłymi momentami.

Część czwarta- depresja. Główna rola- Spider-Man. Spidey, ach Spidey… Loeb znakomicie wykorzystał jego poczucie winy. Bo jakże to tak ? Ktoś z otoczenia Parkera ginie i on się nie obwinia choć minimalnie za jego zgon ? A jak ! Parker odwiedza cmentarz, a konkretniej wuja Bena. Nieoczekiwanie jednak na nekropolii jest jeszcze ktoś, kogo ciężko sobie wyobrazić w zadumie nad grobem. Tu też ukazuje się ludzka twarz tejże postaci. Pajęczak nie jest nieomylny. No i strona wizualna. Jak nie cierpię stylu Fincha, tak tutaj bije na głowę swoich kolegów po fachu. Mroczna atmosfera w strugach deszczy, pełne szczegółów sylwetki postaci i brak jego największej wady- monotonnej mimiki twarzy. Rysunki prezentują naprawdę najwyższy poziom spośród całego albumu.

I ostatni- akceptacja. Pogrzeb Kapitana Ameryki. Tutaj już nie jest traktowany jak renegat, jak ktoś kto z dnia na dzień z idola tłumów i chodzącej inspiracji stał się wrogiem publicznym numer jeden. Jego trumna ciągnięta przez samotnego, białego konia- ceremoniał należny jedynie zmarłym prezydentom USA- otwiera pożegnalny akt tej opowieści. Fenomenalna mowa pogrzebowa Falcona ( Kapitan Ameryka przemawia na pogrzebie Kapitana Ameryki :P ).

Dziś już wiemy, że był to epizod. Że tak istotna postać jak Cap powróciła. I kolejny raz sprawdziło się powiedzenie, że w Marvelu tylko wuj Ben na zawsze pozostanie martwy. Niegdyś mówiło się jednak również o Bucky’m…

Podsumowanie: Dzieło autorstwa, można śmiało powiedzieć, dwóch scenarzystów i kilku rysowników. Graficznie oferuje różne style, jednak dopasowane do historii i ich różnorodność jest wisienką na torcie, nie niewygodnym przeszkadzaczem. Piękne, choć chwilowe, pożegnanie na Kapitana – bodaj najbardziej ikonicznej postaci Domu Pomysłów.

Ocena: 8,5/10

CaptainAmerica-fallenson

#44. – WKKM #48 – J. Michael Straczyński, John Romita Jr. – „Spider-Man:Wyznania”

Standardowy

10407226_307678886084889_2852328661886800071_n

Jeest ! W końcu ! Kontynuacja PIERWSZEGO tomu WKKM „Powrót do domu”. Dla mnie to podwójna frajda, gdyż znałem pierwszą część jeszcze z zeszytówek Dobrego Komiksu i cholera mnie wzięła gdy okazało się, że dalszego ciągu nie będzie.

Nieco ujawniając zakończenie pierwszego tomu. Po czasie w którym nawet Groot nauczyłby się przepięknej staropolszczyzny May w końcu jak pięścią w nos dowiaduje się o pajęczej tożsamości Parkera. Dzieje się to gdy poobijany solidnie i wykończony przez Morluna Pajęczak śpi w najlepsze, a Ciocia May bezceremonialnie włażi mu do mieszkania i widzi go w takim stanie. Pewnie uznałaby to za dosyć ekstremalne potknięcie się na schodach, gdyby nie strój Spider-Mana w opłakanym stanie i ze śladami krwi przy łóżku.

Rozmowa Petera z jego właściwie matką zastępczą jest jednym z najlepszych momentów w historii Spider-Mana jakie czytałem. Szczera, pełna emocji i do bólu realistyczna. Straczyński odświeżył też postać May. Krucha i babciowata ciotka Petera staje się kobietą z poczuciem humoru ( kontrola na lotnisku ), nie zamykającą się na nowinki techniczne, a jednocześnie zachowującą się jak przystało na swój wiek.

Dalej Parko trafia na tajemnicze zaginięcia w ubogich dzielnicach. Okazuje się, że jest to sprawa bardziej dla pojawiającego się epizodycznie Doctora Strange’a. Do tego kłopoty tym razem z drugą kobietą życia Petera- MJ… Koleje losu kierują go do San Francisco, gdzie pojawia się stary, dobry znajomy- Doctor Octopus. Nie jest on do końca przeciwnikiem Spidey’a tym razem, nie możne powiedzieć też, że jest przyjacielem. Sytuacje oddaje idealnie powiedzenie- wróg moego wroga jest moim przyjacielem. I chyba jedyny raz kibicowałem Octaviusowi ( no może w „Spider-Manie 2″ z genialnym Alfredem Moliną w tejże roli ).

1325668-shade_spidey_h2

Straczyński stworzył scenariusz ze sporą dawką humoru, ale też i patosu. Wydawca ominął niestety zeszyt 36 w którym to superbohaterowie Marvela jednoczą się po atakach 11 września. Wielka szkoda, bo autor, wbrew opiniom, oddał piękny hołd poległym, bez propagandy.

Swoją drogą… Dlaczego takie gesty uchodzą za propagandowe lub sztuczne ? Amerykanie potrafią wspaniale, nawet na kartach komiksu o fikcyjnej postaci, oddać hołd poległym, podczas gdy w UE wydaje się być to na takim samym poziomie jak ciężarówki-potwory czy wrestling. Duma z kraju powinna być wpisana w sercach wszystkich narodów, a nazywanie tego uczucia nacjonalizmem, czy jak tutaj- patetyzmem, jest czystym idiotyzmem skierowanym we własny, prywatny interes.

Drugi raz dziś Romita Jr. :D Tym razem w swojej najlepszej odsłonie. Potyczka z Shade’m i pobyt w innym świecie są naprawdę majstersztykiem. Nieco gorzej prezentuje się Doc Ock, ale ten tłustawy jajogłowy z metalowymi ramionami zawsze prezentuje się gorzej wizualnie. Doskonale narysowana jest MJ. Silna i zadziorna pani Pająkówna ma w sobie urok

Dla nielubiących Romity Młodszego mam złą wiadomość- w WKKM pojawią się jeszcze dwa tomy z jego udziałem i to po kolei :)

Podsumowanie: Tom nieco gorszy niż poprzedzająca go część jednak myślę, że odczuwam to przez moją obsesję na punkcie Morluna. Ani nowy, ani stary Ock, ani Shade nie są w stanie dorównać temu zimnemu skurczybykowi. Na plus jednak przemawia znakomita rozmowa May z Peterem i spora dawka humoru nie kontrastująca z poważniejszymi momentami. Przedstawienie Ocka jako ofiary również jest ciekawe.

Ocena : 8/10

JUN110726

#41. – WKKM #8 – J. Michael Straczyński, Oliver Coipel – „Thor: Odrodzenie”

Standardowy

522701_121280334724746_475562556_n

 

Thor tym razem już po Ragnaroku do którego doprowadził Loki. Koniec wszechrzeczy okazał się jednak dziełem tajemniczych, potężnych istot zwanych Tymi, Którzy Zasiadają Na Górze Wśród Cieni. Uwięzili oni mieszkańców w niekończącym się cyklu zagłady i odrodzenia. Gromowładny poświęcając swe życie przerwać to błędne koło  po czym niczym jego ojciec Odyn zapadł w sen bogów.

Jednak Thor powrócił. I to jako Donald Blake. Autor nie tylko tym zadziwił. Thor sprowadza bowiem Asgard nad Midgard, do tego bezczelnie kpiąc sobie z prawa. Blondas przywraca do życia swoich poddanych. Odwiedza w tym celu Nowy Orlean świeżo po huraganie, oraz Afrykę targaną wojnami plemiennymi. W Luizjanie spotyka się z Iron Manem. Jest to okres pod „Wojnie Domowej”. Po tym jak Thor dowiedział się o swojej kopii i wykorzystaniu jej przeciw Capowi i jego zwolennikom nie ma ochoty napić się miodu ze starym druhem. Wprost przeciwnie… Pojawia się również inny stary znajomy, zaś w Afryce aż trzech :) Świetnie jest ukazane zderzenie kulturowe pomiędzy mieszkańcami małego miasteczka w Oklahomie, a Asgardczykami.

Rysunki Coipela jak przystało na tego francuskiego rysownika są bardzo dobre. Dobrze ujął on różnice, ale też i podobieństwo pomiędzy Blake’m, a Thorem. Bóg burz nie tylko ma większą posturę, ale też jego rysy twarzy są bardziej wyciosane i twarde. Jednocześnie wprawne oko uchwyci te same cechy i chudego lekarza z kosturem w ręce, co u napakowanego i wielkiego jak góra Thora z Mjollnirem w łapie. Warte uwagi są początkowe kadry. Coś mistrzowskiego.

4be80700edc15

Tradycyjnie jak bywa to z Thorem w WKKM… Brak, kurcze pieczone, zakończenia. Historia pozostawia lekki niedosyt, jednak jest na tyle „pełna” iż można to wybaczyć. Wydawcy nie pojechali na szczęście po bandzie jak w „W poszukiwaniu bogów”

Podsumowanie: Komiks ma swoją moc. Thor nie jest tu gadającym szekspirowskie monologi bydlakiem z młotem, ale zatroskanym o swój lud obrońcą pragnącym odbudować swoje królestwo. Jeśli chodzi o dojrzałość treści i scenariusz ten komiks jest niewątpliwie najlepszym z Thorów z WKKM. Nie ma w sobie nawiązań do legend jak „Ostatni Wiking”, jednak byłyby one zbędne w tej historii.

Ocena: 8/ 10

tumblr_lel4uhY7kx1qz4zhao5_500

#11. – WKKM #1- J. Michael Straczyński, John Romita Jr. – „Spider-man: Powrót do domu”

Standardowy

207334_101402710045842_1914231452_nPierwszy tom WKKM. A zarazem jedna z pierwszych historii która poznałem. Pierwsze wydanie, jeszcze zeszytowe, nabyłem z przerwanego brutalnie „Dobrego Komiksu”. I zanurzyłem się w świat Pajęczaka bez reszty. „Spider-Man: Powrót do domu”. Historia do której wrócę pewnie setki razy.

Parker odwiedza stare kąty. Miejsca w których przebywał przed ukąszeniem pająka, Jednak zmieniły się one znacznie przez te wszystkie lata. Jednak schemat oprawców i ofiar wciąż pozostaje taki sam.  O czym ma się przekonać wkrótce Parker-nauczyciel. W międzyczasie  spotyka on kogoś kto nieco namiesza mu w głowie. Jest to pierwsza postać godna uwagi. Niejaki Ezekiel Sims. Przypominający nieco Wujka Bena mężczyzna posiada bliźniacze zdolności i dużo większą wiedzę. Uświadamia, a raczej ostrzega on Parkera przed zagrożeniem o którym zaraz wspomnę, oraz daje do przemyślenia kilka istotnych kwestii.

Drugim charakterem jest  Morlun. O tak… Jeden z najlepszych przeciwników jakich miał Spider-Man. Nie drze ryja, nie krzywi gęby, nie ma gadżetów potrafiących zmieść pół miasta ani nie jest z kosmosu. Jest po prostu bezwzględnym drapieżcą. Istotą która poluje na takich jak Spidey. Łączących ludzi ze zwierzętami. Swoiste pomosty między dwoma światami. Elegancki, wyważony, zimny i charyzmatyczny. Ubrany w stroje z poprzedniej epoki, wyglądający jak wampiry od Anny Rice. Jego pojawienie się nawiązuje do Stokera- przybywa on do NY wśród mgieł na tajemniczym żaglowcu.

John Romita Jr. Niektórzy na to nazwisko dostają szału- jak jego rysunki mogą ilustrować takie historię jak „World War Hulk” czy „Avengers vs X-Men” ! Ja na należę do tej drugiej grupy czytelników. Uwielbiam charakterystyczną kreskę Romity Jr, choć wiem, że technicznie jest dużo gorszy od McNivena czy Reisa. W pierwszym tomie WKKM jednak wzniósł się na wyżyny. Detale miasta, postaci są znakomite. Fenomenalny Ezekiel, mroczny Morlun i poturbowany Pajęczak. Oczywiście chwała też nalezy się kolorystom. Wraz z JRJR stworzyli naprawdę dobre widowisko.

Straczyński zadbał zaś o postać Parkera. Nostalgiczne wspomnienia i charakterystyczny sarkazm sprawia, że czuje się dawnego Spider-mana z czasów gdy większość jego przeciwników nosiła ubrania zwierzaków i tak się tytułowała.  Piękne jest również nawiązanie właśnie do owych adwersarzy. Autor rozpoczął również ważny wątek z ciocią May. Kontynuacja nastąpi dopiero za kilka miesięcy, ale warto czekać. Tym bardziej, że jest to historia gwałtownie przerwana w „Dobrym Komiksie”.

Morlun_1

Podsumowanie: Wspaniałe rozpoczęcie Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Dzieło bardzo dobre, ale nie będące lekturą na poziomie „Spider-mana: Blue” czy „Marvels”. Jednocześnie piekielnie wciągające. Myślę, że był to najlepszy wybór jakiego mogli dokonać wydawcy na pierwszy tom dużej serii.

Ocena: 8,5/10

ezekil2