#246. – WKKM #94 – Jeff Parker, Gabriel Hardman, Ed McGuiness – „Hulk: Spalona ziemia”

Standardowy

Thaddeus E. „Thunderbolt” Ross to postać silnie powiązana z Hulkiem. Stereotypowy, amerykański generał z obsesją, w której nie liczą się liczby, ale skutek. Doskonale to ukazywała jego mania na punkcie schwytania, a najlepiej ukatrupienia, Hulka. Skądinąd jego zięcia. Wąsaty Tadek ścigał go więc i ścigał, aż się dościgał i sam został Hulkiem. Wbrew jankeskiemu patriotyzmowi i wiernej służbie w U.S. Army – czerwonym. 

Jak to się stało ? Palce w tym maczali Leader i MODOK. Dwa niesympatyczne i szkaradne typy, które już niejednokrotnie stanęły zielonemu Hulkowi na drodze. Tym razem chodziło o Betty Ross. Niejaki Abonimation otruł ją, zaś odtrutkę zaproponowali ci dwaj właśnie panowie. Thunderbolt za uratowanie córy, poddał się eksperymentom czyniącym z niego czerwonego Hulka. Dwaj złoczyńcy okazali się jednak na tyle wielkimi draniami, iż z wybranki Bannera uczynili Red She- Hulk. Tożsamość Red Hulka nie była znana przez jakiś czas. Gdy światło dzienne ujrzał fakt, iż czerwonym Hulkiem jest ten, który od zawsze prześladował zielonego Hulka stosowne służby nie były zadowolone. Tym bardziej, iż Rulk zapragnął bez nominacji Demokratów i Republikanów stać się tym kim pragną zostać Hillary i Donald. Niestety dla generała, Zielony powrócił i przywrócił ład i demokrację w Białym Domu.

Czerwony Hulk musi więc odkupić swe winy, jeśli nie chce być traktowany jak swój zielony zięć niegdyś. I ma to dużo wspólnego z tymi, którzy obdarowali go mocą. Leader i MODOK stworzyli sieć planów zniszczenia świata, jeśli któryś z nich zginie. Bo po cóż ma istnieć świat, jeśli nie będą mogli go już podbić ? Rulkowi przyjdzie więc zmierzyć się z podwodnymi bestiami z niechętną pomocą Namora, powstrzymać inwazję wielkogabarytowych bestii i przy tej okazji uratować też A- Bomba. Na sam koniec tomu pojawia się historia w której będzie musiał zjednać siły ze swoim zięciem. Dosłownie.

Jeff Parker tworzy dynamicznie i z dawką przyjemnego humoru. Szczególnie ukazującego się w postaci A- Bomba, czyli Ricka Jonesa. Dowcipkującego sobie z tajemniczo znikających wąsów Rossa i siebie samego, jako dobrej kopii Abonimationa. Jego gadki przypominają nieco te Spider- Mana i to chyba jedyna postać z serii „kolorowych” Hulków która mogła pozostać niezmieniona stając się stałą w Marvelu.

Ilustracje Gabriela Hardmana są dobre i pasują w sam raz do rozwałkowywania przeciwników przez Red Hulka. Któremu również zdarza się zbierać po czerepie, nie tylko od łotrów. Potyczka z Thorem i pojawienie się Galactusa to rzecz godna wspomnienia. McGuiness to bardziej znane nazwisko, lecz jego rysunki wizualizują jedynie ostatni zeszyt tomu, posiadający najciekawszy pomysł. 

Podsumowanie: Dziwnie czyta się komiks, w którym Hulk jest tym rozsądniejszym gościem, a bardziej krewkim charakterem jest jego teść. Postać Red Hulka to ciekawy charakter, choć niezbyt przełomowy. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że to kolejny bohater w stylu Beta Ray Billa. Te same zdolności skopiowane i przeniesione na nieco inną płaszczyznę, ale biorąc pod uwagę, że Rulkiem jest Ross, to eksperyment z tą postacią można zaliczyć na udany. Szkoda tylko, że nie był on trwałym wkładem fabularnym, odpowiednio jeszcze doszlifowanym, tylko bardziej zabiegiem marketingowym. Stworzenie kilku hulko- podobnych herosów i ich usunięcie było… No cóż- co najmniej kiepskiem posunięciem. „Spalona ziemia” jednak to komiks dobry, z dużą ilości smash- owania i humoru.

#230. – WKKM #7 – Peter David, Dale Keown – „Hulk: Niemy krzyk”

Standardowy

Historie o Hulku raczej nie kojarzą się z lekkim humorem, akcją rodem z luźnych filmów czy seriali sensacyjnych lat 80 czy ciętymi dialogami. Pierwsze co przychodzi na myśl o dziełach z udziałem Bruce’ a Bannera  i jego zielonym ‚ja’ to wewnętrzna walka między nimi, jak żywo przypominająca tę między Dr Jeckyll’ em, a Mr. Hyde’ em. Dochodzi do tego ciągła walka z teściem, innymi herosami czy przyczyniające się do powyższych napady wściekłości. Hulk nie ma lekko. Scenarzysta biorący się za bary z komiksem o Hulku musi więc grać dramatyzmem, psychologią, do tego z nutką obłędu wynikającego z rozdwojenia jaźni głównego bohatera. Jest jednak pewien wyjątek. I nie- nie jest nim Greg Pak. Peter David to scenarzysta pomysłowy. W „Niemym krzyku” pokazał, że obok klasycznych motywów towarzyszących zielonemu olbrzymowi mogą się pojawić zupełnie nowe schematy.

Na długo przed „Planetą Hulka” i pojawieniem się różnych jego mutacji ( jak Red Hulk czy A- Bomb ) istniał Szary Hulk. Przez niektóre kręgi zwany Mr. Fixit’ em. Nie był on tak silny jak jego zielone alter- ego, ale za to miał stokroć więcej rozumu. A już na pewno przewyższał go sprytem, zaś samego Banner’ a charakterkiem i szeroko pojętym cwaniactwem. Jaźń pechowego doktora dzielona więc była nie z jednym Hulkiem, ale z dwoma. Wydawać by się mogło, że Szary i Banner staną się sojusznikami w mentalnej potyczce z Zielonym. Wydarzenia jednak pokazały, że może i Zielony jest ich wspólnym utrapieniem, ale w gruncie rzeczy jest częścią ich samych. Każdy z nich stanowi pewien element jednej osoby. Ale o tym kiedy indziej. 

Tom składa się z kilku historii. Oto Hulkowi przychodzi mierzyć się z istotą z innego wymiaru która opanowuje go i tworzy Dark Hulka. Do pomocy ma jednak Dr Strange’a i Namora. Wbrew pozorom nie jest to kolejna, nudna odsłona Hulka, a dość ciekawa jego wariacja. W innym zeszycie pojawia się Doc Samson. Psychiatra któremu promieniowanie gamma również nie jest obce mierzy się z Szarym Hulkiem. Samson próbuje pomóc triumwiratowi Hulk- Hulk- Banner, lecz psychoterapia to coś czego panowie nie lubią najbardziej. Cały motyw z wewnętrznym rozdarciem ( tak trafnie ujętym na okładce ), walką z demonami przeszłości, ego Bannera/ Hulka czy jego. to kawał psychologicznej i psychodelicznej jazdy bez trzymanki.

Coś co jest dużym tego komiksu- rysunki. Dale Keown . Docenili go również filmowcy- wszelkie arty promujące film „Hulk” były autorstwa właśnie tegoż rysownika. Co prawda film z 2003 roku nie odniósł spektakularnego sukcesu, ale widocznie taka już klątwa tej postaci. A było tak pięknie z Nortonem…

Ale wracając do rysownika. Postaci Keowna po prostu żyją. Energiczna mimika, gesty, ukazanie odmienności obu Hulków, a do tego wszystko to co w komiksach sprzed ery grafiki komputerowej najlepsze. Kadrowanie i ich dynamika, umiejscowienie postaci w kadrze, akcja postaci, tło… Mimo, iż Hulk był wówczas przedstawiany jako zielony troglodyta to miało to swój urok w przypadku tego rysownika.

Podsumowanie: Przypuszczam, że siódmy tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela jest najlepszą opowieścią o Hulku która nie ma nic wspólnego w jego wycieczką zafundowaną przez Illuminati. Zwykle w komiksach nieco starszego rocznika odczuwam ich wiek. Tutaj po ponownym przeczytaniu, poznawszy wiele innych dzieł stworzonych w podobnym czasie mogę śmiało stwierdzić, że „Niemy krzyk” wyprzedzał swoją epokę i jest absolutnie niezbędną pozycją nawet dla tych którzy komiksem oldchool’ owym gardzą. 

 

#192. – Jeph Loeb, Tim Sale – „Hulk: Szary”

Standardowy

Popularność kolorowej serii Marvela przyniósł „niebieski” Spider- Man z WKKM. Mucha umiejętnie wykorzystując brak pozostałych części serii Loeba i Sale’a od Hachette wydała „żółtego” Daredevila”. Kwestią czasu więc było wydanie trzeciej, lecz nie ostatniej, opowieści opowiadającej o szarym Hulku. Szarym dosłownie i w przenośni.

Parker nagrywał dla zmarłej Gwen kasety. Murdock kierował do Karen Page listy. Banner zaś poszedł do psychiatry. A konkretniej do samego dr Samsona. Który również gra w zielone. Ale jaki związek ma to z poprzednimi częściami ? Postacią kluczową w rozmowie z Leonardem jest bowiem ukochana Bruce’a- Betty Ross. Akcja wyznań Bannera dzieje się między pierwszym, a drugim zeszytem przygód Hulka. Gdy ten  był bardziej zagubionym gigantem niż wściekłą bestią. Gdy zieleń ustępowała szarości.

Kolor ten zresztą gra tu niebagatelną rolę. Nic tu nie jest bowiem do końca białe czy czarne. Hulk nie jest niszczycielem i potworem, a istotą która chce po prostu spokoju. Nawet Ross w kilku momentach wydaje się mieć ludzką twarz. Późniejszy Czerwony Hulk tutaj jest głównie jednak typowym wojakiem który na wiadomość iż jest otoczony reaguje uśmiechem. W końcu może atakować we wszystkie strony. Gościnnie pojawia się też Iron Man. Ale skoro Stark dostał bęcki od Hulka nawet w specjalnie przygotowanej na niego zbroi, to czy w swoim topornym, złotym pancerzu miał jakiekolwiek szanse ?

Relacje Hulk- Betty- generał Ross są nader dziwne. Hulk nie kuma, że Ross’ówna boi się wielkiej, szarej kupy mięśni bardziej od swojego ojca. Ale w swojej prostocie widzi, że tatulko to despota i człek z przerostem ego. Ross nie wie, że Banner i Hulk to jedna osoba, więc obwinia o śmierć naukowca Szarego. Nie jest to jednak troska spowodowana żalem po śmierci ukochanego córki, a po stracie dobrego wyrobnika, jajogłowego który wynajdzie mu jeszcze silniejszą bombę. Istnieje wiele odcieni szarości. Potwór nie zawsze jest potworem. Ojciec nie zawsze zasługuje na miano ojca. A Hulk to Hulk.

Sposób w jaki przedstawiony jest przez Sale’a Hulk oddaje wspaniale tutaj jego charakter. Nie do końca pojmujący samego siebie, nie zdający sobie sprawy z własnej siły ( kolega królik… ) i mimo wszystko – pocieszny i sympatyczny szary gigant. Jeśli tymi dwoma epitetami można określić kogoś rozdzierającego pancerz czołgu gołymi rękoma. Rysownik wzorował nieco beczułkowatą sylwetkę szarego jeszcze Hulka na krótkich komiksach Marie Severin „Not Brand Echh „, gdzie Sałata był uroczo destrukcyjny. Sam zamysł siejącego nie zawsze celowo wyrządzone szkody ma swoje źródła zaś w „Frankenstein’ie” z 1931 roku.

Podsumowanie: Duet Loeb/ Sale tworzy zgrabne historie niemal ocierając się o wydarzenia oryginalne autorstwa Stana Lee i Jack’a Kirby’ego. Wplatają swe wątki w klasyczne i kluczowe opowieści nie zmieniając niczego, może czasem pokazując nieco inny punkt widzenia. „Hulk; Szary” jest inny niż kolory z udziałem Pajęczaka i Człowieka Bez Strachu, ale też sam Hulk jest kompletnie inną postacią niż dwaj herosi z NY. Parker i Murdock to bohaterowie uliczni, ze swoimi namiętnościami i demonami. Hulk to czysta, niepohamowana destrukcja. A jednocześnie dobra bestia która ma ogromne serducho ( odsyłam do „Planety Hulka” ) i być może jest ono bardziej ludzkie niż niejednego cywilizowanego bohatera.

#176. – WKKM #78 – Stan Lee, Gary Friedrich, Marie Severin, Herb Trimpe – „The Incredible Hulk: Potwór na wolności”

Standardowy

Pozornie Hulk to mało ambitna postać. Na dodatek jest niemal niepokonany. Na palcach jednej ręki można wymienić postaci zdolne złoić mu skórę, a to i tak nie jest pewne. Hulk może być zły jeszcze bardziej… A każdy wie co znaczy zły Hulk prawda ? I o właśnie takim złym Hulku jest ten komiks. Pozornie.

„Potwór na wolności” opowiada najbardziej klasyczne scenariusze jakie można sobie wyobrazić z udziałem Zielonego. Czyli o tym jak chce on dobrze, a ludzie wokół strzelają z karabinków i bezczelnie atakują. Biednemu Hulkowi nie pozostaje więc nic innego jak po prostu się odwinąć. A, że chłopina ma krzepę w łapach ? Pech tego który zaczął. Tak więc Sałata konfrontuje się z rodakami Thora, kosmicznym najeźdźcą, Mandarynem i natrafia na Inhumans ( tym razem bez szeptanej konfrontacji z Black Boltem ) i ojca swej kobiety- generała Rossa. Ironicznie- przyszłego Red Hulka. Pomiędzy tymi sztampowymi, jak wydawać by się mogło, dla tej postaci opowieściami wyziera jednak obraz nader zaskakujący. Sałata bowiem nie jest osiłkiem który wrzeszczy „Bić! Palić ! W Mordę walić !”, a personą rozdartą, szukającą swej tożsamości i przede wszystkim zaszczutą. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że każdy niemal za punkt honoru stawia sobie dać łupnia Hulkowi. Jak się to kończy- każdy wie.

Wizualnie „Potwór na wolności” to dziecko swojej epoki. Marie Severin i Herb Trimpe nieźle radzili sobie z zapaśniczymi scenami walk w których to Hulk mocuje się z przeciwnikami o podobnych gabarytach. Na pochwałę zasługują też fenomenalne okładki ( szczególnie ta z „Hulk annual #1 ). Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że komiks ten byłby dużo lepszy graficznie gdyby ktoś nieco odświeżył kolory.

Podsumowanie: Dzieło dla ortodoksyjnych fanów Hulka. W których to Sałata nie lata po innych planetach, nie jest zbyt rozgarnięty, ani nie jest też rozdzielony od Bannera. Po prostu- HULK SMASH ! Sporo akcji, epickich brawli i pojawienie się nieco zapomnianych bohaterów i ich przeciwników. Czasem myślę, że jeżeli Hulk miałby zostać wskrzeszony filmowo to właśnie w taki sposób. Bez przesadnych zawijasów fabularnych.

Nowy Sałata

Standardowy

Już od jakiegoś czasu wiadomym faktem było, iż będzie nowy Hulk. Tym razem nie czerwony albo spokrewniony z Banner’em, ale kompletnie nowy. Kim on będzie miało okazać się dopiero podczas jesiennej premiery „The Totally Awesome Hulk”. Jednak naczelnemu Marvela Alexowi Alonso „wypsnęło” się już teraz kto będzie następcą Bruce’a.

 

Nowym Hulkiem okazał być się nie kto inny, a Amadeus Cho. Związany z Bruce’m Bannerem młodociany geniusz ma szansę nieco odświeżyć tę postać, choć przyznam, że obawiam sie co z tego wyniknie. Na pewno jest to mniej drastyczna zmiana niż w przypadku Kapitana Ameryki czy Thora. Co więcej- nastoletni Cho może się okazać lepszym Hulkiem niż dorosły i nieco już zużyty Bruce Banner. Może powstanie coś więcej niż kolejna historia o tym jak pierw Hulk miażdży i gniecie, po to by po jakimś czasie ukazany został jako biedny żuczek którego nikt  nie lubi i zamyka lub wysyła na inną planetę. Można też ufać w jakość historii, gdyż za wszystko odpowiada ktoś kto wie jak grać w zielone- Greg Pak, twórca „Planety Hulka” i „Wielkiej Wojny Hulka”.

Pozostają jednak pytania. Co z „rodziną” Hulków i samym Banner’em ? Jaki będzie Hulk/ Amadues Cho ? Kopią swego starszego kolegi czy zupełnie nową postacią ? Sam pan Cho zawsze mnie intrygował- pamiętać należy, że Peter Parker też był na początku nerdowatym nastolatkiem. Niemniej Thor jest kobietą, Kapitan Ameryka- Czarnoskórym, Spider- Man- Latynosem, a Hulk- Azjatą. Polityczna poprawność największym herosem Marvela !!!! :D

#141. – WKKM #67 – Stan Lee, Jack Kirby, Steve Ditko, Don Heck, Larry Lieber- „Początki Marvela: Lata 60″

Standardowy

Wielka Kolekcja Komiksów Marvela nie tylko ma na celu przybliżyć najlepsze historie wydawnictwa, lecz przede wszystkim ukazać te historyczne. W drugim rzucie WKKM będzie ich nieco więcej, a bez wątpienia jednym z najważniejszych tomów jest sześćdziesiąty siódmy. Opowiadający nie tyle co spójną historię, a początki najważniejszych herosów mających swe genezy w kwiecistych latach 60. To wtedy właśnie narodził się Spider- Man, F4, X- Men, Avengers i kilka innych sztandarowych dzieci Marvela.

W chwili debiutu jednak nie wszyscy mieli swój osobny tytuł. I tak Spider- Man debiutował w piętnastym numerze „Amazing Fantasy”, Iron Man w trzydziestym dziewiątym „Tales od Suspense”, zaś Hank Pym w „Tales of Astonish” oznaczonym numerem 27, by stać się Ant-Manem w  44 zeszycie tegoż tytułu.  Jednak niektórzy od razu zaprezentowali się światu pod swoimi szyldami. A jedna grupa szczególnie podbiła na lata serca czytelników- dziś już niemal praktycznie nieistniejąca Fantastic Four.

Dla kogoś znającego bohaterów w sposób w jaki są przedstawiani obecnie ich zachowanie i wypowiadane kwestie mogą się wydawać teatralno – komiczne. Czy to w zachowaniu Parkera, który jeszcze nie zaznał pełni goryczy, czy w przypadku członków Fantastycznej Czwórki. Sue nie będąca jeszcze żoną Reeda, Torch będący właściwie nastolatkiem i sfrustrowany Thing nie mogący znaleźć odpowiedniej garderoby na swą kamienną posturę.

Inaczej też wyglądają przeciwnicy. Bez zrozumienia początków historii Marvela ciężko będzie pojąć czemu Namor zachowuje się jakby w jego siedzibie było za duże ciśnienie wody, Magneto zaś jest szablonowym superzłoczyńcą chcącym zrobić coś ZŁEGO ( koniecznie zaś homo sapiens ), a głównym przeciwnikiem Ant- Mana i Wasp jest stwór z planety Kosmos. Urocza nazwa swoją drogą. Oprócz tego widać odbicie rzeczywistości w historii o Iron Manie ( zły Wong Chu w Wietnamie ) czy sowiecki szpieg Igor. I takie ananaski jak Hulk w cyrku czy Iceman- bałwan.

Opowieści te każdy zna. Nawet osoba nieobeznana z komiksową wersją przygód herosów Marvela wie, że Parkera dziabnął radioaktywny pająk i że przez jego zadufanie zginął wujek Ben. Że Bruce Banner został napromieniowany przez bombę gamma i stał się Hulkiem. Że Stark był w niewoli w której stworzył prototyp swej zbroi. Wiedzieć, a znać to jednak co innego. Mimo charakterystycznej narracji tamtych lat komiks czyta się z zapartym tchem, wiedząc, iż ma się pod ręką opowieści które położyły solidne cegły w budowli zwanej popkulturą.

Rysunki ? Jack „The King” Kirby, Don Heck czy Bill Everett to wystarczające rekomendacje. Bez komputerów i zaawansowanych technik graficznych. Po prostu czysty, fachowy warsztat i niebanalne jak na tamte czasy pomysły. Co prawda stroje Daredevila czy Iron Mana uległy zmianom, lecz kultowy kostium Parkera jest nieśmiertelny. Artyści ci inspirowali i inspirują wielu ich następców lata później. Właściwie to komiksy sprzed kilkudziesięciu lat momentami biją na głowę obecne. Mają taki ikoniczny klimat. Kultowy i nostalgiczny.

Czytając to dzieło nachodzi mnie pewna refleksja. Jakim cudem F4, będące legendą obecnie jest jej cieniem ? Spider- Man zaś został odsunięty na bok na rzecz średnio interesującego Pajęczaka z Ultimate, zaś sami Avengers nie mają bodajże w swym składzie ani jednego oryginalnego członka  ( chyba, że ich substytuty ) ? Zmiany są zrozumiałe, lecz pewna tradycja powinna być podtrzymana.

Podsumowanie: Komiks który trzeba mieć i znać. Po pierwsze: rzadko zdarza się okazją nabycia oryginalnych originów postaci w jednym zbiorczym wydaniu. Po drugie: Warto poczuć coś naprawdę ponadczasowego. Historie w tym komiksie to pierwsze kroki postaci które zmieniły i tworzą to medium po dziś dzień. Przypominane i powielane w wielu retrospekcjach, często również modyfikowane i uwspółcześniane ( patrz „Iron Man: Extremis”) stanowią ważny element komiksowego medium, mimo faktu, że Stan Lee nie jest tak dobrym scenarzystą jak Alan Moore czy Frank Miller. „The Man” bowiem to postać o nietuzinkowej osobowości i nawet w swym słusznym wieku potrafi pokazać się w filmach ze swoimi herosami i zrobić to w sobie tylko znanym stylu. Więc… Excelcior !!! :)

 

Cudowne ćwiczenia trykociarzy

Standardowy

Znudzeni kolejną trenerką/ trenerem który oferuję innowacyjny pakiet ćwiczeń i dietę, aby być szczupłym, gładkim, a na dodatek ładnie pachnącym ? Oto coś dla ciebie ! Ćwicz z herosami ! Od zera do superbohatera ! :D . Więc jeśli chcesz :

 Być silną kobitą !

11022586_958308127520595_252150219247873156_n

Być człowiekiem bez strachu !

13053_958308120853929_3648326878952191041_n

 Być Batman- babą !

10997497_958308124187262_8642432448404547321_n

Wszystkich bić !

10425442_958308117520596_4303866806849795162_n

Być mgnieniem !

10349156_958308157520592_254081084710994499_n

Nosić krótkie spodenki i żółtą pelerynkę !

10353027_958308150853926_220593845059310196_n

#83. – WKKM #30 – Greg Pak, Carlo Pagulayan, Aaron Lopresti – „Hulk: Planeta Hulka” tom 2

Standardowy

1011195_217768841742561_1348984421_n

I w końcu czas na recenzję drugiego tomu „Planety Hulka”. Dalszy ciąg spartakusowskiej krucjaty przeciwko Czerwonemu Królowi trwa. Jednak wielkie piąchy nie będą odgrywały tu największej roli. Tutejszy Hulk to łebski koleżka, a jego zdolności pojednawcze zawstydzą nawet towarzysz Gierka i jego „pomożecie” .

Od początku podobała mi się koncepcja Hulka- wybawiciela, nie zaś Hulka- niszczyciela. W ten sposób postać Sałaty nabiera indywidualizmu, nie jest zaś częścią machiny Avengers czy gościem od ostatecznego obicia mordy.

Zgrana ekipa Hulka okazuje się jednak być nie aż tak zgrana. Szczególnie robalowaty Miek który jest sympatyczny jak rzecznik pewnego rządu zwany dupą uszatą. Po prostu nie da się go lubić, albo choć czuć do niego jakąkolwiek sympatię. Gdy Hulk już trafia na należne mu stanowisko konflikty między mieszkańcami Saakaru spędzają mu sen z powiek. Jednak jak wspominałem- Hulk to niezły dyplomata wbrew pozorom.

No i nasz zielony osiłek się zakochuje. Po raz kolejny warto nadmienić ( coi jest wymienione w dodatkach- ponownie przygotowanych wyczerpująco ). I to w nie byle kim. Dosyć dziwna to miłość, jednak jeśli miałbym czytać takie wątki miłosne w komiksach, nie miałbym nic przeciwko. Zero kiczu, epatowania erotyzmem, czy nadrealizmu. Po prostu piękna opowieść.

Najmocniejszy jest jednak finał. Prowadzi on bezpośrednio do powrotu na Ziemię i łomotu jaki sprawi Sałata trykociarzom. Jednak to co się tam zdarzy i cała tragedia tego zdarzenia… Greg Pak jest znakomitym narratorem. Ból Zielonego jest odczuwalny i prawdziwy. Nie jest to męczący lament, a realne odrętwienie z którego Hulk jednak powstaje w swoim stylu. Jednak po lekturze żal mi było Sałaty. Facet ułożył sobie życie, zdobył stanowisko, znalazł miłość…

end-of-planet-hulk_0

Jako dodatek otrzymujemy działania Amadeusa Cho, który miał szczęście poznać pozytywną stronę Hulka. Młody geniusz udowadnia Richardsowi i Starkowi, że wysłanie Zielonego w kosmos było dużym błędem, a podział świata superbohaterskie na legalnych i nielegalnych nie poprawił sytuacji. Warto zwrócić tu uwagę na mangową kreskę Takeshiego Miazawy. Manga w komiksie amerykańskim to zawsze miła odmiana :)

Podsumowanie: Dylogia, a właściwie trylogia ( bo najlepiej łyknąć całość wraz z WWH ) to dzieło które w hulkowej historii jest tym czym jest „Rok pierwszy” dla Batmana. Hulk bywał już bestią, bywał jajogłowym, bywał ludzki, jednak tak charyzmatyczny i przykuwający uwagę nie był nigdy. Ba ! Ktoś taki spokojnie mógłby liderować Mścicielom zamiast faceta w nanotechnologicznej puszce. Komiks naprawdę zmienia opinię na temat Hulka. Zielone bestia w fioletowych gatkach to kompletnie inna postać niż Zielona Szrama.

Ocena: 8,5/10

#64. – WKKM #23 – Greg Pak, Carlo Pagulayan, Aaron Lopresti – „Hulk: Planeta Hulka” tom 1

Standardowy

1381949_187915958061183_940513107_n

Na sam początek wyznam swój grzech. Otóż na początku zrecenzowałem „Wielką Wojnę Hulka” czyli kontynuacje i konsekwencję „Planety Hulka”, do tego nie wyjaśniając nawet dokładnie dlaczego Zielony sieje chaos w NY.

Hulk zostaje wysłany do naprawy satelity S.H.I.E.L.D. . Gdy załatwia sprawę na ekranie nie pojawią się uśmiechnięty Nick Fury z gratulacjami, lecz Iluminati. Kim są Iluminati ? Pod tą złowrogą nazwą kryją się nasi poczciwi trykociarze. Dr Strange, Iron Man, Reed Richards, Black Bolt, Namor i Xavier. Ostatnich dwóch jednak Sałata nie zobaczył. Xavier ma swoje mutancie sprawy, zaś Namor jako jedyny wyczuł co się święci i chlup do morza. Nasi kochani trykociarze informują Sałatę, że dostaje bilet w jedną stronę na planetę gdzie nikt nie będzie go denerwował i gdzie będzie mógł prowadzić sobie swój hulkowy żywot, a nawet jak coś uszkodzi to nie szkodzi.

Zielony jednak nie jest zadowolony z obrotu sytuacji i niespecjalnie ma ochotę na tę uroczą podróż. Jak to on zaczyna szaleć sprawiając, że lichy stateczek którym leci wariuje i zmienia kurs. Na portal do odległej pustynnej planety zwanej Saakar. Hulk jednak nie odnajduje tam droidów których szuka, lecz dość niemiłych tubylców dających tym razem jemu w mordę i zaganiających go na arenę w stylu starego, dobrego Kaliguli. Co jak co, ale przylutować to Hulk potrafi. Szybko zdobywa ksywę Zielona Szrama i sławę swego imiennika Hogana. Zdobywa też zacną kompanię- robalowatego Mieka- najbardziej irytującą postać w tej serii szczególnie pod koniec WWH, Brood- owadzią istotę, jednak z duszą i gębą a la Obcy, Korga- tamtejszy substytut Thinga, Hiroima Zhańbionego- wojownika z prawdawnego klanu Cieni, moim zdaniem najbardziej sensowny członek tej bandy, Elloe- rodaczkę Czerwonego Króla, bystra i niezłą wojowniczkę.

Exile002

Właśnie ! Czerwony Król :) Jak wszystko co czerwone i z ambicjami dyktatorskimi kawał z niego sanawabicza. Jego podstępne machinacje i gierki ujawniają się z czasem, a których ja ujawnić nie zamierzam. Jedynym ciekawym elementem Czerwonego Króla jest jego zbroja która jednak zbroją Starka nie jest.

Poza tym pojawia się Silver Surfer. Znakomicie przedstawione są życiorysy Przymierza Hulka. Pak z typowo trykociarskich opowieści wykreował zupełnie nowy świat który jest różnorodny, sprawia, że zapomina się na moment o Avengers, ich Wojnie Domowej czy X-Men i M-Day. Autor równie znakomitego „Magneto: Testament”  naprawdę stworzył niezłą historię. To dopiero pierwsza część, ale po jej przeczytaniu nie mogłem doczekać się kontynuacji, mimo, iż znałem mniej więcej dalsze losy z filmu animowanego. Saakar to nowy świat w Marvelu który, mam nadzieję, stanie się czymś więcej niż kolejną planetą gdzieś na skraju wszechświata.

167706-147535-silver-surfer

Rysunki. A raczej kolory. Jeszcze nigdy Zielony nie był tak zielony. Zresztą nie tylko Hulk paraduje w przepięknych barwach. Pustynna planeta Saakar mimo monotonnego krajobrazu jest żywa, a jej mieszkańcy przykuwają wzrok do tego stopnia, że nie da się nie zatrzymać na dłużej przy niektórych kadrach. Za barwy odpowiadają Chris Sotomayor, Laura Martin i Lovern Kindzierski. Sama kreska Pagulyan’a i Loprestiego to również duży plus. Arena walk czy architektura Saakaru budzi faktycznie skojarzenia z Tatooine, lecz jest o wiele bardziej rozwinięta i po prostu ciekawsza.

Podsumowanie: Po tym komiksie ostatecznie zmieniłem zdanie na temat Hulka. Co prawda nadal lubi walnąć komu trzeba w łeb, lecz jest tutaj o wiele bardziej cywilizowanym gościem niż członkowie Iluminati. „Planeta Hulka” to kamień milowy w historii Sałaty. Już wkrótce jej druga część :)

Ocena: 8/10

Allegiance3-4