#277. – Frank Miller, Bill Sienkiewicz – „Elektra Assasin”

Standardowy

 

Elektra to postać stojąca w innym szeregu niż inne postaci Marvela z kręgu Avengers czy F4. Bliżej jej do Punishera, Deadpoola czy Logana ( zanim został dyrektorem szkoły ) niż do patriotycznego Capa czy moralnego Spider- Mana. Jej metody nie należą do humanitarnych i lepiej nie dawać jej młodym pannom za wzór. Panna Natchios nie zrozumiałaby się z familijną Sue Richards czy opiekuńczą ciocią May. Ta historia jest najlepszym tego przykładem.

Oto Elektra budzi się w szpitalu psychiatrycznym w Ameryce Południowej. Otumaniona medykamentami i majacząca próbuje odnaleźć sens w obecnej sytuacji. Szybko okazuje się, że za jej obecny stan może być odpowiedzialna Hand i istota zwana Bestią. Ale nie horda wojowników ninja, ani tajemnicze byty stają się głównym celem zabójczyni, a pewien jankeski urzędnik. Amerykański ambasadora Reich może już żegnać się z najbliższymi. Ale usunięcie go nie będzie takie łatwe. Na arenę wkracza bowiem S.H.I.E.L.D. w postaci agenta Garretta. Konfrontacja z Elektrą okazuje się dość bolesna w skutkach. Garrett staje się w dużym stopniu cyborgiem i odkrywa, że łączy go dziwna więź z panna Natchios.

To w jaki sposób Miller przedstawia kobiety to temat na długą dysputę. Na pewno nie są to efemeryczne duszyczki wyczekujące na księcia w bieli. Ale nie są to też babochłopy, przy których Caster Semeneya to niewinne dziewczę. Kobiety Millera są seksowne, kuszące i harde. Lecz jednocześnie najlepiej czują się w obecności silnych i walecznych mężczyzn. Seria „Sin City” jest tego najlepszym przykładem, a archetyp famme fatale Millera jest o wiele bardziej rozbudowany niż w klasycznym rozumieniu tego słowa. Uściślając- baba ma kopa, dźwiga gnata, którego normalnie mógłby obsługiwać jedynie Sylvester bądź Arnold, a mimo to ma czułe, namiętne i naiwnie dziewczęce serduszko. Taka jest i Elektra, choć tutaj częściej można zauważyć jej bojową stronę. 

Bill Sienkiewicz ( z TYCH Sienkiewiczów ) stworzył komiks z ilustracjami malowanymi. Jakże jednak inne jest on od dzieł, kojarzonego z tego typu pracami, Alexa Rossa. Brak w nich bowiem dopieszczonych do granic sylwetek i ultra-realistycznych widoków, kadrów, które ukazują herosa w dostojny i monumentalny sposób. Sienkiewicz podchodzi do tego inaczej. Jego barwy nie są krzykliwe. Sylwetki toną w oparach oniryzmu i delikatnej psychodelii, czego najlepszym przykładem jest pierwszy zeszyt. Rysownikowi należy pogratulować  mistrzowskiego wykreowania postaci Kena Winda. Ciągle ta sama, uśmiechnięta twarz kandydata do Białego Domu będąca plakatową, wypacykowaną gębą. Miller zaś kreacją tej postaci udowodnił, że byłby znakomitym spin doktorem kampanii prezydenckiej. Nawet opcji z ramienia Demokratów, którzy często są w opozycji do jego poglądów. Wracając jednak do Sienkiewicza. Twórca pozwala sobie na sporą mieszankę stylów. Obok wymienionych już, zakrawających o  pozwala sobie na proste, niemal dziecięce rysunki, wyraziste plansze ukazujące wspomnianego kandydata na urząd prezydenta  czy kadry rozmieszczone w pozornym chaosie, niczym w „Powrocie Mrocznego Rycerza”.

Podsumowanie: Solidny popis sztuki narratorskiej Franka Millera i graficznej Billa Sienkiewicza. Brawa za umiejętne umieszczenie fabuły w klasycznym świecie Marvela, bez wtłaczania w nią innych wydawnictwa postaci I to nawet tych związanych z Elektrą. Powieść nieco ciężka w odbiorze dla fana prostych dymków, lecz w tym tkwi jej moc. Ciężka, oleista wręcz atmosfera. która mimo swego przytłaczającego charakteru nie pozwala się łatwo oderwać. 

#212. – WKKM #85 – Ben McKenzie, Frank Miller, Klaus Janson – „Daredevil: Naznaczony śmiercią”

Standardowy

Nazwisko Franka Millera jest kojarzone z serią „Sin City”, „300″ kompletną zmianą wizerunku dwóch herosów. Jednym z nich jest Batman ze swoimi „Powrotami Mrocznego Rycerza” i „Rokiem Pierwszym”. Drugi to Daredevil. Postać nie tak wysunięta na czoło bohaterów swego wydawnictwa, ale bez wątpienia należąca do tych najciekawszych. Miller dał Człowiekowi Bez Strachu nowy początek. Sprawił, że z postaci porównywanej ciągle do Spider- Man stał się indywidualnym bohaterem ze swoimi cechami charakterystycznymi. Późniejszy scenarzysta serii na początku zaczynał jednak jako rysownik.

Przygody w „Naznaczonym Śmiercią” są z pozoru typowymi komiksowymi perypetiami komiksowego superbohatera, ale wśród nich znajdują się niezłe momenty. W potyczkę z Hulkiem wpleciony zostaje wątek początku znajomości Murdocka z Benem Ulrichem. Wątek miłosny z Black Widow jest czymś pomiędzy operą mydlaną, a romansem z powieści noir. Niby jest namiętność, niby oboje mają się ku sobie, ale… Na pocieszenie jest fakt, że ani Daredevil, ani Wdowa długo samotnymi nie pozostali.

Pojawiają się też postaci z drugiej, a nawet z trzeciej ligi. Etatowy przeciwnik Spidey’ a- Otto Octavius i postać od czapy- Gladiator. Schizol któremu wydaje się, że żyje w realiach antycznego Rzymu i jest właśnie gladiatorem. I tak Octopus chce zajumać nieco adamantium w dość oczywistym celu polepszenia sobie tego i owego, zaś nieszczęsny Gladiator to postać wręcz obrażająca Człowieka Bez Strachu, a więc nie mam większej chęci rozwijać o co właściwie mu chodzi. Pojawia się też bojownik z korporacją. Jak łatwo się domyślić dopiero pomoc herosa coś zdziałała. Choć pokrzywdzonemu i tak była na nic.

Mocną stroną jest klimat. Nie tylko scenariusz McKenzie’ ego, ale wizualna strona Millera i Jansona tworzą brudny, nocny klimat Nowego Yorku. Który w tym dziele daleki jest od pozytywnych epitetów jakim obdarzał metropolię Sinatra. Kojarzone z wielkomiejskim życiem na wysokim poziomie miasto jest tu pełne niebezpiecznych zaułków przyczajonych w mroku. Miller miał więc mocne wejście. Często zapomina się o jednak Jansonie który jest dla Franka kimś więcej niż przybocznym asystentem. Jeśli nazwisko Millera pojawia się w roli twórcy strony wizualnej obok Jansona można śmiało rzec, że komiks rysował nie jeden, a dwóch autorów. 

Podsumowanie: Nie jest to historia na poziomie „Born Again”, ale nie ma co narzekać. Komiks mimo upływu lat nie ma wad charakterystycznych dla swego rocznika. Narracja nie jest rewolucją, ale nie ma tysięcy dymków, wręcz tabelek które „budują” nastrój. Pozycja ta też jest gratką dla fanów duetu Miiler/ Janson. Twórczość tych panów na przestrzeni lat uległa sporym zmianom, a tutaj jest okazja zobaczyć same początki. W klimatach ulicznych, takich jakie Daredevilowi pasują najbardziej. 

#200. – Frank Miller, Klaus Janson, Lynn Varley – „Batman: Powrót Mrocznego Rycerza”

Standardowy

Setna recenzja miała zaszczyt przedstawić „Strażników” Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa. Na 200- etną rozważałem „Kingdom Come”, „Maus” bądź „Sagę”. Lecz sentyment do Franka Millera i jego nowatorskiego ukazania Batmana zwyciężył. Poza tym  komiks ten  wraz z dziełem northamptońskiego maga zrobił naprawdę wielkie bum w świecie komiksów i nie sposób pominąć czy wpakować go do standardowej recenzji.

Batman nie stoi już na straży Gotham. Jak łatwo się więc domyślić w takiej sytuacji miasto pogrąża się w coraz większym chaosie, samowładztwie  młodocianych gangów i korupcji której nie ulega już chyba tylko Jim Gordon. Gdzie się podział więc Mroczny Rycerz? Wraz z innym herosami wycofał się ze swej działalności pod naciskiem władz. Bruce Wayne nadal jednak trwa. Nie jest to jednak standardowy emeryt. Gdzieś w jego zmęczonej duszy tli się ogień który tylko czeka by wybuchnąć i znów rozpalić symbol nietoperza na Gotham. Bo Batmanem jest się na całe życie.

Słów kilka o realiach „Powrotu Mrocznego Rycerza”. Gotham nigdy nie było sielskim miastem. Mimo sporej liczby herosów przestępcy z Blackgate, świry z Arkham bądź inne persony spod ciemnej gwiazdy siały postrach, ale zawsze udawało się wszystko utrzymać w ryzach. Teraz, gdy Batman jest jedynie miejską legendą i młode pokolenie mieszkańców miasta wstępuje do różnorakich band przestępczych jak Gang Mutantów wręcz tonie ono w mroku. Do tego do bólu liberalne władze pozwalają na swobodę Two- Face’ owi co wydaje się szaleństwem na miarę samego Jokera. Nic dziwnego, że sfrustrowany emeryturą Batman ponownie wdziewa pelerynę i pokazuje, że stary człowiek też może.

„Powrót Mrocznego Rycerza” to nie tylko opowieść o powrocie herosa. To spojrzenie na świat polityki i mediów. Miller w tym przypadku dzieli oba światy na prawą i lewą stronę, ale obie obrywają równo.Wystarczy spojrzeć na poprawnego politycznie do bólu ( o czym sam się przekonuje ) doktora Wolpera czy wygodnickie postawy obywateli . Ale i konserwatyści nie pozostają nienaruszeni. Prostolinijne i nieco naiwne poparcie Batmana czy ukazanie prezydenta USA kropka w kropkę podobnego do Ronalda Reagana jako jowialnego chłopa na tle Gwieździstego Sztandaru wyrównuje szalę pomiędzy obiema stronami sceny polityczno- społecznej.

Mówi się o słynnej rewolucji w narracji jakiej dokonał twórca „Sin City” na łamach tego dzieła. I owszem- jest to rewolucja na miarę tej z  pierwszego numeru „Action Comics”, gdzie ukazano po raz pierwszy Supermana który odmienił oblicze komiksu. Tak jak i „Strażnicy” komiks Millera pokazał czym może być powieść graficzna. Bez rozwlekłych ramek, infantylnych dialogów i patetycznych postaci. Narratorem nie jest tylko Batman zdający sobie sprawę z własnych ograniczeń wiekowych i zmian jakie zaszły w czasie jego nieobecności w Gotham. Są nim też media które z jednej strony zachłystują się tematem powrotu Mrocznego Rycerza, a z drugiej sieją typową kampanię nienawiści wobec niego i jego metod działania którym daleko od miękkiej resocjalizacji w stylu tej Harvey’a Denta. Ciekawie prezentuje się też mentalność Człowieka Ze Stali i Jokera. Pierwszy z nich stał się konformistą, godzącym się na warunki jakie stawiają mu władze. Drugi- ze stanu katatonika w kilka sekund zmienia się w siebie sprzed lat. Niebezpiecznego jak nigdy dotąd trickstera.

Autor ukazał niemal duchową zależność na linii Joker- Batman. W czasie stanu spoczynku Mrocznego Rycerza jego przeciwnik przebywał w Arkham. Nie salwował się żadną ucieczką, nie wybijał strażników, ani nie prowadził żadnej pokrętnej gry jak ma to w zwyczaju. Po prostu był. Ot spokojny pacjent. Wzór dla innych. Gdy tylko w mediach pojawiają się wzmianki o powrocie Zamaskowanego Krzyżowca jego arcynemezis budzi się ze snu. I podobnie jak on- nie zestarzał się ani o dzień.

Miller sławi swe imię nie tylko jako scenarzysta, ale też jako rysownik. I jest w obu tych rolach równie charakterystyczny. Jako rysownika znam go głównie z serii „Sin City” i chyba już zawsze będę patrzał na tę stronę jego twórczości przez ten pryzmat. Twarde i charakterystyczne  rysy twarzy, znakomita gra światłem i cieniem i kadrowanie postaci. Jeśli mowa o rysunkach Millera nie można pominąć Klausa Jansona. Artysta zajmujący się nakładaniem tuszu na szkice Millera, który nie jest pierwszym lepszym, niemal anonimowym inkerem. Janson współtworzy i swym kunsztem nieco zmienia plansze kolegi- scenarzysty. Co najbardziej utkwiło mi w pamięci ? Kadry z perspektywy telewizyjnej relacji, ujęcie mroku i niepokoju duszy Wayne’a, zdziczenie i uliczna chuliganerka Gangu Mutantów z ich przywódcą na czele, degrengoladę Gotham i moralny upadek jego mieszkańców. I fenomenalny wręcz motyw zmiany pasów na fladze USA w logo Supermana. Niby drobny zabieg rysownika, a tak dobrze oddaje charakter tej postaci w tym komiksie.

Podsumowanie: Nie można odmówić „Powrotowi Mrocznego Rycerza” roli jaką odegrał nie tylko w obecnym wizerunku Batmana, ale też całości komiksowego medium. Najwybitniejsze dzieło Franka Millera. Scenarzysty którego niemal wszystkie dzieła wylatują ponad przeciętną. Tu autor pokazał, że nie Batman to nie tylko mroczna stylistyka, psychopatyczni przeciwnicy i gadżety. Jest to smutne spojrzenia na zmiękczenie zachodniej cywilizacji które już w latach wydania komiksu postępowało tempem lawinowym. Ogłupiające media, hipokryzja obywateli Gotham i bezlitosne, prymitywne zło które folguje sobie widząc jałowość działań organów sprawiedliwości. Krótko mówiac- proroctwo według Millera.

#188. – Frank Miller, David Mazzucchelli. Richmond Lewis- „Batman: Rok Pierwszy”

Standardowy

Początki są zawsze trudne. W każdej profesji, w każdym możliwym miejscu. W nowej szkole zawsze będziesz tym nowym frajerem które przez pierwsze dni będzie trzymany na dystans. W pracy o zupełnie nowym profilu człowiek zaś będzie się czuł jak Malcolm X na zebraniu Ku- Klux- Klanu. Dotyczy to także komiksowych herosów. Parker przepuścił zbira który ukatrupił mu wujka, zaś Wayne… Wayne to nieco dłuższa historia.

Gotham od śmierci Thomasa i Marthy Wayne nieco się zmienia. Morderstwo tak zasłużonych dla miasta obywateli tworzy pewną bramę dla wszelkiej maści plugastwa i przestępczości. Nic dziwnego, że gdy młody Bruce wraca do swej rodzinnej metropolii czuje się przytłoczony jej smrodem. Mniej więcej w tym samym czasie do policji w Gotham dołącza niejaki Jim Gordon z Chicago. Kopcący papierosy jeden po drugim, o wyglądzie jowialnego wujaszka staje się solą w oku skorumpowanego komisarza Loeba. „Rok Pierwszy” więc to nie tylko narodziny Batmana, ale i bardziej legalnego stróża porządku.

Przede wszystkim- narracja. Miller to mistrz posępnych, ciężkich monologów o egzystencjalnym charakterze, z nutką noir i dekadencji. Obaj panowie czują zło i nie potrafią się z nim pogodzić. Wayne próbuje działać na własną rękę, zaś Gordon boleśnie przekonuje się, że nawet stróże prawa nie zawsze stoją po jego stronie. Batman staje się oficjalnym wrogiem publicznym numer jeden. Gordon nieoficjalnie stoi tuż za nim. Wypada też wspomnieć o Catwoman. Selina na pewno nie jest kobietą z obrazka. Swobodnie odnalazła by się wśród walecznych pań Starego Miasta w „Sin City”. Pod wpływem coraz głośniejszych informacji o pogromcy zbrodni w stroju nietoperza sama zaczyna swą kocią działalność. Jak pokazuje jednak przyszłość dając upust bardziej swojemu pociągowi do błyskotek niż poczuciu sprawiedliwości.

Mazzuchcelli uwagę poświęca nie tylko postaciom, ale też ich otoczeniu. Gotham jest jak zawsze mroczne, sprawiające wrażenie, że za każdym jego rogiem kryje się zbir, a policja jest jeszcze gorsza. Rysownik na lata zakreślił też scenę narodzin Batmana. Nietoperz rozbijający szybę gabinetu ojca Bruce’a. Następnie przysiada on na popiersiu ojca wpatrując się w rannego Wayne’a kierując tym samym przesłanie zza grobu. „Rok Pierwszy” potwierdza tezę, że w komiksie połowę historii opowiada scenarzysta, a drugą połowę- rysownik.

Podsumowanie: „Rok Pierwszy” na nowo pokazał początki działalności Batmana. Pierwsze, czasami nieprzemyślane kroki, konflikt z prawem, początki współpracy z Jim’em Gordonem, budowanie legendy obrońcy miasta. Dużym plusem jest też to, że Frank Miller potrafi stworzyć postaci prawdziwie z krwi i kości. Gordon ma problemy małżeńskie, a atrakcyjna koleżanka która jest zafascynowana praworządnym kolegą z pracy nie ułatwia sytuacji. Reszta komendy to świnie nadużywające władzy i przywilejów. Po „Powrocie Mrocznego Rycerza” scenarzysta nie wraca do infantylnego stylu narracji, a kontynuuje rewolucje jaką wzniecił do spółki z pewnym brytyjski magiem z Northampton. „Rok Pierwszy” to tytuł ważny nie tylko dla Batmana, ale dla całego współczesnego komiksu.

 

„I love you Nancy”

Standardowy

W pierwszej części „Sin City” Roberta Rodriguez’a i Franka Millera pojawili się trzej bohaterowie, jednak najbardziej zapamiętałem finalną scenę z udziałem Hartigana w którego wcielał się bezbłędny Bruce Willis. Mimo, iż cały klimat noir to po prostu Greenbox całość na ekranie prezentuje się mistrzowsko.

#153. – WKKM #4 – Frank Miller, Chris Claremont – „Wolverine”

Standardowy

Etap żywota Wolverine’a związany z Japonią i ukochaną Mariko to wciąż mało znana i doceniana część jego biografii. Co prawda na podstawie tej historii powstało bardzo dobre anime i bardzo luźno powiązany przeciętny film, ale oryginalna historia z kreska Millera i scenariuszem Claremonta to obowiązkowa lektura dla fanów Rosomaka.

Logan dowiedziawszy się o fakcie, iż jego kobita planuje ślub i znając mocno tradycyjną japońską mentalność jej tatuśka Shingena wie, że musi jak najszybciej udać się do Japonii. Jak się okazuje na miejscu, zgodnie z przeczuciem Wolverine’a Mariko jest średnio zainteresowana ożenkiem z pupilkiem tatuśka. Do tego dochodzi Hand i tajemnicza nieznajoma mająca podobny gust do mężczyzn jak Mariko…

Miller jako rysownik wyróżnia się nie tylko jako scenarzysta. Wyraźne kontrasty, znakomite twarze i sylwetki i proste, lecz wyraziste tła.W „Wolverine” styl Franka Młynarza  jednak wygląda nieco inaczej. Wszystko za sprawą zmiany inkera. Klausa Jansona zastąpił bowiem Josef Rubinstein. I tak jak Janson nieco łagodził ostrzejsze pociągnięcia ołówka autora „Sin City” tak Rubinstein je uwypuklał.  W efekcie niektórych może kłuć w oczy nieazjatyckie rysy Azjatów, fryzura Logana która jest jeszcze bardziej stercząca i rogata i puste pola.

Swoją drogą puste pola to inny temat. Chris Claremont, człowiek prowadzący serię X- Men przez ponad piętnaście lat lubił sobie pobyć panem narratorem. Pogawędzić w kadrach, poopisywać to i owo. Frank Miller zaś rysował dosyć ciasno. Scenarzysta więc postanowił nieco się pohamować. Sęk w tym, że Miller tym razem nieco luźniej tworzył swe rysunki. Tak więc Logan miał dużo miejsca do działania. :D Co ciekawe owa pomyłka wyszła obu panom całkiem nieźle. Jak widać twórcy formatu Claremonta i Millera nawet mylą się z klasą. :)

Podsumowanie: Cieniutki objętościowo ( ale nie treściowo :) ) jak na standardy WKKM tom czwarty jest wartościowy pod każdym względem. Znamienici autorzy którzy stworzyli przykuwające uwagę rysunki i scenariusz stworzyli jeden z najciekawszych etapów życia Wolverine’a. Postaci rzadko kojarzonej z typem honorowego wojownika, bardziej za to dzikiego zabijaki nie do zdarcia.

#34. – „Sin City 2: Damulka warta grzechu” (2014)

Standardowy

sin-city-2-poster

Sequele, ach sequele… Niektóre powalają, a niektóre niszczą legendę. Wielki Frank ma do tego szczególnego pecha. Druga część „300″ nie dorastała do pięt poprzedniej, zaś „Damulka warta grzechu” jest cieniem „Miasta grzechu”.

Historia ponownie ma trzy rozdziały. Tytułowa „Damulka warta grzechu” to w oryginale „Just another Saturday night”. I jest to jedyny oryginalny komiks spośród trzech. Dwa pozostałe- „Nancy’s Last Dance” i „The Long Bad Night   – zostały napisane specjalnie pod film. Pierwsza z nich opowiada o dalszych losach Nancy. Po śmierci Hartigana popada w alkoholizm i pała żądzą maordu senatora Roarka. Coraz głębiej zatapiając się w mroczne strony swej duszy. Druga zaś to opowieść o pewnym synu próbujący upokorzyć swego ojca. Potężnego i władnego ojca ( nie, nie chodzi o wariacje na temat Herculesa… ).  I zdawać by się mogło, że są one o wiele gorsze od opartej na komiksie „Damulki”. Jest wręcz odwrotnie :)

Na początek o samej „Damulce wartej grzechu”.

Josh Brolin. Nie wiem kim był szaleniec który zamienił Clive’a Owena na tego koleżkę, ale do momentu operacji plastycznej wszystko wydawało mi się w miarę znoścne. Co prawda małpowate grymasy Dwighta/Brolina sprawiały, że przez chwilę myślałem, że Rozdriguez postanowaił crossoverować „Sin City” z „Planetą Małp”, ale płaszcz upewniał, że to jednak homo sapiens. Gorzej jednak po operacji. Czupuraszek na głowie Brolina który miał go upodobnić do zawadiackiego Dwighta/Owena nasuwnął mi inne skojarzenie- Donald Trump. Zdawałoby się, że większym zmartwieniem dla McCarthy’ego będzie to, aby wiatr nie zwiał mu nowej czuprynki, niż to, żeby nie zostać rozpoznanym na dworze Avy Lord.

sin-city-2-brolin-images

Eva Green. Nikt nie odmów seksapilu tej aktorce. Posiada nie tylko urodę, ale też i talent. Jednak nawet najbardziej utalentowany aktor nie sprawdzi się w roli do której zwyczajnie się nie nadaje. Sean Connery nie zastąpiłby Arnolda, a gubernator-terminator nie zastąpiłby nonszalanckiego szkockiego aktora w roli Jamesa Bonda. Odtwarzana przez Green Ava Lord oprócz drapieżności i kobiecych wdzięków nie miała wiele z komiksowego pierowzworu. Miller ukazał Lordównę jako kobietę o stu twarzach- w jednej chwili jako niewinną, kruchą dziewczynę błagającą o pomoc i ratunek przed mężem tyranem, a w drugiej jako zimnosercą i wyrafinowaną famme fatale wypowiadającą iście czarnocharakterowe kwestie. I o ile Eva Green poradziło sobie znakomicie z drugim ( prawdziwym) wcieleniem Avy, a tyle odgrywanie niewiniątka wychodziło jej… Co najmniej przeciętnie. A teraz wyobraźmy sobie wyżej wspomnianego Austriaka jako odtwórcę roli jednej z biblijnych postacu, np : Mojżesza. Tylko czekać, aż laska zamieni się w rakietnicę i wywali te niekoszerne piramidy w powietrze… Podobnie jest z Evą. Kobieta o urodzie kusicielki sprowadzającej na dno nie ma szans na odtworzenie roli bitej i poniżanej kobitki.

sin-city-2-a-dame-to-kill-for-teaser-trailer-ava-lord

Mickey Rourke. Marv w jego wykonaniu łamie wszelkie reguły. Wielki jak góra zabijaka przewija się przez wszystkie trzy części, aczkolwiek w posiadłości Avy Lord udowadnia wyższość barowych twardzieli nad mundurkowatymi ochroniarzami. Naocznie :) Znakomita jest też scena zaczynająca film. Oto Marv nie wie jakim cudem jest postrzelony i dlaczego wokół niego tyle trupów. Duży Marv zapomniał o lekarstwach i swoim schorzeniu. Mam jednak swoją teorię na temat owych, nieznanych wydarzeń… :)

Historia z Josephem Gordeonem-Levittem w roli głównej( „The Long Bad Night” ) jest moim zdaniem najlepsza. Krótka, lecz mocna. Pojedynek ojca z synem w którym ten drugi jest postacią o której chciałoby się dowiedzieć nieco więcej. Elegancki i nieco dandysowaty szuler mógłby śmiało stać w szeregu z Marvem, Hartiganem czy Dwightem. Tym bardziej gdy ten ostatni nosi perukę…

sin-city-2-a-dame-to-kill-for-screenshot-joseph-gordon-levitt

„Ostatni taniec Nancy” jest pokazem damskiej vendetty na zabójcy ukochanego. Lecz ów ukochany czuwa cały czas przy swej miłości. Już nie materialnie, ale duchowo. Sceny z udziałem Bruce’a Willisa są jednymi z najlepszych w tej historii ( chodzi mi o te bez udziału Nancy… :) ) . Jednak aktor takiego formatu powinien zagrać nieco więcej…Opowieść dobra, choć momentami Alba zdawała się być zbyt dziewczęca do roli twardej baby z kuszą. Podobnie jak Eva Green. Ale się czepiam tych kobiet… :D

nancy

Na koniec aktor który odtwarzał senatora Roarka. Powers Boothe. Człowiek którego z krótkiej migawce w „Mieście Grzechu” pomyliłem z Tomem Selleckiem okazał się jedną z najlepszych postaci w tym filmie. Brutalny, bezlitosny i zachłystujący się swoją władzą. Postać ta niejako łączyła dwie części. Wydarzenia obu odbywają się bowiem głównie „Kadis Bar”. To tam partie kart rozgrywa tatulko Roarka karciarza i Roarka żółtego. To tam w końcu tańczy Nancy i żyje Marv.

x240-g6x

Niestety wdzięki Evy Green i Jessici Alby nie przysłoniły braku tego szczególnego klimatu z jedynki. O ile w pierwszej części kobiety stanowiły słodki dodatek, o tyle tutaj starano się z nich zrobić główne danie. Zmiana odtwórców niektórych ról nie wyszła na dobre nie tylko w przypadku Dwight’a. Manute z powodu śmieci Michaela Clarke’a Duncana został zastąpiony przez całkiem niezłego Dennisa Haysberta, ale Miho poprzednio grana przez uroczą w swej morderczości Devon Aoki została podmieniona na nieco lalkowatą Jamie Chung. Choć i tak Chung jest lepszą Miho niż Brolin McCarthy’m. Jednak gra aktorska mimo paru wymienionych wad byłą mistrzowska. Ponure monologi wypowiadane przez zachrypnięte głosy nie zmieniły się na całe szczęście .Jest jednak coś jeszcze co działa na plus tego filmu. Genialne, boskie, cudowne efekty ! O ile pierwsza część była pod tym względem bardzo dobra, to ta- jest absolutnym arcydziełem. W tytułowej opowieści kadry są wprost wyrwane z komiksu. Pozostałe dwie również nie pozostają w tyle. Zapamiętałem szczególnie moment w którym Roark junior zostaje „ścięty” przez karty swego tatusia.

Podsumowanie: Film z jednej strony był rozczarowaniem, a z drugiej wyszedłem z kina zadowolony. Moje rozczarowanie wynika może ze zbyt wielkich wymagań, gdyż na film czekałem od pierwszych zapowiedzi mając nadzieję na prawdziwego giganta. Choć może po powtórnym obejrzeniu dostrzegę więcej plusów…

Ocena; 7,5/10

movies-sin-city-2-a-dame-to-kill-for-mickey-rourke-marv

#20. – „Sin City- Miasto Grzechu” (2005)

Standardowy

97

Adaptacja komiksów Franka Millera w reżyserii Roberta Rodrigueza(  z drobnym wkładem Quentina Tarantino  )z udziałem Mickey’go Rourke’a, Bruce’a Willisa i Clive’a Owena. Już to jest wystarczającą zapowiedzią doskonałego widowiska. Na film składają się jednak trzy z dwunastu części cyklu Millera: „Ten żółty drań”, „Krwawa Jatka”, „Miasto Grzechu”.Adaptacje są wierne i najlepiej zapoznać się również z komiksem, z których recenzję już zrecenzowałem zaś resztę postaram się ocenić w najbliższym czasie . Jednak chciałem się skupić na odtwórcach głównych ról.

Przede wszystkim powrót Mickey’ego Rourka z aktorskiego niebytu. Hulaka ten zagrał rolę Marva- sadystycznego zabijakę który przesiaduje większość czasu w barze ze striptizem wpatrując się w Nancy. Spośród całej trójki on najlepiej oddawał esencję swej postaci. Brutalny, z pooraną facjatą, w długim płaszczu. Ten kto zna komiksy Millera wie, że często pojawiają się w nich monologi, zaś w serii Sin City są podstawą scenariusza. Głos Rourke’a, chrapliwy i zmęczony do dziś pozostaje mi w głowie. Szczególnie jedna kwestia:

The night is hot as hell. it’s a lousy room in a lousy part of a lousy town. I’m staring at a goddess, she’s telling me she wants me. I’m not going to waste one more second wondering how I’ve gotten so lucky. She smells like angels ought to smell. The perfect woman. The goddess. Goldie. She says her name is Goldie

Twarz zakapiora, pięści wielkie jak bochny chleba – oto Marv. Oto Mickey Rourke.

marv-sin-city

Pora na Bruce’a Willisa.  Wcielił się on w rolę Johna Hartigana. Jak już mówiłem, o scenariuszu pisałem przy okazji recenzji „Tego Żółtego Drania”. Sam Willis pozytywnie mnie zaskoczył. Zawsze uważałem go za świetnego aktora kina akcji, lecz rola schorowanego detektywa wypadła lepiej niż pierwowzór komiksowy. Wszystko za sprawą charyzmy Willisa która dodała tej postaci kłów. Filmowy Hartigan mimo, iż nadal ma słabe serducho co ogranicza go w kluczowych momentach jest po prostu sukinkotem który sprawia wrażenie, że nawet leżąc jest w stanie dorwać młodego Roarka.
Ostatnia scena z jego udziałem jest jednaą z najlepszych w filmie, ale co ciekawe w komiksie odnosiła się do kogoś innego w innej historii. Niemniej jednak takie zakończenie filmowej adaptacji było wisienką na torcie
SinCity_Hartigan5

Dwighta McCarthy’ego odegrał Clive Owen. Warto zaznaczyć, że to Dwight już po operacji plastycznej, czyli po historii będącej w drugiej części filmu. Postać ta występuje w kilku innych historiach, ale „Krwawa Jatka” jest chyba najlepszym co można była zekranizować jako pierwsze z udziałem McCarthy’ego. Owen sprawił się w tej roli dobrze, choć trzeba przyznać, że jego postać jest najbardziej „łagodna” z całej trójcy. Jednak poziom gry aktora był równy temu co zaprezentowali Willis i Rourke. Niezmiernie też cieszy mnie fakt, że McCarthy’ego nie zagrał podobny do Owena Nicholas Cage. Ale wątpię czy reżyser chciałby z powieści graficznej Millera zrobić komedię…

Każdy z nich zagrał inny rodzaj twardziela. Wszyscy jednak wypadli w swych rolach perfekcyjnie oddając nie tylko ducha komiksu, ale też dając postaciom część siebie.

sin_city_dwight

 

„Sin City” to jednak nie tylko trzej groźni panowie, lecz również gama innych postaci. Znakomity Benicio del Toro w roli Jacka Rafferty’ego. Nawet jako trup grał znakomicie :D Nawet sam mistrz Miller raczył, wzorem Stana Lee pojawić się w ekranizacji swego dzieła :) No i kobiety… Większość z nich pochodziła ze Starego Miasta, czyli mówiąc wprost- parało się najstarszym zawodem świata. A damy spoza owej dzielnicy również nie były aniołkami. Moim zdaniem najbardziej wykazała się nieżyjąca już niestety Brittany Murphy odgrywająca rolę kelnerki Shellie, dziewczyny Dwighta’a. Zadziorna, silna i piękna. Odwrotność Jessici Alby – filmowej Nancy. Która poza swą urodą nie miała nic do zaoferowania ( jak zresztą zawsze… ). Kobiety w „Sin City” to koszmar feministek. Tak bardzo przecież ulegają samczym zapędom obnażając się bezwstydnie i upodmiotawiając się pod ich jarzmem ! Ten kto jednak twierdzi niech przypomni sobie małą, zabójczą Miho… :)

Film jest bardzo… komiksowy. Tak jak oryginał jest on czarno- biały, jednak znacznie częściej niż w komiksie pojawiają się tutaj inne barwy. Żółć Roarka, tęczówki kilku postaci, elementy ubioru. Po prostu cudo !

To wszystko sprawia, że jest to kino typowo męskie. Czuć w nim klimat typowy dla noir. Tytuł innego komiksu z Sin City – girlsy, gorzała i giwery mógłby być kwintesencją filmu Rodrigueza.  Również fakt, iż to właśnie Rodriguez stworzył ten film działa na jego korzyść. Dobry kumpel Tarantino nie jest tak kiczowaty i propagandowy jak Spielberg, nudnawy  jak Allen, czy lubiący rozmach Bay.  Powtórzę tylko trzy słowa- girlsy, gorzała i giwery :)

Podsumowanie: Może nie jest to ambitne kino. Może jest to mordobicie z pięknościami w tle. Ale klimat filmu sprawia, że widz czuje się jak w zadymionym barze gdzie obok niego siedzi osiłek z cygarem z zębach, zaś na scenie nie ma bynajmniej wieczorku poetyckiego… Film będący w moim TOP10 kinowych produkcji, gdzie 10 nie oznacza ilości lecz samą ocenę :D

Ocena: 10/10

Alexis-in-Sin-City-alexis-bledel-5322571-852-480

#15. – Frank Miller – „Sin City: Ten żółty drań”

Standardowy

Sin-City-4-Ten-zolty-dran-twarda-oprawa-_bn15892W 2005 roku światło dzienne ujrzała jedna z najlepszych komiksowych ekranizacji- „Sin City- Miasto Grzechu”.  Na film składały się trzy części w tym  właśnie „Ten żółty drań” czyli czwarty tom z dwunastu. Autorem scenariusza i rysownikiem jest jeden z bogów komiksu, Frank Miller.

Czwarta część serii „Sin City” opowiada o Johnie Hartiganie. Policjancie którego dosłownie godzina została do przejścia na emerytur . Do tego problemy z sercem stają się coraz bardziej uciążliwe, więc detektyw nie ma nic więcej do roboty jak tylko pojechać do domu i schować odznakę do szuflady. Jednak policjant który stanowczo nie nadaje się do tej skorumpowanej metropolii ma do dokończenia ostatnią sprawę. Musi dorwać sadystycznego mordercę polującego na nieletnie dziewczynki takie jak Nancy Callahan. Jednak na jego nieszczęście przestępca to syn senatora Roarka. Jednej z najbardziej wpływowych osób w Mieście Grzechu. Do tego jego policyjny partner nie pochwala jego przedemerytalnych ekscesów. Do tego stopnia, iż zadaje mu zdradziecki cios ( a raczej strzał ) w plecy. Dalej jest tylko ciekawiej. Policjant wybudza się po operacji serca której fundatorem był senator Roark. W areszcie Hartigan dostaje listy od dorastającej już Nancy ukrywającej się pod pseudonimem Cordelia. Odwiedzs go również tytułowy Żółty Drań – echo z przeszłości. Gdy detektyw po latach wychodzi z więzienia odnajduję Nancy, które wbrew listownym zapewnieniom, nie jest aniołkiem w takim sensie,w  jaki zrozumiał to Hartigan. Ich spotkanie zwiastuje jednak katastrofę dla obojga…

Scenarzysta Frank Miller tworzy ponure kwestie, mistrzowsko operuje metaforą i porównaniem. Jego opisy są żywe i pobudzające wyobraźnie, wręcz przenoszące czytelnika do upadłego miasta. Ciężki klimat noir i monologi rodem z dawnych kryminałów wciągają w przepastną gardziel Miasta Grzechu.

Wrażenie te potęgują jego oryginalne rysunki.  Całkowicie pozbawione koloru, poza postacią tytułową, która swoją cytrynową żółcią rozświetla biało-czarne kadry, a jednocześnie je oszpeca swoją nikczemną fizjonomią. Miller w świetny sposób rysuje twarze. Drapieżne ślicznotki jak Nancy czy twardzi, ubrani w prochowce zabijacy jak Hartigan wyglądają po prostu… komiksowo. Można uznać to za przerysowanie, lecz w przypadku serii Millera jest niewyobrażalne to aby postaci wyglądały inaczej. Wiele kadrów zapada głęboko w pamięć. Krat w areszcie Johna Hartigana sprawiają wrażenie jakby miały wypełznąć poza kadr i uwięzić czytelnika.

noir-comics-sin-city-that-yellow-bastard-via-mk-goldenmoon

 

Podsumowanie: Jeden z moich ulubionych tomów z tej serii. Frank Miller to postać legendarna w środowisku komiksowym, a jego dzieła takie jak właśnie „Sin City” czy „Powrót Mrocznego Rycerza” są uznawane za jedne z najlepszych powieści graficznych. Przyznam szczerze, że pierw poznałem film, i po długim czasie sięgnąłem po pierwowzór. Co lepsze ? O tym w recenzji ekranizacji „Sin City” Rodrigueza :)

Ocena: 8,5/10

Sin City - Nancy Callahan 2