#216. – Geoff Johns, Ivan Reis, Doug Mahnke, Rod Reis – „Liga Sprawiedliwości: Wieczni Bohaterowie”

Standardowy

Historia ta dzieje się w czasie trwania akcji „Wiecznego Zła”. Sytuacja jest więc następująca- większość Ligi i jej sojuszników jest wyautowana przez Syndykat Zbrodni. W walce z nimi stają Luthor i jego banda złoczyńców z dodatkiem Batmana i Catwoman. Aczkolwiek nie o nich mówi ten komiks. Mowa w nim o Cyborgu i o tym jakim to cudem powrócił w pełni sprawny po porzuceniu przez Sieć. Fakt dość istotny, gdyż jego sytuacja przedstawiała się nie najlepiej. Ale od czego jest ojciec mający dostęp do tych i owych fruktów pozaziemskich cywilizacji ?

Kluczową rolę pełnią tu grupa znana jako Metal Men. Grupa androidów stworzona przez Dr Magnusa która jak na swój „gatunek” jest dosyć oryginalna. Nie bipczą, nie składają się z tysięcy zębatek i mikro- nie wiadomo czego. Są, jak mówi nazwa, metalami. Nie takimi z gitarami. Normalnymi, chemicznymi metalami. A konkretniej Złotem, Platyną, Rtęcią, Cyną, Żelazem i Ołowiem. Każde z nich ma swoje właściwości i charakter. I nie mam tu na myśli ich cech wypisanych w układzie okresowym Dimki Mendelejewa. Dla przykładu- Platyna to kokietka mająca ciągoty ku swemu stwórcy, Złoto to pyszałek i narcyz, a Ołów jest ociężały zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Sposób w jaki również przedstawieni wizualnie zostali Metal Men oczarowuje. Plastyczni, przelewający się i mający cechy fizyczne pasujące do swej natury. Rysownicy oddali więc to o co chodziło scenarzyście. Pełna różnorodność połączona z przemyślaną i ciekawą wizją.

Obecność jednego jedynego Cyborga i ledwo co wprowadzonych w realia New 52! tworów Magnusa może wydawać się nieco uboga. Dodatkowo są więc originy członków Crime Syndicate. I nie są to banalne historie stworzone na zasadzie odwrócenia początków członków Ligi. Zbrodnicze początki Owlmana, nieludzka boskość Ultramana czy psychopatyczny związek Johnny’ ego Quicka i Atomici perfekcyjnie oddają mentalność i otoczkę członków tegoż złowieszczego ugrupowania Uważny czytelnik „Wiecznego Zła” zastanawiał się zapewne skąd wziął się Black Adam skoro dotąd w był w formie sproszkowanej. Tutaj znajdzie odpowiedź. I przyznać trzeba- poprzednik Shazama to nielicha postać…

Podsumowanie: Tom zdecydowanie słabszy od poprzedniego, jak i od dziejącego się równolegle „Wiecznego Zła”. Jest bardziej tie- inem w stylu „Wojny w Arkham” niż pełnoprawną kontynuacją wydarzeń z „Trójki”. Mimo to podoba mi się podniesienie statusu Cyborga. Co prawda mógł zacząć działać samodzielnie dopiero, gdy całą resztę niemal trafił szlag, ale Johns pokazał jego potencjał w godny sposób. No i grupa Metal Men. Nie jest to pierwszoligowy skład, zdolny dorównać kiedykolwiek JL czy zaprzyjaźnionym grupom, ale jako wyjście awaryjne, czy pozornie niepozorni sojusznicy może osiągnąć wiele. Komiks dla fanów wydarzeń związanych z „WZ”. Kogoś kto chce jednak przeczytać komiks z większą zawartością Ligi w Lidze, a poznać dodatkowo androidy Magnusa odsyłam do „Sprawiedliwości”.

#198. – Geoff Johns, David Finch, Richard Friend – „Wieczne Zło”

Standardowy

Zawsze wiedziałem, że wiele wpadek w moim życiu nie jest z mojej winy. Spóźnienia w pracy, szkolno- uczelniane wpadki, sprzeczki z bliskimi. To naprawdę nie moja wina. Odpowiada za nie zły brat- bliźniak z innego wymiaru… Brzmi absurdalnie ? Odrobinę, ale wizja Johnsa w „Forever Evil” jest naprawdę ciekawa. Dotąd uznawana za wzór wszelkich cnót i prawości Justice League wydawała się niepokonana. Nawet dam Darkseid dostał manto od zjednoczonych herosów DC. Do czasu, aż puszka Pandory została otwarta i otwiera drogę z równoległej rzeczywistości wielkiemu złu. Z twarzami herosów. Dosłownie. Zamiast Supermana pojawia się Ultraman. Miejsce Batmana zajmuje Owlman, a na pozycji Flasha znalazł się Johnny Quick. O nich za chwilę.

Kto więc staje się obrońcą ludzkości, gdy ci którzy bronili jej dotychczas przepadają, a na ich miejsce wlazły ich złe substytuty ? Jak się okazuje nie wszyscy herosi znikają z radaru. Przetrwał ( a jakże by inaczej ) Batman i Catwoman. Ale cóż mogą poradzić ubrana za nietoperza i kota para ? Na pomoc przychodzi Lex Luthor ze swoim nowym podopiecznym Bizzaro. Wątek z klonem Kal- ela jest dość ciekawy. Relacja między nim a Lexem jest karykaturalnie ojcowsko- synowska. Poza głównym oponentem Supermana przeciw Syndykatowi występują również Sinestro, Black Adam, Captain Cold i Black Manta. Koalicja jest więc dosyć zróżnicowana. Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem.

A teraz nieco o samym Syndykacie. Zbiorowisko to barwne, ciekawie przedstawione jako kontrast Ligi. Ultraman żre kryptonit, i ucieka przed słonkiem jak pospolity wampir. Superwoman daleko do godności Wonder Woman, zaś zagadkowe imię Lois budzi pewne skojarzenia. Owlman to odpowiednik nie tyle Bruce’a co Thomasa Wayne’a. Nie jest jednak wyjaśnione czy chodzi o tatka Mrocznego Rycerza, czy należącego do Trybunału Sów brata. Power Ring to strachliwy, histeryczny żywiciel pierścienia, odpowiednik Hala Jordana. Żywiciel, gdyż jego broń nie jest narzędziem posłusznym jego woli, a pasożytem mającym swoje, często dość odrębne od niego zdanie. Johnny Quick- psychopata i sadysta z prędkością Flasha. Atomica- zdrajczyni JLA i JL oraz kochanka Quicka tworząca z nim duet przy którym Joker i Harley wydają się być całkiem ok. Deathstorm- mroczna wersja Firestorma ze skłonnościami szablonowego szalonego naukowca. I Sieć. Ten kto czytał „Trójkę” wie o kogo chodzi i czym/kim po części ów jegomość jest. Wspomniani są inni członkowie którzy polegli w walce z tajemniczym przeciwnikiem, zaś na chwilę pojawia się zła wersja Aquamana. Z nim nieco więcej do czynienia będzie miał Constantine i spółka. No i nadprogramowy przybysz. :)

„Forever Evil” to dość brutalna opowieść o nieprzewidywalnym scenariuszu. Johns sprawnie przeniósł Syndykat Zbrodni w realia New 52! nie udziwniając i nie zmieniając jego składu. Kreska Fincha odpowiednia podkreśla napiętą, kryzysową sytuację, a sceny walk są dobrze ukazane. Bez cenzury. Sam pomysł aby stworzyć sojusz między Luthorem i znaczący badassami, a dość radykalnym w stosunku do nich Batmanem jest dobrze zrealizowany. Moment w którym Wayne oznajmia, że on będzie dowodził, czy chwila w której Lex mówi do siebie, iż powstrzymanie ekscesów Syndykatu do robota dla Supermana zapadają w pamięć. Jest kilka logicznych wpadek, jak przesuwanie księżyca przez Ultramana w celu zasłonięcia Słońca, ale… Wygląda to majestatycznie i podkreśla złodupstwo grupy. :D

Podsumowanie: Echa „Wiecznego Zła” rozbrzmiewają w innych, niezłych historiach. Do tego dochodzi pojawienie się nowego, ciężkokalibrowego przeciwnika. Poza tym chyba nie tylko ja odniosłem wrażenie, że Lex, Sinestro i reszta nie są złymi herosami i z powodzeniem mogliby zastąpić Ligę. :D Zakończenie komiksu niesie za sobą zapowiedzi, wielu poważnych wydarzeń. Ktoś odkrywa czyjąś tożsamość, ktoś ratuje życie swojemu adwersarzowi, to znowu ktoś ma szansę na nową drogę. Lektura warta uwagi.

#184. – Geoff Johns, Jeff Lemire, Ray Fawkes, Ivan Reis, Doug Mahnke, Mikel Janin- „Liga Sprawiedliwości: Trójka”

Standardowy

Na początek nieco wprowadzenia do całej historii. Liga Sprawiedliwości to niezależna grupa. Nie kontroluje ich żaden rząd czy międzynarodowa organizacja, a członkostwo w niej takich tytanów jak Superman czy Green Lantern dodatkowo jest solą w oku powyższych. Powstaje więc Amerykańska Liga Sprawiedliwości. Zespół założony z inicjatywy Amandy Waller ( w New 52! znacznie uszczuplonej- kojarzącej mi się z niegdysiejszą sekretarz stanu prezydenta Busha Jr.- Condolezzą Rice ) w którego skład wchodzą między innymi Marsjanin Łowca, Catwoman, Green Arrow i Hawkman. Jak łatwo się domyślić dobór członków jest nieprzypadkowy- każdy jest odpowiednikiem poszczególnego zawodnika z JL. W nieco mniejszym, jak dla mnie, formacie. Dodatkowo na horyzoncie pojawia się Shazam. Heros o zdolnościach mających swe źródła w magii i mitologii. Ich całokształtem równy jest Kal- elowi, lecz jego mentalność to umysł nastolatka- Billy’ego Batsona którego Shazam jest alter ego. Kontrolna Liga Sprawiedliwości, potężny heros o temperamencie nastolatka i tajemnicza Pandora przewijająca się na kartach Ligi Sprawiedliwości od samego początku. Nie wróży to najlepiej.

Trójka w tym tytule ma trojakie ( ;P ) znaczenie. Po pierwsze: są trzy Ligi: oryginalna Liga Sprawiedliwości z Supkiem, Batmanem i resztą ferajny. Mroczna Liga Sprawiedliwości pod wodzą Johna Constantine’a o mocno okultystycznym klimacie. I wyżej wymieniona Amerykańska Liga Sprawiedliwości. Po drugie: sama Trójca- czyli wspomniani kilka wpisów niżej Superman, Batman i Wonder Woman. Czołowi herosi DC. Oraz nieco inna trójka postaci- Pandora i jej przeklęta puszka, tajemniczy Widmowy Przybysz oraz Question, zwąca się Trójcą Grzechu. Całe trio zostało niegdyś skazane przed boskie istoty na różnorakie kary za swe czyny. Najgorsza wydaje się być Pandora. Jej artefakt, podobnie jak mityczny pierwowzór, nosi w sobie ukryte zło. Którego wydostanie się doprowadzić może do niewymownego koszmaru. Otworzyć puszkę może albo ktoś o czystym sercu, albo największy padalec. Zamknie on tym samym uwolnione już grzechy i nie dopuści do wydostania się czegoś gorszego. Ale wiadomo jak to bywa z ludźmi- nikt nie jest ani nieskazitelnie dobry, ani stuprocentowo zły.

Wszystko zaczyna się od pozornie błahego incydentu. Shazam pragnie rozrzucić prochy swego arcywroga, Black Adama, na jego rodzinnych ziemiach. Szybko okazuje się, że władzę tegoż kraju nie przepadają za herosami o nawet najbardziej niewinnymi zamiarami. Na miejsce przybywa JL, aby odciągnąć Batsona i załagodzić ów incydent. Za nimi, jak pies po tropie, podąża JLA. Tak więc na miejscu zamiast jednego trykociarza który zapewne szybko by się ewakuował mamy dwie duże grupy. To musi się źle skończyć i właśnie się tak kończy.

Mimo udziału wielu wysokoligowych herosów wszystko wydaje się iść cały czas ku gorszemu. Problemy z kadru na kadr narastają w tempie geometrycznym, a postaci które wyłaniają się z cienia bynajmniej nie wróżą poprawy sytuacji. Konflikt nie następuje też między grupami, a wewnątrz nich. Co prawda w pewnym momencie wydaje się, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane, ale Johns to niezły mąciwoda i nie daje odpocząć peleryniarzom ani na moment.

Rysunki to spory miks autorów. Nie widać diametralnych różnic w ich warsztacie, więc nie ma schodów. A każdemu z nich grupowe szamotaniny w dość posępnych barwach wychodzą nieźle. Poza tym fajnie kontrastują ze sobą członkowie JL i JLA z Mroczną Ligą Sprawiedliwości. Piękni, wymuskani herosi i persony rodem z kina grozy.

Podsumowanie: Wydarzenia z „Trójki” prowadzą bezpośrednio do „Wiecznego Zła”. Świetnej, nieco brutalnej historii z udziałem zupełnie niespodziewanych badassów. Jednak ten tom to również potężna dawka zwrotów akcji, zagmatwanej i magicznej fabuły. Rozmachu wizji i zarazem jej spójności. Johns zdołał bowiem poprowadzić całe stada herosów do finalnego punktu. Nie gubiąc po drodze logiki i linearności wydarzeń.

#138. – WKKM #12 – Geoff Johns, Alan Davis – „Avengers: Impas”

Standardowy

Wszelkie supergrupy łączą w sobie rozmaite charaktery. Od milczków i ponuraków po ekstrawertycznych, pomnikowych harcerzyków. Pierwszy przykład z brzegu- Batman/Superman. I z nieco innego punktu widzenia- tradycjonalista i pan nowoczesny- Cap/Iron Man. Takie przeciwieństwa przyciągają fanów obu konkretnych grup postaci i pozwalają na niebanalną narrację. W „Avengers: Impas” przeciwstawne postaci nie mają ze sobą za dużo do czynienia, lecz rodzaj kontrastu między nimi nie jest do końca szablonowy.

Kluczowymi postaciami są tu Thor i Walet Kier. Pierwszy to stary weteran Avengers, nordycki bóg gromów, a po niedawnych wydarzeniach jedna z silniejszych postaci uniwersum Marvela. Blondas bowiem przejął potęgę swego ojca, Odyna, i wraz z wzrostem mocy wzrosło nieco jego ego. Drugi to żółtodziób którego zdolności zagrażają innym i jemu samemu. Kontrast między nimi jest wyraźny, jednak problemy które przysporzą są podobnej skali.

Thor to nerwowy chłopina. I dosyć staroświecki. Na tyle, że gdy po latach słyszy modlitwy skierowane w stronę jego asgardzkiego majestatu odbija mu palma i przypomina mu się, iż jest bogiem, a nie tylko facetem od robienia piorunów latającym za innym facetem ubranym w amerykańską flagę i kolejny w pancernym wdzianku. Kłopot w tym, iż modlitwy nadchodzą z kraju sąsiadującego z Latverią, gdzie ludzie klepią biedę, a rządzi nim marionetka Dr Dooma. Chcąc nie chcąc w boski żywot Thora miesza się element jego codziennego fachu. Nie wszystkim jednak podoba się, że koleżka uciszający burze miesza się w politykę. Co nie przeszkadza mieszać się w to wszystko politycznie poprawnemu Starkowi.

Walet Kier to dziecię pewnego jajogłowego i kosmitki. I po mamusi właśnie odziedziczył niektóre zdolności które po zażyciu specyfiku autorstwa taty sprawiają, że jest chodzącą bombą o silnej mocy. Dlatego też biedaczysko musi spędzać większość doby w specjalnym pomieszczeniu. Z zaznaczeniem, że cokolwiek znajdzie się tam z nim ulegnie zniszczeniu przez jego energię. I tak Jack of Hearts większość dnia spędza w izolacji bez cienia szansy na zmianę. Chyba, że na gorsze. Do tego dochodzą niesnaski z Ant- Manem/ Scottem Langiem i wyalienowanie w grupie. Przykład tego, że wielka moc to nie zawsze wielka odpowiedzialność, a wielki pech.

Obaj panowie, mimo różnic w stażu i rodzaju problemów jakie przysparzają sobie i innym zachowują się nieco jak rozwydrzone nastolatki. Co nieco, ale tylko nieco, jest zrozumiałe. W końcu Thor to bóg i lubi jak się poczuć kimś więcej niż kumplem przemysłowca w puszce i odmrożonego patrioty. Zaś Walet Kier… Facet ma po prostu niefart.

Pojawia się Thorbuster. I jak każdy tego typu pancerz Tony’ego szybko kończy swój żywot nie spełniając najlepiej powierzonego mu zadania. Pan Antoni najwyraźniej nie pojął, iż oręż śmiertelników jest niczym wobec Mjollnira w rękach Thora.

Za rysunku odpowiada Alan Davis, jednak obok tego pana pojawiają się jeszcze się Gary Frank i Ivan Reis. Nieźle prezentuje się nowy wygląd Gromowładnego. Broda, jak na nordyckie bóstwo przystało, mniej patetyczny strój, jeszcze bardziej skrzydlaty hełm i zdaje się, że większe muskuły :D . Davis to klasa sam w sobie, ale koledzy również nieźle się sprawili. Finalne kadry z Waletem autorstwa Reisa czy ludzka strona życia drugiego Ant- Mana kreski Franka. Różnice są widoczne, ale są to autorzy znakomici warsztatowo więc nie widzę zastrzeżeń do mieszania ich dzieł.

Samo wydanie „Avengers: Impas” nie składa się z samych komiksów z serii „Avengers”. Jest to zbiór zeszytów o Iron Manie, Thorze, no i samych Mścicielach. Akcja ładnie się razem wkomponowuje. Jest to też dowód na przemyślane działanie biznesowe wydawcy. Czytelnik aby poznać pełną historię musi nabyć zeszyty z różnych serii, a że każda z nich ma swoją siłę przyciągania… Zacieram rączki na dolarki.

Podsumowanie: Bez wątpienia bardzo przemyślany zamiennik w stosunku do oryginalnej brytyjskiej serii. Świetnie zazębia się z „Upadkiem Avengers” i jednocześnie sporo wyjaśnia. Nie można mu też odmówić walorów samych w sobie. Konflikt Scotta Langa i Waleta Kier. Ambicja Thora i ciche kiełkowanie egoizmu wobec dawnych kompanów w Starku. Mimo pozycji na szczycie w drużynie Mścicieli zaczyna być duszno i tylko wypatrywać nadchodzącej, nomen omen, burzy.

#114. – Geoff Johns, Gary Frank – „Batman: Ziemia Jeden”

Standardowy

Cykl „Ziemia Jeden” miał ukazać początki czołowych bohaterów DC na nowo, w nieco bardziej współczesnych i dojrzałych barwach. Nie oznacza to oczywiście, że założenia przynoszą spodziewany efekt. W „Batman: Ziemia Jeden” z jednej strony geneza Mrocznego Rycerza jest bardziej realistyczna i mroczna, a z drugiej pozbawiona tej charakterystycznej atmosfery i komiksowej akcji.

Na początek czym różni się klasyczne Gotham od tego przedstawionego w dziele Johnsa i Franka ?Burmistrzem Gotham City jest niejaki Oswald Cobblepot. Jest on tutaj bardziej  typem skorumpowanego polityka i watażki niż gangsterem o nieco ptasiej fizjonomii. Gotham zaś jest jeszcze bardziej przesiąknięte korupcją, której to ulega nawet sam Jim Gordon. Zabójstwo Thomasa i Marthy Wayne również pozostaje tajemnicą, lecz w tym uniwersum jest spowodowane zamieszaniem w nie Pingwina.

Niestety Wayne bywa irytujący. Już jego szczenięce wcielenie kontrastuje z klasycznym wyobrażeniem tej postaci. Bruce nie jest ułożonym chłopcem z bogatego domu, a wrednym smarkaczem o postawie roszczeniowo- pretensjonalnej.  Jak wspominałem wiadomy jest tu prowodyr morderstwa Wayne’ów. Tłumaczy to dlaczego młodzieniec przebierający się nietoperza nie chce zmienić miasta, pozbyć się bezosobowej ciemności, a bardziej zemścić się na źródle wszelkiego zła.  Mimo napominań Alfreda młody Wayne pędzi ku kłopotom, boleśnie odczuwając upadki wprost w ramiona ulic Gotham. A sam Pennyworth ? Weteran sił specjalnych Wielkiej Brytanii, człowiek który mimo swego kalectwa budzi respekt i autentyczny szacunek. Wspomnieć należy też o niejakim Harvey’u Bullocku. Tutaj gwieździe policyjnego show emitowanego w godzinach wieczornych. A traktującego Gotham jako wyzwanie, nie zaś jako miejsca gdzie policjanci są przestępcami w mundurach. Chrzest bojowy jaki przejdzie jest widowiskowy, zaś wpływ na Gordona- bezcenny.

 

„Batman: Ziemia Jeden” to pomysłowa wersja alternatywa genezy Zamaskowanego Krzyżowca. Wayne jako nieco mniej doskonały obrońca Gotham, będący raczej mścicielem niż strażnikiem. Alfred nie jest eleganckim kamerdynerem, a hardym weteranem będącym ojcem zastępczym Wayne’a czy Jim Gordon- zmęczony i złamany glina w którym jednak jest iskierka prawdziwego szeryfa. Opowieść w sam raz na film. Jest na tyle podobna do klasycznej komiksowej historii, iż nie można zarzucać jej nadmiernego odbiegania od fabuły. Równocześnie jest też niezwykle świeża, a sposób narracji pasuje do sprawnie zrealizowanego kryminału.

Gary Frank postarał się jako rysownik i ujął wszystko co w opowieściach z Batmanem jest najlepsze i najbardziej dla niego znamienne. Sprawnie odzwierciedlił odmienność postaci z tegoż uniwersum od swoich pierwowzorów. Pennyworth to krzepki i jakby wyciosany z granitu były wojak podpierający się jedynie laska, zadawałoby się, dla nonszalancji. Pingwin zachował swe charakterystyczne cechy zewnętrzne jak długi nos i sposób ubierania się, lecz jest bardziej… medialny. Gdyby napisać scenariusz w którym Cobblepot to żądny sprawiedliwości człek, ta wersja nadawałaby się idealnie. Czyżby nie tylko DT miał ekspertów od wizerunku ? :D Klimat rysunków Franka jest batmanowo- mroczny, zaś niektóre kadry wręcz proszą się o plakaty. I to nie tylko te z Batmanem, ale chociażby kadr ze złym gliną Bullockiem i złym gliną Gordonem… :)

Podsumowanie: Johns i Frank stworzyli dzieło godne uwagi i zapoznania się z nim, jednak nie na tyle rewolucyjne, aby skreślić klasyczny origin, ani nie na tyle dobre, aby konkurować z New 52. Niewątpliwie główną bolączką jest zbyt słaby charakter Bruce’a i jego brak charakteru. Wiadome są jego motywacje, jednak  są one nieco odmienne od pierwotnych. Intryguje jednak zakończenie i zapowiedź kolejnego, kanonicznego przeciwnika Batmana.

#94.- Geoff Johns, Ivan Reis, Paul Pelletier, Tany S. Daniel – „Liga Sprawiedliwości : Tron Atlantydy”

Standardowy

liga_sprawiedliwosci3

Atlantyda to taka kraina o której każdy chce pisać. A to jakieś skarby, a to klątwa, a to, że niby tam sobie żyją ludki ino w jakiejś niszy czy cuś… Mityczna kraina wspomniana już przez Platona od wieków rozbudza wyobraźnie naukowców, badaczy, jak i również pisarzy. Nie mogło więc jej zabraknąć i w komiksach. I to w produkcjach dwóch gigantów tegoż biznesu- Marvelu i DC. Z dwojga władców Atlantydy wolę jednak marvelowskiego Namora, jednak ten komiks udowadnia, że Aquaman nie jest tylko herosem wymachującym trójzębem i gadającym z rybami.

Historia zaczyna się jednak innym wątkiem. Oto w Central Parku pojawia się Cheetah. Postać której kompletnie nie trawię. Podobnie jak Tigra z Marvela jest kobietą porośniętą futrem ( Cheetah geparda, Tigra tygrysa… Drugi przykład obok Namora i Aquamana, że Marvel i DC lubują się w bliźniaczych postaciach ) z małym bonusem siły, zwinności i wytrzymałości.  Cheetah jednak jest na tyle silna, że radzi sobie Ligą. Całą Ligą. Co mnie solidnie zirytowało, bo jakim cudem bardziej zwierzątko futerkowe niż kobieta radzi sobie z najszybszym człowiekiem świata, Amazonką i Kal- El’em ? KAL- EL’EM ! I BATMANEM ! I… Zresztą nieważne… Trochę mi to przypomniało pamiętnego „Black Panthera” Houdlina…

Tytułowa opowieść traktuje o ataku Atlantów na ląd. I nie jest on kierowany, wbrew okładce, przez Arthura. To w końcu nie Namor co jak znajdzie śniętego gupika rusza szturmem na Biały Dom :D . Winowajcą i dowódcą ataku jest braciszek Aquamana- Orm. Jak to bywa w takich przypadkach- wiecznie niespełniony, zazdroszczący i wyczekujący okazji by brachola zrzucić ze stanowiska i chełpić się monarchią. Jednak nie tylko on będzie tutaj głównym złoczyńcą. Liga która niedawno zeszczuplała o Lanterna i kontuzjowanego przez Cheetah ( taaa… ) Flasha otrzymuje jednak wsparcie ze strony Mery ( żony Arthura ) i herosów awaryjnych. Black Lightning, Hawkman czy Firestorm ożywili nieco atmosferę, która poprzez personalne niesnaski zaczynała przypominać brazylijski serial.

Początkowo myślałem, że brak rysunków Jima Lee radykalnie wpłynie na jakość jakość tegoż tomu. Jednak triumwirat Reis- Pelletier- Daniel naprawdę mnie zaskoczył. Pełne szczegółów sceny w inwazji, znakomicie prezentujący się Atlanci i solidne kolory. Postaci są dynamiczne, nie ma tu baboli, no może poza wodoodpornością fryzur członków Ligi :D .

throne-of-atlantis-101565

Rozwija się również wątek romansu Supermana i Wonder Woman. Trzeba przyznać, że szlachetny, lecz w porównaniu z Wayne’m średnio bystry Clark pasuje do wiecznie nabuzowanej i chętnej do bitki Amazonki. Swoje pięć minut ma też Cyborg. Nie tylko odgrywa on tu kluczową rolę, ale też coraz bardziej frasuje go kwestia jego człowieczeństwa. Brakuje mi tylko Green Lanterna. Jego humor i efektowność robiły swoje…

Liga jednak widząc swą bezsilność wobec poważnego zagrożenia jakim był atak Atlantów musi zacząć rekrutację. I na to liczę w następnym tomie :) .

Podsumowanie: Dobre, pełne akcji, ale również i smaczne fabularnie widowisko spod szyldu JL. Czekam na pojawienie się Shazama i solidnego przeciwnika który nie tylko podtrzyma tempo akcji, ale też pogłębi fabułę.

Ocena: 8,5/10

justice-league-aquaman-throne-of-atlantis

#55. – Geoff Johns, Jim Lee, Scott Williams – „Liga Sprawiedliwości: Podróż Złoczyńcy”

Standardowy

Liga-Sprawiedliwosci-2-Podroz-zloczyncy-_bn40504

W pierwszym tomie opowiadającym o początkach Ligi Sprawiedliwych mieliśmy sprzeczających się ze sobą i całkowicie zielonych herosów przed nie lada przeciwnikiem- Darkseidem. Tutaj zaś otrzymujemy już całkiem sprawnie działającą super- grupę z antagonistą znacznie mniejszego formatu. Choć nadal istnieją wewnętrzne konflikty z pierwszego tomu.

David Graves- autor wielu publikacji o Lidze umiera. Żaden z herosów nie jest jednak w stanie mu pomóc. Choroba postępuje coraz szybciej, a wraz z nią rośnie nienawiść i gniew na JL. Pisarz bowiem tak rozkochał się w drużynie, iż nie pojął oczywistego faktu, że nawet Człowiek ze Stali czy Mroczny Rycerz nie zawsze mogą pomóc. Nie wiem czy autor chciał to przedstawić, ale ukazał dość ciekawy problem. W komiksach bowiem herosi masakrują inter- galaktyczne istoty, magiczne monstra itp, jednak rzadko kiedy działają w mniej przyziemnych sprawach. Sam jednak Graves to postać nijaka.  Wykorzystując wewnętrzne uczucia herosów w kilku momentach daje im nieźle popalić. Swoich niezwykłych umiejętności nabywa paktując ze starożytnymi bóstwami, które nie przypominają bynajmniej brodatych i swojskich Asgardczyków.

Za rysunki odpowiada Jim Lee… Teoretycznie. Pierwszy zeszyt z tomie jest autorstwa Gene’a Ha. Kreska tegoż rysownika jest całkiem ładna, jednak problem tkwi w tym, iż niektórzy ( jak ja na przykład ) oczekiwali całego tomu autorstwa Lee. Nie jest to jednak tak duża wada dla czytelnika który nie jest nastawiony na konkretnego artystę. Również kreska Ha i Lee komponuje się ze sobą na tyle dobrze, że nie ma uczucia przejścia w kompletnie nowy komiks.

Co mnie zirytowało ? Retrospekcje w których ukazany jest Marsjański Łowca, z mgliście wyjaśnionymi przyczynami wydarzeń w których się pojawia. Odniesienia do wydarzeń z innych serii, np Batmana i Trybunału Sów. W tle pojawia się również Green Arrow który gra tu rolę bohatera- przylepy który przez resztę JL jest traktowany jak Kakofonix przez plemię Galów.

skan3-640

Liga Sprawiedliwości tutaj ma wiele misji za sobą i jest w miarę scementowana. Nie wiem jednak, gdzie u diabła, przedstawione są te misje co pozostawia uczucie niedosytu. Warto wspomnieć o początkach pewnego uczucia rodzącego się między dwoma członkami drużyny. I na szczęście nie są to dwaj Zieloni- Latarnia i Strzała… Komiks ten powstał bowiem poza granicami UE :)

Podsumowanie: Tom drugie jest dobry. I tyle. Nic porywające, ani nic czego żałowałoby się zakupu. Dla fanów JL- komiks doskonały. Dla mnie- który nad komiksy grupowe woli solowe występy- dzieło poczytne, choć nieporywające.

Ocena: 7,5

justiceleague-villainsjourney4

#38. – Geoff Johns, Jim Lee – „Liga Sprawiedliwości: Początek”

Standardowy

okladka-450

Z dwóch sztandarowych grup DC i Marvela preferowałem raczej Avengersów, niż monumentalną i zawsze wydającą mi się niemal pół-boską Ligę Sprawiedliwych. Obraz JL w New 52 jednak jest nieco bardziej z krwi i kości. Nie ujmuje grupie ale pozbawia kurzu który zdążył już osiąść na Supermanie i spółce z oryginalnego świata.

Geneza w przypadku supergrup często jest podobna. Ot pojawia się wielki i silny złoczyńca któremu trykociarze nie dają rady z osobna, więc jednoczą siły i dawaj gada w łeb. Tak jest podobnie i tutaj, jednak znakomite dialogi jak i specyficzna relacja pomiędzy członkami formującej się Ligi Sprawiedliwości ubarwia scenariusz. Zadziwił mnie jednak fakt, iż Batman zaskakująco szybko pokazał swoją Wayne’ową twarz.

Kto podoba mi się najbardziej ? Batman to Batman. Bez trudu na przykład pozbawia Lanterna pierścienia w celu oglednego zbadania go :D Zielony zaś jest dosyć pyskaty, a jego egomania jest większa niż siła Supermana, który odnoszę wrażenie, że niewiele się zmienił. Wonder Woman wydaje się być bardziej kobieca i ponętna. Mnie amazonki- więcej kobiety :) Flash ( Barry Allen ) to znajomy Lanterna i cóż- nadal jest szybki :D . Aquaman w kilku momentach przypomina narcystycznego kumpla po fachu konkurencji- Namora. Ośmiela się nawet zaproponować swoje przywództwo. Oprócz genezy całej Ligi otrzymujemy narodziny Cyborga. Bohater ten prezentuje się naprawdę imponująco, a jego rozterki związane z częściowym zastąpieniem ciała elementami syntetycznymi pojawią się również w następnych tomach. Geoff Johns wykonał naprawdę solidną robotę, a Liga pod jego sterami ma duży potencjał startowy. Autor udowodnił też, że potrafi żonglować naprzemiennie akcją i komedią. Ot chociażby docinki Lanterna w stronę Batmana :)

Wspomniany na początku Jim Lee to klasa sama w sobie. Pierwszy tom „Ligi Sprawiedliwości” to nie tylko lektura ważna dla każdego fana DC pod względem wydarzeń w nim przedstawionych, ale też arcydzieła platyczne. Nie wszystko jest jednak zasługą współtwórcy Image Comics. Kolory są naprawdę żywe :) Twory pierścienia Lanterna, stwory z Apokalips, cała wielka rozwałka. Sama okładka już przyciąga uwagę, a herosi wydają się być młodsi, bardziej żwawi, mimo, iż najbardziększa bodaj zmianą jest nauczenie Supermana noszenia bielizny.

skan1-640

Lifting fabularny, jak i plastyczny przynisósł korzyste efekty. JL wydaje się być po prostu grupa herosów, a nie skostniałą radą stojącą na straży świata.

Podsumowanie: Genialny start Ligi Sprawiedliwości w nowym wydaniu. Bohaterowie nie tracą na swojej legendzie, ale wręczy zyskują na odświeżonym wizerunku. Jeśli miałbym porównywać New 52 do marvelowskiego Ultimate, to JL bije na głowę Ultimates.

Ocena: 8,5/10

GalleryChar_1900x900_JusticeLeague_52ab8e54d0a6f0.42170553