#245. – Jacek Komuda – „Hubal”

Standardowy

Powieści historyczne to bardzo ciężki kawał chleba dla pisarza. Niektóre fakty powszechnie uznane za pewnik mogą zwieść go na manowce. Weryfikacja źródeł wymaga nie tylko literackiego zapału, ale solidnego warsztatu historycznego. Złożenie całości, aby nie nagiąć prawdy i przedstawić wszystko w poczytny sposób. Z jednej strony pokusa koloryzowania jest silna. Z drugiej fakty są jak są faktami i bez machiny czasu nie da rady ich zmienić. Tak nie jest na szczęście u Komudy. Autor cyklu „Samozwaniec” udowodnił po raz kolejny, że historia to wspaniały materiał literacki.

Pierwszy września dziś kojarzy się z początkiem szkoły. Przeciętny obywatel nie zdaje sobie sprawy, że ta data roku pańskiego 1939 była dniem początku końca wolnej Polski. Wyśnionej przez ponad setkę lat zaborów, tworzonej nie raz z bólach i przepychankach partyjnych, ale mimo to wolnej i niezawisłej. Ofensywa niemiecka nie przebiegała tak gładko jak głosiły gadzinówki Hitlera, ale defensywa Polaków ostatecznie skazana była na klęskę w dniu wkroczenia Sowietów. 

Na wieść o ataku polskie władze, w tym marszałek Rydz- Śmigły, prezydent Mościcki i cała armia rządzących, w mniejszym lub większym stopniu, czmychnęła do Rumunii. Pozostawiając liczne oddziały Wojska Polskiego, a przede wszystkim obywateli na pastwę niemieckiej machiny wojennej i sowieckiego terroru. Na szczęście wśród całego rozbicia kraju istnieli ludzie, którzy stawiali silny opór. Do legendy przeszedł Oddział Wydzielony WP majora Hubala.

Henryk Dobrzański, pseudonim Hubal, zapisał się zacnie w historii polskiego oporu wobec nazistowskiej okupacji. Był niejako duchowym ojcem Żołnierzy Wyklętych, którzy walczyli już po wojnie wyznając podobna filozofię i metody działania. Niezłomność, hart ducha, wola walki, a nade wszystko fantazja godna ułana. Z powodu tych też cech w powieści Komudy major jest motorem, ale i balastem dla swego oddziału. Gorąca krew nie pozwalała mu niekiedy na chłodny osąd sytuacji. A jego żelazny autorytet i dominująca osobowość sprawiały, że nieliczni mieli wpływ na jego decyzje. Udowodnił jednak, że jest świetnym dowódca, nawet w obliczu potężnej przewagi wroga i kolaborantów. I że ułańska fantazja była niezbędną cechą charakteru do dowodzenia oddziałem. Jego słowa, iż nie złoży broni i nie zdejmie munduru nie były deklaracją na pokaz. Hubal to przedstawiciel przedwojennej elity oficerskiej.  

Pojawia się też niemiecki punkt widzenia. Obersturmbannführer SS Erich Gressler to dowódca Eisengruppen działającej na Kielecczyźnie. Typ odrzucający, ale i inteligentny. Dziecię swej ery- czasu wstydu dla narodu niemieckiego. Aryjczyk, oficer kryjący się ze swoją śląskością ( ciekawe co na to RAŚ… ), człowiek spragniony władz, ale jednocześnie ktoś, kto nie dorównuje Hubalowi do pięt pod względem dowództwa wojskowego. German o teutońskiej mentalności, chłodny jak jego sumienie. Jego pamiętnik to ciekawe studium człowieka nazistowskiego. Skażonego ideologią, pełnego pogardy, ale nie będącego tak naprawdę żadnym nadczłowiekiem. 

„Hubal” to nie tylko tytułowa postać, ale też szereg postaci którym należy oddać hołd. Lis, Halawa, Tereska, Kalenkiewicz, Baryszczak, Rodziewicz, Morawski, Halawa… Członkowie oddziału Hubala którzy pokazali, że niemiecka armia nie była ze stali. 

Komuda pozwolił sobie na drobną fantazję jako miłośnik koni i Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Mowa tu o pewnym koniu, który pozornie nie dorównuje najpiękniejszych rumakom, ale pod warstwą blizn i śladów po licznych walkach kryje się prawdziwie polski wojownik. Piękny mit… Choć mam nadzieję, że z ziarnem prawdy. :)

Podsumowanie: Książka ta przenosi czytelnika w inne realia historyczne niż te, do których przyzwyczaił go Jacek Komuda, ale sarmacki duch tu równie silny. Komuda to nie byle pisarczyk który naczyta się podręczników z liceum i na ich podstawie tworzy rozbudowaną powieść historyczną. To naukowiec który zbiera materiały pieczołowicie dobierając informacje i źródła, po to, by finalny efekt był nie tylko wciągającą opowieścią, ale wiarygodnym dziełem historycznym. Powieści nie brakuje mocnych fragmentów, jak chociażby uczestnictwo oddziału majora we Nabożeństwie ( i groteskowy salut Niemców w stronę Hubala ) czy wizyta Kalenkiewicza i Dobrzańskiego w Warszawie i ich konfrontacja z praskimi rzezimieszkami. Książka ku pokrzepieniu serc, oddająca hołd bohaterowi. Pokazująca, że Polacy to naród romantyków i wielkich wojowników.

#181. – Michał Gołkowski – „Stalowe Szczury: Chwała”

Standardowy

I w końcu kompania karna kapitana Reinharda wzlatuje :) ! Błoto okopów i dym wojny pozycyjnej za nimi. Teraz tylko Płomiennej Chwały Blask ! Ale czy nawykli do pełzania wśród drutu kolczastego i wybuchów żołnierze będą w stanie opanować niełatwą sztukę lotu sterowcem ? I to nie byle jakim bo samą „Marlene”. Ostatni okręt zaprojektowany przez samego admirała Lieth- Thompsena który przechwycony przez Francuzów ukrywany jest daleko za linią frontu. Nie na tyle daleko, abyReinhard i jego ludzie nie mogli się tam dostać…

Akcja więc przenosi się w przestworza. Gdzie jednak równie łatwo o śmierć. Niedoświadczona załoga przyzwyczajona do schylania głów przed gradem kul i szrapneli mimo tego nie jest obciążeniem. Chłopaki uczą się umiejętności niezbędnych do sprawnego lotu bojowym sterowcem stosunkowo szybko. I to mowa tu o takich twardogłowych, okopowych zabijakach jak Egon czy Heidi którzy mają swoje przyzwyczajenia i tęsknoty, a to do cichego podrzynania gardeł, albo wielkokalibrowych giwer.

Odbicie „Marlene” nie jest jednak nagrodą dla tego fajnego oficera z posrebrzaną maska na połowie gęby za tkwienie w brudzie i wilgoci. Generał von Ludendorff to prawdziwy kawał sanawabicza. Absolutnie doskonałe zilustrowanie pruskiego wojaka który ze swoją niemieckością i poczuciem wyższości wzlatuje wyżej niż najlepsze zeppeliny. Ma swój własny plan i przywodzi on na myśl działania jego rodaków dwadzieścia lat później. Kontrastuje to z postacią nieco poczciwego admirała Lieth- Thomphsena. Człowieka bardziej zakochanego w projektowaniu podniebnych gigantów, niż w samej wojaczce. Tęskniącego za zmarłą mu bliska osobą i rozdartego pomiędzy służbowymi i osobistymi relacjami z Reinhardem. Wracając jednak do samego Ludendorffa- warto poczytać o tej postaci. Mocny Niemiec w sukno w stal okuty- jak pisał o innym, o wiele jednak bardziej plugawym żołnierzu pochodzenia germańskiego poeta Andrzej Bursa.

Nie mogę nie wspomnieć o postaci pokładowego lotnika na „Marlene” czyli porucznika Sigmunda Eichelmanna. Pilot o naturze szwoleżera, zdobywca wielu niewieścich serc, śmiałek którego czyny oscylują na granicy szaleństwa i brawury. Gołkowski powinien poświęcić mu znacznie więcej stron niż było mu dane.

Andrzej Łaski ilustrujący również drugą cześć pokazał jak może rozwinąć się warsztat. Od czasu, kiedy jego dzieła pojawiały się w książkach Andrzeja Pilipiuka poświęconych Jakubowi Wędrowyczowi nastąpiła naprawdę duża zmiana. A czas działał na korzyść owego twórcy- rysunki są tu bowiem wspaniale współgrające z książką i jej klimatem.

Podsumowanie: „Stalowe Szczury: Chwała” cierpi jednak na pewien syndrom którym przejawia się we wszelkich kontynuacjach. Czytelnik oczekuje niemal tego samego co w pierwszej części, a dostając coś innego kręci nosem. Przyznam ze wstydem, iż początkowo mnie również dotknął ten sequelowy hejt, ale opamiętałem się szybko doceniając to klimatyczne i realistyczne dzieło. Sporo spraw się wyjaśnia, a pod sam koniec- jeszcze więcej komplikuje. Jeżeli pisarz będzie trzymał poziom obydwu tomów w kontynuacji- powstanie coś niesamowitego.

#108. – Michał Gołkowski – Stalowe Szczury: Błoto”

Standardowy

Uwielbiam wszelkie alternatywne wariacje na temat historii XX- stego wieku. Po pierwsze- są to wydarzenia na tyle dobrze znane i ich reperkusje są odczuwalne do dzisiaj, że autorzy nie muszę obawiać się, iż ktoś zarzuci im zbytnie pofolgowanie swojej wyobraźni i

Rok 1922. Wielka Wojna, znana później jak I Wojna Światowa trwa w najlepsze. Jednak żadna ze stron nie odnosi spektakularnych sukcesów. Wojna pozycyjno- okopowa to wojna na wyniszczenia. Wojna brudna i brutalna, bez miejsca na heroiczne czyny. W takich warunkach walczą kapitan Reinchard i jego karna kompania.

Kapitan w stopniu kaprala Reinchard to postać niezwykle ciekawa i enigmatyczna. Charyzmatyczny dowódca z posrebrzaną protezą zasłaniającą pól twarzy wydaje się być kimś jakby z nieco wyższego pułapu. Tylko jego prawa ręka- bosman w stopniu szeregowego Kurt zdaje się wiedzieć coś więcej na temat przeszłości kapitana. Reszta oddziału to również zgraja barwnych charakterów. Heindrich- wielkolud z karabinem lotniczym w łapach, Siggy- mający niezwykle ciepłe usposobienie do wrogów okazując im to swym miotaczem ognia, Otto- człowiek- wybuch który ładunki wybuchowe traktuje jak rozrywkowych kumpli czy Egon- nożownik o wątpliwej moralności i potrafiący kwestionować nawet decyzje kapitana. Oprócz nich jest między innymi Heini- młody chłopak który krew widział zapewne przy goleniu młodzieńczego zarostu, zaś jedyne ostrze jakie znał to nożyczki. Jednak jak to bywa- ma w sobie coś z Luke’a Skywalkera i z początkowej pierdoły staje się kimś godnym miana wojownika.

Obraz wojny nie jest lukrowany. Na każdym kroku czuć błotnistą atmosferę okopów Wielkiej Wojny. Wojny która była tak bardzo inna od poprzedzających ją konfliktów. I to zarówno pod względem skali, jak i brutalności i odczłowieczenia. Beznadziejność położenia obu stron konfliktu, krwawe boje o każdy metr ziemi która nie nadaje się do niczego przez ilość krwi którą wchłonęła czy wszelkiego żelastwa, mniej lub bardziej wybuchowego powala swą miarą. Z drugiej strony z kolei mamy salonowe gierki na „dworze” generała Ludendorffa ze swoją specyficzną etykietą i luksusem na który pozwalają sobie wysocy rangą oficerowie mimo głodu i zimna które często spotyka szeregowych wojaków. Jako, że wojenka trwa już nieco dłużej powstają nowe wynalazki wojenne- usprawnione czołgi (między innymi francuski inspirowany B1 ), czołgi żyroskopowe czy machiny kroczące. Oraz szeroki wybór sterowców :) .

Jak wiadomo bohaterowie książki to Niemcy. Wojskowi Niemcy. A więc skojarzenia nie są zbyt pozytywne. Lecz warto pamiętać, że akcja dzieje się w alternatywnej rzeczywistości, a pewien pan z charakterystycznym wąsikiem prawdopodobnie tkwi po uszy w okopie. Mimo to wszelkie niemiecki wstawki początkowo drażnią udowadniają, że język naszych zachodnich sąsiadów jest po prostu żołnierski i twardy niczym pancerz czołgu.

Książka jest ilustrowana rysunkami Jana Łaskiego znanego ze współpracy z Andrzejem Pilipiukiem. Widać ogromny rozwój autora co wypada na korzyść książki, mimo iż rysunki nie zawsze do końca oddają treść książki. Warta uwagi jest również okładka autorstwa Piotra Cieślinskiego. Idealna na plakat czy t- shirt.

Podsumowanie: Pierwsza Wojna Światowa to punkt kulminacyjny, którego konsekwencją była kolejna wojna i upadek dawnego porządku świata. Gołkowski nieco wydłuża czas trwania wojny nie siląc się na wyjaśnienia dlaczego Państwa Centralne nie oddały pola Entencie. Jednak znaki na niebie i ziemi pokazują, że w następnych częściach będzie nieco więcej polityki.

#90. – Rafał A. Ziemkiewicz- „Jakie piękne samobójstwo”

Standardowy

Rafał-Ziemkiewicz-Jakie-piękne-samobójstwo-fot.-Fabryka-Słów1Są patrioci- realiści i są patrioci- idioci. Pierwsi z nich patrzą na historię i aktualną politykę chłodno, bez łusek brązownictwa i fascynacji daną postacią. Drudzy hołdują patetycznym hasłom, nie przyjmują za nic do wiadomości czarnych epizodów w życiorysie ich wzorców. Pierwsi wiedzą, że tylko realizm światopoglądowy i niekiedy instrumentalne podejście do rzeczywistości pozwoli uniknąć powtarzania błędów i daje szanse na czystszą ścieżkę w przyszłość. Drudzy wolą trwać w przekonaniu, że nawet jeśli politycy popełnili jakiś błąd zrobili to przynajmniej heroicznie i ładnie. O ile „ładnie” można umierać…

RAZ na szczęście należy do pierwszej grupy publicystów. Już w czasie pisania „Polactwa” zarzucano mu anty- polskość. I  to nie tylko lewa strona, ale również prawa. Książką „Jakie piękne samobójstwo” dolał oliwy do ognia który rozpalił jego redakcyjny kolega- Zychowicz.

RAZ ukazuje realia i mentalność Polaków Drugiej Rzeczypospolitej. Kraju nieporównywalnie lepszego od obecnej Polski, jednak nie idealnego. Wiara w mocarstwowość tamtejszej generacji Polaków ustępowała tylko wierze w sojuszników. Naiwność polityków wysokiego szczebla wręcz wołała o pomstę do Nieba, a chodzenie po omacku elity po śmierci Marszałka jeszcze to pogłębiło. Ba ! Nie otrzeźwiła ich jawne porzucenie przez Francję i Wielką Brytanię po 1939 roku. Nadal uważali ich za „sojuszników”. Również późniejsza ślepa wiara w sojuszników ze wschodu którzy to nie silili się na miodem oblane kłamstwa, lecz wchodzili w sobie znanym stylu na ziemię „wyzwolone” zatrzymując swój szturm na hitlerowców na chwilę na Warszawie, a potem zatrzymując się na kilkadziesiąt lat już po wojnie. Pokazaliśmy co prawda , że potrafimy bohatersko walczyć i ginąć z pieśnią na ustach, lecz nasza wręcz komiksowa naiwność sprawiła, że ponieśliśmy takie straty. Dlaczego komiksowa ? Bo tylko w dziełach Marvela i DC jest miejsce na heroiczne pojedynki, szlachetną ofiarność i wielkie ideały. Gdy jednak nadchodzi realna polityka, a nie daj Boże wraz z  nią realne zagrożenie trzeba stanąć twardo na ziemi i porzucić sny o tym, że krwią czy okrzykami bojowymi strącimy eskadry bombowców i rozbijemy dywizje pancerne wroga. Józef Beck i pozostali mieli na nieszczęście dla Polski inne zdanie.

A gdy wojna minęła i podczas zwycięskiej defilady na której zabrakło takich herosów jak piloci Dywizjonu 303 wszyscy ci generałowie i wodzowie przekonali się czym są papierowe alianse. Szkoda tylko, że tacy ludzie jak Sosabowski, Maczek musieli porzucić oficerskie mundury i pracować, przekładając na dzisiejszą emigrację polską, nieco metaforyzując, na zmywaku. Nie wspominając o Wyklętych którzy zginęli w z rąk rodaków. I do dzisiaj nie są odpowiednio honorowani.

Podoba mi się racjonalność Ziemkiewicza. Ukazuje on, że sposób myślenia Polaków z czasów Marszałka nie pojawił się bez przyczyny, a i ich dzisiejsi następcy mają w sobie cień ich mentalności. Wielu przecież nadal wierzy, że prezydent od podawania nogi był prawdziwym bohaterem, a zmiana ustrojowa nie była tylko upudrowaniem i mydleniem oczu. Polacy to bowiem wielki i waleczny naród, faktycznie mający w sobie coś z legendarnych Sarmatów. Lecz ich wiara w to, że inni też są waleczni i honorowi jest niekiedy dziecięco przykra. Ano Francuz, ani Brytyjczyk, ani nawet Amerykanin nie obroni RP jeśli nie będzie miał w tym swego interesu. Sojusze międzynarodowe to nie przyjaźnie kumpli z podwórka, a skomplikowane układy zależności które sprawiają, że państwo A i B jest przeciw państwom X i Y. Jednak nie znaczy to, że kompilacja traktatów i paktów nie może się w każdej chwili zmienić. Wystarczy spojrzeć na mapę sprzed stu lat, aby zobaczyć, że sojusze są zmienne bardziej niż nastrój drapieżnika. A nawet nastrój kobiety. I warto jeszcze przyjrzeć się i zauważyć, że na mapie A.D. 1915 nie istniało państwo jak Polska.

To jakie reakcje wzbudziła ta książka  jest dosyć dziwne. Bo czy książkę Jasia ( co lewacy mają z tym zdrobnieniami ?? :D ) Kapeli krytykował Tomasz Lis lub Jan Hartman ? A na prawej stronie ? A jakże ! Dziennikarze spod szyldu tygodnika braci Karnowskich niemal zrównali z ziemią dzieło Ziemkiewicza, nawet redakcyjni koledzy jak Wildstein nieco się na niej poznęcali. Krytyka dzieła RAZ-a przypominała wręcz studium. Do pewnego momentu myślałem nawet, że powstanie o tym osobne dzieło. Ale czy tak samo nie było z Zychowiczem ?

Podsumowanie: Rafał A. Ziemkiewicz to niejako mój dziennikarski mistrz. Człowiek który zaczynał jako znakomity pisarz SF obecnie jest znakomitym publicystą o zdrowych poglądach. Nie popada on w brązownictwo, ani nie dostaje ataku świętego oburzenia gdy ktoś nadmiernie wygładza i idealizuje historię. Za to niestety zbiera cięgi. A ostatnie faux pas związane z papieżem Franciszkiem sprawiło, że niestety niektórzy zacierają ręce z zawiścią.

Ocena: 9,5/10

What a beautiful suicide

#80. – Jacek Dukaj – „Wroniec”

Standardowy

6541-n-a

Nazwisko Dukaj kojarzy się z nieco wyższym merytorycznie i warsztatowo pisarstwem związanych mniej lub bardziej z SF. Nie opowiada on banalnych historyjek o inwazjach z kosmosu, klonach czy o zbuntowanych robotach. „Wroniec” jednak niewiele ma wspólnego z powieściami z odległych galaktyk. Sam nie wiem jak zaklasyfikować tę książkę… Baśń ? Powieść historyczna z nowatorskiego punktu widzenia ? Fantasy z elementami historii ?

Akcja „Wrońca” jest osadzona bowiem w PRL za czasów Ślepego Generała. Mały Adaś nie do końca rozumie co się dzieje wokoło, zresztą były to czasy w których nawet dorośli tracili orientację, i to niekoniecznie od leczniczego wpływu ścieżek zdrowia. Adaś bowiem odczytuje świat po swojemu. Jego ojca porywa WRON-iec, resztę familii zabierają Suki, na ulicach zamęt sieje MOMO, w cieniu czają się Bubeki… A przeciwna strona medalu ? Oporni, oporniejsi i pan Najoporniejszy. Czyli nasz wąsaty amator skoków przez płot. Adasia wspiera Pan Beton który bez trudu radzi sobie z Milipanami.

Nie chcę zdradzać wiele z metaforycznych terminów jakimi włada tu Dukaj, gdyż ich odkrywanie jest prawdziwą frajdą, więc przejdę do nastroju powieści. Chłód tamtych czasów, nie tylko meteorologiczny, lecz społeczny uderza z każdej kartki. Rzeczywistość rysuje się wręcz postapokaliptycznymi barwami, zaś to jak pisarz posługuje się słowem jest niesamowite. I nie mam tu na myśli wspomnianych nazw własnych, terminologii nawiązującej do rzeczywistości Stanu Wojennego. Dukaj perfekcyjnie oddaje również ówczesną nowomowę. Opisy rzeczywistości są przerażające. Nie ze względu na ich cechy, ale na to, że rzeczywistość taka istniała, a krajobraz tak naprawdę diametralnie się nie zmienił. Wychwalane przez władze komunistyczne osiedla jawią się Adasiowi jako nieskończona i szara pustynia gdzie królują ponure wrony, zaś takie twory jak Maszyna- Szarzyna wysysają z ludzi kolor i barwę, oraz wszelkie siły witalne.

Co jeszcze mnie zachwyciło ? Oprawa książki. Zilustrowana jest jak dziecięca książeczka o dobrym rycerzu i pięknej królewnie. Lecz zamiast ckliwych obrazków mamy nastrojowe grafiki które nie odejmują treści bajkowej stylizacji, ale dają jasno do zrozumienia w jakiej rzeczywistości się znajdujemy. Jakub Jabłoński pokazał tu naprawdę niezły warsztat i wykazał się ogromną pomysłowością.  Żadne ze znanych mi noir nie dorównuje mrokowi tymże dziełom.

Pojawiają się też „śpiewane” przerywniki. Piosenka Opornych, komuchów, milicji… Proste, wręcz infantylne teksty w odniesieniu do książki nie są takimi naiwnymi przyśpiewkami jak na pierwszy rzut oka. Ten kto liznął nieco historii czasów Stanu Wojennego, bądź sam osobiście miał z nią do czynienia doceni ich dwuznaczność.

df2595ae60d26c835290c0dd3ff3baff

Podsumowanie: „Wroniec” ma więcej historycznego przekazu niż kolejna, nudnawa praca historyczna na temat Jaruzela, Opozycji czy Wałęsy. Baśniowa stylizacja nie ujmuje faktom, a wręcz pozwala ukrywać dosłowności ( jak wspólne ścieżki dawnych towarzyszy i opozycjonistów, zmiana z Bubeka w Cinkciarza). Dawne bajki mistrzów takich jak Andersen czy bracia Grimm również nie były cukierkowe. Z czasem gatunek ten został wykastrowany, a dzieci zamiast realnych strachów wyobrażały sobie nadnaturalne dziwy. Dukaj pokazał, że nawet w dobie dostępnej szeroko grozy, rzeczywistość jest o wiele bardziej mroczna, ale też i pełna nadziei. Wypożyczając to dzieło z biblioteki obsługująca mnie pani powiedziała, że to nie jest to to, na co wygląda i że będzie to skrajnie różne od dzieł które wówczas czytałem. I faktycznie. Mimo szacunku jakim darzę mistrza Łukjanienkę i jego Patrole, „Wroniec” jest dziełem ambitniejszym. Kto by pomyślał- dojrzałą bajka…

Ocena: 9,5/10

13231_2009-12-07_22_04_22

#79. – Jacek Komuda – „Bohun”

Standardowy

4189_99904314189

Jacka Komudę nie trzeba przedstawiać. Znakomity pisarz historyczny, nie popadający w nudną narracje jaka zdarza się najlepszym przedstawicielom zawodu badacza dawnych dziejów. Autor nie tylko sprawnie opisuje dzieje potężnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, ale również Francji z czasów Villona czy pirackiej rzeczywistości na w czasach Port Royale.

Tym razem jednak czas na jedną z najlepszych powieści historycznych z jakimi miałem okazję się spotkać. „Bohun” opowiada dzieje RON w przeddzień bitwy pod Batohem, słusznie zwanej staropolskim Katyniem. Wtedy bowiem potężna armia Korony przegrała z Kozaczyzną, a wielu zacnych mężów zostało straconych lub wziętych w turecki jasyr.

Bohaterem są kolejno: Marek Sobieski. Brat przyszłego króla i zacny szlachcic godny swego herbu, Bohun- pułkownik kozacki, który jednak wbrew wyobrażeniom ma swój honor, godność i jest wierny Siczy mimo podłości swego atamana. Kozak Taras- bard któremu jednak nie wiedzie się najlepiej, będący ucieleśnieniem pojęcia „kozacka, stepowa dusza”. No i Dantez. Postać fatalna, skazana przez los na zagładę i nieszlachetne czyny. Swoją drogą Francuz…

Kozacy nie są tu do końca czarną stroną. Wiśniowieczczycy, pewna piękna, acz zdradliwa dama na hiszpańską modłę strojna i sam Dantez, choć zaślepiony i po pludracku dwulicowy są o wiele gorsi. Za wszystkich stoi jednak… Chyba wiadomo kto, a palcem nie wskaże, lecz jeno napomknę, iż dwugłowy ptak w jego herbie widnieje.

Jak zawsze pan Komuda ukazuje nam, obok niesamowitej historii, realia historyczne których próżno szukać w szkolnej ławie. Bez ubarwień i umniejszń. Sarmata nie jest tu tylko wąsatym, jełopem ( bez skojarzeń ;D ) wymachującym szabelką, a potomkiem rycerzy żyjącym na co dzień głośno, walecznie i z honorem. Wspaniali ludzie… Przepiękne żupany, szable skrzące i szczere, waleczne twarze które powiedzą wprost o afekcie do przeciwnika i wyzwą na szable, nie zaś po pludracku wbijając mu nóż w plecy czy zatruwając napitek. Zatruwać napitek ! Każdy szanujący się szlachcic- od szaraczka w łykach po hetmana w karmazynach odruchowo wyciąga szablę na taką zniewagę trunku, nawet jeśli to francuski kwach zwany dla niepoznaki winem.

Powieść jest jednak zasmucająca. Komuda kreśląc bowiem realną historię pozwala sobie na drobną fantazję fabularną. I właśnie ta fantazja, a właściwie alternatywa, ukazuje, iż kolejny raz naprawdę niewiele mogłoby brakować, aby po wsze czasy Polska była silna i wielka. A skoro znamy historię powstania Chmiela, jej następstwa, mało zacnych następców i tak beznadziejnego króla Jana Kazimierz Wazy ( może z wyjątkiem Sobieskiego ) i dalsze losy naszego kraju… Naszego kraju jak i Ukrainy. Mimo ognia i miecza które zastępowały gałązkę oliwną między naszymi narodami jesteśmy spleceni nićmu nie tylko geopolitycznego sąsiedztwa, ale też bolesnej historii. Jak i wspólnych wrogów.

Na sam koniec- okładka. Uważam, że dobra książka zasługuję na dobrą oprawę. A tutaj Piotr Cieśliński ukazał znów swoje mistrzostwo. Widnieje na niej bowiem kozak jak malowany. Z fajką z dymiącym cybuchem, gębą którą można straszyć producentów kremów na gładką buźkę, osełedecem i szabliskiem rozsmakowanym zapewne w krwi. Zachęca to do sięgnięcia po książkę nawet tych którzy z powieścią historyczną mają do czynienia tylko w ramach jej ekranizacji, zaś czasy RON kojarzą z Sienkiewiczem. Henrykiem oczywiście.

Podsumowanie: Powieść ma jeden tom, ale śmiem twierdzić, iż czterotomowy „Samozwaniec” mimo kunsztu pióra pana Jacka nie ma tego patriotycznego ducha i pewnej melancholii która powinna czasem zagościć w każdym sercu tego, którego losy Ojczyzny nie są obojętne.

Ocena: 9/10

obr_01

#29. – Piotr Zychowicz – „Obłęd 44″

Standardowy

untitledSą od czasu do czasu takie książki które zarówno tych z lewej, jak i z prawej strony doprowadzają do wrzenia krwi. Naczelny „Do Rzeczy: Historia” jest w tworzeniu takich dzieł arcymistrzem. „Pakt Ribbentrop-Beck” pozostawił za sobą tony wyrwanych z głów włosów, a „Obłęd 44″ był równie szokujący dla ludzi z nieco mniej plastyczną wyobraźnią i rozumem.

Zychowicz w swym dziele traktuje nie tylko o Powstaniu Warszawskim, ale również o „Burzy”, specyfice myślenia dowództwa AK i mitach związanych z jej przywódcami.  Mitach których korzenie czerpały siłę z wielu źródeł: od romantycznego mitu polskiego żołnierza po swoiste osierocenie przez Marszałka grupy tzw Pułkowników którzy po jego śmierci zachowywali się dość… oryginalnie.

Pierw jednak o samym PW. Tragedii która zmiotła z powierzchni ziemi dawną Warszawę i wyrżnęła w pień kwiat jej mieszkańców. Zychowicz nie piętnuje tutaj bohaterów walczących z Niemcami podczas tych 63 dni 1944 roku. Ukazuje suche fakty- rachubę strat, gdyż o jakichkolwiek zyskach ciężko tu mówić. Nie ujmuje heroizmowi żołnierzom AK, lecz potępia bezmyślność ich dowódców. Do których należeli m in : gen. Tadeusz Bór-Komorowski, gen.Antoni „Monter” Chruściel, czy w szczególności gen. Leopold „Kobra” Okulicki. Ten ostatni w „Obłędzie 44″ jawi się jako główny winowajca rzezi Warszawy. czy słusznie ? Moim zdaniem jak najbardziej. Człowiek ten czy to przez swoje cechy charakteru, czy przez inne powody miał duży wpływa na decyzję Bora-Komorowskiego, który był nieco podobny do podobnego mu nazwiskiem prezydenta jeśli chodzi o twardość w podejmowaniu decyzji czy zdecydowanie. Widzimy tutaj obraz powstania takim jakie było- bez szans, krwawe i bezlitosne dla Polaków.

Autor daje solidną fangę w nos również londyńskiemu rządowi. Nieudolność decyzji, prywatne scysje bardziej interesowały osoby kluczowe takie jak gen. Sikorski niż realny stan ojczyzny w tym trudnym dla niej okresie. Cierpiący ( co prawda nie bez powodu ) na pewien rodzaj afektu do piłsudczyków których marginalizował ich i ich nie raz słuszne zalecenia na wszelkie możliwe sposoby. Premier i naczelny wódz w jednej osobie. Człowiek mający niewątpliwy potencjał. Był on niejako echem z przeszłości rządów sanacji.  Jednak oprócz szorstkiego  potraktowania przez Piłsudskiego  na usprawiedliwienie generała można wspomnieć nieco niejasne do dziś okoliczności jego śmierci, który w pewnym momencie był solą w oku zarówno Stalina jak i Aliantów. A już na pewno jego następca- Stanisław Mikołajczyk stanowczo zrehabilitował niektóre błędy Sikorskiego samemu robiąc ich tak wiele i w  tak spektakularny sposób, że nie bez powodu Zychowicz nazwał go Mikołajem Mikołajewiczem Mikołajczykiem. Służalczość wobec Churchilla czy Stalina. Chwiejność decyzji, słabość charakteru przy której nawet pewnie premier z półkuli północnej jawi się jako zaradny rekin polityczny sprawia, że postać ta jest jedną z ciemniejszych person na kartach polskiej historii mimo, iż winny był w inny sposób niż chociażby Poniński.

Historyk nie oszczędza też hurra-optymistycznych wyskoków ze strony AK. Takich jak akcja „Burza”. Operacji która niemal rozbiła polskie podziemie, doprowadziła do śmierci setek Polaków dekonspirując ich. Szereg również pomniejszych akcji wspierających czerwonych „wyzwolicieli” czy niemal samobójcza odwaga w momentach w których należałoby siedzieć cicho i czekać, aż Kacap pozabija się ze Szkopem. Zychowicz również ukazuje przykłady takiej postawy, w której nawet Niemcy na krótkie chwile sprzymierzali się z Polakami przeciwko Czerwonej Zarazie. Bowiem to w tym czasie nie III Rzesza, a Radzieccy byli prawdziwymi wrogami. Polak Niemcem nigdy nie zostanie, ale komunistą- niestety może. I jak mówi stara maksyma- wróg mojego wroga jest moim przyjacielem.

Nie jestem w stanie wypisać ogromu głupot i błędów które popełniło dowództwo AK nieświadomie lub niekiedy świadomie. Lektura powinna być obowiązkowa dla każdego kogo interesuje trzeźwe spojrzenie na historię współczesną. Faktem jest jednak, że z II RP- kraju nie pozbawionego wad, lecz pięknego, młodego i rozwijającego się powstał PRL- szary, brudny i użyłbym tu mocniejszych epitetów ale nie wypada. A z PRL powstał PRL-bis, czyli III RP. Kraj demokratyczny z tradycją socjalistyczną.

Jednak na koniec. Chwała bohaterom którzy mimo szalonych rozkazów odważyli się stanąć przeciwko przewadze wroga. Którym hołd należy się bezsprzecznie. Na zawsze.

Podsumowanie: Zychowicz stworzył znakomite dzieło. Nie bezczeszczące pamięci o bohaterach poległych w walce z zarówno hitlerowski jak i radzieckim okupantem, jednak zachowując racjonalne spojrzenie na działania które sprawiły, że polski kapitał krwi został sprzedany bardzo tanio. Podobnie jak autor nie jestem przeciwnikiem PW.  Jestem człowiekiem który sądzi. że przelewanie krwi na barykadach i romantyczne rzucanie się na bagnety nie jest dobrym sposobem na zachowanie niepodległości i ciągłości kraju. Jest tylko niepotrzebną śmiercią szlachetnych ludzi. Czy piękną ? A czy śmierć w jakikolwiek sposób może być piękna ?

Ocena: 9/10

PS: A na koniec pewna piosenka, która moim zdaniem oddaje idealnie jakie było PW :

#22. – John Allyn – „Opowieść o 47 roninach”

Standardowy

john-allyn-opowiesc-o-47-roninach-the-forty-seven-ronin-story-cover-okladkaJaponia to pole do popisu dla pisarzy z wyobraźnią. Z jednej strony jest to kraj z samurajskimi tradycjami, z burzliwą historią która często bywa niezrozumiała dla człowieka Zachodu. Z drugiej mamy cyberpunk, który nigdzie indziej nie prezentuje się tak realistycznie jak w Nihhonie. Warto zaznajomić się z obiema stronami medalu. Teraz jednak czas na pierwszą z nich- Japonia w epoce Edo :).

Faktycznym władcą Japonii w tym czasie nie był cesarz, lecz szogun. Dzierżył on władzę absolutną, mogąc zniszczyć nawet najbardziej zacnego daimyo. Historia Allyna jest oparta na prawdziwych wydarzeniach. Pan Asano, daimyo odległej od Edo Ako przybywa jak co roku do stolicy. Tam jednak świat jest zupełnie inny, niż na jego ziemiach. Łapówkarstwo, system powiązań i podwieszeń był bardziej skomplikowany na dworze szoguna Tsunoyoshiego,  niż w III RP. Do tego kraj umęczony był nakazem znanym jako Prawo Do Życia. Mówił on, iż nie wolno w żadnym wypadku pozbawić życia jakąkolwiek istotę. I tak szkodniki różnych formatów plądrują pola i jak łatwo się domyślić- wszyscy są przymusowymi wegetarianami. Tsunoyoshi urodził się na dodatek w roku psa, a więc te czworonogi mają nawet własne pogrzeby z ceremoniałem godnym człowieka. Dzisiejsi Zieloni pewnie skakaliby z radości.  Choć po bliższym zapoznaniu z nimi szogun zapewne zniósłby na chwilę tenże dekret, przynajmniej dopóki ostatnie ciało nie podłoby pod ostrzem miecza…

Asano ma jeden poważny kłopot. Ma na imię Kira ( nie ten z pewnym zabawnym notatnikiem… ). Człowiek ten zajmuje się etykietą i doradztwem w jej sprawie samurajom przybyłym do ówczesnego władcy Japonii. Jednak za swe rady oczekuje posmarowania rączki złotem. Jednak pan Asano nie należy do tych którzy pozwalają sobie na płacenie zniewieściałym doradcom.

Niestety jako prawdziwy samuraj nie potrafi odnaleźć się na zdegenerowanym i moralnie zepsutym dworze. W końcu sięga po argument którym włada najlepiej. Prawo jednak głosi, że ten kto dobędzie miecza w zamku szoguna może zacząć witać się z przodkami. Asano zostaje skazany na seppuku. Jego samurajowie stają się roninami. Ziemie pana Ako zostają skonfiskowane, a szpiedzy Tsunoyoshiego nie spuszczają oka z dawnych wojowników pana Asano. Jednak samurajowie nie przeszliby do legendy, gdyby nie dalsze wydarzenia :)

Książka Allyna mimo, iż nienapisana ręką Japończyk ma w sobie ducha starego Nihhonu. Pisarz ma bardzo obrazowe i lekkie pióro. Mimo poważnej treści „Opowieść o 47 roninach” czyta się przyjemnie i nie błądzi się po meandrach zawiłych przemyśleń i retrospekcji. Czytelnik wyczekuje kulminacyjnego momentu i wtrącenie bandyty do więzienia. W tym przypadku- na drugą stronę.

Podsumowanie: „Opowieść o 47 roninach” przenosi nas do Japonii która minęła, ale która gdzieś w sercach mieszkańców trwa. Ten szlachetny naród, mimo wielu dziwactw, nadal ma w sobie krew prawdziwych samurajów. Takich dla których honor jest najważniejszy. Opowieść wciąga i zachęca do zapoznania się głębiej z losami Japonii przed epoką Meji.

Ocena: 8/10

#19. – WKKM #46 – Neil Gaiman, Andy Kubert – „1602″

Standardowy

10576956_294772790708832_918750375980402976_n

Zarówno DC jak i Marvel wprost uwielbiają tworzyć różnego rodzaju alternatywne światy swoich historii. A to herosi są zombie, a to Superman ląduje w ZSRR zamiast w USA, to znowu powstają światy podobne, lecz nieco zmodernizowane jak marvelowe Ultimate.Tym razem jednak czas na prawdziwy diament.

Akcja osadzona jest w świecie nowożytnym, gdy Ameryka dopiero zaczynała być kolonizowana, a Elżbieta I Tudor zasiadała dumnie na angielskim tronie. W tych właśnie realiach, niemal trzysta lat za wcześnie pojawili się herosi. I tak zamiast osławionego Johna Dee na stanowisku nadwornego maga królowej zasiada nie kto inny jak Stephen Strange. Na terenie Brytanii działa zaś szkoła czarorodnych  Carlosa Javiera, na którego dybie inkwizytor Enrique… Do tego otrzymujemy legendarny statek „Fatanstic” a na nim legendarną czwórkę. Najbardziej zaufanym człowiekiem Elżbiety I jest sir Nicholas Fury. I można wymieniać wiele. Ale tak tylko zniszczę przyjemność poznania tego dzieła.

Z pozoru dostajemy do ręki kolejna wariacja Marvela. Na szczęście za scenariusz odpowiada Neil Gaiman. Autor „Sandmana” czy „Amerykańskich bogów”. Człowiek który swą twórczością dorównuje mistrzom Moore’owi i Millerowi. Twórca w „1602″ oddał piękny hołd postaciom Domu Pomysłów ze Złotej Ery Komiksów. Jednocześnie ich przeniesienie na realia czasów elżbietańskich nie zakłóciło ich pierwotnych wzorów. I tak Reed Richards nadal jest typowym jajogłowym, Strange enigmatycznym magiem, a Javier i Magneto- przeciwnikami między którymi jednak nie wygasła dawna, braterska więź. Wyjątkiem jest tu chyba tylko Banner. Pojawia się również Kapitan, lecz w dość nieoczekiwanej postaci. To jak Gaiman wymieszał osobowości superbohaterów Marvela z archetypami ludzi z tamtego okresu powinno uchodzić za wzór dla innych twórców. Wątek historyczny może nie jest bynajmniej podręcznikowy, niemniej jednak schyłek życia Gloriany przypada na tamte lata, zaś Virginia Dare była faktycznie pierwszym narodzonym dzieckiem europejskim na kontynencie Wuja Sama. Jedn

1602_Xmen

Tak jak Gaiman zmienił nieco nazwiska postaci i ich charakter na potrzeby epoki, tak Kubert zajął się stroną wizualną. Tak udanej przemiany nie widziałem nigdzie. W uniwersum Ultimate autorzy przyłożyli się do roboty, ale bez wielkich braw. Seria z postaciami w roku 2099 rozczarowała. a niekiedy żenowała. Tutaj zaś mamy arcydzieło.  Stroje X-Men czy należyty dla Thora wygląd ( brodaty, łypiący spod hełmu, bez wydelikaceń ) robią wrażenie. Technika rysunku znana już w „Wolverine: Genezie” oddaje ducha ówczesnego świata. Wielkie żaglowce, tajemnicze miasta, kunsztowne wnętrza z czasów Królowej-Dziewicy syntetyzują się z wizerunkami herosów nie wzbudzając niezjadliwego kontrastu. Również nasycenie barw jest odpowiednie. Półcienie, delikatne barwy, nie zaś jaskrawość jak w klasycznym osadzonym w uniwersum 616 komiksie gdzie dynamika jest kadrów jest nieco inna.

1602_thor

 

Podsumowanie: Jedna z najdłużej oczekiwanych przeze mnie historii nie była rozczarowaniem  jak np :”Marvel Zombies”.  Jest to historia którą na półce powinien mieć każdy, od miłośników historii poprzez komiksowych geeków po wielbicieli po prostu ciekawej literatury. Bo komiksy tego formatu udowadniają, że powieść graficzna potrafi być równie dobra jak powieść pisana.

Ocena: 9,5/10

#18 – Sławomir Kopyr – „Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej”

Standardowy

Zycie-prywatne-elit-Drugiej-Rzeczypospolitej_Slawomir-Koper,images_big,9,978-83-11-12239-0

Wielu twierdzi, że książki historyczne to jedna wielka nuda. Suche dane, mnogość dat i postaci, do tego często napisane językiem naukowy. Sławomir Kopyr udowadnia, że można napisać dobre dzieło historyczne językiem który wciąga i zachęca do zapoznania się z dalszymi stronnicami.

Druga Rzeczypospolita przez lata PRL-owskie była oszpecana i przedstawiana jako „burżuazyjne” państewko które spłonęło w ogniu hitlerowskiej ofensywy. I oczywiście została zastąpiona przez Polskę Ludową,  która zawdzięcza swą siłę Sowietom. Ten kto wie jak była przedstawiana historia za komuny wie, że było nieco inaczej. Mimo, iż książka ta nie jest poświęcona polityce w jej oficjalnej odsłonie to Kopyr ukazuje obraz II RP w przepięknych barwach.

Mam pewien nawyk w przypadku książek których naruszenie chronologii czytania niczemu nie przeszkadza. Mianowicie wybieram rozdział który najbardziej mnie interesuje jako pierwszy. Tak było i teraz. Zacząłem lekturę od drugiego rozdziału poświęconego generałowi Bolesławowi Wieniawie- Długoszowskiemu. Postaci nietuzinkowej. Takiej o której można nakręcić kilkanaście filmów i żadnym się nie nudzić. Ostatni ułan Rzeczypospolitej nie był bowiem tylko adiutantem Piłsudskiego, późniejszym ambasadorem w Rzymie i niedoszłym prezydentem. Był człowiekiem o duszy artysty i iście szlacheckiej fantazji.

Ale prywatne życie czasów II RP to nie tylko Wieniawa. Na uwagę zasługuje premier i wybitny pianista i kompozytor Ignacy Paderewski. I jego żona Helena która odegrała niemałą rolę w jego karierze politycznej. Ignacy Mościcki- światowej sławy chemik i naukowiec. Rydz-Śmigły- dowódca zapowiadający się znakomicie, co czas brutalnie zweryfikował. Walery Sławek- szara eminencja Marszałka.  Jak i przede wszystkim sam Ziuk. Geneza jego wzajemnej niechęci z Dmowskim, jego kobiety, jego ludzie… To wszystko jasno i co najważniejsze, ciekawie, przedstawił Kopyr.

Brakowało mi jednak prywatnego obrazu postaci spoza obozu Sanacji. Chociażby Dmowskiego, który miał ogromny wkład w niepodległość. Kto wie ? Może autor zdecyduje się opisać postaci jak przywódca endecji, Witos czy Korfanty w innych dziełach ?

Można też zastanowić się nad różnicą pomiędzy elitami II, a III RP. Kraju wyzwolonym po 123 latach całkowitej nieobecności na mapach i kraju który przekształcił się po ponad pięćdziesięciu latach w państwo nadal nieudolne i słabe. Wynika z tego prosty wniosek- Elity II RP różniły się od elyt III RP tak samo zasadniczo jak obecna Polska od tej przedwojennej.

Podsumowanie: Zawsze gdy czytam o czasach w których na Belwederze ( a raczej w GISZ-u ) urzędował Naczelnik odczuwam pewien żal. Żal, że tamta Polska wywalczona siłą zarówno Piłsudskiego i Dmowskiego, ale też tytanicznym wysiłkiem tysięcy Polaków minęła bezpowrotnie. I że tamci piękni ludzie będą na zawsze już tylko legendami.

Ocena : 8,5/10