#278. – Jason Aaron, Esad Rebic – „Thor Gromowładny- Boża bomba”

Standardowy

Boże Narodzenie tuż, tuż. Sklepy jeszcze na długo przed nim wystawiają świętych od Coca- Coli, bałwanki, gwiazdki i rozmaite precjozja, ukazujące wyższość marketingu nad tradycją. Jest więc to wspaniały czas by wspomnieć o historii z udziałem boga. Będącego jednym w trójcy. I aby uspokoić bogobojne sumienia- nie jest to bluźnierstwo przeciw tej Trójcy. Jason Aaron i Esad Rebic prezentuję bowiem swoją boskie trio. A konkretniej troje nordyckich bogów gromu, będących tą samą osobą, z trzech różnych epok swego życia.

W poprzedniej części współczesny Thor odkrywa, iż ktoś wybija bóstwa z różnorakich panteonów. Szybko okazuje się, że miał on nawet do czynienia z zabójcą. W okresie życia, w którym uosabiał wszystkie stereotypy dotyczące młodego, pyszałkowatego boga. Czyli ciągoty do bitki, kobitki i popitki są mu bliskie aż nadto. Do tego kompleks związany z brakiem odpowiednich kwalifikacji potrzebnych do obsługi Mjollnira. Ale jest też Wszechojciec Thor. Najpotężniejszy z trójki, najbardziej doświadczony, ale jednocześnie złamany i zgorzkniały. Pokonany wielokrotnie przez siły Bogobójcy w całej swej potędze jest bezradny. Aż do czasu przybycia Thora Avengera. I jak łatwo się domyślić- najmłodszego z Gromowładnych. Aaron znakomicie bawił się również relacjami między nimi. Najstarszy, z wiadomych powodów, przypominał w sporej mierze swego ojca. Thor teraźniejszy- herosa, który chyba najbardziej stara się ułożyć bałagan, któremu winny w pewnym stopniu jest on sam. W wersji, która nie żywi szacunku ani do niego, ani do pryncypialnego Wszechojca. 

Znaleziony obraz

Ukazana jest też geneza samego Gorra, a co ważniejsze jego motywacje i coraz wyraźniejsze konsekwencje jego działań dla niego samego. Ktoś, kto wybija i zniewala bóstwa tysiącami sam po jakimś czasie przestaje być zwykłym mordercą, a kimś dużo większym. Wychodzi też na jaw skąd wzięła się jego potęga, zdolna gładzić największe boskie byty i jak plan właściwie ma Rzeźnik Bogów.

Chorwacki rysownik już w poprzednim tomie zabłysnął ogromnym talentem. Kadry ukazujące obdartych ze chwały martwych bogów przerażały nie mniej, niż pozornie niepozorny Gorr Bogobójca. Tutaj Rebic przedstawia kolejne poziomy okrucieństwa tej postaci, a zarazem upadku pozornie nieśmiertelnych. I nie można nie zapamiętać kadru, w którym Thor dzierży dwa Mjollniry. Dla mnie, jako megalomana i człeka lubującego się w neo- hollywoodzkich zagrywkach- bomba. Boża bomba. 

Podsumowanie: Aaron ukazał jedną postać z trzech różnych epok. I  ie byłoby w tym nic szczególnie innowatorskiego, gdyby Gromowładni tak bardzo się od siebie nie różnili, a jednocześnie nie przypominali siebie. Tak samo bitni, krytyczni wobec swoich wcieleń i ze wspólną obawą. Jakaż to rzecz, której lękają się niezmiennie trzy wcielenia Thora ? Aby się dowiedzieć trzeba sięgnąć po ten tom. Podpowiem tylko tyle, iż ma ona nader ludzki wymiar.

#254. – Jason Aaron, Esad Ribic – „Thor Gromowładny: Bogobójca”

Standardowy

Postać marvelowego Thora to pewien mały paradoks. Jest on jedną z czołowych postaci wydawnictwa, ale jego fanów jest znacznie mniej, niż tych od Iron Mana czy Kapitana Ameryki. Może to jego mitologiczna specyfika. Może fakt, że w niektórych komiksach naprawdę zasługuje na miano boga, a w innych swymi wyczynami przypomina raczej nabuzowanego barbarusa z młotem. Thor Marvela nie jest również ani swoim odbiciem mitologicznym, ani popkulturowym. Jest połączeniem klasycznych sag nordyckich z przekazem superbohaterskim, z założenia twórców od samego początku. Niektórzy wplatali więcej wątków mitologicznych, jak Walter Simons, a inni dawali mu się wykazać bardziej jako klasyczny heros. W „Thor Gromowładny: Bogobójca” mitologia miesza się z popkulturowym przekazem w prawidłowych proporcjach, w stylu, którego próżno szukać w innych tytułach spod szyldu Gromowładnego.

Jason Aaron, twórca „Skalpu” i „Otherside” udowodnił, że Thor to nie tylko malowany chłoptaś z wielkimi muskułami, a prawdziwy nordycki wojownik. I to po trzykroć. Aaron prowadzi bowiem potrójną narrację z punktu widzenia tej tytułowej postaci, w różnych etapach jej życia. Pierwszy z Thorów nie dzierży jeszcze legendarnego młota, zaś chętnie gustuje w łupieżczych wyprawach, dziewkach i miodzie. Lekkomyślność, brawura i chętka do bitki- to jego przymioty. Grom jest zaś gdzieś daleko. Drugi to Thor bardziej znany czytelnikowi. Avenger, godny już Mjollnira ( choć nie na długo- akcja ma miejsce na krótko przed „Original Sin”, gdzie Thor traci ten przywilej ) i pragnący zemsty na rzeźniku rozpoczyna swoją wędrówkę, naznaczoną boskimi trupami ku spotkaniu z nim. I ostatni z Gromowładnych Asgardu. Starzec o niemałej potędze, lecz starzec złamany.  Pokonany przez bogobójcę, który przez tysiąclecia zdążył już wybić niemal wszystkie bóstwa, przypomina zmęczona i słabowitą wersję swego ojca. I mimo woli walki daleko mu do majestatu Odyna. Gorr, jak zapowiedział, zostawił sobie starego boga piorunów na sam koniec. Narracja wzajemnie na siebie nachodzi. Najbardziej na pierwszy plan wysuwa się Thor- Avenger, ale to raczej efekt przyzwyczajenia do takiego wizerunku Gromowładnego. Każdy z nich pokazuje właściwie inną postać. Z których żadna nie jest nieomylna.

Skala rzezi jest ogromna. Paradoksalnie wszyscy ci bogowie wydają się pośmiertnie nader ludzcy. Kontrastuje to z ich wizerunkiem jaki pamiętał Odinson. Potężne, niemal nieskończone istoty wydają się niczym nie różnić od klasycznego truchła śmiertelnika. Nie jednak pośmiertny wygląd bogów przeraża Thora. To co naprawdę go niepokoi to fakt, że w większości przypadków nieobecność bóstw została niezauważona przez członków innych panteonów. Na dodatek Gromowładnego trapi poczucie winy za czyn, którego dopuściła się jego młodsza wersja. Zgadza się- ta występująca w tym tomie.

Oprawą graficzną zajął się Esad Ribic. Swą kreską gładził bogów nader sprawnie i sugestywnie. Na kartach komiksu nie ma bowiem wielu scen, w których Gorr siecze swe ofiary. Zagadkowa jest więc śmierć Peruna i wielu innych bóstw, których dowodem na przegraną potyczkę z Bogobójcą był trup lub sama sugestia o śmierci. Dodaje to nieco dreszczyku tajemniczości i niepokoju.

Podsumowanie: Dotąd miałem do czynienia tylko z historiami o Thorze w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Poznałem też opowieść „Thor: Wiking”. Historie z udziałem dzierżącego Mjollnira miały wzloty i upadki. Te drugie nierzadko spowodowane niekompetencją Hachette. Ale żaden nie wgniótł mnie w fotel jak „Bogobójca”. Jason Aaron i fenomenalny rysownik Esad Rebic wykonali arcydzieło.