#276. – Jonathan Hickman, Mike Deadato – „New Avengers: Nieskończoność”

Standardowy

Kolejny tom z serii „Nieskończoności” Marvela. Ten kto myślał, iż Avengers mają pełne ręce roboty niech zwróci swe oczy ku grupie Iluminati. Tajny krąg herosów boryka się nie tylko z problemami związanymi z Inkursjami czy podwójną inwazją ale też z wewnętrznymi niesnaskami. Królowie dwóch królestw, Namor i Black Panther, biorą się za bary. A przyczyny ich konfliktu mają swe zarzewie jeszcze w wojnie Avengers i X- Men, gdy to opętany Phoenixem władca Atlantydy spustoszył jedno z bardziej ludnych miast Wakandy. 

Ofensywa Budowniczych i następująca po niej inwazja Thanosa nie przerwały w cudowny sposób pojawiania się Inkursji. Wprost przeciwnie-  mają się dobrze, a piętrzące się kłopoty sprawiają, że trudna misja dla Iluminati stała się jeszcze trudniejsza. Szybko też wychodzi na jaw, że tajne stowarzyszenie  jest kiepsko zgrane- napomknięty wcześniej konflikt między królem Wakandy, a królem Atlantydy przeradza się paranoiczną, bratobójcza wojnę z konsekwencjami większymi niż obaj mogli przewidzieć. Obojgu królom los jednak odpłaci za wzajemne bitki i to srogo.

Niewinnym  nie pozostaje również i trzeci monarcha. Black Bolt wie o prawdziwej przyczynie przybycia Thanosa na Ziemię i informuje o tym swoich resztę Iluminati. Co nieco wie również jego brat, Maximus Szalony. Nie jest on jednak na tyle szalony, aby informować kolejną osobę wbrew woli brata o tajemnicy i jego sekretnym zgromadzeniu. Nawet jeśli tą osobą jest jego królowa Medusa.

Nie samymi królami jednak ta historia stoi. Konsekwencje swych decyzji poniesie również Doktor Strange konfrontując się z Ebony Maw, zaś Tony Stark po wojażach w kosmosie będzie musiał przemyśleć to i owo. Znacznie większą rolę niż w „Avengers: Nieskończoność” ma tu Thanos. O ile w tam pojawił się pod sam koniec, gdy konflikt z Budowniczymi był w większym stopniu rozwiązany, o tyle tutaj Szalony Tytan i Cull Obsidian pokazują mają do powiedzenia znacznie więcej.

Deadato to nazwisko, które pojawiło się przy innych dziełach ze stajni Marvela. Zilustrowanie więc jednej z kluczowych części „Nieskończoności” nie dziwi, a mnie osobiście wręcz cieszy. Postaci nie są zamykane w kadrach- artysta pozwala się im pokazać. Jak chociażby przy scenie małżeńskiej rozmowy pary królewskiej Inhumans czy ujmowaniu w niektórych momentach Szalonego Tytana, które pokazuje kto jest najsilniejszy na boisku.

 

Podsumowanie: Iluminati to dość specyficzna grupa. Jest ugrupowaniem pośród innych ugrupowań. Ich cele są tajne i mało superbohaterskie. Nazwałbym ich ludźmi od brudnej roboty, gdyby nie fakt, iż daleko im do chłodnego profesjonalizmu i fachowości, a bliżej do grupy wsparcia. Osobiste animozje i ambicje. Własne, często sprzeczne z interesem reszty grupy, ukryte cele. I fakt, że ta sama grupa podjęła już wcześniej mało rozsądne decyzje w stylu wysłania Hulka w kosmos. Cóż… Jeśli tak wyglądać ma prawdziwa, otoczona złą sławą organizacja kontrolująca świat – nie musimy obawiać się żadnych NWO, globalnego ocieplenia, ataku Marsjan i przypuszczeń, iż Ziemia jest dyskiem.

#232. – „Kapitan Ameryka : Wojna bohaterów” (2016)

Standardowy

Gdy tylko usłyszałem, że „CIvil War” ma zostać zekranizowane oblał mnie zimny pot. Komiks Marka Millara i Steve’ a McNivena to dzieło mocno zakorzenione w komiksowym uniwersum Marvela. Wydarzenia w nim przedstawione miały swoje wieloletnie przyczyny. W filmowym uniwersum Marvela zaś grupa Avengers ledwo debiutowała, a jej liczebność jest dość skromna w porównaniu z oryginałem. Braciom Russo udało się jednak mnie zaskoczyć i co więcej, stworzyć dzieło które zdeklasowało film Zacka Snydera.

Ultron poszedł na złom. Skład Mścicieli poszerzył się o kilka osób, w tym Visiona i Scarlet Witch ( którą tutaj nazywają po prostu Wandą ). Kapitan Ameryka obejmuje dowództwo nad grupą. Herosi ścigają grupę pod przywództwem niejakiego Crossbones’ a. Wydawać by się mogło, że wszystko już wiadome. Ale nieoczekiwanie terrorysta ginie. Przy okazji powodując kolejny incydent sprawiający, że Avengers przestają być nietykalni. Na arenę wkracza bowiem generał Ross ( William Hurt). Ten sam który nie lubi Hulka, a w komiksowym uniwersum jest Red Hulkiem. Tutaj wymyśla dokumencik który daje mu faktyczną władzę nad działaniami Avengers. Jakie będzie miało to znaczenie w następnych częściach ? Zobaczymy. Póki co powoduje postępujący podział między herosami. I o ile Stark i Rogers jakoś by się dogadali to w przypadku nagłego pojawienia się Winter Soldiera nie mogą dojść do konsensusu. Główny badass’ em jest Zemo. I takie spojrzenie na tę postać mi się podoba. Bez ciepłej kufajki na głowie i kretyńskiego stylu bycia. Pozornie niepozorny, ale o wiele groźniejszy od Ultrona, sprytem i przebiegłością dorównujący samemu Lokiemu. 

Film ten ma sporo debiutów i poł- debiutów. Pierwszy raz okazję mają wystąpić Black Panther i Spider- Man. T’Challa w wykonaniu Chadwicka Mackie znakomicie oddaje charakter postaci. Honorowy, nieco heroiczny i nie stanowiący wyzwanie nawet dla Rogersa. Pajęczak zaś w końcu jest taki jaki być powinien. Nastolatek o nieco amatorskim podejściu do swej profesji, na dodatek w równym stopniu zafascynowany Iron Manem i Kapitanem. Tom Holland zaskoczył i dobrze oddał lekko kpiarski sposób bycia postaci. Gorzej z ciocią May. Marisa Tomei to aktorka zdecydowanie za młoda na tę rolę. I zdecydowanie nie jest ona tak skromna i nobliwa jak komiksowy pierwowzór. No i Ant- Man. W końcu miał WIĘKSZĄ rolę.

Nie mogę nie ulec przeświadczeniu, że filmowe wewnętrzne starcie Avengerów było bardziej  kułaczym bojem obrażonych na siebie kumpli niż faktycznym konfliktem. W powieści graficznej Iron Man i Kapitan Ameryka prali się po pysku do utraty uzębienia. Tutaj troszkę jeden poturbował drugiego, troszkę nakrzyczał i tyle. Ale po cóż komplikować ? „Wojna bohaterów” i tak przebija „Erę Ultrona” i swego konkurenta z filmowego DC. Bracia Russo potrafili wyczuć na ile mogą sobie pozwolić, a Cap i Iron Man nie musieli wypominać sobie imion matek. 

Sceny potyczek są widowiskowe. Finałowa bitwa liderów zwaśnionych stron ma więcej symbolizmu ( jak chociażby specjalnie przez twórców zwolniona scena nawiązująca do komiksu ) niż spektakularności, ale liczy się tu treść nie widoczki. Cieszę się, że twórcy do końca nie wcisnęli na siłę Thora i Hulka. Gromowładny i Sałata to zdecydowanie za ciężki kaliber. No i wiadomo, że staromodny bóg piorunów i antyrządowy doktorek poparli by stronę Rogersa co wywołało by sporą dysproporcję sił. 

Captain America Civil War

Filmowcy mieli też kilka ciekawych koncepcji oprócz świeżego spojrzenia na Zemo. Pupil Falcona o imieniu Redwing nie jest już żywym sokołem, lecz dronem. Relacja Visiona i Wandy zaczyna być podejrzanie bliska, ale póki co daleko jej do międzygatunkowego romansu co również nieco odróżnia świat filmowy od komiksowego. Jest po prostu nowocześniej ( tym razem nie w stylu Ultimate ) i nieco mniej skomplikowanie ( dużo mniejszy bagaż fabularny ). „Wojna bohaterów” obala więc tezę z którą jeszcze niedawno byłem zgodny, iż jeśli chce się ekranizować jakiś wielki tytuł komiksowy trzeba być wierny oryginałowi. Film pokazał, że komiks może być ledwie szkieletem na którym stworzy się równie dobre dzieło.

Podsumowanie: Jestem pozytywnie zaskoczony tym obrazem. Mimo, iż to coś kompletnie innego niż komiks całość prezentuje się bardzo dobrze. Kto wie ? Może dla niektórych nawet lepiej niż oryginał. Mniej przemocy, bratobójczych walk i ponurej refleksji. Więcej rozrywki, odrobinę charakterystycznego dla kinowego Marvela humoru i dobrego widowiska. Miła odmiana po mrocznym „Batman v Superman”. I klimatowa i jakościowa. 

Rzecz o… Trójcy. Jednej i drugiej.

Standardowy

Trójka to dobra liczba. Dwóch to trochę za mało. Relacje są ograniczone, do tego jeśli są to jednostki przeciwne płciowo umysł nasuwa skojarzenia i swata je mimo woli. Jeśli to same chłopy albo same baby zazwyczaj tworzą się tarcia. Autorzy lubią bowiem łączyć ze sobą przeciwieństwa. No chyba, że to jacyś przeklęci yaoiści… :D

Nic dziwnego więc, że Trójcą nazywani są czołowi herosi DC Comics- Superman, Batman i Wonder Woman. Ucieleśnienie amerykańskich wartości, bogacz mogący sobie pozwolić na superbohaterskie gadżety i wojowniczka związana z mitologicznym światem. Zaraz… Kogoś to przypomina prawda ? Bo czyż ideałem Amerykańskiego Snu nie jest Kapitan Ameryka/ Steve Rogers ? Czy krezusem z wypasionymi gadżetami i genialnym umysłem nie jest Iron Man ? I czy mitologicznym wojownikiem, a właściwie bogiem, nie jest Thor ? Marvel jednak inaczej eksponuje powyższą trójkę. Jakie są różnice i podobieństwa między Trójcami konkurencyjnych, komiksowych gigantów ?

Amerikan Drim

Clark Kent wychował się na farmie w Kansas. Wsiowy chłop o mocach boga ma więc prostolinijne poczucie sprawiedliwości, dobre serducho i nieco harcerzykowate pojmowanie świata. Steve Rogers to syn irlandzkich imigrantów. Niegdyś cherlawy kurdupel z miłością do Gwieździstego Sztandaru, po eksperymencie mającym zapoczątkować taśmową produkcję superżołnierzy jedyny z nich. Zarówno Supek, jak i Cap wierzą w Wolność, Demokrację, Równość, Swobodę Wypowiedzi i inne wartości pisane z dużej litery których popularność rośnie wraz z wyborami z wielu krajach. Co więcej- realizują je. Jednak o ile Kal- el może pozwolić sobie na bycie ideałem z racji na swoją kuloodporność, o tyle Kapitan musi uważać na różnorakie zbłąkane kulę. Ale czyż nie chroni go gwieździsta tarcza ?

Kryptończyk z „S-ką” na piersi i okutany w jankeskie barwy wojak z tarczą są nieformalnymi liderami swych drużyn. Clark ma za plecami nieco bardziej rozsądnego Batmana, ale on za to lata, jest bożyszczem tłumów i ma lasery z oczu. A Bruce to ponurak, a takich lubi się mniej. Rogers zaś to trep w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Słysząc jego głos nawet rozszalały Hulk czy gromowładny, asgardzki bóg wyprężają pierś krzycząc – Yes sir ! Obaj panowie są sumą najbardziej cenionych wartości i obaj są nieco naiwnie prostolinijni. Tacy jacy powinni być wielcy liderzy.

 W mroku miasta i w błysku fleszy

Stark był dobrze rokującym potentatem militarnym. Dopóki nie spotkało go kuku i nie trafił do niewoli. Pojmując tym samym, że możesz mieć miliony, a i tak znaleźć się w czarnej sytuacji po stworzeniu pierwszej, topornej jak socrealistyczna architektura zbroi kiełkuje w jego zakutym już łbie myśl o działalności superbohaterskiej. Zgoła inną postacią jest Bruce Wayne. Fakt- jest bogaczem jak Tony. Fakt- jego moc to w sporej mierze sprzęt z marzeń każdego geeka. Fakt- jego genezę zapoczątkowały traumatyczne, choć nie dotyczące bezpośrednio fizycznie jego przeżycia. Lecz od Iron Mana różni się tym, iż bez swych zabawek może skopać zadek. A wyszczerzonym w hollywood’ kim uśmiechu playboy’em jest tylko na pokaz. Jego trykociarski wizerunek to mroczny typ który stanowczo nie jest ekstrawertycznym W głębi duszy to dość skomplikowana psychicznie persona. A Tony ? Nawet jako heros bryluje w swej futurystycznym pancerzu i rzuca żarcikami na lewo i prawo.

Oboje jednak są sponsorami swoich kumpli. Tak więc za wielkimi ideowcami, półbogami, mutantami i kosmitami stoją zawsze goście którzy płacą czynsz na monumentalną siedzibę, samoloty, karnety na loty w kosmos i inne ośmiorniczki. I taką rolę pełnią w swych zespołach Iron Man i Batman.

Asgard i Olimp

Mitologia od zawsze fascynowała. Od pojawienia się koncepcji superbohatera oczywistością było, iż któryś z nich będzie miał korzenie w dawnych legendach i mitach. Nikt jednak nie przypuszczał, że niemal każdy panteon ma swoje przedstawiciele w współczesnym komiksie. Najbardziej znani są jednak Thor i Diana. O tym pierwszym nie trzeba mówić. Jedynodzierżca Mjollnira, syn Odyna, pogromca Fafnira, władca gromów. A do tego członek Avengers i najlepszy kumpel faceta ubranego w amerykańską flagę i bogacza w metalowym kostiumie. Thor to jedna z postaci zdolnych . A jednocześnie  Wonder Woman to twarda kobieta. A do tego rozmiękczająca męskie serca. Córka Hipolity, podobnie jak asgardzki bóg, jest nieco narowista, ma ciężką rękę, nie należy też do zbyt subtelnych. Jedną z rzeczy która ich różni to fakt, że jednak Thor jest bogiem. Diana zaś amazonką która ma spowinowacenia z Olimpijczykami, ale bóstwem nie jest. Gromowładnemu częściej też zdarzały się wypady w kosmos. Wonder Woman sporo czasu zaś przesiedziała na wyspie w babskim towarzystwie. Co nie przeszkodziło jej stać się najpopularniejszą damą w DC. Podobnie jak mitologiczny spadek i opinia pijaka i bawidamka nie przeszkodziła synowi Odyna stać w pierwszym szeregu Mścicieli.

Oboje są często marnotrawnymi dziećmi swych rodziców, oboje też władają mitycznym orężem. Ich obyczaje ( a bywało, że i składnia ) wydają się być nieco z innej epoki, ale mentalność tworzy obraz heroicznego wojownika wierzącego w honor i poświęcenie. Taką tez rolę pełnią w Avengers i JL. Uosobień dawnych, wydawać by się mogło, archaicznych wartości i nieco twardorękich wojowników którzy łączą dwa sprzeczne żywioły jak konserwatyzm Capa i liberalizm Starka czy otwartość Supermana ze tajemniczością Batmana.

Jak już mówiłem- trójka to liczba doskonała. Co prawda do obu triumwiratów wydawnictwa doczepiają czasem Hulka, Spider- mana czy Green Lanterna i Flasha, ale to trójka o wszystkim decyduje. Lider. geniusz ( chciałoby się rzec sponsor ), i silnoręki. Jedna funkcja nie wyklucza drugiej, gdyż Supek znacznie przewyższa Dianę, a i Starkowi zdarzyło się dowodzenie, ale ogólny, nieco umowny podział jest najprawdziwszy. Jak widać- troje to nie tłok. :)

PS : A się Hawkeye na przyczepkę załapał… :D

#165. – WKKM #75 – Stan Lee, Archie Goodwin, Gene Colan, Johnny Craig- „Iron Man: Upadek i wzlot”

Standardowy

Komiks to dobre medium do ekranizacji. Marvel powoli przymierza się do trzeciej serii blockbusterów, zaś DC kusi Batmanem, Supermanem i Suicide Squad. Jak bywa z wielkodochodowymi produkcjami jedne są dobre, a drugie dobrze zarabiają. Iron Man miał szczęście do Roberta Downey’a Jr. który brawurowo zinterpretował postać Złotego Avengera. Jednak czy Iron Man z filmu to ten sam Iron Man z komiksu ?

O czym jest ta opowieść ? O Iron Manie bijącym przeciwników. Dokładnie o tym. Tylko. Bez filozoficznych podtekstów, bez konfliktu między samymi herosami ( w których wszczynaniu Stark jest równie znakomity jak w ulepszaniu swej zbroi ). Nie idzie mu jakby się mogło zdawać  gładko. Iron Man jest kilka razy na granicy wycieczki na złom. Jednak, co jasne i oczywiste, wygrywa swą błyskotliwością i bohaterstwem. Tu napomknę nieco o jego adwersarzach. Nie są to postaci lotne. To typowe superłotry na jeden odcinek. O małym rozumku i wielkich muskułach. Z zapisujących się w Marvelu na dłużej warto pamiętać o Whiplashu i Grey Gorgoyle’u. Ale najlepsi są ci o śmiesznych ksywkach  . Ot taki Pół- gęba, Odmieniec czy Jednorożec. :)

Można błędnie wysnuć wniosek, iż krytykuję ów komiks. Otóż nie ! „Iron Man; Upadek i wzlot” to dzieło bardzo, bardzo poczytne i pięknie zilustrowane. Do tego jest szablonowym przykładem jak wyglądał komiks w czasach, gdy The Man był u steru wydawnictwa. Poza tym czy nie jest godzien przeczytania komiks w którym technologia zbroi Starka jest przeczystym, krystalicznym futuryzmem ?

Stan Lee zakazał i nie chciał poruszać tematyki wojny w Wietnamie. Konflikt trwał wówczas w najlepsze, a przeniesienie go w historie trykociarskie które nie zajmowały się jeszcze aż tak ważkimi tematami byłoby małym foux pas. The Man jednak sprytnie nawiązał do niego ( pamiętny Pół- gęba ), jak i również do ogółu Zimnej Wojny. Pojawia się nawet sam El Presidente ! :D

Jedyne do czego się przyczepię to polskie tłumaczenie tytułu. Poprawne, lecz na wyrost ułagodzone. „Iron Man: Tragedia i Tryumf” brzmiało by o niebo lepiej. Ale skoro w przypadku „Ultimates” podtytuł w ogóle pominięto, a w „Old Man Logan” z dziarskiego starca Logana zrobiono staruszka choć to ma nawet sens oksymoroniczny.

Sposób rysowania i charakterystyczny sznyt tworzenia autorów jak Colan czy Craig powala mnie na kolana. Ta mimika, gesty podczas pełnych akcji wydarzeń, no i ponadczasowa zbroja Iron Mana. Z biegiem lat pancerz Starka modyfikowana, ulepszano, lecz ten szczególny model  jest po prostu historyczny. Poza tym miał taki swój nostalgiczny urok. Widoczna muskulatura, pozorna lichość w porównaniu z nowszymi pancerzami… Jest wprost stworzony na zacną figurkę :) .

Podsumowanie: Barwne historie ukazują nieco innego Starka niż ten znany dzisiaj. Starka-naukowca, Starka- śmiałka któremu daleko do filmowego zawadiaki- playboy’a czy wizjonera dążącego niekiedy podłymi środkami do swego celu ( Steve Rogers potwierdzi… ). No i późniejszy Antoni jest nieco bardziej stonowany, zdawać by się mogło, że częściej polega na gadżetach, a nie na swym intelekcie. Tego Iron Mana lubię najbardziej. Jeszcze przed chlaniem na umór i nielojalnością wobec starych kumpli. Siedemdziesiąty piąty tom WKKM

PS: Zauważyłem, że spore grono fanów WKKM kładzie OGROMNY nacisk na… grubość tomu -.- .  Najwyraźniej nikt nie poznał króciusieńkiego „Zabójczego Żartu” czy nie pamięta, iż kiedyś komiksy były nie raz naprawdę ascetycznymi opowieściami w których bohater wszedł, pozamiatał, coś tam pogadał i wyszedł ( wystarczy zobaczyć debiuty herosów Marvela w „Początki Marvela; Lata 60″ ). Objętość jest ważna i fajnie jest czytać opasłe tomiszcze zamiast broszurki, ale liczy się wartość artystyczno- rozrywkowa. Przykład z brzegu ? „Thor: W poszukiwaniu bogów” będący niemałym tomem jak na średnią Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, a „Spider- Man: Niebieski”- sporo mniejszy od większych kolegów z serii.

#161. – WKKM #74 – Brian Michael Bendis, Alan Davis- „Pierwsi Avenegers”

Standardowy

Po perturbacjach jakie zgotował uniwersum Marvela człowiek znany jak Brian Michael Bendis w końcu musiała przyjść godzina spokoju ( piszę godzina bo jeszcze przed nimi kolejna bratobójcza potyczka- tym razem Mścicieli z mutantami) ). Po zniszczeniu Asgardu przez Sentry’ego w sześćdziesiątym tomie WKKM „Oblężenie” relacje na linii Thor- Iron Man- Kapitan Ameryka/ Steve Rogers nie ulegają poprawie. O ile Asgardczyk i Cap jakoś nie mają do siebie o nic żalu, o tyle stosunki ze Starkiem są nadzywczaj napięte. Przyznam, że nieco sceptycznie podchodziłem do tego tomu, choć jednocześnie go oczekiwałem. Alan Davis jako rysownik i dość mocno niewyjaśniona kwestia- jakim cudem Rogers i Stark znów są dobrymi kompanami skoro  jeszcze nie tak dawno pierwszy z nich zginął w przyczyny drugiego.

Trójka herosów rozgląda się po gruzach dawnej siedziby bogów. W międzyczasie Tony i Steve słownie drą koty, gdy nagle uświadamiają sobie fakt, że wraz ze zniszczeniem całego Asgardu zniknął również Bilfrost, czyli tęczowy most łączący i utrzymujący równowagę pomiędzy dziewięcioma światami. Zanim jednak to wszystko do nich dociera na chłodno zostają oni wciągnięci w to co zostało z mostu któremu dotąd strażował Heimdall.

Można powiedzieć, że historia nie jest jakoś szczególnie oryginalna. Cała trójka trafia do kompletnie różnych światów. Cap bez tarczy, Iron Man w zbroi sprzed wielu, wielu lat, Thorowi zaś nie pomaga nawet Mjollnir. Różne światy okazują się jednak tym samym uniwersum w którym dużą rolę odgrywa nordycka bogini śmierci- Hel. Obok niej pojawi się szereg mitologicznych i baśniowych stworzeń, w tym niektóre z nich z przeszłości Thora. I to jedna z zalet tego komiksu. Wielobarwność postaci i ich zróżnicowanie sprawia, że nie jest to kolejny crossover Bendisa ze stadem bijących się superbohaterów.

Ważnym motywem oprócz głównego wątku akcji są relacje między trojgiem peleryniarzy. Widoczne są uszczypliwości i niezabliźnione rany, jednak dialogi i humor z pazurem pokazują, że Odinson, Stark i Rogers to jednak ci sami starzy przyjaciele. Nie widać też tu Starka- zdrajcy, a Starka- zawadiakę, jaki pojawia się wykonaniu Roberta Downey’a Jr. . Thor zaś pełni cichą rolę mediatora.  Ocieplenie stosunków między naczelnymi Mścicielami to dobry znak- każdy miał już chyba dość bratobójczych scysji ciągnących się jeszcze sprzed „Upadku Avengers”.

Z Alanem Davis’em można było zapoznać się przy okazji „Avengers: Impas” czy „Fantastyczna Czwórka: Koniec” ( gdzie napisał nawet scenariusz ). Współtworzył on ze swoim imiennikiem Alanem Moore’m również „Captain Britain: The Crooked World”, które zostało nam w polskiej edycji WKKM barbarzyńsko wycięte ( no nie przeboleję tego… ). Rysownik łączy w swych dziełach nutkę starej szkoły i nowsze trendy. Duże, całostronnicowe kadry wychodzą mu plakatowo- billboardowo. Nawet zbiorowe, bitewne rysunki gdzie oręż splata się z orężem, a jeden bije drugiego nie powodują uczucia konfuzji. No chyba, że z wrażenia szczegółowości i dokładności rysunku Davisa. :)

Podsumowanie: Komis dla fanów trojga głównych bohaterów, ale tez dla ludzi ceniących cięte dialogi, piękne rysunki i dobrą, niebanalną akcję. Śmiało można wręcz powiedzieć, że Bendis pokonał samego siebie. „Pierwsi Avengers” są bardziej poczytni i po prostu lepsi niż „Oblężenie” na którego wydarzeniach jest ono oparte. Rysunki Davisa zaś są bez zarzutu- po prostu solidna, artystyczna robota. :)

PS: Marvel stanowczo zaniedbuje swoje postaci. W DC występuje takie zjawisko jak Trójca- Batman, Superman i Wonder Woman. Pierwszoszeregowe postaci wydawnictwa od których wiele się zaczęło i które nie raz ciągnęły je do przodu. W Marvelu jest podobnie. Z tą różnicą, że Thor, Kapitan Ameryka i Iron Man nikną pod ciężarem całej grupy Avengers, w której składzie nie zawsze były tak wspaniałe postaci jak oni, bądź nikną pod cieniem solowych main eventerów jak Spider- Man lub Daredevil czy grupy X- Men. Co jest dużym błędem, gdyż bohaterów tych analogicznie można postawić w opozycji do Trójcy DC. Cap/ Superman- pozytywni bohaterowie tłumów, herosi których można dawać młodzieży za przykład, Iron Man/ Batman- główna moc- gotówka i intelekt, obaj nie pozbawieni wad, ale spajający nie jeden raz Avngers/ Ligę Sprawiedliwości. Thor/ Wonder Woman- obecnie są nawet tej samej płci ( :( ). Ja jednak pamiętam starego dobrego Thora który nie był kobietą. Oboje związany silnie z mitologią. Oboje potrafiący dać równie mitycznym co oni stworom w szczękę. Oboje z jedynym w swoim rodzaju i potężnym orężem. I o dość archaicznym pojmowaniu świata, że o wysławianiu się nie wspomnę.

Nic więc nie stoi na przeszkodzie, aby Marvel nieco bardziej wyeksponował ( jak w tym komiksie ) te trzy postaci. Oczywiście po przywróceniu im dawnych tożsamości, bo teraz to… Ech…

Dr Oz

#141. – WKKM #67 – Stan Lee, Jack Kirby, Steve Ditko, Don Heck, Larry Lieber- „Początki Marvela: Lata 60″

Standardowy

Wielka Kolekcja Komiksów Marvela nie tylko ma na celu przybliżyć najlepsze historie wydawnictwa, lecz przede wszystkim ukazać te historyczne. W drugim rzucie WKKM będzie ich nieco więcej, a bez wątpienia jednym z najważniejszych tomów jest sześćdziesiąty siódmy. Opowiadający nie tyle co spójną historię, a początki najważniejszych herosów mających swe genezy w kwiecistych latach 60. To wtedy właśnie narodził się Spider- Man, F4, X- Men, Avengers i kilka innych sztandarowych dzieci Marvela.

W chwili debiutu jednak nie wszyscy mieli swój osobny tytuł. I tak Spider- Man debiutował w piętnastym numerze „Amazing Fantasy”, Iron Man w trzydziestym dziewiątym „Tales od Suspense”, zaś Hank Pym w „Tales of Astonish” oznaczonym numerem 27, by stać się Ant-Manem w  44 zeszycie tegoż tytułu.  Jednak niektórzy od razu zaprezentowali się światu pod swoimi szyldami. A jedna grupa szczególnie podbiła na lata serca czytelników- dziś już niemal praktycznie nieistniejąca Fantastic Four.

Dla kogoś znającego bohaterów w sposób w jaki są przedstawiani obecnie ich zachowanie i wypowiadane kwestie mogą się wydawać teatralno – komiczne. Czy to w zachowaniu Parkera, który jeszcze nie zaznał pełni goryczy, czy w przypadku członków Fantastycznej Czwórki. Sue nie będąca jeszcze żoną Reeda, Torch będący właściwie nastolatkiem i sfrustrowany Thing nie mogący znaleźć odpowiedniej garderoby na swą kamienną posturę.

Inaczej też wyglądają przeciwnicy. Bez zrozumienia początków historii Marvela ciężko będzie pojąć czemu Namor zachowuje się jakby w jego siedzibie było za duże ciśnienie wody, Magneto zaś jest szablonowym superzłoczyńcą chcącym zrobić coś ZŁEGO ( koniecznie zaś homo sapiens ), a głównym przeciwnikiem Ant- Mana i Wasp jest stwór z planety Kosmos. Urocza nazwa swoją drogą. Oprócz tego widać odbicie rzeczywistości w historii o Iron Manie ( zły Wong Chu w Wietnamie ) czy sowiecki szpieg Igor. I takie ananaski jak Hulk w cyrku czy Iceman- bałwan.

Opowieści te każdy zna. Nawet osoba nieobeznana z komiksową wersją przygód herosów Marvela wie, że Parkera dziabnął radioaktywny pająk i że przez jego zadufanie zginął wujek Ben. Że Bruce Banner został napromieniowany przez bombę gamma i stał się Hulkiem. Że Stark był w niewoli w której stworzył prototyp swej zbroi. Wiedzieć, a znać to jednak co innego. Mimo charakterystycznej narracji tamtych lat komiks czyta się z zapartym tchem, wiedząc, iż ma się pod ręką opowieści które położyły solidne cegły w budowli zwanej popkulturą.

Rysunki ? Jack „The King” Kirby, Don Heck czy Bill Everett to wystarczające rekomendacje. Bez komputerów i zaawansowanych technik graficznych. Po prostu czysty, fachowy warsztat i niebanalne jak na tamte czasy pomysły. Co prawda stroje Daredevila czy Iron Mana uległy zmianom, lecz kultowy kostium Parkera jest nieśmiertelny. Artyści ci inspirowali i inspirują wielu ich następców lata później. Właściwie to komiksy sprzed kilkudziesięciu lat momentami biją na głowę obecne. Mają taki ikoniczny klimat. Kultowy i nostalgiczny.

Czytając to dzieło nachodzi mnie pewna refleksja. Jakim cudem F4, będące legendą obecnie jest jej cieniem ? Spider- Man zaś został odsunięty na bok na rzecz średnio interesującego Pajęczaka z Ultimate, zaś sami Avengers nie mają bodajże w swym składzie ani jednego oryginalnego członka  ( chyba, że ich substytuty ) ? Zmiany są zrozumiałe, lecz pewna tradycja powinna być podtrzymana.

Podsumowanie: Komiks który trzeba mieć i znać. Po pierwsze: rzadko zdarza się okazją nabycia oryginalnych originów postaci w jednym zbiorczym wydaniu. Po drugie: Warto poczuć coś naprawdę ponadczasowego. Historie w tym komiksie to pierwsze kroki postaci które zmieniły i tworzą to medium po dziś dzień. Przypominane i powielane w wielu retrospekcjach, często również modyfikowane i uwspółcześniane ( patrz „Iron Man: Extremis”) stanowią ważny element komiksowego medium, mimo faktu, że Stan Lee nie jest tak dobrym scenarzystą jak Alan Moore czy Frank Miller. „The Man” bowiem to postać o nietuzinkowej osobowości i nawet w swym słusznym wieku potrafi pokazać się w filmach ze swoimi herosami i zrobić to w sobie tylko znanym stylu. Więc… Excelcior !!! :)

 

Twój domowy Hulkbuster

Standardowy

Obecnie rynek oferuje naprawdę wiele replik na które każdy szanujący się geek wyda pół wypłaty wcielając w życie postanowienia postne. Jednak firma Beast Kingdom zaoferowała coś naprawdę ekstra. Trzymetrowej wielkości pancerz Hulkbuster. Ten który ukaże się w kontynuacji „Avengers”. Replika, a raczej statua, kosztuje bagatelka 21 500 $ i ma mieć w przyszłości do pary jeszcze Hulka… Ktoś chętny ? :D

Hulkbuster-4Hulkbuster-2

#66. – WKKM #39 – Mark Millar, Steve McNiven – „Wojna Domowa”

Standardowy

10320467_254650678054377_8608934507178896754_n

Są takie historie które na zawsze odmieniają dane uniwersum. Coś jak bitwa o Yavin w „Gwiezdnych Wojnach”. W Marvelu pojawiło się wiele różnych punktów w historii które mocno namieszały. M-Day, zagłada Genoshy czy niedawny powrót Phoenix. Nic jednak tak nie podzieliło nie tylko superbohaterów, ale też fanów komiksów spod znaku Domu Pomysłów, jak Wojna Domowa Marka Millara i Steve’a McNivena.

Historia zaczyna się niewinnie. Grupka młodocianych herosów odnajduje kryjówkę badassów nieco większego formatu od siebie. Młodziki jakoś sobie radzą dopóki nie natrafiają na niejakiego Nitro. Jak sama ksywa wskazuje jest to jegomość dość rozrywkowo- wybuchowy. Bum. I pokaźnej części Stamford nie ma. Wraz ze szkołą i dziećmi w niej przebywającymi. Opinia publiczna i rząd ma więc już dość tego typu ekscesów z udziałem herosów. A to Hulk walnie kogoś w czachę, a to znowu mutanci robią swoje, a to incydent z Tajną Wojną Nicka Fury’ego. Koniec końców akt rejestracji którego do tej pory udało się unikać superbandzie staje się rzeczywistością. I niczym kozacki regestr niejako formalizuje stosunki na linii obywatele- herosi. Głównym inicjatorem i piewcą tej ustawy jest Tony Stark. Nieco gorzej reaguje na nią Kapitan Ameryka. Swoją drogą akt rejestracji odnosi się do patriot act. Lecz zamiast nie- Amerykanów mamy herosów, a same zasady zatrzymywania podejrzanych są równie niejasne.

2919053-cw_7_reg

Zderzenie dwóch weteranów wojennych- Capa i Punishera. Pierwszy- żyjący jeszcze w Ameryce lat 30, wyznający szlachetne ideały i ten drugi, walczący w kompletnie innym konflikcie niż II WŚ, w dobie gdy USA było kompletnie innym państwem. Obaj również z innym bagażem doświadczeń i przeżyć. W „Wojnie Domowej” diametralnie zmienia się Tony Stark. A może po prostu po prostu postępuje jak zawsze ? Dotąd postrzegany jako idealista używający do łojenia zadków swoich zbroi,  światopoglądowo tkwił bardziej w przyszłości niż Kapitan pamiętający jeszcze czasy, gdy Hitler rozpoczynał swą krwawą rejzę przez Europę. Konflikt na linii dwóch pierwszoligowych Avengersów jest zaskakujący w swej zaciekłości. Jednak tym złym wydaje się być Żelazny który nie cofa się do świństw jak sklonowanie nieobecnego kompana czy współpraca z Thunderbolts i innym czarnymi charakterami. Co prawda Cap też miał okazję współpracować z łotrami, ale skutecznie filtrował ich napływ Punisher :D.

Chyba każdy kto czytał „Wojnę Domową” stanął po czyjejś stronie. Oczywistym wyborem jest nieco romantyczne stronnictwo Rogersa. Oto bohater z flagą na piersi przeciwstawia się człowiekowi obleczonemu w bezduszną stal i jego haniebnym politycznym układzikom mającym na celu zrobić z herosów najmitów. Jednak patrząc racjonalniej- czy gdyby owi herosi bardziej kontrolowaliby członków swojej braci, to czy doszło by do wszystkich tych incydentów ? Hulk, jak pokazała „Planeta Hulka” też człowiek. Część herosów młodego pokolenia również traktowała swe zajęcie jako kolejny zbieracz lajków na fejsbuniu czego dowodem jest nie tylko Stamford, ale i brawura członków Young Avengers.

1007831-scan0022

Jak w każdym większym wydarzeniu mamy tu plejadę postaci. Hercules, Falcon, Luke Cage, Cloak i Dagger po stronie Rogersa, oraz Spider-Man, Yellowjacket, Reed Richards czy Sentry na zapleczu Starka. Oczywiście w czasie trwania akcji jest kilka przetasowań jednak na stronę Kapitana. Zawodnicy wychodzący z drużyny Irona Mana są bowiem znaczniejsi i zacniejsi niż kilku gówniarzy bojących się konsekwencji przynależenia do renegatów.

McNiven naprawdę sie postarał. Jego kreska jest dopracowana niemal do perfekcji- sceny gdy Cap dostaje w gębę od Starka czy wszelkiego rodzaju potyczki są . Styl McNivena pasuje do dojrzałego i brutalnego stylu pisania Millara. Postaci są po prostu ludzkie. Nie mają napompowanych przesadnie mięśni, szczęk zdolnych rozgryźć orzech kokosowy, a mimika ich twarzy jest wręcz fotograficzna. Zwykle w tym wypadku rysownicy starają się nieco upiększyć danego trykociarza. Tu wykrzywiona wściekła twarz czy poobijana jak samotny policjant na 11 listopada omyłkowo nie są pudrowane. McNiven to mój ulubiony rysownik którego okazję miałem poznać w WKKM, zaraz po Alexie Ross’ie oczywiście :)

Podsumowanie: Jedna z najważniejszych historii ostatnich lat. Coś co wywróciło do góry nogami uniwersum Marvela i do tego bez lukru. Również kilka niespodziewanych zwrotów akcji- Cap vs Iron Man, ujawnienie tożsamości pewnego herosa od zawsze tego unikającego i wykorzystanie złoczyńców do walki z dawnymi kompanami przez stronnictwo Starka. Wszystko to było plastrem na rozdziawione gęby hejterów mówiących, że nudno w Marvelu.

Ocena; 8,5/10

cw100

#42. – WKKM #3 – Warren Ellis, Adi Granov – „Iron Man: Extremis”

Standardowy

485089_101413266711453_1653241379_n

 

Czas nadrobić zaległości w Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela :) Może nieco nie po kolei, ale… Cel jest ambitny :D. Tym razem czas na trzeci tom WKKM czyli „Iron Man: Extremis”. Termin „Extremis” jest znany każdemu kto obejrzał trzecią część filmowego Żelaznego. Jednak tutaj nie ma aż takiego rozmachu. A szkoda.

Jakby nie patrzeć Tony Stark to człowiek. W jego żyłach nie płynie superserum Capa, nie ugryzł go radiaoktywny pająk ani nie jest nordyckim bogiem. Ba ! Nawet nie ma za sobą treningu jak Batman ani jego detektywistycznej intuicji. Ma jednak inny talent. Jest swoistym Howardem Hugh’sem Marvela. Od urządzenia ratującego mu życie po nieco toporną zbroję pomagającą mu się wydostać z rąk terrorystów. A z niej prosta droga do ultranowoczesnej złoto-bordowej znanej po dziś ( choć obecnie w Marvel NOW! Stark zmienia pancerze jak rękawiczki- również kolorystycznie ).

Warto wspomnieć o zmodernizowanej genezie Iron Mana. W pierwotnej wersji Stark skonstruował swój pierwszy pancerz w niewoli w Wietnamie. Obecnie panuje wersja, iż stworzył go przetrzymywany przez islamskich ekstremistów. Jest to nie tyle zabieg propagandowy co próba odnowienia Uniwersum Marvela. Najpopularniejsi herosi liczyliby sobie po 60 lat, dlatego też są wiecznie młodzi, a szczegóły z ich przeszłości zmieniane mniej lub bardziej.

Rzecz o samym scenariuszu. Nie wiem kto wpadł na pomysł umieszczenia tej historii w WKKM, ale wydanie jej na samym początku było jeszcze większym błędem. Opowieść jest marna. Oto tajemniczy środek o nazwie Extremis zostaje wykradziony. Źli ludzie testują go, a jakże, na sobie. Jeden z nich dostaje supermocy i rusza w wiadomym sobie celu ( jak się okazuje w kierunku Białego Domu ).  Na drodze staje mu Iron Man który zbiera cięgi. Tym razem nie ulepsza jednak zbroi, a siebie…

Pomysł dobry, tym bardziej, że zawsze nurtowało mnie pytanie co z przeciążeniami i wstrząsami targający Starkiem podczas licznych walk gdy siedzi zakuty w swej zbroi. Extremis rozwiązuje dość logicznie ten problem i w końcu Stark nie jest tylko koleżką w metalowej puszce.

Antagonista to koleżka ni z gruchy, ni z pietruchy. Właściwie do końca nie wiadomo o co mu chodzi. Mając spore zdolności i nieźle z nich korzystając pozostawia po sobie ślady, nie ma nawet szczypty charyzmy, a to jak zostały wykreowane jego losy prosi o pomstę do nieba. Ot był i nie ma.

Mallen-in-Iron-Man-Extremis

Strona graficzna jest najmocniejszą stroną tego tomu. Granov to twórca wzory zbroi występującej w filmie, a w komiksie prezentuje się ona wybornie. Co prawda komiks należy do tych, w których artysta mniej rysuje, a więcej tworzy w programach graficznych, jednakowoż „Extremis” prezentuje wizualnie na tyle wysoki poziom, iż można to znieść.

Podsumowanie: Nie ukrywam, że czułem się rozczarowany tym tomem. Sam Granov nie da rady ponieść ciężaru stworzenia dobrej powieści graficznej, bo komiks to nie tylko jak nie którzy sądzą rysuneczki i chmurki. To dobrze skonstruowana fabuła w dobrze dobranym duecie z grafiką. Tym razem strona wizualna jednak trafiła na brzydką pannę scenariuszową :p.

Ocena: 6,5/10

2132408-ironman_extremis