#268. – Rafał Dębski – „Wilkozacy – Księżycowy Sztylet”

Standardowy

„Wilkozacy” to seria łącząca w sobie fantastykę z lekką nutką słowiańskiej mitologii i dzieje Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Tytułowi bohaterowie to, jak sama nazwa wskazuje, odmiana wilkołaków mająca co nieco wspólnego z bitnym wojownikami znad Dniepru. Dębskiemu udało się jednak stworzyć z Wilkozaka, coś co nie jest prostym ich połączeniem, a czymś zupełnie nowym. Wilkozacy panują nad wilczą stroną duszy. Potrafią przybrać postać wilka podczas Okołopełni, czyli okresu znacznie dłuższego niż najbardziej majestatyczna faza Księżyca. Do tego są w stanie kontrolować swą naturę i gdy zachodzi potrzeba stać się wojownikiem uzbrojonym w szablę, zamiast kłów i pazurów. 

Autor skacze w czasie o kilkaset lat wydarzeń z poprzednich części. Czyli od zakończenia wojen RON i Kozaczyzny, do schyłku obydwu powyższych, czyli czasów po I rozbiorze. Stanisław Poniatowski, marszałek Małachowski, caryca Katarzyna II, książę Michał Lubomirski- oto część plejady historycznych postaci występujących na paginach trzeciego tomu „Wilkozaków”. Jest więc tu nieco więcej historii, niż w dwóch poprzedzających tomach.

Centrum akcji to tytułowy artefakt. Księżycowy Sztylet to narzędzie, którym można zawładnąć nad Wilkozaczyzną. Chrapkę na niego ma wiele osób, w tym sama caryca Katarzyna II. A każdy wie, co się dzieje, gdy zasiadający w Moskwie władca ma swoiste wunderwaffe. Na szczęście cudowny oręż trafia do rąk bardziej odpowiedzialnej osoby. Nie bez swej ceny… Wilkom to nie w smak. Wrogiem jednak nie okazuje się ten, który dzierży mistyczny przedmiot, lecz zaborca. Koniec Rzeczypospolitej = koniec Kozaczyzny = koniec Wilkozaków.

Ten kto spodziewa się dzieła na miarę „Samozwańca” czy „Bohuna” Komudy może się nieco zawieść. Dębski to pisarz zdolny i bardzo pomysłowy, lecz bardziej skupiający się na fikcyjnej fabule, niż faktach historycznych. „Księżycowy Sztylet” co prawda nadrabia pod tym względem, ale daleko mu do koronkowej pracy jaką wykonał Komuda choćby przy powieściach z udziałem Jacka Dydyńskiego 

Podsumowanie: Zarówno „Księżycowy Sztylet”, jak i dwie poprzednie części to książki bardzo dobre. Są jednak dużo mniej historyczne niż proza Komudy czy Piekary osadzona w mniej więcej tym samym okresie, ale solidna porcja fantastyki na wysokim poziomie wynagradza brak skrupulatności. Zakończenie jest dość otwarte i liczę na dalsze części. I brak skrępowania autora w angażowaniu postaci z podręczników historycznych. 

#253. – Tomasz Kołodziejczak – „Wstań i idź”

Standardowy

Każdy zbiór opowiadań z natury musi być nierówny. Nie tylko ze względu na zróżnicowanie w poziomie dzieł konkretnego autora lub autorów, ale przez subiektywny odbiór czytelnika. Niektórych ciągnie do fantasy pozbawionego lukrowanej otoczki, zbliżonego solidnie do realiów epoki miecza. Innych z kolei do SF, odległych wizji przyszłości, w których natura ludzka pozostała jednak niezmienna. Można by tak wymieniać bez końca, a konkluzja pozostanie ta sama. Zbiory opowiadań to worek pełen kamieni szlachetnych, a jednocześnie loteryjna, szklana kula z nielicznymi zwycięskimi losami. Nie inaczej jest z antologią twórczości Kołodziejczaka. Autor trzyma fason, nie spada poniżej linii pisarskiej przyzwoitości, ale nie zawsze tworzy tak jak w swych najsłynniejszych seriach.

Antologię otwiera opowiadanie „Kukiełki”. SF z lekkim dreszczykiem. Z potencjałem na coś więcej. Druga z kolei historia „Jesteśmy potrzebni” nawiązuje nieco do „Roku 1984″. Może to lekka nadinterpretacja, ale zatomizowane i podzielone na grupy zawodowe społeczeństwo, pożywione propagandową papką majaczy gdzieś w oddali Orwellem. 

„Dziękuje ci, pająku” osadzona jest w klimatach barbarzyńsko- megalitycznego fantasy, silnie powiązanego z pradawną mitologią i magią. Z zapomnianymi obrzędami i siłami związanymi z pierwotnymi siłami natury, trącącymi nieco animizmem i totemizmem.   

„Po co żyją fomole ?” to zabawna, ale i pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji opowieść o pewnym mężczyźnie, któremu rodzina podrzuciła do opieki dzieciaka, wraz z jego zwierzątkiem. Rzecz ma miejsce w epoce, gdzie loty kosmiczne to norma. A więc i handlem pozaziemskimi dobrami jest na porządku dziennym. W tym również zwierzątkami domowymi. Jak napomknięty  fomol. Puchaty, nieco destrukcyjny i dziwaczny futrzak, mający w sobie potężny potencjał.

„Wrócę do ciebie, kacie” to opowiadanie z cyklu Dominium Solarnego, liczącego sobie kilka tomów. Koncepcja klasycznego mistrza małodobrego z mieczem do ścinania czerepów, dodanie do niej szlachetnej filozofii i profesjonalizmu, oraz umieszczenie jej w space operowym uniwersum odwraca do góry nogami stereotypy o zawodzie kata. Jawi się tu on nie jako rębajło, żyjący na granicy brutalnego obłędu, a szlachetny wykonawca i przedstawiciel prawa. I sprawiedliwości rzecz jasna. 

„Smoczy Biznes” to opowiadanie przewrotne, kpiarskie i pisane niesamowicie barwnym językiem. Poprzez przygodę rycerza Darlana, pisarz przeplata treści prześmiewcze nie tylko konwencję fantasy i etos rycerza- herosa, ale też w krzywym zwierciadle pozwala sobie na przedstawienie niektórych aspektów życia realnego. W szczególności w wydaniu korporacyjnym.

„Piękna i graf” to z kolei część świata Ostatniej Rzeczypospolitej. Historię poznałem w drugim tomie tej serii, pod tytułem „Czerwona Mgła”. I to ono uczyniło mnie wiernym wyznawcą świata Ostatniej RP, gdzie królem Polski jest elf.

„Planeta Węża” osadzona jest w odległej przyszłości, gdzie ludzie dawno już przekroczyli granice Układu Słonecznego. Pewne postaci pozostają jednak niezmienne. Łowca polujący na istoty zwane przez niego Splamionymi. Czyli na wszelką piekielna zarazę, jaka jest przyzywana przez wszelkiej maści oszołomów. Od sekciarzy po, jak to tutaj ma miejsce, badaczy dawno wymarłych cywilizacji. Ale zło się nigdy nie zmienia. I jak główny bohater wspomina w retrospekcjami o swych przodkach pamiętających czasy, gdy człowiek opuścił Eden.

Do opowiadań ilustracje wykonali znakomici twórcy. Wśród nich Przemysław „Trust” Truściński, Dominik Broniek i Andrzej Łaski. I utwierdziły mnie one w przekonaniu, że dobra książka powinna mieć ilustracje. Oczywiście stylem współgrające z książką. Jak rysunki Brońka w serii inkwizytorskiej Piekary. A w „Wstań i idź” jest okazja poznać śmietankę polskich rysowników. Choć zabrakło mi Daniela Grzeszkiewicza…

Podsumowanie: „Wstań i idź” twórcy dwóch znakomitych uniwersów to zbiór bardzo dobry. Słabsze opowiadania rekompensują prawdziwe perełki. Te związane z większymi światami, jak i te, które istnieją osobno. Dla zainteresowanych polską sceną fantastyki gratką okażą się też komentarze samego autora zdradzające kilka informacji o klubie Tfurcuf i czasopismach fandomowych. 

#245. – Jacek Komuda – „Hubal”

Standardowy

Powieści historyczne to bardzo ciężki kawał chleba dla pisarza. Niektóre fakty powszechnie uznane za pewnik mogą zwieść go na manowce. Weryfikacja źródeł wymaga nie tylko literackiego zapału, ale solidnego warsztatu historycznego. Złożenie całości, aby nie nagiąć prawdy i przedstawić wszystko w poczytny sposób. Z jednej strony pokusa koloryzowania jest silna. Z drugiej fakty są jak są faktami i bez machiny czasu nie da rady ich zmienić. Tak nie jest na szczęście u Komudy. Autor cyklu „Samozwaniec” udowodnił po raz kolejny, że historia to wspaniały materiał literacki.

Pierwszy września dziś kojarzy się z początkiem szkoły. Przeciętny obywatel nie zdaje sobie sprawy, że ta data roku pańskiego 1939 była dniem początku końca wolnej Polski. Wyśnionej przez ponad setkę lat zaborów, tworzonej nie raz z bólach i przepychankach partyjnych, ale mimo to wolnej i niezawisłej. Ofensywa niemiecka nie przebiegała tak gładko jak głosiły gadzinówki Hitlera, ale defensywa Polaków ostatecznie skazana była na klęskę w dniu wkroczenia Sowietów. 

Na wieść o ataku polskie władze, w tym marszałek Rydz- Śmigły, prezydent Mościcki i cała armia rządzących, w mniejszym lub większym stopniu, czmychnęła do Rumunii. Pozostawiając liczne oddziały Wojska Polskiego, a przede wszystkim obywateli na pastwę niemieckiej machiny wojennej i sowieckiego terroru. Na szczęście wśród całego rozbicia kraju istnieli ludzie, którzy stawiali silny opór. Do legendy przeszedł Oddział Wydzielony WP majora Hubala.

Henryk Dobrzański, pseudonim Hubal, zapisał się zacnie w historii polskiego oporu wobec nazistowskiej okupacji. Był niejako duchowym ojcem Żołnierzy Wyklętych, którzy walczyli już po wojnie wyznając podobna filozofię i metody działania. Niezłomność, hart ducha, wola walki, a nade wszystko fantazja godna ułana. Z powodu tych też cech w powieści Komudy major jest motorem, ale i balastem dla swego oddziału. Gorąca krew nie pozwalała mu niekiedy na chłodny osąd sytuacji. A jego żelazny autorytet i dominująca osobowość sprawiały, że nieliczni mieli wpływ na jego decyzje. Udowodnił jednak, że jest świetnym dowódca, nawet w obliczu potężnej przewagi wroga i kolaborantów. I że ułańska fantazja była niezbędną cechą charakteru do dowodzenia oddziałem. Jego słowa, iż nie złoży broni i nie zdejmie munduru nie były deklaracją na pokaz. Hubal to przedstawiciel przedwojennej elity oficerskiej.  

Pojawia się też niemiecki punkt widzenia. Obersturmbannführer SS Erich Gressler to dowódca Eisengruppen działającej na Kielecczyźnie. Typ odrzucający, ale i inteligentny. Dziecię swej ery- czasu wstydu dla narodu niemieckiego. Aryjczyk, oficer kryjący się ze swoją śląskością ( ciekawe co na to RAŚ… ), człowiek spragniony władz, ale jednocześnie ktoś, kto nie dorównuje Hubalowi do pięt pod względem dowództwa wojskowego. German o teutońskiej mentalności, chłodny jak jego sumienie. Jego pamiętnik to ciekawe studium człowieka nazistowskiego. Skażonego ideologią, pełnego pogardy, ale nie będącego tak naprawdę żadnym nadczłowiekiem. 

„Hubal” to nie tylko tytułowa postać, ale też szereg postaci którym należy oddać hołd. Lis, Halawa, Tereska, Kalenkiewicz, Baryszczak, Rodziewicz, Morawski, Halawa… Członkowie oddziału Hubala którzy pokazali, że niemiecka armia nie była ze stali. 

Komuda pozwolił sobie na drobną fantazję jako miłośnik koni i Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Mowa tu o pewnym koniu, który pozornie nie dorównuje najpiękniejszych rumakom, ale pod warstwą blizn i śladów po licznych walkach kryje się prawdziwie polski wojownik. Piękny mit… Choć mam nadzieję, że z ziarnem prawdy. :)

Podsumowanie: Książka ta przenosi czytelnika w inne realia historyczne niż te, do których przyzwyczaił go Jacek Komuda, ale sarmacki duch tu równie silny. Komuda to nie byle pisarczyk który naczyta się podręczników z liceum i na ich podstawie tworzy rozbudowaną powieść historyczną. To naukowiec który zbiera materiały pieczołowicie dobierając informacje i źródła, po to, by finalny efekt był nie tylko wciągającą opowieścią, ale wiarygodnym dziełem historycznym. Powieści nie brakuje mocnych fragmentów, jak chociażby uczestnictwo oddziału majora we Nabożeństwie ( i groteskowy salut Niemców w stronę Hubala ) czy wizyta Kalenkiewicza i Dobrzańskiego w Warszawie i ich konfrontacja z praskimi rzezimieszkami. Książka ku pokrzepieniu serc, oddająca hołd bohaterowi. Pokazująca, że Polacy to naród romantyków i wielkich wojowników.

#210. – Tomasz Pacyński – „Smokobójca”

Standardowy

Polska fantastyka stała od zawsze na światowym poziomie. Zajdel, Lem, Sapkowski, Ziemkiewicz, Huberath, Dukaj. I zapomniany przez niektórych Tomasz Pacyński. Zmarły w 2005 roku pisarz znany również z trylogii „Sherwood” bez wątpienia zapisał się złotymi zgłoskami w historii polskiej fantastyki. Świetny język, wspaniałe pomysły i humor. Cechy literackie godne ukłonów.

Tytułowy zbiór opowiadań to przewrotna satyra na temat osławionych smoczych łowców. Wojów którzy obładowani żelastwem szarżowali na skrzydlate, gadzie bestie, ratowali księżniczki i otrzymywali pół królestwa. Sir Roger z Mons to pozornie właśnie taki herkules. Pozornie gdyż nie ma nie jest on odważnym pogromcą smoków, a co więcej nie pokonał on w swym życiu ani jednej sztuki. Że nie wspomnę o braku tytułu szlacheckiego. I o tym, że sir Rogerem z Mons był ktoś zupełnie inny. A sposoby eliminacji smoków pozostawiają wiele do życzenia. 

Tym samym jednak nie sposób nie lubić tego podłego typa. Pacyński nieco przypomina tym samym Prachetta, lecz jego bohater jest mniej wesołkowaty, a bardziej szelmowski. Ale podobnie jak twórca „Świata Dysku” odwołuje się do klasyków kultury ( Sienkiewicz… ) i nie kreśli nudnawego, ponurego fantasy, a barwny świat realny w swej wielokolorowości. Bo ileż to razy świetna wizja autora ginęła w swej wybujałości, oderwaniu od rzeczywistości i przesyceniu magią, elfami i tym podobnymi cudami ? Pacyński przy całym swoim poczuciu humoru potrafi zachować mądrą powagę. A nawet smutek.

„Komu wyje pies” to z kolei mroczniejszy i poważniejszy zbiór prezentujący dużo mniej swobodne opowieści.Szczególnie zapada w pamięć „Wspomnienie”. Dla tych którzy twierdzą, że kot to niewierne i egoistyczne bydlę najchętniej kimające pół dnia. „Dziedzictwo” opowiada o pozornie niepozornym niebezpieczeństwie. O tym, że prawdziwe zło nie zawsze jest ubrane w czernie i szkarłaty. Naczelne opowiadanie ma w sobie dość ciekawą postać odwołującą się do innej sfery twórczości Packa- szeryfa Guy’ a Gisbourne’a. :) Tym razem pisarz zaserwował historię brutalną i mocną. Nieco nawet niespokojnie czyta się ją po przygodach niedzielnego smokobójcy.

Podsumowanie: „Fabryka Słów” przez lata wydała, lecz nie reedytowała wielu świetnych pozycji. Do takich bez wątpienia należy „Smokobójca”. Przeciwnicy zbiorów opowiadań mają dość solidny argument mówiący, iż nie wszystkie historie są sobie równe. Ale w przypadku kogoś takiego jak Pacyński można być spokojnym. Są one różne i mają odmienny klimat- ale poziom ich jest niezmiennie wysoki.

#181. – Michał Gołkowski – „Stalowe Szczury: Chwała”

Standardowy

I w końcu kompania karna kapitana Reinharda wzlatuje :) ! Błoto okopów i dym wojny pozycyjnej za nimi. Teraz tylko Płomiennej Chwały Blask ! Ale czy nawykli do pełzania wśród drutu kolczastego i wybuchów żołnierze będą w stanie opanować niełatwą sztukę lotu sterowcem ? I to nie byle jakim bo samą „Marlene”. Ostatni okręt zaprojektowany przez samego admirała Lieth- Thompsena który przechwycony przez Francuzów ukrywany jest daleko za linią frontu. Nie na tyle daleko, abyReinhard i jego ludzie nie mogli się tam dostać…

Akcja więc przenosi się w przestworza. Gdzie jednak równie łatwo o śmierć. Niedoświadczona załoga przyzwyczajona do schylania głów przed gradem kul i szrapneli mimo tego nie jest obciążeniem. Chłopaki uczą się umiejętności niezbędnych do sprawnego lotu bojowym sterowcem stosunkowo szybko. I to mowa tu o takich twardogłowych, okopowych zabijakach jak Egon czy Heidi którzy mają swoje przyzwyczajenia i tęsknoty, a to do cichego podrzynania gardeł, albo wielkokalibrowych giwer.

Odbicie „Marlene” nie jest jednak nagrodą dla tego fajnego oficera z posrebrzaną maska na połowie gęby za tkwienie w brudzie i wilgoci. Generał von Ludendorff to prawdziwy kawał sanawabicza. Absolutnie doskonałe zilustrowanie pruskiego wojaka który ze swoją niemieckością i poczuciem wyższości wzlatuje wyżej niż najlepsze zeppeliny. Ma swój własny plan i przywodzi on na myśl działania jego rodaków dwadzieścia lat później. Kontrastuje to z postacią nieco poczciwego admirała Lieth- Thomphsena. Człowieka bardziej zakochanego w projektowaniu podniebnych gigantów, niż w samej wojaczce. Tęskniącego za zmarłą mu bliska osobą i rozdartego pomiędzy służbowymi i osobistymi relacjami z Reinhardem. Wracając jednak do samego Ludendorffa- warto poczytać o tej postaci. Mocny Niemiec w sukno w stal okuty- jak pisał o innym, o wiele jednak bardziej plugawym żołnierzu pochodzenia germańskiego poeta Andrzej Bursa.

Nie mogę nie wspomnieć o postaci pokładowego lotnika na „Marlene” czyli porucznika Sigmunda Eichelmanna. Pilot o naturze szwoleżera, zdobywca wielu niewieścich serc, śmiałek którego czyny oscylują na granicy szaleństwa i brawury. Gołkowski powinien poświęcić mu znacznie więcej stron niż było mu dane.

Andrzej Łaski ilustrujący również drugą cześć pokazał jak może rozwinąć się warsztat. Od czasu, kiedy jego dzieła pojawiały się w książkach Andrzeja Pilipiuka poświęconych Jakubowi Wędrowyczowi nastąpiła naprawdę duża zmiana. A czas działał na korzyść owego twórcy- rysunki są tu bowiem wspaniale współgrające z książką i jej klimatem.

Podsumowanie: „Stalowe Szczury: Chwała” cierpi jednak na pewien syndrom którym przejawia się we wszelkich kontynuacjach. Czytelnik oczekuje niemal tego samego co w pierwszej części, a dostając coś innego kręci nosem. Przyznam ze wstydem, iż początkowo mnie również dotknął ten sequelowy hejt, ale opamiętałem się szybko doceniając to klimatyczne i realistyczne dzieło. Sporo spraw się wyjaśnia, a pod sam koniec- jeszcze więcej komplikuje. Jeżeli pisarz będzie trzymał poziom obydwu tomów w kontynuacji- powstanie coś niesamowitego.

#164. – Maja Lidia Kossakowska – „Grillbar Galaktyka”

Standardowy

Maja Lidia Kossakowska kojarzona jest głównie z „Siewcą Wiatru” i książkami z nim powiązanymi. Autorka wydała na świat kilka innych bardzo dobrych dzieł, lecz najlepszą jest dzieło będące laureatem Nagrody im. Janusza Zajdla pod tytule „Grillbar Galaktyka”. Już sam tytuł uzmysławia gatunek literacki. Space opera ze zjadliwym humorem obrazująca wszechświat o wielu barwach.

Głównym bohaterem jest Hermeso Madrit Iven. Szef kuchni prestiżowego lokalu „Kometa”. Człowiek będący pasjonatem kulinarnej sztuki i zarazem niebanalny charakter. Wszystko idzie po dobrej myśli kuchennego mistrza, do czasu, aż na stanowisko jednego z jego najlepszych ludzi wciśnięta zostaje pewna  gadzina. Dosłownie i w przenośni :) .

Oprócz mistrza kuchni występuje też kilka innych postaci które są godne wspomnienia. Pewna inteligentna i rozmowna kotka, wspaniale zresztą obrazująca naturę tych gnuśnych, ale i cudownych zwierząt. Oraz lukiański pilot :) Persona przy której sam Han Solo i jego Chewbacca idą złą drogą… Wydawać by się więc mogło, że to jegomość z cygarem w zębach i lustrzankami na oczach hmmm ? Postać to jest dokładnym tego przeciwieństwem- rasa Lukian jest wzorowana na klasycznym wizerunku postaci anime ( wielkie oczy, równie wielkie fryzury, nieco inne proporcja ciała ) i zachowaniem co mniej rozgarniętych, przesłodzonych fanów japońskiej animacji i komiksu.Kossakowska ponadto prowadzi swobodną, lekką i zabawną narrację. Barwność wszechświata i jego mieszkańców i nieco nostalgiczny klimat space opery.  Nie jest więc to mroczne, posępne dzieło mówiące o pradawnych, kosmicznych siłach czy epickich bataliach wielkich imperiów. Ale tez nie jest to pierwsza lepsza opowiastka SF. Myślę, że najlepiej oddam moje pochwały nad dziełem Kossakowskiej, gdy powiem, że jej uniwersum ma potencjał nie tylko na jedną książkę. Prawdziwą siłą nie są bowiem bohaterowie, humor czy narracja. To ukryta i ostra jak brzytwa metafora obecnego świata. W szczególności zaś Europy. Krytyka poprawności politycznej UE, narody Starego Kontynentu przedstawione jako pozaziemskie rasy. I nie tylko :) .

Może to infantylne, ale lubię w książkach ilustracje. Oczywiście nie za dużo, ale co jakiś czas miło mieć graficzny przerywnik. Fabryka Słów dość często okrasza swe dzieła rysunkami twórców jak Dominik Broniek, Andrzej Łaski czy upiększający wizualnie to dzieło Daniel Grzeszkiewicz. Rysownik ten udziela się też w komiksie, a jego realistyczna i pomysłowa kreska może konkurować z największymi legendami. Może to nieco nadmierne faworyzowanie Grzeszkiewicza, ale artysta ten ma talent. I zasługuje na uwagę. Polecam wpisać w wyszukiwarkę pozostałe nazwiska.

Podsumowanie: W pełni zasłużone wyróżnienie i myślę że nie popełnię herezji, gdy powiem, że jest to jedno z najciekawszych dzieł SF ostatnich lat znad Wisły. Kossakowskiej wyszło na dobre pójście w inna stronę niż teologia czy mitologia. Szczególnie widać to na przykładzie najmłodszego dzieła autorki-”Takeshi’ego”. Który jest niezłym dziełem, lecz niknącym w blasku „Grillbaru Galaktyka”.

#154. – Andrzej Ziemiański – „W pułapce Tesli”

Standardowy

Andrzej Ziemiański to stary wyjadasz polskiej fantastyki. Cykl „Achaji” ( i „Pomnika Cesarzowej Achaji” ), wszelkie dzieła związanego z Wrocławiem sprawiają, że ma on niepowtarzalny styl co w połączeniu ze znakomitym językiem pisania i wiedzą tworzy dzieła co najmniej bardzo dobre.

Otwierający zbiór opowiadań „Polski dom” traktuje o przeszłości. O chwalebnej Polsce, tradycyjnej, pięknej, szlachetnej. Która wpadła pod koła komunizmu i zbydlęcenia. O duchach które jednak dają nadzieję i wzbudzają nostalgię.

„Wypasacz” to opowiadanie o miłości. Bezgranicznej, szalonej, zdolnej do wszystkiego. Brak w nim jednak romantycznych uniesień, gestów poświęcenia czy codziennej miłości dwojga zakochanych. Więcej za to rozpoczliwej próby zatrzymania swej drugiej połówka. Zatrzymania dosłownego.

Tytułowe opowiadanie z udziałem wybitnego wynalazcy i naukowca Nikoli Tesli  mówi o czasie. O więzach krwi i historycznej już konkurencji pomiędzy geniuszem serbskiego pochodzenia, a Thomas’em Edisonem. Konkurencji, a nawet otwartym konflikcie który trwa nawet wiele lat po śmierci wynalazców.

„Chłopaki, wszyscy idziecie do piekła „.  Uwielbiam, jak często wspominam, alternatywne światy. W tym wypadku Polska nie różni się zbytnio od swego stanu obecnego. Jest o wiele bardzie szaro i beznadziejnie. Opowiadanie jest przede wszystkim o służbie i poświęceniu. I umowie pomiędzy wiedźmą, a komunistą.

„A  jeśli to ja jestem Bogiem ?”. Opowiadanie o dość przewrotnym tytule mówi o śnie. Krainie w której wszystko jest możliwe. Wystarczy uświadomić sobie, że się śni. I jest się bogiem swego świata. Najlepsze ze wszystkich. Może to przez moje uwielbienie „Sandmana”, ale myślę, że Ziemiański pokazał po prostu kawał porządnego warsztatu.

Książka nie tylko na lekkie, letnie wieczory. Ziemiański znów nieźle namieszał mi w głowie. Szczególnie dwoma ostatnimi opowiadaniami.

Podsumowanie: W przypadku zbiorów opowiadań jednego autora, a tym bardziej tak doświadczonego i pomysłowego jak autor „Zapachu szkła” czytelnik nie musi obawiać się przeskoków poziomu pisania. Prawda- jedne opowiadania przypadły mi do gustu bardziej niż inne, lecz pozostałe są na medal. :)

#144. – Wiktor Noczkin – „Wektor Zagrożenia”

Standardowy

Ukraińskie studio Vostok Games wydało na świat S.T.A.L.K.E.R.-a który odniósł sukces nie tylko jako gra, ale również jako doskonały materiał na literaturę. I to naprawdę dobrą. W wyniku perturbacji firma była zmuszona do rezygnacji z kontynuacji swego dzieł, a stworzyła nieco podobne o nazwie Survarium. Zamiast wybuchu atomowego w Czarnobylu mamy globalny bunt natury który jest równie destrukcyjny jak atomowe nuki. I nie jest to banalny atak wściekłych os czy hybrydy ośmiornicy i rekina, bądź jakiegoś innego zmutowanego pająka ( rzecz jasna pierw na NY ).  Flora i fauna zaczyna mutować niczym sam Bruce Banner po dawce promieni gamma. Drzewa to nie niewinne pomniki natury które można utulić, a mutasy które same cię utulą niczym ZUS i wycisną jak cytrynę. Zwierzaczki zaś nieco przypakowały i postanowiły zrzucić z piedestału Koronę Stworzenia.

Po mocno przeciętnym „Łowcy z lasu” z serii Survarium ukazała się książka autorstwa znanego już w Polsce Wiktora Noczkina. Ukraiński pisarz to pomysłowy twórca, a jego Ślepy ( momentami nawet Kulawy ) to stalker nieszablonowy, z ciekawym podejściem do życia. W „Wektorze Zagrożenia” pisarz tworzy trzy ciekawe główne postaci, choć nie tak barwne jak wyżej wspomniany bohater „Ślepej Plamy”.  Pierwsza z nich to młodzieniec Aleksem zwany, bibliofil i niestety najmniej ciekawy ( choć najbardziej główny ) charakter. Tak nawiasem mówiąc niezły z niego oryginał- w świecie gdzie regularny druk jest wspomnieniem ten nie marzy o niczym innym jak o swojej biblioteczce. Szwed. Człowiek nazywany tak dlatego,  ciągle wspomina o nordyckich mitach, autor teorii, jakoby wszystko było winą przebudzenia olbrzyma Ymira którego przed eonami pokonał Odyn i spółka. Ale za to ni hu hu nie potrafi sobie przypomnieć swojej przeszłości. Od razu wiadomo, że nie jest to jakiś mięczak, szczególnie  w chwilach, gdy wraz z przebłyskami pamięci wracają nadludzkie umiejętności. I na koniec- Jana. Chuda, krótko ostrzyżona złodziejka, która bezczelnością i cwaniactwem prześciga nawet najstarszych działaczy PO. Przy całej swej zadziorności nie jest to jednak babochłop, a najzwyklejsza młoda dziewoja w typie złośnicy. I to ona wprowadza nieco rozluźnienia którego brakuje obu panom.

Gdyby Noczkin wykorzystał swój talent do prowadzenia lekkiej, nieco humorystycznej o wiele lepiej zaprezentowałaby się wieczna ucieczka bohaterów przed rozmaitymi organizacjami tamtego świata. A to fani Mad Maxa pod przewodnictwem różnych Kotłów i Ojczulków, a to Armia Odrodzenia. Może wydać się to scenariuszem godnym pościgowych zakończeń programów Benny’ego Hilla, ale z perspektywy większych wydarzeń ma sens. Bo owe ugrupowania nie mają na celu tylko złojenia tyłków pewnym trzem personom, ale przejęcie pewnego kluczowego obiektu.

Nie sposób nie zauważyć tu podobieństwa  do S.T.A.L.K.E.R.-a . Anomalie, mutanty, klimat serii. Wszystko to jest podejrzenie podobne. Sam Las jest równie mitycznym zjawiskiem co Zona. Niby można mieć swoją przystań, ale jak wyleziesz nieco za daleko roślinka cap cię za nogę i w krzaki, jakkolwiek to brzmi. Sam Las mimo całej swojej otoczki nie budzi szczególnej grozy. Może dlatego, że jest on omijany szerokim łukiem, co czyni z niego wielką zagadkę. I to nie w ten niepokojąco tajemniczy sposób, ale w zabobonno- babciny. Łoj synuś ty tam nie idź, tam wilcy i mamuny są… Wielka zagadka przyczyny zagłady to w powieściach postapokaliptycznych norma która stała się fatum. Aura tajemniczości była dobra u Cormaca McCarthy’ego lub Głuchowskiego. Tutaj jednak mogli by chociaż wspomnieć od czego to się zaczęło, a nie od razu tworzyć świat idealny dla Groota.

Podsumowanie: Wiktor Noczkin udowadnia, że po falstarcie serii można liczyć jeszcze na dobre tytuły. Aczkolwiek sądzę, iż Fabryka Słów nieco zapędziła się w literaturze postapo wydając trzy serie na raz, zamiast skupić się na jednej, konkurencyjnej do „Uniwersum Metro 2033″. Bo jak dotąd jedynie Gołkowski i Noczkin są w stanie konkurować z Głuchowskim czy Diakowem. Sam „Wektor Zagrożenia” to porządna lektura, może głównie dla fanów gry, lecz nie mający do czynienia z nią mól książkowy znajdzie w tym uniwersum wspaniałe opowieści. Póki co trzymam kciuki za to by jedno z moich ulubionych wydawnictw nie skupiało się na ilości, a na samym przekazie swych książek z serii fabryczna zona.

#131. – Jacek Komuda – „Ostatni Honorowy”

Standardowy

Szabla w realiach PRL ? Tę szlachećką broń kojarzę raczej z epoką RON i II RP. W rękach szlacheckich bądź oficerskich. W Polsce Ludowej co najwyżej mogła ona stanowić ozdobę ściany jakiegoś weterana bądź jego potomka, lub wprost przeciwnie- partyjne aparatczyka aspirującego do „śliachiectwa”. Tak też i broń ta pojawiała się na kartach powieści Jacka Komudy. W rękach takich charakterników jak Dydyński czy Zborowski potrafiła siec niczym lajtejbery  w rękach bądź protezach rąk Jedi i Sithów. Tutaj jednak szabla znajdzie się w dłoni niejakiego Kuby Błażyka. Młody, rokujący na przyszłość szermierz Klubu Legia przegrywa  w dość haniebny sposób na Spartakiadzie z kolegą z czerwonego Wschodu. Sfrustrowany niesprawiedliwym wynikiem zastanawia się nad sensem kontynuowania kariery, gdy dostaje wiadomość od tajemniczego Francuza. Proponuje mu on coś więcej niż sportowe kłucie się z Ruskimi. Rodak de Gaulle’a przedstawia mu możliwość uczestniczenia w Tjostach. Czyli wysoko płatnych krwawych  pojedynkach. Nie będzie spojlerem jeśli powiem, że Kubuś Szablista poszedł na układ z Żabojadem. Jednak umiejętności walki czysto sportowej nie wystarczą. Młody musi znaleźć kogoś kto nauczy go robić szablą do znaczenia chamskich łbów. I tu pojawia się ktoś znacznie ciekawszy niż Kubuś- niejako Tarło.

Pomiędzy jednak głównym nurtem narracji pojawiają się retrospekcje sięgające czasów Drugiej Rzeczypospolitej. Pojawia się nawet sam Wieniawa- Długoszowski. Co prawda akcja kręci się wokół środowisk wojskowo- oficerskich, ale nawet na takiej wąskiej grupie widać, jak bardzo odmienna była to Polska od PRL-u. Pojawia się tu enigmatyczna postać Przeździeckiego, który w pierwszej chwili wydaje się być krewki niczym zielony Hulk. I tu objawia się największa moc książki. Powoli dawkowana historia, z rozdziału na rozdział odkrywająca coraz to nowe karty. Podpowiem tylko tyle, że jak zwykle mieszają Kacapy.

Autor skłania do pewnej refleksji. Smutnym zjawiskiem jest to, że PRL nie przeobraził się jakoś znacznie. Trzecia „erpe” ujęta jest tutaj u swych początków- a więc nadal jest szaro, nadal niemrawo, a na dodatek panuje jeszcze większy chaos. Mafia zbiera swe żniwa, w Sejmie trwa przepychanka, wolność to tylko pusty frazes, a fascynacja Zachodem z lekkiego bzika przerodziła się w bezmyślne małpowanie i bałwochwalstwo. W „Ostatnim Honorowym” Komuda pokazuje też, że tajne służby nie wyparowały wraz z nałożeniem na głowę  Białego Orła korony.

Czarnym charakterem jest tu niejaki Szaszmir. Ubrany w teatralną maskę demiurg który jest wielkim ktosiem w środowisku burżujów bawiących się w Tjosty. Postać nieco pozornie zepsuta, ale w kontekście całej książki i retrospekcji z czasów II RP jest najgorszym z możliwych do wyobrażenia sobie przeciwników. Małych, plugawych i cwaniacko zdobywających pozycję.

Główny bohater Kuba Błażyk to jedna z tych postaci które nie zaliczają się do panteonu moich ulubieńców. Dziecko swojej epoki, przesiąknięty mentalnością pustych półek i koksowników. Gdy zderza się ze światem za Żelazną Kurtyną początkowo czuje się zaskoczony, by po chwili stać się nieco pyszałkowaty. Ot przykład postępowania z Lou i Anną. Częstokroć zachowuje się po prostu jak gówniarz który nie wie kiedy zamknąć jadaczkę i grać tak, aby oszczędzać facjatę. Innym bohaterem jest z kolei Tarło. To kim jest naprawdę nie jest wielką zagadką, jednak hardość, przedwojenny dryl i fakt, iż mimo wieku potrafi dać w gębę młodzianowi i bez większego trudu przewyższać go w sparingowych pojedynkach przemawia na jego korzyść.

Podsumowanie: Komuda znakomicie kreśli klimat schyłku PRL i „przemiany ” 1989 roku.  Ten kto jednak spodziewa się dominacji pojedynków na szable może się nieco zawieść. Są one ważnym elementem, lecz nie są wyeksponowane tak, jak w sarmackiej części twórczości pisarza. Niemniej jednak odznaczają się fachowością i dynamiką. Oczywiście dominuje polska, czarna szabla :). Powieść różniąca się od historycznych książek Komudy ( czy to szlacheckich, czy osadzonych we Francji Villona czy pirackich opowiadań ), jednak ta nieprzewidywalność jest w niej najlepsza.

#118. – Maja Lidia Kossakowska – „Siewca Wiatru”

Standardowy

Anioły w popkulturze mają już spory dorobek. Ich motyw nadużywany jest nieraz w kampaniach reklamowych, nawet tych które nie do końca są bliskie chrześcijaństwu. Od idiotycznych seriali w których  wyglądają one jak metroseksualne chłopaczki z  żurnali dla pań znudzonych życiem po skrajnie przedstawianie bezpłciowego hermafrodyty z kędzierzawą główką i w prześcieradle. Zdarzają się jednak znakomite obrazy, gdzie Świetliści są postaciami wyważonymi i nie obrażającymi uczuć religijnych, a jednocześnie nie przynudzającymi harcerzykowatym zachowaniem. Takie właśnie są Anioły z „Siewcy Waitru” Mai Lidii Kossakowskiej.

Głównym bohaterem jest jeden z Aniołów Miecza. Nie jest on w hierarchii byle kim bo pełni funkcję oficerską. Jednak nieszczęsny skrzydlaty wojak nadeptuje na piętę pewnego wysoko postawionego anielskiego gryzipiórka. I to nie byle kogo, bo samego archonta Jaldabaota. Anioła który swobodnie mógłby być patronem ZUS-u. Przepełniony pychą i przesadną dumą demiurg niemal doprowadza do egzekucji Daimona, lecz w tym momencie wkracza Pan ( dziwnie pisać o Bogu jako  postaci literackiej nawet jeśli pełni rolę salwatora :p ). Najjaśniejszy wybawia z opresji Frey’a, a co więcej czyni go Abbadonem. Czyli kimś kogo zadaniem będzie uczynienie ostatecznej zagłady, a na co dzień zajmujący się niszczeniem patologii we Wszechświecie sprzecznymi z wolą Boga.

Wszystko jest ładnie i ślicznie dopóki Pan nie urządza sobie wakacji nie zostawiając kartki. I zabierając ze sobą swoich najbliższych- niemal wszystkich Serafinów , Metatrona i Matki Boskiej. Jak wspominałem, NIEMAL wszystkich Serafinów- tego jednego najbardziej szurniętego i wypowiadającego się mało klarowanie zostawia na pocieszenie. Skrzydlaci są przerażeni, jednak o absencji Pana Boga wie na szczęście jedynie elita. Gabriel, Michał, Rafael, Razjel i Daimon. Oraz druga strona medalu- Lucyfer i Asmodeusz.

Rzecz o Ani0łach. Jak wspominałem- nie są to efemerydy wyjące chóralnie ku utrapieniu Pana ( bo czyż nawet Najwyższy nie wolałby porządnej gitary ? :D ). To bohaterowie z krwi i kości. I piór. Gabriel to typ politykującego dyplomaty lubiącego mieć wszystko pod kontrolą, który ma smykałkę do politycznych gierek i zagrywek. Rafael to miękki i płaczliwy Skrzydlaty. Ot taki zniewieściały chłopczyk który będąc aniołem od uzdrowień musi być Aniołem Stróżem pewnego Kanadyjczyka z bokobrodami. Razjel to niebiański Merlin. Anioł- mag to typ a la Dr Strange. Potężny, momentami arogancki, a jednocześnie jak każdy mag, nieco dziwaczny. Michał zaś to trep. Pan Zastępów odpowiadający za eksmisję diabła z Nieba na dodatek jest nie do końca stabilny psychicznie o czym przekonają się jego współtowarzysze. A skoro mowa o aniołach nie wypada nie przedstawić kilku diabłów. Lucyfer nie jest tu sadystycznych, cwanym, przebiegłbym i podłym diabłem, a typem który w młodości nabroił, a teraz wie, że jest za późno na naprawę bałaganu. Jego prawa ręka, Asmodeusz, to szara eminencja która trzyma wszystko w jednym kawałku. Anioły zaś również nie są pustymi kukiełkami w tle. Są również postaci jak Hija które mimo zerowej funkcji w hierarchii Nieba ( jak i Piekła) pełnią dosyć ważna rolę, szczególnie dla głównego bohatera.

Kossakowska miesza nieco chrześcijańską teologię z obcą mitologią. I tak pojawiają się dżiny, ifryty, salamandry i inne nadnaturalne cudactwo. Kolejne bluźnierstwo ? Raczej nie. Nadaje to uniwersum stworzonemu przez pisarkę kolorytu i różnorodności, tak jak ludzkie cechy nadają go Aniołom. Można wysnuć z tego wniosek, że autorka traktuje chrześcijaństwo jako kolejny kult który przeminie, lecz zanim ktokolwiek zacznie tak twierdzić- niech dokładnie przeczyta to dzieło.

Autorkę warto pochwalić za spójność świata. Nie ma tu niedociągnięć, nielogiczności, zaś język jakim się posługuje określiłbym jako fachowy, lecz nie nadto fachowy. Nie ma tu zbędnej pseudo- filozofii, ani zbyt wielu śliskich odniesień do religii które mogłyby nieco nadszarpnąć walory rozrywkowe „Siewcy Wiatru”. Kossakowska wie kiedy można zwolnić czy przyśpieszyć. Nie marnuje, nomen omen, pióra na czcze dywagacje czy na akcje godne kina lat 80. Do tego wspaniałość z jaką żongluje angelologią, mitologią i to wszystko ze szczyptą popkultury… Cykl „Kłamca” Ćwieka jest ledwo marnym cieniem serii autorki.

Całość zdobią rysunki Dominika Brońka który jak zawsze pokazał, iż ilustracje w książkach to nie konieczność dla idiotów bez wyobraźni lub nałogowych komiksiarzy, a przepyszna wisienka na torcie. Nie są to pełne światłości sakralne obrazy, a raczej świeckie, nieco mroczne rysunki które jednak bardziej pasują do treści niż klasyczne przedstawienie Skrzydlatych.

Podsumowanie: „Siewca Wiatru” to powieść „anielska” z umiarkowaną dawką realizmu. Bez zapędów znanych z amerykańskiej popkultury która zdążyła już dorobić najrozmaitsze ryje Skrzydlatym. Kossakowska przygotowała się do napisania  książki i wykorzystując wiedzę w dziedziny angelologii stworzyła coś co może nawet zachęci. Ktoś kto jednak jest wyuczonym teologiem i jest równocześnie dość wrażliwy na punkcie swojej wiary pewnie wyszuka kilka nieścisłości i rażących faktów w kwestii wyznania. Ja jednak jako ciemnogrodzianin i katolik nie czuje się urażony tą wizją Aniołów która jest dla mnie bardziej nowoczesnym sposobem ich przedstawienia osobom które potrafią jąkając się wydukać „anielebożystróżumój…” nie rozumiejąc sensu modlitwy. Dlaczego ? Bo czyż nie lepszym Aniołem Stróżem nie będzie Skrzydlaty w skórzanej kurtce z mieczem w łapach i wyglądem zakapiora, niż wesołek lśniący niczym żaróweczka ?

PS : A na koniec przepiękne intro z serialu „Autostrada do Nieba”. Bardzo refleksyjnego i emocjonalnego działa, które ukazuje istotę opieki Skrzydlatych.