„Łotr Jeden. Gwiezdne Wojny: historie”- trailer numer jeden

Film

Światło dzienne ujrzał trailer kolejnego filmu z cyklu „Star Wars”. Tym razem nie będącego częścią głównej sagi, a należącego do serii pomniejszych historii w których ma się ukazać też obraz poświęcony Boba Fett’ owi. Ta jednak historia opowiada ona on grupie Rebeliantów mających ukraść plany „Gwiazdy Śmierci”. Co do samego, dość poczciwego w polskiej translacji tytułu. Był bardzo, bardzo trudny do jakiegokolwiek innego przetłumaczenia. Brzmi jak brzmi. Ale przynajmniej nie można zarzucić translatorom nadmiernej fantazji jak w przypadku serii „Die Hard” ( „Szklana Pułapka” ). Zapewne niektórych zasmuci brak rycerzy Jedi i lordów Sith. Uniwersum „Gwiezdnych Wojen” to nie tylko oni i dobrze się stało, że ktoś w końcu odważył się szerzej pokazać, że użytkownicy Mocy i mieczy świetlnych są jego istotną, ale mimo to, częścią. No i w końcu senator Mon Montha wyszła z cienia i będzie miała do powiedzenia coś więcej niż kilka kwestii.

#218. – Drew Karpashyn – „Revan”

Standardowy

Gra  ”Knights of the Old Republic” to RPG osadzony w czasach Starej Republiki. Bardzo starej. Na kilka tysięcy lat przed Wojnami Klonów, ale też spory czas po Wielkiej Wojnie Nadprzestrzennej z udziałem Naga Sadowa. Zainteresowanych fabułą gry odsyłam do źródeł internetowych, tym bardziej, że sam zaczynam z nią przygodę i nie chce mędrkować nad czymś co ledwo liznąłem. Kluczowe dla książki jest natomiast małe wyjaśnienie. Po pokonaniu Exara Kuna i zwycięskiej wojnie z Mandalorianami dwaj rycerze Jedi, Malak i Revan, wiedzą, że zwycięstwo jest chwilowe. Że gdzieś tam w odległych rejonach galaktyki czai się ten który pociągał sznurkami i sterował nieco Mandalorianami i jest tym samym częściowo odpowiedzialny za ich konflikt z Republiką. Obaj panowie wyruszają w nieznane, a wracają z całą flotą Sithów. W samej grze głównym badassem jest Malak. Darth Malak. A Revan ? Cóż jego losy są dużo bardziej zawiłe.

Revan to zdolna bestią. Przypuszczalnie zdolniejsza od samego Yody, a nawet Vadera. Poznał on zarówno Jasną, jak i Ciemną stronę. Używając tej drugiej potrafił zachować zasady Jedi i postępować jak oni. Nawet jego bunt przeciw Radzie Jedi jest innym rodzajem sprzeciwu niż miało to miejsce w przypadku członków Zakonu kuszących się na przejście do konkurencji. Kluczową rolę w jego życiu odegrała Bastilla Shan. Która zresztą w późniejszym czasie stała się jego małżonką i matką jego syna, a zarazem Wielkiego Kanclerza Republiki Venara. Wątek miłosny, tęsknota i relacje między obojga Jedi są jedną z mocniejszych stron książki.

Po wszystkich ekscesach Rada „wybacza” Revanowi, ale kasuje mu pamięć. Aczkolwiek taki zawodnik jak Revan wykracza mimo wszystko poza skale i pranie mózgu jest ledwie częściowe. Revana nawiedzają bowiem wizje. Które do wesołych nie należą. I nie bez powodu wiążą się z terytoriami na które kiedyś wybrał się z Malakiem. Z ekipy znanej z gry werbuje na przejażdżkę jedynie mandalora Canderusa i swego robota astromechanicznego T3- F4. 

W czasie misji mandalorianin ma, że tak to ujmę, sprawy rodzinno- przywódcze. Revanowi pozostaje więc w duecie z droidem wyruszyć na podbój przestrzeni SIthów. W czasie przygotowań do wyprawy i akcji skupionej wokół Revana autor przenosi czytelnika na Drommund Kaas. Sithańską stolicę w której równolegle do narracji skupionej wokół Revana biegnie opowieść o Lordzie Scourge’ u. Mimo mrocznie brzmiącego przydomku nie jest on wcale tuzem w sithańskim społeczeństwie. Owszem, cieszy się szacunkiem, ale jest zaledwie pieskiem jednej z członkiń Mrocznej Rady podległej Imperatorowi- Darth Nyriss.

Scourge jako postać jest strawny. Nie ma on co prawda surowego, zabójczego sznytu Dartha Maula, nie jest reformatorem jak Darth Bane, nie porównywałbym go nawet z Vaderem. Ale jest świetnym przedstawicielem mentalności swej grupy. Zapatrzenie w siebie, głód na władzę i potęgę mieszający się ze strachem przed innymi, chłód i pustka duszy. Słowem- nastolatek. Czyli taki Kylo Ren z większą dozą Ciemnej Strony i będący rdzennym Sithem. Dla nieobeznanych- SIthowie pierwotnie oznaczali tylko przedstawicieli rasy zamieszkującej tereny Galaktyki na którą przybyli zbuntowani Mroczni Jedi i ich nieco „ucywilizowali”. W stylu Corteza. A wracając do Sourge’ a. W wielu sytuacjach nielogiczny i polegający na swoich umiejętnościach które nie dorastają jednak do skali wydarzeń. Macha mieczykiem umiejętnie, ale jakie szanse ma nawet wytrawny wojak w politycznych rozgrywkach ?

Narracja bywa momentami męcząca, ale Karpashyn nadrabia i wynagradza wszystko wspaniałymi pomysłami. Sama idea planety Nathema która jest po prostu martwa skorupą z której wyrwano wszelkie życie jest przerażająca i to nawet w zestawieniu  Drommund Kaas pokrytej wieczną burzą i emanującą Ciemną Stroną. Nie można też przejść obojętnie obok postaci Imperatora. Przy nim Palpatine to słabowity staruszek nie lubiący demokracji. Tutejszy sithański tyran jest wręcz bardziej zaprzeczeniem wszelkiego istnienia, niż przedstawicielem Ciemnej Strony. Ale za cholerę nie ma charyzmy. Ot facecik jest silny i tyle. 

Podsumowanie: Kilka tysięcy lat to naprawdę kawał czasu. Przez taki okres mogą upaść wielkie imperia, może dojść do wielkich zmian i przewrotów zmieniających kompletnie obraz świata. I tak jest i tutaj. Świat „Gwiezdnych Wojen” w którym żył i walczył Revan to świat zupełnie inny niż ten znany z filmów czy lat pomiędzy nimi. I dlatego czytelnik początkujący i nie znający świata gry będzie czuł się jakby przeoczył coś naprawdę istotnego. Miła pozycja przede wszystkim dla fanów SW pokazująca, że Sithowie to nie tylko Sidious i jego pociotkowie, ale potężna siła która nie raz namieszała w Galaktyce. 

PS: Tak nawiasem mówiąc- poczciwe astromechy robią niekiedy za woły robocze, wsparcie ogniowe, kumpla do pogadania i frajerów od najbardziej ryzykowanych misji. T3- F4, R2- D2, a ostatnio BB- 8…  

#201. – Matthew Stover – „Punkt Przełomu”

Standardowy

Wojny Klonów to nieco niedoceniany czas w uniwersum „Gwiezdnych Wojen”. Od premiery „Przebudzenia Mocy” niemal zaginął on w cieniu wydarzeń dzielących VII i VIII epizod, a Nowa Era Jedi czy era Starej Republiki swoim blaskiem nieco przyćmiewają ten okres. Okres wojny która pochłonęła żywota wielu Jedi, a w końcowym efekcie zniszczyła Republikę i sam Zakon. Okres bohaterów, legendarnych wojowników i heroicznych batalii. Mój ukochany czas uniwersum Lucasa.

Przeciętny rycerz Jedi to chodzący kodeks cnót i zasad. Nie ma emocji, jest spokój, nie ma ignorancji, jest wiedza… I takie tam niuejdżowe bla bla bla. Do tego dochodzi majestatyczna i tajemnicza szata, opinia czarodzieja wymachującego mieczem świetlnym i autorytet z którym liczy się nawet Kanclerz ( do czasu … :P ). Takimi nieco konwencjonalnymi Jedi są Obi- wan Kenobi i Yoda. Pełni zasad, chwalebni, wielcy wojownicy którzy mówią jedynie mądrościami. Przeciwieństwem ich są  Jedi jak Qui- gonn Jinn czy niesławny Anakin Skywalker, którzy nie zawsze widzą pozytywy w tysiącletnich dogmatach i co krok patrzą jak tu nagiąć zasady. Ale pomiędzy nimi jest jeszcze inny typ wojownika. Hardy, posępny, taki który nie da sobie pobłażać, a jego aura maderfakera onieśmiela nawet największych Sithów. Takim typem jest Mace Windu. Członek Rady Jedi i twórca VII formy walki na miecze świetlne- Vaapadu.

Windu to kawał prawdziwego wojownika. Samuel L. Jackson wcielający się w tę rolę idealnie wykreował charakter postaci pod książki i komiksy. Niezłomny, dumny, zabójczo skuteczny i nieco kontrastujący z malutkim, zielonym mistrzem Yodą mówiącym dziwną składnią. Wysoki, z łysą czachą i unikalnym, purpurowym mieczem był numerem dwa w Radzie zaraz po sędziwym mistrzu jak jedyny dał radę nakopać w zad mistrzowi Sith. I prawdopodobnie Wojny Klonów miałyby kompletnie inne zakończenie gdyby nie zdrada Anakina.

Niepokojące wiadomości z Haruun Kal docierają na Coruscant. Oto uczennica Mace’a mistrzyni Depa Billaba macza miecz w krwi cywili w wojnie pomiędzy dwoma nacjami zamieszkującymi planetę- Balawai i Korunnai. Windu, jak łatwo się domyślić, nie jest ukontentowany, że jego protegowana zachowuje się jak szanujący się adept Ciemnej Strony. Wyprawia się więc na swą ojczystą planetę i odkrywa, że stanowczo nie jest solą swej ziemi.

Wszystko można ująć w jednym zdaniu. „Czas Apokalipsy” i „Jądro Ciemności” w świecie Lucasa. Mace powoli, nieubłaganie pogrąża się w morku dżungli. Rolę Kurtza przyjmuje z kolei tu lor pelek, czyli szaman ludu Korunnai o imieniu Kar Vastor. Wydawać by się mogło, że przed kim jak przed kim, ale przed samym Mace’m Windu nikt nie stanie z hardą miną. Cieszący się szacunkiem u samego Dooku, bohater Zakonu mógłby stawić czoło sporej armii bojowych droidów, a co tu mówić o jakimś prowincjonalnym szamanie. Vastor to jednak mocna karta. Znakomicie posługujący się Mocą ( nazywaną przez niego pelekotanem ), okrutny i sprawny w walce nie mniej niż Windu, a do tego w pewien sposób z nim spokrewniony. Obaj mogliby być świetnym teamem, ale w tej koniunkcji są dwiema przeciwnymi stronami. Konflikt na dodatek rozgrywa się o kobietę, mimo, iż żaden z nich nie żywi do niej uczucia damsko- męskiego. Jest to raczej pojedynek o ideę, filozofię i wyższe rację, oraz spojrzenie na Moc.

Dość niespodziewanie ukazanie Mace Windu i ciekawa konwencja w której nie ma setek klonów, epickich pojedynków pomiędzy Jasną i Ciemną Stroną, ani szczególnie ważnych dla wojny wydarzeń. Jest tylko osobista rywalizacja, podróż we własny mrok i brutalność lokalnej wojenki, która po włączeniu w konflikt między Republiką, a Konfederacją stała się rzezią. Stover silnie nakreślił nie tylko mistrza Vaapadu i Kara Vastora, ale Billabę, „majora” Nicka Rostu i resztę koruńczyków.

Podsumowanie: Stover to rekomendacja dla każdego fana SF i „Gwiezdnych Wojen” który oczekuje czegoś więcej niż opisów batalii, pojedynków na miecze świetlne i ogromu różnorodnego wszechświata. Autor ten z blockbusterowego hitu jakim był III epizod zrobił głęboko, psychologiczną grę w której uczestniczyło wielu graczy- od Anakina po Padme. Tutaj poszedł krok dalej. Potężnego mistrza Jedi przeciwstawił nieskończonemu, dzikiemu mrokowi. Nie takie w stylu użytkowników czerwonych mieczy świetlnych, ale o wiele bardziej przerażającego. Pustego, pełnego dzikości i okrucieństwa. Skojarzenia z Conradem czy Coppolą nie są tu naprawdę przypadkowe.

 

#183. – „Gwiezdne Wojny część VII- Przebudzenie Mocy” (2015)

Standardowy

Popularność siódmej części Sagi Gwiezdnych Wojen przerosła moje oczekiwania. „Zemsta Sithów” w której było dużo więcej kluczowych wydarzeń nie miała nawet połowy mocy przebicia w mediach jak „Przebudzenie Mocy”. Oto jak działa siła Sieci… Niegdyś fani Star Wars uważani byli za totalnych dziwaków. Dziś lubić SW jest fajnie. Ale fajnie, że Saga Papcia Lucasa ma takie powodzenie. Oby tylko nie sezonowe. Gra Harrisona Forda, efekty Abramsa, kilka nowych postaci i końcówka filmu są bowiem do zapamiętania na długo, nie na kilka miesięcy. A teraz czas na spoilery :)

Minęło trzydzieści lat od bitwy o Endor. Imperium w kształcie jaki był dotąd znany upadło, Sithowie ( teoretycznie ) nie żyją, a Rebelia święci wielki triumf. A tu niespodzianka ! Imperium kontratakuje tym razem na poważnie. Ale co stało się pomiędzy VI, a VII można dowiedzieć się z nowych, nienależących do Legend książek. Teraz Imperium jest już Nowym Porządkiem, stormtooperzy są po małym liftingu i nawet myśliwce TIE nie są jednorazówkami. Jest też typ ubrany na czarna z maską na gębie zwący się Kylo Ren. Na dodatek Luke’a gdzieś wcięło i Sojusz szuka go po Galaktyce nie mogąc znaleźć ostatniego mistrza Jedi. Jednak Moc ma swoje sposoby. W zagadkowy sposób łączy losy starego wygi Hana Solo z młodą dziewczyną imieniem Rey i były szturmowcem Finnem. A potęga New Order nie wydaje się być tak silna jak na początku.

Główny zły, mroczny i z czerwonym mieczem to również koleżka warty wspomnienia. Kylo Ren ( Adam Driver ) na początku wydaje się być godnym następca Maula, Dooku i Vadera. Z biegiem czasu jednak widać, że mroczniejszy jest przeciętny Ewok, a poprzednicy w zaświatach pewnie załują, że nie przeszli/ zostali po Jasnej Stronie. Gębusia narcyza której brakuje jedynie nastoletniego trądziku, zachowanie zbuntowanego nastolatka, idiotyczne rozterki i wątpliwe zdolności szermiercze. Że o władaniu Mocą nie wspomnę. Na szczęście Kylo okazuje się być ledwie uczniem. Choć Maul też był uczniem, a potrafił pokazać rogi. Dosłownie. Ren nie ma nawet połowy ikry swego ojca i matki. Przynajmniej natomiast wiadomo jednak po co mu jelec przy mieczu :D . Ale nawet on nie przebije fuhre,.. generała Huxa. Imperium miała w sobie pewien ornungt, specyficzny germański klimacik, ale na tyle nikły, iż można było go nie zauważyć. Podobieństwo więc do Niemiec z wiadomego okresu było, jak sądzę, nieco przypadkowe. Lucas po prostu chciał ukazać mroczny, zimny totalitarny reżim i niechcący pewnymi elementami składowymi Imperium mógł liznąć stylu III Rzeszy. Abrams natomiast musi być fanem Leni Riefenstahl. Ukazanie głównego generała New Order, jego przemówienie i sposób w jaki je wykonuje. heilujący stormtropperzy, kontrastowe kolory otoczenia, ukazanie potęgi wojskowej w stylu totalitarno- militarnym… Niemiec płakał jak oglądał. A do tego kapitan Phasma. Na plakatach wyglądała jak mężczyzna. Gdy jednak się odezwała… Przyznam, że było to dość szokujące, bo obstawiałem w jej roli nawet samego Boba Fetta. :D

Chwała należy się  Rey ( Daisy Ridley). Bitna i harda dziewczyna z Jakku zajmująca się zbieraniem złomu okazuje się mieć więcej charakteru niż niejeden Jedi. Do tego jest nieco podobna do Padme, co w połączeniu z twardością a la księżniczka Leia tworzy najlepszą damską postać w Star Wars. Finałowy pojedynek z Renem co prawda daleki był od mistrzostwa duelu Skywalker/ Kenobi z III czy Kenobi- Jinn/ Maul z I, ale miał on na celu nie tyle ukazanie efektownego pokazu szermierki co pojedynek osobowości. Mydłkowaty Ren który mimo przeszkolenia dostał tęgie baty od nowicjuszki która jeszcze kilka dni wcześnie dźwigała żelastwo na sprzedaż.

Kolejną postacią o silnej pozycji jest Finn ( John Boyegga ). Widzący okrucieństwa Nowego Porządku szturmowiec dezerteruje. W dość spektakularny sposób przy okazji ratując Po Damerona ( Oscar Isaacs)- podniebnego asa Sojuszu ( wiem, wiem- tutaj inaczej się on nazywa, ale Sojusz brzmi bardziej oldchool’ owo ). Finn rokuje na niezłą postać. Ma w sobie charakterek, nie lubi New Order i coś mi mówi, że nie tylko Rey jest wrażliwa na Moc… Dameron zaś to nieco ulepszona wersja Wedge Antillesa. Mało ukazywany w filmie dowódca Eskadry Łotrów miał w sobie lotniczą odwagę, ale Dameron dokonuje X- Wingiem cudów jakich pozazdrościć mogliby by mu nawet Skywalkerowie.

Nie mogło zabraknąć starej trójcy. Hana Solo, księżniczki Lei i Luke’a Skywalkera. Han jak zawsze jest niezastąpiony. Mimo wieku to postać fenomenalnie niepokorna i waleczna, odegrana po mistrzowsku przez Harrisona Forda. Leia nie jest już młódką, ale jak pani generał prezentuje się walecznie, niczym sama Żelazna Dama. Luke… Luke pojawia się na krótko, ale jego pojawienie się ma w sobie Moc :) . Chewbaccy należy się ukłon za bardziej czynny udział i taką uroczą miśkowatość. Miśkowatość o dwóch metrach, zdolną połamać kręgosłup i strzelać z ciężkiej kuszy laserowej.  A skoro mowa o dawnych bohaterach- C3PO i R2- D2 nadal działają i mają się dobrze :) .Ustępują pola jednak młodszemu koledze- BB- 8 . Złoty robot protokolarny i astromech, jak słusznie zresztą przewidziałem z zacnego duetu stali się jeszcze zacniejszym triumwiratem.

Ren i generał (von) Hux nie są jedynymi badassami w „Pprzebudzeniu Mocy”. Jest jeszcze uber- złodupiec. Ktoś w stylu Palpatine, przypominający jednak olbrzyma z mistycznych gór zwący się głównodowodzący Snoke . Właściwie to nie wiadomo czy jest on olbrzymem bo ukazuje się jedynie hologramowo. Równie dobrze może być drugim Yodą… Jednak to kim dokładnie jest i skąd potrafi władać Ciemną Stroną pozostaje zagadką.

 Abrams wielokrotnie nawiązuje do „Nowej Nadziei”. Można nawet posilić się na twierdzenie, iż na szablonie IV epizodu zbudował VII. Droid którego szukają szturmowcy na pustynnej planecie. Ucieczka z niej na „Sokole Millenium”. Egzekucja planet(y) i kolejna wersja „Gwiazdy Śmierci”. Śmierć fajnego starszego pana która motywuje do dalszych działań. A nawet występuje ona podwójnie. Jedna jest motorem dla Damerona, druga dla Finna i Rey. Ja jednak twierdzę, iż reżyser celowo nawiązał do pierwsze wyprodukowanego filmu spod szyldu Star Wars po to, by dosłownie obudzić moc Sagi. Większość fanów kocha ją nie za potężny Zakon Jedi i Wojny Klonów, a właśnie za „Sokoła Millenium”, dojrzewającego do roli Jedi Luke’a i postaci jak Han Solo czy charakterne roboty. I to reżyser ukazał. W nowym, charakterystycznym dla niego stylu. Co przyniosło przy okazji znakomite efekty, pracę kamery, dynamikę jakiej nie było nawet w I- III części. No i cholernie podobają mi się odnowieni trooperzy. Może nie tak bardzo jak clone troopers, ale ich ulepszenia dało im bojowego pazura. No i w końcu trafiają do celu i nie są starwarsową wersją kitowców na jeden cios.

Podsumowanie: Dawno nie miałem aż tak mieszanych uczuć do filmu. Z jednej strony „Przebudzenie Mocy” ma w sobie moc trylogii IV- VI. A z drugiej to dzieło kompletnie inne, bardziej odmienne niż I- III. Wiem, że i tak za jakiś czas spojrzę inaczej na ten film. Pozytywniej. Świeżej. Otoczka jaką budowano na długo przed premierą filmu nieco zabiła we mnie ducha ekscytacji, a fakt wycięcia w pień całego dorobku książkowo- komiksowego tego nie poprawił. Dzieło Abramsa jednakowoż jest filmem wartym obejrzenia, a przede wszystkim warte reszty Sagi.

#182. – „Gwiezdne Wojny część VI – Powrót Jedi” (1983)

Standardowy

Imperium wypędza Sojusz z Hoth, Han zostaje pojmany, a Luke dowiaduje się prawdzie o swoim ojcu. Przy okazji tracąc dłoń. Wniosek jest jeden- Rebelia przyparta do muru. Flota Sojuszu błąka się po Galaktyce, Han Solo służy jako  rzeźba lodowa u Jabby Hutta, a Imperium w najlepsze buduje Gwiazdę Śmierci II. Do tego Vader ma smukłego i lśniącego nowością niszczyciela nowej klasy „super” -”Executora”. Gorzej być nie mogło. Jednak Rebelianci to nie byle kto. Dowiedziawszy się o budowie drugiej Gwiazdy Śmierci zwierają szeregi, aby powtórzyć sukces spod Yavina. Pierw jednak muszę odzyskać swoich ludzi. A raczej odmrozić.

Lucas dawkuje akcję mądrze i bez zbytniej przesady. „Powrót Jedi” rozpoczyna się tam gdzie „Nowa Nadzeja”. Na Tatooine, lecz w nieco mniej przyjaznych okolicznościach. Han w karbonicie chwilowo odrywa rodzeństwo Skywalkerów i spółkę od wojny z Imperium. Co nie oznacza nudy i przeciągania fabuły. Brawurowe wydarzenia w pałacu Jabby i nad jamą Sarlacca dorównują późniejszym scenom na Gwieździe Śmierci II i wokół niej. Tatooine jednak ma coś w sobie.

Bitwa o Endor jest bez wątpienia najlepszą kosmiczną batalią ukazaną w „Gwiezdnych Wojnach”. Do akcji wkraczają ciężkie okręty Sojuszu- Mon Calamari, koreliańskie fregaty i inne w tym te zdobyczne na Imperium. I oczywiście najpiękniejszy z nich- MC80 „Home One”. Ustępujący gabarytami jedynie superniszczycielowi Vadera. Ale równie piękny. :) Szczególnie gdy wraz z rebeliancką flotą wychodzi z nadprzestrzeni. Nie na darmo często porównuje lucasowe okręty do podmorskich kolosów.

Finalna walka na miecze świetlne między ojcem i synem oraz powrót Anakina Skywalkera to coś co warto zapamiętać. I to powrót Anakina Skywalkera takiego jak nigdy przedtem. Nie pełnego nie zawsze rozsądnej odwagi wojownika, bohatera Republiki, a rycerza Jedi który ostatecznie znalazł spokój i wybrał słuszną ścieżkę. Można by dyskutować czy Vader odkupił swe winy jednym czynem, który na dodatek miał zrobić lata temu, podczas na Coruscant. Chyba jednak nie znajdzie się aż tak mroczne indywiduum które nie odpuści grzechów Vaderowi. Nawet sam Palpatine by przebaczył. :D

W tym samym czasie Han, Chewbacca i pozostali mają swe zadanie na Endorze, gdzie spotykają niezwykłych sojuszników. Można by rzec, że pluszowe misie z dzidami też miały swój udział w poharataniu Imperium. Najbardziej wymowna scena to ta, gdy jeden z Ewoków gra na osobliwych bębnach. Storm- bębnach.

Podsumowanie: Nikt nie przypuszczałby, że po wydarzeniach nad Endorem i śmiercią kilku ważnych dla Imperium ludzi podniesie ono jeszcze swój łeb i doprowadzi do wydarzeń „Przebudzeniu Mocy”. Którego to filmu premiera już jutro :). Mimo mojego narzekania na brak książkowych postaci jestem ciekawe co zaprezentuje Abrams i Disney.

Rzecz o… fantastyczności „Gwiezdnych Wojen”

Standardowy

Wszędzie gdzie tylko nie spojrzeć można natknąć się na produkty, akcje promocyjne i wszelkiej maści eventy związane z nadchodzącym VIII epizodem. Po dosyć chłodno przyjętych częściach I- III stanowi on, nomen omen, nową nadzieję dla fanów Sagi Lucasa. Początkowe śmieszki z charakterystyczne miecza Kylo Ren’a czy nowego astromecha BB- 8 zastąpiła ciekawość, a w końcu i niecierpliwe oczekiwanie. Do tego wiele pytań na które producenci nie mają zamiaru odpowiadać. Co z Luke’iem? Jak to się stało, że Imperium jakoś się pozbierało? Kim są sztandarowe postaci ?

 Od niszczyciela do lajtsajbera

Gdy byłem dzieciakiem ten aspekt „GW” była dla mnie zachwycający. Z czasem jednak zacząłem zadawać sobie pytania. No mają oni potężne okręty na miarę „Executora”, mają stację kosmiczną zdolną niszczyć planety… Ale czy ktoś słyszał o jakimś bardziej rozwiniętym SI ? Holonet również nie jest jakoś szczególnie podkreślaną siecią informacyjno- komunikacyjną. Właściwie to dopiero zaczął liczyć się podczas konfliktu z Yuuzhan Vongami. Poza tym co z cyborgizacją ? Większość postaci jest w pełni biologiczna. Można powiedzieć, że jednostki są w jakimś stopniu zcyborgizowane. A i to na zasadzie łapki, nóżki czy oczka. Nie ma pełnej hybrydy człowieka i maszyny, a o takich cudach biotechnologii jak chociażby w „Ghost in the Shell” można pomarzyć. Oczywistymi skojarzeniami z cyborgami są sam Darth Vader i generał Grievous. Obaj jednak byli nieco przymuszeni do przybrania pół- maszynowej formy. Prawdziwym cyborgiem jest nie kto inny jak poczciwy i nie rzucający się Lobot z Bespinu.

Jednak czy cyberprzestrzeń o kolejny świat w stylu Gibsona byłby tak innowacyjny jak wizja Lucasa ? Reżyser pokazał, że można nieźle pokierować sajfajową fabułą bez kowbojów sieci, esp- erów, skomplikowanych pół- boskich SI i

Do technologi zalicza się też gwiezdna flotylla. W sporej części obsługiwana manualnie. Bez podłączeń do mózgu czy układu nerwowego. Potężne niszczyciele w których na stanowiskach turbolaserów siedzą ludzie z całkowicie niezmodyfikowanymi żadnymi wszczepami umysłami. Myśliwce szybkie jak diabli, a do pomocy ludzkiej części załogi służył jedynie robocik R2- również nie skoordynowany z pilotem. I to w niektórych myśliwcach- podstawa floty Imperium, czyli myśliwce TIE/F ich nie posiadały nie tylko atromechów, ale też osłon, systemów podtrzymywania życia, hipernapędu… Ale miały takie fajne baterie solarne nie ? :D Mówiąc prościej- doktryna Tarkina w pełnej okazałości.

Podobnie obydwie „Gwiazdy Śmierci” były sterowane ludzkimi rękami. Z pomocą komputerów i wszelkich udogodnień, ale biorąc pod uwagę kardynalność tego przedsięwzięcia i jego skalę pierwiastek ludzki powinien mieć w nich tylko rolę kontrolną. Chociaż z drugiej strony… Gdyby jakaś SI przejęła kontrolę nad tym kosmicznym monstrum- ojciec i syn szybko podali by sobie swoje mechaniczne dłonie.

Zadać sobie należy jednak następujące pytania. Czy „Sokół Millenium” nie jest najwspanialszym statkiem w całej galaktyce ? Czy X- skrzydłowce nie mają tej bojowej siły niczym Spitfire’y czy Mustangi z II WŚ ? Czy niszczyciele typu Imperial nie wyglądają jak majestatycznie sunące morskie lewiatany ? I czy „Gwiazda Śmierci” nie jest lepsza niż niejedna planeta ( mimo, że nią nie jest) ?

Jest jednak coś czego podważanie nienaruszalnej pozycji jest grzechem za który siedzi się w specjalnym kotle w piekle. Elegancka broń na bardziej cywilizowane czasy. Miecz świetlny. Broń szlachetna ( jak każde ostrze- od japońskiej katany po najdoskonalszą szablę husarską ) i śmiertelnie groźna w rękach wprawionego w szermierce wojownika. Groźna też dla samego jej użytkownika. Jedno omsknięcie i ciach szermierz w piach. Tym bardziej właśnie ostatnimi czasy szokuje miecz Rena. O ile dwuklingowe ostrze Dartha Maula było praktyczne ( o czym boleśnie przekonał się Qui- gon). O tyle świetlny „jelec” wydaje się być nieco masochistyczny. Mało który krytykant broni Kylo Rena zauważył, iż Hrabia Dooku stosował miecz o zakrzywionej rękojeści, a kolor klingi ostrza Mace’a Windu teoretycznie nie powinien istnieć. Ale chyba każdy chciałby mieć takie cudo tylko dla siebie. Nawet z jelcami.

Planety i ich mieszkańcy

Nie dziwi nikogo, że w jednej galaktyce jest od groma planet zdatnych do życia i zamieszkałych przez inteligentne, w sporej części humanoidalne rasy ? Wystarczy spojrzeć na Radę Jedi, główne postaci Sojuszu Rebeliantów, nawet postaci historyczne Starej Republiki. Spora część z nich to ludzie, a ci którzy nimi nie są, nie różnią się od nich w znacznych stopniu. O ile pamiętam tylko Imperium stosowało zasadę supremacji ludzi. Trzeba było być naprawdę geniuszem na miarę Thrawna, aby wykonywać czynności inne niż służalcze i marginalne. Jakim więc cudem nie  chociażby dwudziestoprocentowej reprezentacji nieco bardziej egzotycznych ras ? Do tego dochodzi oddychanie tą samą mieszanką gazową co ludzie, umiejętność opanowania w różnym stopniu ludzkiej mowy, tutaj nazywanej basic’iem. Choć to ostatnie nie zdarzało się często- Chewbacca zawarczał by potwierdzająco.

Pozorna prostota ras i nadzwyczaj spora liczebność zamieszkałych planet jest jednak dużo, dużo lepsza niż nudny, dołujący ultra- realizm innych SF. Gdzie floty bojowe ślimaczą się kilka lat z jednej na drugą planetę. Gdzie ras jest garstka i co jedna to bardziej się nienawidząca. Gdzie planety mają dziwaczny ekosystem i jak coś nie zeżre to przydepcze, a jak nie przydepcze to weźmie do niewoli  z dużą możliwością zeżarcia. No może Tatooine ze swoimi dwoma słońcami, smokiem Krayat, Sarlakiem, Tuskenami i Jabbą na dokładkę nie jest dogodnym miejscem do życia i chyba tylko Skywalkerowie dają radę się tam wychować i stać się kimś na skalę galaktyczną. Ale takie Naboo ? Aldeeran ? Coruscant ( a przynajmniej jego wyższe poziomy ) ?

Jedi i Sithowie

 Nieodłącznym elementem świata „Gwiezdnych Wojen” są władający Mocą Jedi i Sithowie. Jaśni i Ciemni. Wojownicy stojący ponad wszystkimi, potrafiący czynić cuda, będący swego rodzaju herosami. Wkład jednych jak i drugich w kształt cywilizacji w galaktyce Lucasa jest niebagatelny. Również ich podział na złych i dobrych jest dość oczywisty- nieco wręcz bajkowy. Jedi od wieków strzegli Republiki. Wraz z ich upadkiem zakończyła swój żywot Stara Republika. Sithowie- cóż ich geneza nie jest tak prosta. To nie tylko Naga Sadow i Korriban. Nie tylko Darth Bane i reguła dwóch. Nie tylko Sidious i Vader. Sithowie to mroczny cień galaktyki. Wojownicy niejednokrotnie równie honorowi co Jedi, jednak ich metody, konsekwencje ich działań i wpływ Ciemnej Strony na serca jej adeptów sprawia, że ciężko opisać ich jako postaci pozytywne. Mimo to Imperium stworzone przez Dartha Sidiousa była sprawnie działającym mechanizmem i jak by nie patrzeć- no miało styl… Nie jak połatana i odrapana Rebelia.

Rycerze Jedi i Lordowie Sith są jak dobrzy i źli, nomen omen, rycerze. Jedni wykorzystują swą siłę, aby być obrońcami, drudzy by dominować nad szaraczkami w całej galaktyce. Obie te frakcje od wieków zwalczały się niemiłosiernie ( Sithowie nawet między sobą). Wzajemne współistnienie nie wchodziło nigdy w grę. Wyjątkami były przypadki przymusowego zawieszenia broni, bądź gdy jedni nie wiedzieli o drugich. Woda i ogień. Dwa sprzeczne żywioły które jednak muszą istnieć obok siebie.

Bohaterowie 

Mocną stroną „Gwiezdnych Wojen” są postaci. Han Solo kojarzący mi się nieco z bohaterami westernów. Obi- wan Kenobi w obu wydaniach. Luke Skywalker- początkowo chłopek- roztropek z Tatooine, później mistrz Jedi. Leia Organa- zaprzeczenie stereotypu księżniczek. A epizody I- III ? Mace Windu- Jedi który pogoniłby pół Zakonu Sith. Hrabia Dooku- elegancki i niebezpieczny były mistrz Jedi, szermierczy as. Generał Grievous- cyborg- megaloman, a zarazem dość przerażająca postać. Bohaterowie wrzuceni do „Legends”, a którym hołd należy się osobno. Są też postaci łączące obie trylogie- Yoda- mały, wiekowy, ale jak podskoczy, jak się zamachnie… Flip i Flap w wersji mechanicznej- C2PO i R2- D2. O nich nie muszę pisać. O nich trzeba wiedzieć. Czekać należy na BB- 8. Ta mała kulka jeszcze zaskoczy :).

Fantasy SF

Wszystko powyższe nie ma na celu zdyskredytować sagi Papcia Lucasa. Ma ukazać jej niezwykłość, niebanalność i baśniowość. Myślę, że na tym polega magia Star Wars. Nie znajdzie się tam wielkich refleksji, odbić ludzkiej mentalności kilkaset lat w przyszłość. Dywagowania nad rozwojem społeczeństwa w dobie lotów galaktycznych, w stosunkach z innymi rasami. Odnajdzie się za to przygodę, legendarne pojedynki i bitwy. Całą Galaktykę.

Pozornie wszystko można uznać za naiwność, głupotę lub nawet kpinę z szanującego swój intelekt fana SF. Jednak „Star Wars” to coś kompletnie innego niż reszta gatunku. To mitologia. To baśń opowiedziana z rozmachem space opery. Słowa „dawno, dawno temu w odległej galaktyce” nie są tylko pustymi frazesami mającymi oczarować widza. Są wstępem, preludium do magicznego świata George’a Lucasa.  Świata który łączy w sobie futuryzm SF z baśniowością fantasy. Tworząc niezwykłą mieszankę heroicznych wojen,

I na sam koniec- myślę, że „Star Wars” można uznać za kompletnie odrębny gatunek SF. Pozornie będący klasykiem gatunku jako jego głównego nurtu, ale też sam w sobie stwarzający jego nową gałąź. Wydającą owoce o  prostszym smaku, ale słodkie i sycące, nasłonecznione dwoma słońcami Tatooine, ochłodzone nieco lodową pustacią Hoth, a zarazem rozpalone gniewem wszystkich Lordów Sith i wolą walki Jedi.

PS: Smutne jest jednak to jak został potraktowany książkowy dorobek „Gwiezdnych Wojen”. Oznaczenie etykietką „Legends” to za mało na opowieści jak originy Lando i Hana, powrót Palpatine’a, trylogia Wielkiego Admirała Thrawna, inwazja Yuuzhan Vongów. Również postaci takie jak Anakin Solo, Jacen i Jaina Solo, Exar Kun, rodzeństwo Daragon, Kyp Durron,  Thrawn i wiele innych nie pojawią się raczej w filmowej sadze. Cóż… Przynajmniej nikt nie będzie narzekał, że film jest kiepską adaptacją książki.:D

#166. – „Gwiezdne Wojny część V – Imperium Kontratakuje” (1980)

Standardowy

Siódmy epizod „Gwiezdnych Wojen” tuż, tuż, a mój cel zrecenzowania poprzedzających go części w lesie. I to endorskim . Czas więc na piątą część sagi Lucasa- „Imperium Kontratakuje”. Część wskazywana niejednokrotnie jako ta najlepsza. Mimo braku wielkich bitew czy wielkich szermierczych pojedynków sporo w tym racji.

Wygrana w bitwie o Yavin i zniszczenie Gwiazdy Śmierci było tylko rozjuszeniem imperialnej bestii przez Rebelię. Imperator wciąż miał ogromną przewagę militarną, polityczną i organizacyjną. Co widać w bitwie o Hoth. Na mroźnej planecie mimo potężnego działa jonowegobroniącego bazy przez Star Destroyerami, hartu ducha rebelianckich pilotów ( w urokliwych Snow Speeder’ach ) Sojusz ulega ofensywie walkerów AT- AT i zmuszony jest do kolejnej ewakuacji. Tutaj ścieżki głównych bohaterów się rozwidlają. Han i spółka udają się na Bespin do przyjaciela przemytnika, Lando Calrissiana. Luke zmierza ku Dagobah by dokończyć swój trening Jedi u wygnanego Yody.

Film obfituje w szereg kultowych  batalii, motywów i postaci. Zamrożony w karbonicie Han Solo, całokształt kształcenia mistrza Yody, pojedynek i finalny dialog ojca i syna, bitwa na Hoth. Oraz sama finalna scena w której mamy okazje zobaczyć Luke’a i Leię patrzących przez iluminator fregaty medycznej na coraz bardziej zmierzającą do ostatecznej potyczki przyszłość.

Postaci w V epizodzie są równie zacne jak Han czy Darth Vader to wymienieni  powyżej Lando i Yoda, łowca nagród Boba Fett czy debiut Imperatora. Który jednak w tym swoim przydużym kapturku, pomarszczonej buźce i z łamiącym się głosem wydaje się być cierpiącym na demencję i koklusz dziadygą w porównaniu z Lordem V. Darth Vader bowiem w tej części gra kluczową rolę. On jest mózgiem operacji na Bespinie, on bezpośrednio kontaktuje się ze swoim synem. Bądź co bądź niszczycielem GŚ- oczka w głowie Imperatora. A co do samego pokazu szermierki w wykonaniu Skywalkerów. Słowa Lorda V skierowane do Luke’a są… Cóż to najlepsze wyznanie prawdy w historii kina :) . Pamiętne „NOOOOO!!!” pięknie zlewa się z tym samym pełnym niedowierzania o bólu okrzykiem z „Zemsty Sithów”. Jak Skywalkerowie zaprzeczają to zaprzeczają :D.

Kolejny raz pokłon w stronę projektantów scenografii, kostiumów i całokształtu realiów świata „Star Wars”. Dzięki nim uniwersum Lucasa jest jedyne w swoim rodzaju, oryginalne, innowacyjne od całej reszty gatunku sajfaj. Pewne elementy mogą być zbieżne, lecz- albo nie da się po prostu inaczej, albo były to produkcje późniejsze, nieco kopiujące od mistrzów z LucasFilm. Potężne niczym prehistoryczne gady AT- AT, Bespin, czyli miasto w chmurach z tymi zabawnymi Twin Pod Cloud Car, Hoth- Wampa i Tautany, zbroja Fetta mająca w sobie urok szlachetnego zużycia jak i drapieżne linie. Sam Fett przypomina mi samotnego rewolwerowca rodem z Dzikiego Zachodu.

Podsumowanie: „Imperium Kontratakuje” dla niektórych jest czymś „pomiędzy”. Niby wydarzyło się w nim sporo, no ale… Ale to tutaj jest wszystko co ująć można esencją sagi Lucasa. Klimat, muzyka, postaci fabuła z lekką dozą humoru, baśniowości, mitycznej opowieści i najlepszego przykładu nurtu SF. Film jest fabularnym zamknięciem, ale ten niedosyt właśnie daje większego smaku następnej części, która mimo, iż bardziej widowiskowa, stoi stopień niżej od „Imperium Kontratakuje”. Jeśli ktoś chce jednak zacząć oglądać sagę polecam albo I albo IV epizod. Po coś ta chronologia jest, a nie skumanie niektórych wydarzeń i motywów może ująć sporo nawet najlepszemu dziełu.