#242. – Denis Szabałow – „Prawo do użycia siły”

Standardowy

Ostatnimi czasy mocno spadł mój zapał do sięgania po kolejne pozycje z „Uniwersum Metro 2033″. Nawet kontynuacja oryginału, czyli „Metro 2035″ nie wzniosło mnie na wyżyny. A seria „UM 2033″ ? Historie jak „Mrówańcza” czy „Ciemne tunele” sprawiały wrażenie, jakby autorów goniły terminy lub po prostu nie mieli oni pomysłów na rozwinięcie historii, bo same zamysły były niezłe. Jednak wszystkie, w tym również wrocławska „Otchłań” ciągle pokazywały do znudzenia mrok, zło i całą dekadencję postapokaliptycznego świata. Nic odkrywczego. Schemat Głuchowskiego skopiowany i przeniesiony na inne realia. Schemat który występował już w „Drodze” McCarty’ ego. Do tego w tej całej swojej posępnej wizji autorzy nie dorównywali swemu patronowi do pięt. Denis Szabałow udowodnił, że można napisać naprawdę niezłą opowieść osadzoną w „UM 2033″ nie ocierając się nawet o szablon jaki zazwyczaj jest stosowany, a przy tym stworzyć coś dużo barwniejszego i obiecującego.

Rzecz się dzieje w mieście Sierdobsk. Nie jest to Moskwa, ani Petersburg, więc metra nie ma i nie było nawet w planach. Ale są schrony i ludzie z krwi i kości potrafiący stworzyć społeczności nie heilujące, nie wyznające Czerwia, ani tym bardziej nie odnoszące się do ideologii Wujaszka Lenina. Ot ludzie którzy starają się przeżyć i trwać do lepszych czasów zachowując przy tym godność i zdrowy rozsądek. A to wszystko pod wodzą i za sprawą pułkownika Rodionowa. Który rozsądną ręka trzyma ludność zamieszkującą schron pod dworcem. Były pułkownik GRU to postać wyrazista, charyzmatyczna. Łącząca w sobie cechy ojca, jak i dyktatora swego ludu. Bodaj pierwsza taka postać w świecie Głuchowskiego. 

Główny bohater zwie się Daniła Dobrynin. Urodzony już po zagładzie, z lekką mutacją. Chłop na schwał, jeden z najlepszych ludzi Rodionowa i postać jakiej od długiego czasu mi brakowało. Jakiś czas minął od premiery „Pitera” i „Za horyzont”, a więc od tego czasu żaden z bohaterów nie zaciekawił mnie za specjalnie. Dobrynin jest jakby duchowym, młodszym bratem Tarana z trylogii Diakowa. Profesjonalny w każdym calu, twardy jak skała, a do tego po prostu dobry człek. A za nim stoi jeszcze stadko równie ciekawych postaci pokroju doktora Ojboli czy snajpera Wana Li. 

W miarę ustabilizowane życie Schronu przerywa przybycie tajemniczej karawany, która gości w pobliskich koszarach. Właśnie- koszarach które żyją w symbiozie z Rodionowem. Nie trzaskają się, nie wybijają, ale też nie planują stworzenia wspólnoty. Co do samej karawany- pisarz zaskakuje. Czym ? Tego najlepiej dowiedzieć się z książki, ale powiem z wewnętrzną ulgą, że karawana nie jest jakąś pokraczną sektą czy innymi kanibalami.

Szabałow zna się na rzeczy. Pisarz wie sporo o rynsztunku i taktykach bojowych. Nie jest to siedzący prze grzejniczku siorbacz herbatki który fantazjuje o duchach, linach przewieszonych między budynkami i teatrzyku wystawiającym karykaturę „Gwiezdnych Wojen”. Realia są niewesołe, ale ludzkość nie zdegenerowała do poziomu Morloków, a bohaterowie nie wywołują u odbiorcy chęci kibicowania mutantom. Oklaski należą mu się też za narracje i za to, co w niej dokonał. Przeplata on przeszłość, od urodzin Daniły, z aktualnymi wydarzeniami. Tworzy dwie odrębne historie które, każda na swój sposób, wciągają czytelnika. I jako pierwszy w końcu ukazał pierwsze dni po katastrofie. W sposób dosłowny, nie w stylu wspominek przy herbatniczkach. Szabałow po prostu łamie nudną sztampę. 

Podsumowanie: Mój numer dwa, zaraz po „Piterze”, na liście powieści wydanych w Polsce z serii „Uniwersum 2033″. Porządnie rozpisane postaci. Narracyjny przekładaniec, ale wprowadzający czytelnika w czasy, które w innych powieściach z serii były tylko napominane. W sposób bluźnierczo wstydliwy na dodatek. Racjonalnie i mądrze stworzone społeczności oraz flora i fauna a.d. 2033. Zakończenie zwiastuje następną część pod tytułem „Prawo do życia”. I myślę, że mam prawo powiedzieć, iż następna część zapowiada się na równie dobrą. 

 

#189. – Dmitrij Głuchowski – „Metro 2035″

Standardowy

I kolejny rok w podmoskiewskiej kolejce minął. Hanza, Czerwoni i Rzesza nadal mają do siebie roszczenia, echa ataku Czarnych już dawno umilkły, a ludzie jak siedzieli pod ziemią tak siedzą. Jedynym który chce to zmienić jest Artem. Głuchowski wrócił do swej dawnego bohatera. Jakże jednak odmienionego.

Artem jest zupełnie inną postacią niż w pierwszej części trylogii pisarza. „Metro 2033″ przedstawiało go jako nieco zagubionego, ale szybko dostosowującego się do sytuacji młodzika które wpada w środek wielkiego wiru w którym kotłują się dalsze, zdawać by się mogło, losy ludzkości. Tutaj Artem jest dwa lata starszy, ma żonę, opinię zbzikowanego bohatera i obsesję. Obsesję poszukiwania życia poza Moskwą. Nie, nie wyłazi on poza miasto i nie maszeruje przez bezkres Rosji, ale nasłuchuje sygnałów radiowych. Takich jaki usłyszał na wieży Ostantinoko podczas ostatecznej rozprawy z Czarnymi.

I tu trochę o działaniach bohatera stacji WOGN. Artem cierpi na mesjanizm. Swoje samobójcze wyjścia na powierzchnię odczytuje sobie jako potencjalne misje ratunkowe. Takie podczas których pewnego dnia ktoś odpowie na jego nawoływania. Cóż z tego, że łapie przy okazji rentgeny ? Cóż z tego, że zamiast sielskiego życia weterana i gromadki dzieci taszczy radiostację na szczyty wieżowców ? Czyż nie taka właśnie droga mesjasza ? Najpierw Golgota, później Raj ?

Goszczą tu też bohaterowie z „Metro 2034″. Samozwańczy twórca mitów Homer i Sasza. O ile staruszek to ten sam poczciwy dziadunio notujący po swojemu każde wydarzenie, o tyle Sasza… Ma w sobie coś w famme fatale. Niczym tytułowa bohaterka piosenki „Roxanne” grupy The Police. Heros i idol głównego bohatera, Młynarz, nie jest już tak nieskazitelny. Grzechy przeszłości ciążą bowiem bardziej niż kalectwo. Losza, handlarz nawozem to dość groteskowa postać. Prosta i nieskomplikowana, a przy tym odporna chyba na wszystkie niedogodności i w zaskakujący sposób zawsze trafiająca z powrotem.

Nie tylko Artem dojrzał. Głuchowski rozwinął się też jako pisarz. Czuć tu pesymistyczne nastroje „FUTU.RE”, choć nawet teraz rzeczywistość „Metra 2035″ wydaje się być lepsza niż w dystopijnej przyszłości nieśmiertelnej ludzkości. Nie mogę się oprzeć jednak wrażeniu, że autor kopiuje pisarzy z „UM 2033″. Częste ukazywanie beznadziejności sytuacji, okrucieństwa i zbydlęcenia mieszkańców metra i swoistej gehenny. Poznać jednak mistrza po tym jak to przedstawia. O ile Majka nudził i smęcił, o tyle Głuchowski wali w zęby bez rękawic. Wystarczy wspomnieć łazienkę i dywan naścienny Ilji Stiepanowicza czy kurę Riabę. Na dodatek wszystkie karty zostają wyłożone na stół. Nie ma już tajemnic. Po sznurkach marionetek odkryto nimi sterujących.

Są i ilustracje. Ponure, oniryczne, wręcz turpistyczne. Ilja Jackiewicz stworzył znakomitą okładkę, zaś Diana Stiepanowa sprawnie zwizualizowała analogiczne do nich wydarzenia, lecz mimo to chciałoby się ich więcej. Nie ma jednak co narzekać. Wydrukowane na porządnym papierze nie są po prostu dodatkiem, ale nieodłącznym elementem opowieści. Pozwalającym czytelnikowi jeszcze głębiej wejść w tartar podziemnej Moskwy.

Autor: Esthle, https://tekstomancja.wordpress.com

Podsumowanie: Głuchowski całkowicie urealnił podmoskiewską rzeczywistość. Nie ma tu miejsca na nadzieję, wielkie ideały, dobre uczynki wobec bliźniego czy budowanie wspólnoty opartej na braterstwie. Jedyny człowiek naprawdę szukający nie tyle iluzorycznych nadziei, co realnych szans jest wyszydzany, brany za jurodiwego i pogardzany nawet przez własną kobietę. Droga jaką przebył Artem w „Metro 2033″ wydaje się być igraszką w porównaniu z drogą krzyżową do odkrycia prawdy jaką nieporadnymi krokami przybyło mu pokonać dwa lata później.

PS: Wydawnictwo Insignis to niecnoty :D . Wydali trzecią część w zupełnie nowej szacie graficznej, a na dodatek z wspomnianymi ilustracjami. Wydali również poprzednie części w tej samej, ale samo „Metro 2035″ już nie. Co prawda na półce nie gryzie się to jakoś specjalnie, ale… niesmak pozostał.

#173. – Robert J. Szmidt – „Otchłań”

Standardowy

Post- apokaliptyczna Warszawa dostała się w ręce Fabryki Słów, więc Insignis postawił po Krakowie na Wrocław. Miasto z ogromnym dorobkiem historycznym. Tę zacną metropolię które niejednokrotnie sławił Andrzej Ziemiański, a autor tegoż działa ma za sobą już „Szczury Wrocławia” w tych samych klimatach.

Głównym bohaterem jest Nauczyciel zwany też Pamiętającym, gdyż tak określa się tu ludzi urodzonych przed apokalipsą. Pozornie to kolejny typ niepokonanego, post- atomowego siłacza, lecz kilka cech wyróżnia go spośród nich. Facet faktycznie ma łeb na karku, nie tylko umiejętności i szczęście. Na karku ma jeszcze swego głuchoniemego syna o uroczym i jakże nobilitującym go przezwisku Niemota. W tej kwestii rozumiem wiele- świat jest w ogromnym dołku, a jakiekolwiek kalectwo traktowane jest ze spartańską subtelnością. Niemota miał na tyle szczęścia, iż miał łebskiego ojca. Ale nazwać go od razu w tak subtelny inaczej sposób ? Jak każde miasto po zagładzie Wrocław ma swój mit. Wieżowiec Sky Tower i tajemniczo zapalający się ogień na jego szczycie ( c0ś tu mi świta Diakowem… :D ).

Realia Wrocławia bardziej przypominają Kraków niż Moskwę. Z oczywistego braku metra ludzie żyją w kanałach, poniemieckich schronach, zaś zamiast przyzwoitej broni palnej naparzają się z proc, łuków i innych narzędzi ludzi epok minionych. A skoro już mowa o świecie czas na grupy które z nim żyją. Człowiek to zwierze stadne i czują się najlepiej w stadzie które znają. Ergo- jest takie jak on. A więc pojawiły się grupy jak Pasy czy Wszechwrocław. Łatwo się domyślić, że są to pociotki naszym, poczciwych przyklatkowych filozofów szluga, pięści i szalika. Oprócz tego Nowy Watykan- czyli samozwańczy papież i przeinaczone na post- atomowy świat doktryny Kościoła Rzymskokatolickiego.  Są i enklawy- swoiste państwa miasta, podziemne polis gdzie życie może nie jest różowe, ale brak w nim sztandaru dresiarskich trzech pasów czy nuklearnego Mesjasza.  No i Lekteryci. Amatorzy ludziny, ale jak ich „ojciec” rzekomo cywilizowani. Autor nieźle sobie radzi też z mutasami. Jest klasyka jak pieski czy kotki, ale są niesamowite i budzące grozę stępacze. Surrealisstyczne, makabryczne i trudne do wyobrażenia nawet dla Dr Moreau.

Szmidtowi udało się jednak coś czego nie dokonał nawet Głuchowski. Perfekcyjnie i prawdziwie ukazał pokolenie młodych osób urodzonych po katastrofie. Biały, Farciarz, a w szczególności Iskra to dzieci swojej epoki. Potrafiące sobie poradzić wśród powszechnego dziadostwa, ale mający jednak spore, wręcz oczywiste dla Pamiętających zaległości. Najbardziej uwypukla się to u Iskry. Harda dziewczyna nie należy do zbyt ułożonych i uprzejmych, a jej ciągła impertynencja i chamowatość odrzucają nawet cierpliwego Nauczyciela. Jednak mimo to nie da się jej nie lubić. :)

Minusem jest powielanie schematu w pewien charakterystyczny sposób. Ukazywanie świata jaki to on nie jest zły, jaki niebezpieczny i jak coś cię nie zje od razu to połknie i będzie trawiło. Jak cię kumpel nie dziabnie nożem to kobieta odstrzeli zza węgła. Post- apokaliptyczny świat jest niewątpliwie niewesoły. Ale czy jojczenie, narzekanie i usilne podkreślanie takiego stanu rzeczy wniesie coś nowego do tego gatunku ? Na dodatek Szmidt nieco powielił fabularną sytuację wyjściową z „Dzielnicy Obiecanej”. Główny bohater jest bowiem ścigany przez ludzi ze swojej enklawy za coś, o co właściwie nie sposób go winić. Na szczęście pogoń to nie główna oś nośna powieści, a Nauczyciel dość szybko dostaje w prezencie nowy pakiet problemów. Wspomniany wyżej motyw płonącego ognia na wieżowcu również nieco trąci nadmierną inspiracją książkami innych autorów „UM 2033″ jednak nie jest on na tyle rozwinięty, aby kusić się o oskarżenie plagiatorstwa. Można więc rzec, że Szmidt ma po prostu wielu inspiratorów. :)

Podsumowanie: Nie jest to najwybitniejsza książka cyklu, ale bije na głowę „Dzielnicę Obiecaną” Pawła Majki, a nawet wyrównuje bieg z „Dziedzictwem Przodków” Surena Cormudiana. Szmidt sprawnie jednak zakończył swe dzieło, niczym pilot który tracąc wysokość w ostatniej chwili podciągnął drążek rokując na dalszy udany lot. Jeśli Szmidt sprawnie poprowadzi wątek Tesli i Znachora z niecierpliwością czekam na kontynuację.

#126. – Siergiej Antonow – „Ciemne Tunele”

Standardowy

Po dłuższym pobycie w petersburskim metrze. Po udanej wizycie w Obwodzie Królewieckim. Po wojażu od Pitera po Władywostok, podróży po Włoszech, po przyzwoitym Rostowie i niekoniecznie udanym pobycie w Krakowie wracamy do Moskwy. I to nie do byle tunelowych wycieruchów, a do anarchistów ze stacji Białoruska :) . Ludzi hołdujących Che Guevarze i innym bandytom wyznających filozofię Bakunina. Jednak mimo swych podłych światopoglądów główny bohater Anatolij Tomski to równy gość. Ma swoją zgraną ekipę, jest niezgorszym wojakiem, a zachowania jego nie dają poczucia zażenowania, choć nie jest też Iwanem Mierłukowem czy Taranem.

Od groma tu uzupełnień oryginału Głuchowskiego. Są sataniści z genialnym przywódcą Szponem ( bez skojarzeń z Trybunałem Sów … ), mamy stację pełną mutantów ( bez skojarzeń z X- Men ) i rządzoną przez bandosów ( bez skojarzeń z Sejmem ). Autor nie tworzy nowego środowiska, tylko bazuje na pomyśle protoplasty serii, a więc co bardziej czepialscy zarzucą mu wtórność i kopiowanie cudzej wizji. No, ale czyż Moskwa nie jest najlepsza ? :) Swoją drogą to smutne… Nasz przepiękny Kraków został zbezczeszczony cherlawą powieścią Majki i postacią Marcina, a Moskwa czy Piter są sprawnie skonstruowane i  uhonorowane przepięknymi dziełami. :( .

Największa zaleta książki to zarazem jej wadą. Chodzi o wszystkie wizje/sny/objawienia Anatolija. A jest ich sporo. Połowa przeżyć Toli to bowiem owe metafizyczne przeżycia na skraju jawy i snu. Jak dla mnie- bomba. Uwielbiam lekko psychodeliczne, mroczne klimaty o niejednoznacznej treści i postaciach nie zawsze będących z tego świata. Jednak dysonans pomiędzy wydarzeniami realnymi, a nierealnymi jest spory. Antonow wprowadza w stan lekkiego odlotu po to, by za chwilę dać łupnia rzeczywistością.

Poza Anatolijem postaciami godnymi wymienienia są Krab- złodziejaszek towarzyszący Toli, Korbut- kopnięty doktor który pragnie tworzyć GML-e czy Krzyż- kojarzący mi się z charyzmatycznym atamanem kozackim przywódca nieformalny herszt bandosów. Zaskakujące jest to, że powieść dzieje się mniej więcej w czasie ataków Czarnych na WOGN. Stacji nie tak bardzo oddalnej od Białoruskiej. Pokazuje to jak bardzo ograniczył się przepływ informacji, jak bardzo skurczył się świat. Antonow ma masę pomysłów jak na przykład GML-e. Czyli Genetycznie Modyfikowani Ludzie mający w zamiarze być odpornym na radiację i ból narzędziem do odzyskiwania powierzchni. Lub chociażby pewien wehikuł który przywraca kolejce podziemnej na chwilę jej pierwotną funkcję.

Komunizm w tym dziele ma iście proletariacką siłę :D . Czerwoni mimo faktu, iż żyją pod ziemią w coraz bardziej ciasnym metrze, a na powierzchni hulają mutanty wciąż wierzą w idee diabelskiego triumwiratu Marksa/Engelsa/Lenina. Ten ostatni zresztą pojawia się w książce :) . Nawet cały wielki szum związany z GML-ami jest związany po prostu z komunistyczną ideologią i najbardziej absurdalnym gestem propagandowym na jaki mogły wpaść przepalone czerwoną zarazą łby.

Podsumowanie: Po mocnym regresie w postaci „Dzielnicy Obiecanej” i słabo sycącej „Mrówańczy” następuję pewna poprawa. Nie jest to wielki skok ku niebu, ale „Ciemne Tunele” to dzieło dobre, a w połączeniu z dodatkiem opowiadań polskich fanów „UM 2033″ to niezły początek dla tych którzy nie znają jeszcze tegoż uniwersum. Antonow sprawnie nie tylko uzupełnia świat postapokaliptycznego moskiewskiego metra, ale też tworzy osobny rozdział w jego historii. Oby więcej Moskwy :) .

#107. – Dmitrij Głuchowski – „FUTU.RE”

Standardowy

Głuchowski rozsławił się dzięki znakomitemu „Metro 2033″ i jego kolejnym cześciom, jak i dziełom innych autorów napisanych w tymże uniwersu. Postapokaliptyczna powieść odniosła ogromny sukces i autor mógłby spokojnie osiąść na laurach pisząc dzieła na jej podstawie. Jednak stworzył coś co jest znacznie lepsze niż „Metro 2033″. Wizja ukazana bowiem w „FUTU.RE” jest o wiele bardziej przerażająca i żywa niż post- nuklearna Moskwa a.d. 2033. Co w niej takiego niezwykłego ?

W tym świecie wszyscy są nieśmiertelni. Wiecznie młodzi i piękni. Nie potrzebna im wiara w jakąkolwiek religie i żywot po śmierci, gdyż ich to już nie dotyczy. Wszyscy prorocy i bogowie strąceni zostali z piedestału przez naukę. Nie potrzebni im też potomkowie. Bo któż chciałby przedłużać swój ród, samemu będąc jego wiecznym kontynuatorem. W świecie tym jeśli ktoś ośmieli się mieć dziecko sam lub jego druga połówka muszą poddać się surowej karze- starzeniu. Nie takim zwykłym, a pod wpływem akcelatora który przyśpiesza starzenie komórek do tego stopnia, że dwudziestolatek w przeciągu około dziesięciu lat stanie się starcem pomarszczonym jak Yoda. Gorzej jeśli dziecko ma jednego rodzica. Wówczas trafia ono do internatu gdzie stanie się prawdziwym Nieśmiertelnym. Tym który łowi niesubordynowane pary mnożące się w niewiadomym celu. Takim Nieśmiertelnym jest główny bohater. Jan Natchingall to typowe dziecko swej epoki, maksymalnie zindoktrynowane do poziomu przy którym Niemcy lat 30 wydają się być zaledwie niedzielnymi fanami Fuhrera. Przerażające też jest co stało się z dawną Europą fizycznie. Miasta zostały dosłownie zabudowane przez wielkie wieżowce, które jako jedyne były zdolne pomieścić mieszkańców przeludnionego kontynentu. Uderzyło we mnie najbardziej kilka rzeczy. Internat wydający na świat Nieśmiertelnych. Gdzie ludzie dostają numery, gdzie są właściwie nikim, a celem ich treningu jest wyjałowienie sumienia i pozbawienie człowieczeństwa. Również to z jaką owczą wręcz głupota ludzie przeżywają swą wieczność. Zatopieni w tłuszczu pozornych uciech nie zauważają upływu czasu i banalności swej egzystencji. Wszelkie wartości wyrzucili dawno za siebie stając się bogami próżności. Jest i Panameryka gdzie nieśmiertelność jest, lecz jest nieco bardziej konserwatywnie dawkowana, oraz Rosja. Gdzie znów broda godna bojara jest atutem, a brutalność i siła- cechą porządana. Europa jednak posiada mały wrzód- Barcelonę która jest wolna od wiecznie młodych pięknisiów, gdzie mieszka cały tygiel kulturowy upadłego świata, jak Indie czy Pakistan po wojnie atomowej.

Jan działa w swym zawodzie sprawnie. Jednak nadchodzi ten moment, te osoby i te wydarzenia które zawsze odmieniają nawet najbardziej zatwardziałego grzesznika. Nie jest to jednak prosta, szybka i banalna zmiana jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nawet ostatnie wydarzenia nie sprawiają całkowitej przemiany w Nieśmiertelnym. Poziom jego zbawolęcenia sięga niekiedy szczytu, co jest znakomitym studium tego, jak człowiek może stać się bezwolny.

Postaci które warte są uwagi to niewątpliwie senator Shreyer i jego żona Helen. Senator który jest swoistym Mefistofelesem, kimś kto jest jednocześnie charyzmatyczny jak anioł, a zły jak diabeł. Jego małżonka zaś to kobieta wiedząca, iż życie jakie prowadzi to życie muszki w bursztynie. Wiecznej, lecz martwej. No i Annelie. Jej relacja z Janem, dalszy rozwój i odkrycie swojej przeszłości… Coś pięknego. Jest jeszcze Jesus Rocamora- członek Partii Życia na którego zlecenie dostaje Jan. Postać niejednoznaczna i budząca moją niechęć bardziej nawet niż senator.

„FUTU.RE” nie jest jednak takie znowu fjuczer. Pisarz jest realista. Nie daje ludziom do łapek gwiezdnych niszczycieli, broni hiperlaserowej i cyberciał czy pancerzy na miarę Iron Mana. Nawet aspekt technologiczny jest brutalnie realistyczny. Krótko mówiąc- już teraz ludzie lubią jak jest im błogo i ciepło w zadek, a największym wysiłkiem jest zastanowienie się jaką przyjemność wybrać. Tak więc nie ma tu gigantycznych mechów, odkrywców których wynalazki nie dają natychmiastowego rezultatu, a broń Boże wymagają dopracowań czy nieustraszonych eksploratorów kosmosu. Bo i po co ? Jesteśmy przeca nieśmiertelni i wała wam od tego ! Nam tak dobrze !

Całość jest ilustrowana przepięknymi grafikami Ilji Jackiewicza, autora okładek do „Uniwersum Metro 2033″. Człowieka naprawdę utalentowanego i w tym przypadku mistrzowsko oddającego charakter dzieła. Gargantuiczne drapacze chmur, Nieśmiertelni w swych maskach Apolla Belwederskiego, całokształt sterylnego, nowoczesnego świata. Antyutopia w każdym calu.

Dzieło autora „Metro 2033″ nie jest jednak przekombinowane i przesycone zwrotami zrozumiałymi tylko dla samego autora. Głuchowski pisze językiem przepięknym i złożonym, lecz nie przedobrzonym. Przy którym po kilku stronach zamykają się powieki, a świadomość żąda włączenia TV w celu lekkiego zidiocenia. Proza ta wciąga i wciąga, sprawia, iż nie można się oderwać, a każdy kolejny rozdział ciągnie za sobą następny. Nie pamiętam kiedy ostatnio przeczytałem tak szybko dosyć opasłe tomiszcze jakim jest „FUTU.RE”.

Podsumowanie: Z pełną odpowiedzialnością stwierdzam- „FUTU.RE” to jedna z najlepszych książek jakie czytałem. Obraz świata jaki serwuje nam Głuchowski to nie tylko wspaniale wykreowana antyutopia, ale również alegoria naszej rzeczywistości. Nastawionej na bezpieczeństwo i wygodę. Na komfort który stawiany jest nad hartujący trud. Nastawionej na szybki samorozwój bez oglądania się na innych. Na pogląd anty- rodzinny, gdzie dziecko to tylko mała, krzykliwa zrzęda, a nie cud. Całość trzyma od początku do końca wysoki poziom, ostatnie zaś rozdziały są wybitne. I mają w sobie nawet sporo dawkę por- life’u :).

#102. – Andriej Diakow – „Do światła”

Standardowy

60

Czas więc na wspominaną kilkukrotnie trylogię Diakowa. Rozpoczyna ją tom „Do światła”. Cała seria jest naprawdę znakomitą opowieścią. Czymś co można spokojnie przeczytać nie znając oryginału Głuchowskiego, a będąc fanem dobrej literatury. Nie tylko tej postapo.

Akcja dzieje się w mieście cara Piotra Wielkiego. Zaczyna się zaś na stacji Moskiewska gdzie Gleb ma małe problemy z rówieśnikami. Jego ścieżki splatają się z ścieżkami Tarana i po kilku wydarzeniach obaj są już w jednej drużynie. Nie będę odbierał nikomu przyjemności czytania więc opowiem tylko tyle, że Taran staje na czele grupy stalkerów zmierzających ku tytułowemu światłu, mającemu być jakoby sygnałem zwiastującym ratunek. Jak to mówią- tonący brzytwy się chwyta, a książka jest dowodem, że w desperacji człowiek uwierzy w każdy bzdet, nawet sekciarskie szachrajstwa.

Głównymi bohaterami są dziesięcioletni chłopiec imieniem Gleb i stalker Taran. Młodszy jest postacią skonstruowaną perfekcyjnie. Nie jest on rozwydrzonym gówniarzem chcącym ajfona ( czy co tam 10-latki chcą… ), lecz nie jest też jakimś młodocianym bandosem co zapyta – da pan cukierka ? I dziab cię, frajerze,  nożem w wątrobę. Jest to po prostu młody chłopak który radzi sobie w post- apokaliptycznym petersburskim metrze, lecz  ma swoje granice wytrzymałości. Co więcej- da się go lubić. Gleb jest bowiem na tyle twardy i pozbawiony złudzeń by nie biadolić o tym, jak to kiedyś marnowano zasoby ( Piotrze Majko nie wybaczę ci tej postaci :)… ) i już w pierwszym tomie widać, że postać ta ma potencjał na pełnoprawnego stalkera.  Taran zaś to z pozoru zimny, małomówny, bucowaty stalker który jest naprawdę fachowcem w swej profesji, ale jedynym uczuciem jakie czuje jest poczucie straty po wystrzelonych nabojach. Ma jednak w sobie coś więcej niż mogłoby się wydawać. Moje skojarzenia z samym wiedźminem Geraltem mogą wydać się bluźnierstwem, lecz z tą postacią skoligacił mi się nasz stalkerzyna.

Do tego dochodzi grupa której przewodzi/dowodzi Taran. Długo by ich wymieniać, ale wspomnę tylko o hulkopodobnym Dymie i sympatycznym jak gwóźdź w stopie Iszkariju. Jednak moje haniebne pominięcie owych bohaterów nie znaczy, że są to postaci jednowymiarowe i nudne. Diakow na to sobie nie pozwala :) .

Rozwijająca się relacja Gleb- Taran udowadnia, że w świecie gdzie zamiast poczciwych wróbelków latają bliskie pterodontowi straszydła można czuć ludzkie, prawdziwie rodzinne uczucia. Diakow przy okazji nie nudzi czytelnika rozlazłymi dygresjami, a ukazuje prostą męską relację o której dzisiaj się zapomina. O tym, że na odnalezienie syna i ojca nigdy nie jest za późno.

No i mutanty… Tu nie ma ich jakoś szczególnie wiele. Ale ich skąpość nie oznacza słabości. Przeciwnie. Zbędne zasypywanie bohatera wszelkim robactwem, gadziną czy innym tałatajstwem bywa męczące i daje odczucia amerykańskiego filmu o zombie.

Podsumowanie: „Do światła” to absolutny mast hew na półce fana gatunku czy serii. Powieść nie ma scenariusza w stylu- zabił mutanta i idzie dalej, lecz pozwala zjednać się z bohaterami. Poczuć, że nie są to kukiełki, a realne osoby. Poza tym scenariusz oparty na moim ulubionym motywie drogi… Który nie jest tak banalny jakim się wydaje.

Ocena: 8,5/10

PS: Jako dodatek wydawnictwo dorzuciło alternatywne zakończenie „Metra 2033″. Króciutkie jak instrukcja obsługi, lecz godne uwagi dla fanów cyklu.

#93. – Rusłan Mielnikow- „Mrówańcza”

Standardowy

uniwersum-metro-2033-mrowancza-b-iext26921295

Tytuł ósmej z kolei książki z serii „Uniwersum Metro 2033″ znany był jeszcze przed zapowiedzią wydania jej na polskim rynku. Wzmianka o niej pojawiła się w „Za horyzont” Diakowa i już wtedy rozbudziła moje zaciekawienie. Czy była tego warta ?

Bohaterem książki jest Ilja zwany Magiem. Chłopina stracił żonę i synka w dość brutalny sposób, gdy stacje na której obecnie prowadzi pustelniczy tryb życia, Port Lotniczy, zaatakowały mutanty zwane żabiogłowymi. Nie były to poczciwe kumaki, lecz jak wszystko w tymże świecie, żarłoczne bestie. Stacja nie zdołała się obronić, a jej szef- Saper wcale nie pomógł. Jedyne więc co została Ilji to zemsta na głównych winowajcach jego złego losu- mutantach. Podczas jednej w wypraw odwetowych losy Ilji, jak i całego metra ulegają jednak całkowitej zmianie. Do miasta nadciąga potężna fala mutantów. Nie jest to jednak zlot dzieci atomu, lecz paniczna ucieczka przed czymś jeszcze gorszym. Przed czym więc ? Przed dziadostwem najgorszego sortu. Mrówańczą która zeżre wszystko co napotka, nawet najgroźniejsze zmutowane bydlęta czy produkty wietnamskiej kuchni dworcowej.

Metro w Rostowie nie jest pozbawione podziałów. Linia Czerwona jest znacznie lepiej sytuowana od Linii Niebieskiej. Ma stację handlową, staję teatralną, zaś na stacjach elitarnych jest po prostu miodzio.  Może dlatego tak silnie ciągnęła tam Mrówańcza ?Niebiescy mają się dużo gorzej… Ich linia nie została do końca wykonana, do tego jest ona wyżej położona i w porównaniu z Linią Czerwoną jest po prostu podziemnymi slumsami.  :D Mała ciekawostka na jego temat. Z chwilą pisania książki podziemna kolejka nie był gotowa, więc pisarz tworzył wizję świata dosłownie od samych korzeni. :)

Szczególnie podobał mi się motyw rozmowy Ilji ze zmarłymi bliskimi. Było to intymne i mroczne zarazem. Szczerze mówiąc w pewnym momencie pomyślałem nawet, że Ilja to szaleniec odpowiedzialny z katastrofę w metrze. Jednak to co zaproponował Mielnikow było nie mniej udane.

Największa wada książki ? Jej tempo. Mielnikow  wręcz pcha bohatera przez kolejne stacje, i zdaje mi się nawet, że sama Mrówańcza z chęcią by zwolniła. Mam wrażenie, że autor rzucał swym bohaterem niczym nie orientujący się w danym terenie użytkownik Google Maps tym śmiesznym żółtym ludzikiem. A naprawdę szkoda tejże fabuły.

Postaci na które wart zwrócić uwagę to Gapcio Cudaczny, stalker Kozak i … pewna postać pojawiająca się pod koniec :) . Pierwszy z nich to świr który zbzikował po zejściu do podmetra, obecnie zaś pełni rolę podziemnego kolorytu i samozwańczego proroka. Jednak nie jest tak niegroźny jak się wydaje. Kozak to po prostu kozak. Z szablą na mutanta ! To jest to ! :D A ten ostatni ? Zimne echo z przeszłości.

Podsumowanie: Pomysł Mielnikowa i realia rostowskiego metra są bardzo dobre. Jednak szczupłość książki sprawia, że stoi ona półkę niżej niż trylogia Diakowa czy „Piter”. Nie chodzi mi tu absolutnie o jakość języka i fabułę, lecz o maksymalne jej skrócenia. Miałem wrażenie, że autor chciał napisać wszystko na szybko, wdając się od czasu do czasu w refleksje, lecz błyskawicznie nadrabiając sobie w innych rozdziałach pędzeniem z tempem wydarzeń godnym Flasha. Książka mimo tej mocno odczuwalnej wady trzyma poziom i warta jest zapoznania.

Ocena: 8/10

medium_141253653900

#70. – Paweł Majka – „Dzielnica Obiecana”

Standardowy

96

Po  pobycie w Petersburgu, Moskwie, Królewcu i Italii akcja „Uniwersum Metra 2033″ przeniosła się na ziemie polskie. I to nie byle gdzie, a do samego Krakowa. A ściślej to nie do historycznego centrum, a Nowej Huty… :p

Zacznę może od rzeczy, a raczej postaci która doprowadzała  mnie do szału. Myślicie, że Artem był nieco ciapowaty ? Otóż przy niejakim Marcinie jest on wielkim, napakowanym komandosem z pięcioma cygarami z złotych zębach, działkiem pokładowym niszczyciela morskiego w jednej ręce, a haremem amazonek w drugiej. Bohater ów ma siedemnaście lat. Czyli jest w wieku w którym każdy normalny chłopak ogląda się za kobitami i dawno ma za sobą okres naburmuszenia na świat i fochów godnych Morrisey’a na widok mięsa. Marcin jest członkiem trupy teatralnej w kompleksie schronów Federacji SSNH. Aktorzy działają pod kierownictwem Pana Onufrego- postaci mającej rozum i nie wiedzieć czemu szybko porzuconej. Cieszą się oni popularnością wystawiając zarówno klasyki teatralne, jak i inscenizacje z Hanem Solo i Luke’m Skywalkerem w rolach głównych. Oprócz obydwojga w jej skład wchodzą: Piotr- podziemny bawidamek i kobieciarz, Wanda co Piotra nie chciała bo jej serce złamał i Ewa- dziewczę liczące sobie dziewiętnaście wiosen, tytułujące się „siostrą” Marcina. Ultra friend zone ? Grupa jednak wpada w poważne tarapaty i „rodzeństwo” musi opuścić pośpiesznie tereny Federacji. W czasie ucieczki wychodzi na jaw, że dybiące na ich życie władze SSNH to niewielki problem.

Nie mogę nie napisać o resztkach społeczeństwa w postapokaliptycznej Nowej Hucie. Federacja Schronów Starej Nowej Huty to jakoś trzymająca się społeczność połączonych mniej lub bardziej desperacko schronów ze względnym systemem demokratycznym. Synowie Peruna czyli, jak sama nazwa wskazuje, wyznawcy słowiańskiego odpowiednika Thora. Złośliwie jednak nazywani faszystami ( czegoś to nie przypomina… ? ), Komuniści czyli zbieranina nowoczesnego, ujaranego lewactwa, z ideologiczną starszyzną hołdującą diabłom pokroju Marksa czy Lenina. Popielni- ludzie mieszkający na tyle płytko, że Panna Radiacja zdążyła uszczknąć im nieco zdrowia, a potomków nieco zmutować i to nie bynajmniej w stronę supermocy a la X- Men, a kalekich i często zniedołężniałych ludzi. Muzeum- rozwinięta kolonia ocalałych z silną kadrą naukową i z predyspozycjami do rozwoju. I Kombinat. Osławiony ośrodek który mieści się w kompleksie przemysłowym. Najpotężniejszy i najlepiej rozwinięty, tradycjami nawiązującymi do Japonii epoki Edo. W właściwie do jednej z jej tradycji- izolacjonizmu. Istnieli również Konopkowie i ich wesoła rodzalnia. Wspomniana organizacja/ familia jednak była tylko napomknięta przez Ducha, jednak to wystarczyła by nawet kanibale rezydujący na jednym z rond wydawali się przy nich ludźmi o nieco dekadenckich gustach kulinarnych.

dzielnica-obiecana-metro-2033-1

Postaci które mnie zaciekawiły ? Król. Postać enigmatyczna, pojawiająca się na okładce książki. I dodam tylko, że mutant i przeciwieństwie do dzieci Popielnych- taki mocno iksmenowy. Duch- należący do swoistej kasty ludzi żyjących na powierzchni, o których krążą legendy przyrównujące ich do Wiedźminów. Ninel- niekiedy irytująca, ale kawał proletariackiej, prawdziwa spadkobierczyni Krasnajej Armiji. A nieco przerażająca rodzinka popielnego o ksywce Suchy. Adamsowie to przy nich wzorowa familia z gotycką wariacją…

Mutantów tu sporo, choć większość jest licha. Klasyka postapo czyli wielkie szczury i psy. Plus gargulce, jednomyślne ptaki ( ciekawe czy gołębie mają tę cechę, dzięki której zawdzięczają pewien swój przydomek i czy również ów atak jest skoordynowany :D ), upiory- czyli wszelkiej maści barachło wyłażące jeno nocą. Nie ma tu postaci pokroju Blokadnika czy Mięśni. Choć jak to mówią- w kupie siła. Wystarczy umiejętny lider aby zjednoczyć zwaśnione zwierzątka.

Świat wykreowany przez Majkę jest bezwzględny i brutalny. Jednak organizacje w moskiewskim czy piterskim metrze lub wojaki z Królewca wydawały się o wiele bardziej harde i nieugięte mimo, iż fauna i flora przyjazna jak ZUS w stosunku do swej ofiary, mylnie nazywanej petentem. Większość akcji dzieje się na powierzchni nieco upodabniając tym samym „Dzielnicę Obiecaną” do „Korzeni Niebios” czy „Dziedzictwa Przodków”. Powieść jest jednak kompletnie inna niż te wyżej wymienione, choć bliższa memu sercu niż postapo w Italii.

Mała ciekawostka. Czym walczy się w Nowej Hucie po wielkim łubudu ? Otóż naparza się z łuków, kusz albo muszkietów. Gdzie w takim razie karabiny i pistolety ? Czyżby kretyńskie przepisy dotyczące posiadania w Polsce broni sprawiły, że po atomowej zawierusze na terenie naszego kraju najlepiej czuliby się Green Arrow i Hawkeye ? Federacja niestety ma ograniczoną liczbę strzelających kijów, ale już Muzeum i Kombinat mają broń zdatną na mutanta. Może nie tak jak panowie z powieści Cormudiana, ale ciężka artyleria też się znajdzie.

Zastanawiając się jednak ciągle nad procesami myślowymi Marcina przypomniał mi się inny bohater. Gleb z trylogii Andrieja Diakowa. Chłopak o wiele młodszy od głównej postaci „Dzielnicy Obiecanej” początkowo nie był herosem, lecz jego zdrowy rozsądek i siła sprawiały, że czułem do niego sympatię. A Marcin ? Co chwila uważał coś za marnotrawstwo energii/ przestrzeni/ jedzenia. Potomek Ebenezera Scrooge’a ?? Nie wiem jakim cudem ktoś tak odrealniony przeżył siedemnaście wiosen w świecie gdzie przysłowiowa cegła na głowę może spaść w każdej chwili.

Autor językowo potrafi działać cuda. Z jednej strony pisać z punktu widzenia Marcina, który lotny nie jest. Z drugiej zaś z roli Siedlara któremu bliskie są refleksje na temat upadłego świata i ludzkości. Akcja jednak toczy się niemrawo, a wątek Króla został maksymalnie zepsuty. Mimo jednak kilku drzazg książka godna jest błogosławieństwa Głuchowskiego.

Podsumowanie: Powieść jest dobra, momentami bardzo dobra, lecz nie ma mocy oryginału czy trylogii Diakowa.  Początkowa budząca nadzieję narracja a punktu widzenia Króla przechodzi na Marcina… To tak jakby w Batmanie zamiast narracji z punktu widzenia Mrocznego Rycerza wlazł nagle na jego miejsce pies Supermana. Mimo to cieszy polski wkład w uniwersum Głuchowskiego, choć „Kompleks 7215″ mimo znacznie mniej rozbudowanego świata podobał mi się bardziej. Zestawienie Broka vs Marcin wyłania oczywistego zwycięzce. Paradoksalnie powieści spoza „Uniwersum Metra 2033″ bliżej jest do niego niż książce napisanej w jego ramach.

Ocena: 7/10

Dzielnica Obiecana

#58. – Dmitrij Głuchowski – „Witajcie w Rosji”

Standardowy

witajcie-w-rosji-b-iext25219961

Dymitr Głuchowski ( albo nieco zamerykanizowane- Dmitrij Glukhovsky… ) znany jest szerzej jako autor genialnego „Metra 2033″ i jego kontynuacji. Pod jego czujnym okiem błyskawicznie rozwija się też projekt „Uniwersum Metro 2033″ skupiających wielku znamienitych pisarzy z całego świata.

Tym razem jednak czas na dzieło z nieco innej półki. Opowiadania którymi raczy nas Głuchowski są co najmniej dobre. Niektóre zaś są absolutnie genialne. Wszystkie jednak klarownie oddają klimat i realia współczesnej Rosji. Kraju w którym władcą jest car Władimir i jego wierni zausznicy, oraz kasta bojarów- oligarchów których bogactwa nie są wymieniane na liście „Forbesa”. Majątki tychże możnych są bajońskie, przywileje daleko wykraczające poza standardowe wyobrażenia zjadacza chleba, a ich mentalność, niestety, bywa różna. Od homo sovieticus- zwykłego prostaka o mentalności bandyty, po nuworyszowskie poczucie wyższości i przyspawania do piedestału.

Które z opowiadań zapamiętałem najbardziej. Kilka. Co nie umniejsza tym które nie wymienię. Przypominające nieco naszą rzeczywistość „From Hell”, kontrowersyjne „Objawienie”, pilipiukowe „Na dnie”, spiskowe „Nie z tego świata”, wybitnie oddające rzeczywistość rosyjskiej prowincji „Przed i po”, oraz „demokrację” po putinowsku- „Deus ex Machina” . I moje ulubione – „Utopia”. Ukazujące w pełni zderzenie post- sowieckiego „pana” z zachodnioeuropejską cywilizacją. I rozterka- co gorsze ? Politycznie poprawny budyń czy twardy jak zamrożone mięso neo- feudalizm ?

Język Głuchowskiego jest przewrotny kiedy trzeba, lekki w odbiorze i zarazem skłaniający do refleksji. Autor perfekcyjnie buduje obraz obecnych elit Rosji i ich poczucia przynależności do kraju, jednocześnie traktując go niemal instrumentalnie.

Podsumowanie: Dzieło dobre na dzisiejsze czasy. Gdzie obraz Rosji i samego Putina jest nieco przesłonięty wojną na Ukrainie. Autor „Metra 2033″ pokazuje, że państwo cara Władimira to nie tylko on, ale też rzesza uprzywilejowanych nuworyszów, oraz również – obywatele miast i wsi !

Ocena: 8,5/10

#47. – Szymun Wroczek – „Piter”

Standardowy

wroczek-szymun-piter-big

Po ogromnym sukcesie post-apokaliptycznej książki Dmitrija Głuchowskiego „Metro 2033″ autor otworzył ścieżkę twórczą innym autorom, rozszerzając wizję zagłady z Moskwy  na cały świat. Szymun Wroczek przeniósł akcję do Petersburga. Dawna stolica Rosji ma równie wiele tajemnic co obecna, a do tego obie posiadają potężne sieci kolejki podziemnej co w realiach tegoż świata sprawia, że część mieszkańców tych miast w przetrwała katastrofę. Istnieje wiele podobieństw między układem sił w obu metrach, lecz petersburskie jest nieco inne…

Wybór tej powieści jako pierwszej po oryginalnej dylogii ojca-założyciela „Uniwersum Metro 2033″ był trafiony. „Piter” od początku do końca trzyma wysoki poziom, niemal równy oryginałowi. Odczuwalne są tu co prawda nieco mniejsze gabaryty petersburskiego metra w porównaniu z tym stołecznym, lecz realizm pozostaje taki sam. Głównym bohaterem jest Iwan Mierłukow. Szef diggerów z Primorskiej jest jednak postacią inną niż ta z „Metra 2033″.  Wiekowo jednak nie różni się wiele od Artema. Obaj gdyby nie katastrofa zapewne studiowaliby, rozpoczynali karierę zawodową, bądź zakładali rodziny. Co do ostatniego- Iwan jest niemal u progu ślubu. Już, już ma stanąć na ołtarzu gdy przychodzi katastrofa. Zrabowany zostaje dieslowy agregat prądotwórczy dający stacji faktyczne życie. Generał Memow, dowódca Aliansu Primorskiego do którego należy stacja, wydaje wrogom wojnę. Napiszę tylko tyle, że w wyniku pewnej zdrady Iwan odbywa podróż równie wielką jak Artem. I to nie tylko pod ziemią. Kim jest jednak digger ? Otóż to takie przeciwieństwo stalkera, koleżka ten nie szwenda się po powierzchni i nie szuka guza u mutantów, a u ludzi i mutantów pod ziemią. Penetruje taki tunele i ekploruje przestrzenie zamknięte, nieco generalizując :D

W przeciwieństwie do bohatera Głuchowskiego digger ma o wiele zacniejszą kompanię :) Wodianik- niespełniony uczony który bardziej niż o rajdzie podziemnymi tunelami marzy o spokojnej sali wykładowej, Uberfuhrer- skinhead o gołębim sercu, Mandela- uczony z Technolożki, nie bez powodu noszący tą ksywkę ( ku utrapieniu Ubera… ). Postaci te są naprawdę ciekawym ubarwieniem narracji. Rekompensuje to brak towarzyszy Artema. Tutaj Iwan jest pełnoprawnym członkiem drużyny i nieoficjalnym przywódcą, zaś Artem wydawał się być popychadłem.

Historia to ponownie niejako wielka podróż. Cel Iwana jest z pozoru nieco mniej ważny dla całej podziemnej kolonii, lecz czy aby na pewno ? Za cała sprawą przewija się bowiem cień Wegan- drugiej siły obok Aliansu w piterskim metrze. O ile Alians nie jest całkiem biały, o tyle Imperium Wegan jest w pełni czarne. Więcej o nich jednak w trylogii Diakowa :)

Czarny charakter którego imienia nie zdradzę to naprawdę sukinsyn. Inteligentny, przebiegły i bezwzględny. Doskonale ukazuje tym samym, że nawet w posta-apokaliptycznym świecie prawdziwym złem nie są mutanty ani bandy drabów a pojedyncze, zdegenerowane jednostki.

A co do mutasków. Są dwa szczególnie ciekawe egzemplarze. Blokadnik- inteligenta, wytrzymała jak sam Arnold bestia śledząca każdy krok Iwana, oraz drzewopodobna „pociecha” opiekuna elektrowni atomowej. Jak widać u Wroczka nawet Groot dostał swą rolę :D.

Podsumowanie: Jeśli chodzi o poczytność książki- Wroczek jest nieco lepszy niż Głuchowski. A zarazem ten fakt sprawia, że książka jest nieco mniej wielowątkowa. W gruncie rzeczy jednak autor pokazał kawał dobrego warsztatu. Stworzył dzieło o punkt słabsze od pierwowzoru, i to jedynie dlatego, że oparł się na pomyśle już gotowym. Jako samodzielne dzieło, nieco bardziej oczywiście rozbudowane, „Piterowi” nie dałoby się nic zarzucić.

Ocena: 9/10

PS :Mój ulubiooooony cukierek toooo… :)

Metro_v11_BEZ_NAPISÓW_NA_TYLE