#278. – WKKM #105 – Jason Aaron, Brian Michael Bendis, Ed Brubaker, Matt Fraction, Jonathan Hickman, Frank Cho, John Romita Jr. – „Avengers vs X- Men cz.1″

Standardowy

Wielkie crossovery powstały z dwóch powodów. Aby zgarnąć nieco szeleszczących i brzęczących nominałów z portfeli konsumenta i po to, by nieco przewietrzyć woniejące już nudą uniwersum. Wśród tego typu wydarzeń zaś najwięcej sensacji wzbudzają te, w których herosi walczą między sobą. Nie kosmiczna inwazja, nie kryzys na wielu światach. Ale bratobójcze mordobicie w imię, mniej lub bardziej, banalnych ideałów. Bo czymże była główna przyczyna sławenej „Wojny Domowej” wobec wieloletniej przyjaźnie Capa i Starka ? Wydawać by się mogło, że niczym, lecz krew się polała. Podobnie jest i tutaj. Dwie, niejednokrotnie współpracujące ze sobą grupy rzucają się sobie do gardeł. Oczywiście nawet nie próbując usiąść do stołu. A co jest tego przyczyną ?

Phoenix powstaje z popiołów. Potężny, kosmiczny byt zmierza w stronę Ziemi. Jean Grey nie żyje ( znowu ), ale płonąca bestia upatrzyła sobie na cel inną pannę związaną z nazwiskiem Summers. Jest jest nią niejaka Hope, pierwsza mutantka urodzona po M- Day. Przeklętym przez mutantów dniu, w którym Scarlet Witch wymazała połowę populacji homo superior. Garstka mutantów ocalałych po tych wydarzeniach liczy, iż Phoenix nosi swą nazwę nie na darmo i przyczyni się do rezurekcji ich gatunki. Skrajnie inny punkt widzenia przejawiają Avengers. Grupa pod przywództwem Kapitana Ameryki obawia się przybycia kosmicznej istoty znanej z siania spustoszenia i zagłady. Konflikt interesów wydaje się być nieco błahy. Odnoszę wręcz wrażenie, że Cap i Cyclops tylko czekali, aby móc pokazać, który z nich jest prawdziwym samcem alfa.

Dość specyficzna rola przypada Wolverine’ owi. Logan, który poróżnił się z Summersem na łamach „X- Men: Rozłam” stoi po stronie Avengers, ale jednocześnie w na pozycji tego, któremu ciężko jest zaufać. Nic dziwnego- gdzieś bowiem w duszy zakapiora ze szponami z adamantium gra czuła struna tęsknoty i żalu za panną Grey.

Podobnie jak w historii Millara i McNivena, tak i tu, dziwi mnie prędkość z jaką dotychczasowi sojusznicy zaczynają obijać się kułakami. Ma to w sobie wręcz wrestlingowy sznyt. Tylko w tego typu widowiskach dotychczasowi sojusznicy ot tak zmieniają stronę. Sęk w tym, iż w amerykańskich zapasach to rzecz wręcz obowiązkowa i podnosząca napięcie. W komiksach zaś nie zawsze się sprawdza, a nieskomplikowane pobudki wzajemnej wrogości sprawiają, że ciężko jest przejść obok nich obojętnie. Bo całkiem fajnie zobaczyć dwie największe grupy Marvela w bezpośrednim starciu. Lecz uproszczenie jego genezy już takie nie jest.

Obok głównej opowieści wydawca dorzucił serię „AVX Versus” ilustrującą solowe walki członków obydwu grup. Main eventem jest tu bez wątpienia walka między Iron Manem, a Magneto, lecz zestawienia takie jak Kapitan Ameryka vs Gambit czy Thing vs Namor również robią wrażenie. 

Pierwszą część ilustruje John Romita Jr. Nie będący w swej szczytowej formie. Nie jest to zbrodnia jakie zdarzało mu się popełniać nawet na łamach WKKM ( pamiętny „Black Panther” ), ale daleko mu do formy z „World War Hulk” czy „Spider- Man: Homecoming”. Zbyt często bywa niedbały, aby móc przemilczeć zepsute kadry. Szczególnie, iż w następnych tomach wypada nieco blado przy Oliverze Coipelu czy Kubercie. Wystarczy spojrzeć na powyższy kadr, aby przekonać się, co nie poszło nie tak Romicie Młodszemu… :p

Podsumowanie: Batalia mutantów i Mścicieli odcisnęła silne piętno na świat Marvela. Ale o tym więcej przy okazji recenzji dalszych części tegoż eventu. Póki co grupy są zajęte na tyle sobą, aby nie zauważyć, iż to Phoenix jest największym zagrożeniem. Olśnienie przychodzi nagle, w momencie, gdy przychodzi przywitać się z płomienną, kosmiczną gąską.

#234. – Ed Brubaker, Greg Rucka, Michael Lark – „Gotham Central: Na służbie” t.1

Standardowy

W świecie gdzie występują herosi zapomina się o szarych ludziach. Któż będzie się przejmował przeciętnym zjadaczem chleba, gdy nad głowami lata Liga Sprawiedliwości czy inni Avengersi. Nikt też nie przejmuje się ludźmi którzy po nich sprzątają. Służby porządkowe i ratownicze jakoś tak dziwnie umykają twórców trykociarskich komiksów zajętych tworzeniem coraz to bardziej niezwykłych przygód. „Gotham Central” to tytuł inny niż wszystkie. Widoczna w tytule nazwa miasta i widniejący na okładce Bat- sygnał nie są bowiem tu gwarantem występu milionera przebierającego się za nietoperza. To opowieść przede wszystkim o gliniarzach którym dane jest żyć i działać w mieście w którym normalką są akty terroru w wykonaniu Jokera czy Two- Face’ a. Gliniarzach z Wydziału Poważnych Przestępstw.

Czytelnik nie uraczy tu sprzętu rodem z seriali „CSI”. Nie będzie tu też ekscentrycznego geniusza w rodzaju Monka czy Holmesa. Funkcjonariusze należący do WPP to oddani sprawie stróżowie prawa w większości namaszczeni przez Jima Gordona. Ale nie znaczy to, że są w równym stopniu co ich mentor zwolennikami Batmana. Zdają sobie sprawę z ogromnej roli jaką pełni Mroczny Rycerz, ale nie palą się tak już do wzywania jego pomocy. Cóż się dziwić ? Oklaski zawsze przypadają jemu, zaś to oni są najbardziej narażeni na niebezpieczeństwo. I marną płacę.

Scenariusz nie jest prosty i jednolity. A to za sprawą podziału na dzienną i nocną zmianę. Pierwszą z nich wziął Ed Brubaker. Klimat seriali policyjnych z dodatkiem gothamskich problemów. Jak Mr.Freeze. W opowieści „Motyw” Brubaker zaczyna z kopyta. Oto dwaj policjanci z WBB ruszają za tropem zaginionej dziewczyny. Ślad okazuje się mylny, a zamiast nastolatki na miejscu wota ich zaskoczony Mr. Freeze. Tłumaczenie, iż to nie po niego przyszli zdają się na nic. Jeden z nich ma okazję poznać co naprawdę znaczą słowa „freeze”. Jego partner Driver ma więcej szczęścia. Pozwala mu to na zgłębienie zagadnienia- któż to skierował ich prosto na Victora Fries’a ? 

Zmianą nocną zajmuje się Greg Rucka. „Pół życie” opowiada o Renee Montoyi. Latynoskiej detektyw która wyraźnie nadepnęła komuś na odcisk. Ktoś ujawnia na posterunki, iż jest homoseksualistką. Zdjęcia ukazujące ją z jej kobietą docierają również do jej rodziców. O ile w miejscu pracy kończy się na docinkach, a sprawę z konserwatywnymi rodzicami dało się zalepić kilkoma kłamstewkami, o tyle zarzuty o zabójstwo szantażysty nie są tak łatwe do rozwiązania. Podrzucone do mieszkania narkotyki i zaginięcie zapasowej broni nie stanowi ułatwienia.

Sympatia do Batmana jest niewielka. Właściwie to na granicy tolerancji. Autorzy podkreslili to jeszcze bardziej niemal epizodycznymi występami Zamaskowanego Krzyżowca na łamach tego komiksu. Przez spory czas jest on bardziej miejską legendą, niż realna postacią. Doskonale też jego naturę ukazuje momenty w których się pojawia. Podobnie jest z Jimem Gordonem. Ktoś kto jest ideowym ojcem tego wydziały pojawia się zaledwie jeden raz i to bardziej w formie tła do wydarzeń niż faktycznego bohatera.

Michael Lark to autor niełatwy w odbiorze. Minimalistyczny. Dość hojnie fechtujący światłocieniem, a raczej samym cieniem. Jego kadry są ciemne, klaustrofobiczne. Do tego brak większych, a co dopiero całostronnicowych rysunków sprawia, że czuje się, iż nie jest to opowieść i potężnej jednostce walczącej z całym światem z pomocą gadżetów/ supermocy. Nawet sam Batman jest tutaj jakoś tak dziwnie ludzki mimo tej swojej peleryny i wyskakiwaniu znienacka z cienia. Lark nie jest szczegółowy. Jego dzieła są nieco rozmyte i ociosane dość topornie. Kontury niektórych rysunków są zbyt niedbałe i po prostu niedoskonałe. Ale to co w przypadku klasycznego komiksu z herosami byłoby niewybaczalne tutaj jest w sam raz. Ilustracje potęgują wrażenie korupcji miasta i nieco umniejszają bohaterów wobec ich przeciwności.

Podsumowanie: Zawsze uważałem Gotham za jedno z najniebezpieczniejszych miast w literaturze. Istniały oczywiście bardziej złowieszcze wizje, lecz do miasta Batmana im daleko. Nie ze względu na poziom przemocy czy mrok wyzierający z każdego zaułka. Lecz za przytłaczającą normalność. Bo może i w Gotham grasują psychopaci jak Joker czy Two- Face, a mafiozi w rodzaju Pingwina czy Rzymianina oplatają przestępczymi mackami każdą niemal każda gałąź działalności publicznej. Ale Gotham to wierne odzwierciedlenie każdego wielkiego miasta. Pełnego namiętności, blizn i nigdy nie zasypiającego. Z bohaterami którzy nie wkładając masek i peleryn. Którzy nie są kuloodporni i nie przekraczają bariery dźwięku. O nich właśnie jest ten komiks.

#205. – Ed Brubaker, Darwyn Cooke – „Catwoman: Na tropie Catwoman”

Standardowy

Przysłowie głosi, że każda potwora znajdzie swego amatora. Co jeśli jest się Batmanem ? Człekiem który ciągnie za sobą bandę psycholi, a obok siebie bandę dzieciaków ? Ponurakiem który w kółko rozpamiętuje śmierć rodziców, mimo, iż minęły od niej lata, a on sam jest miliarderem podziwianym zarówno w cywilu, jak i w trykocie ? W takim wypadku znaleźć drugą połówkę jest ciężko. A to kobieta okaże się córką terrorysty- sekciarza, a to okaże się, że użyła do zauroczenia roślinopochodnych substancji. W takich wypadkach kobieta dla takiegoż indywiduum musi przede wszystkim nie chcieć go zabić, a na dodatek być równie… niezwykła. Taką kobietą bez wątpienia jest Catwoman.

Dlaczego zacząłem recenzję komiksu o Selinie Kyle od postaci Batmana ? Bo to w jego cieniu od zawsze istniała Kobieta- Kot.Potrafiła ona jednak wyścielić sobie nieco więcej miejsca w Gotham niż którykolwiek z Robinów. Jakim tego dokonała sposobem ? A takim, że Selinie daleko do stereotypu superbohaterek. Najczęstszy bowiem model damy w trykocie to piękność o hojnych kształtach, które jest ideałem w każdym calu. Przy całej swej smukłości dodatkowo ma siłę równą swoim napakowanym kolegom i zachowuje się twardo i walecznie jak oni . Postać Catwoman odrzuca ten stereotyp- podobnie jak jej nietoperzy znajomek nie ma mocy, a jej zachowanie dalekie jest od patetycznego heroizmu zakrawającego niekiedy o supermańskie frajerstwo. Na dodatek mimo wielu naśladowczyń ( Black Cat, Black Widow ) potrafi zachować swój pazur indywidualizmu.

Komiks dzieli się na trzy opowieści. Pierwsza z nich mówi o dość pechowym dla Seliny skoku. Pojawia się wątek miłosny, lecz jest on bliższy „Casablance” niż współczesnym komediom romantyczny. Selina po swej rzekomej śmierci nagle pojawia się w mieście. Na jej szczęście nikt znaczący i chcący powrócić do sytuacji w której była ona trupem się o tym nie dowiaduje. Nie znaczy to, że Catwoman zamierza osiąść na laurach. Przeciwnie- chce dokonać naprawdę zuchwałego rabunku. A pomóc ma jej w tym jej dawny ukochany Starkiem się zwący. Nie ma on niestety nowoczesnej zbroi, ale solidne doświadczenie w branży i swoje kontakty. Jaki jest więc haczyk ? A taki, że lata temu Selina wrobiła go, a sama uciekła z łupem. Ot kocia miłość.

Druga historia łączy się nieco z pierwszą. Slam Bradley to znany każdemu typ detektywa mającego swe biuro w podłej dzielnicy, z charakterystycznym oknem i drzwiami z własnym nazwiskiem. Z pozoru gruboskórny i chłodny tak naprawdę swoją dedukcją ustępuje jedynie Batmanowi. Jak każdy szanujący się detektyw nie ma przyjaznych stosunków z policją, ale wie co w trawie piszczy i wie jak znaleźć dowolną osobę. Nawet jeśli to niemal anonimowa złodziejka biżuterii nocami przybierająca postać kota. Tytułowa opowieść mówi właśnie o Slamie Bradley’ u i o tym jak znalazł, albo jak kto woli, jak pozwoliła się znaleźć Catwoman. I o dziwnej relacji łączącej detektywa i Kobietę- Kot. Jeśli ktoś spodziewa się standardowego wątku niespełnionego romansu sroga się zawiedzie. Slam to nie Stark mimo podobnego rocznika.

Czas na trzecią opowieść. Mało kto pamięta, ale Selina ma siostrę. Która to spełnieniem marzeń o młodszym rodzeństwie nie jest. Nie kuma się co prawda z najgorszymi mętami Gotham, ale też nie można pochwalić się nią na bankietach. Holly to była ćpunka i panna lekkich obyczajów. Zagububiona i ciągnąca za sobą bagaż przeszłości obecnie służy za szpiega Catwoman. A w „Przebraniach” wtyczka na uliczny świat to zbawienie. Morderca cór Koryntu jest dla policji nieuchwytny. Celowo nieuchwytny. Brubaker ukazał nieco bardziej skorumpowaną stronę gothamskich stróżów prawa. A sam zabójca przypomina, że to nadal świat w którym bohaterem jest przybysz z Kryptona.

Cooke jest na tyle charakterystyczny, że automatycznie kojarzę jego kreskę z tym niepowtarzalnym klimatem lat 50. Jednocześnie jego styl nie jest typową estymą z jaką rysowali artyści z dawnych lat. Postaci nie wydają się statyczne. Ich facjaty nie są plastelinowe, a sylwetki mają w sobie dużo więcej dynamizmu. No i ta szczegółowość otoczenia. Szczegółowość subtelna, gdyż rysownik rysuje dość wyraziście i nie bawi się cieniusieńkie kreseczki i zmarszczeczki. Tyły zapyziałego baru, dachy Gotham i jego ulice po zmroku- oto domena Cooke’ a. 

Podsumowanie: Spore objętościowo tomiszcze prezentuje zbiór bardzo dobrych przygód Catwoman które stanowią odtrutkę dla jej filmowych wersji i pokazują, że Gotham to nie tylko Batman i jego świry z Arkham. Selina jest zdecydowanie jedną z najbarwniejszych damskich postaci komiksu. Do tego nieco gangsterska stylizacja, oscylowanie na granicy prawa i niejasne samookreślenie Catwoman nadają komiksowi dodatkowych walorów i niecodzienności na tle crossoverowych batalii i widowiskowych czynów.

#180. – WKKM #79 – Ed Brubaker, Mike Deadoto – „Secret Avengers: Misja na Marsa”

Standardowy

Po wycofaniu się z roli Kapitana Ameryki Steve Rogers nie poszedł na emeryturę powspominać stare czasy z starszymi o kilkadziesiąt lat rówieśnikami. Jako liczący się  tuz w S.H.I.E.L.D. zdawał sobie sprawę, że oficjalni Avengers musza ponownie zewrzeć swe szeregi o ochłonąć po wielu zawirowaniach. Jednak potrzebni są herosi działający mniej oficjalnie. Których wyczyny nie znajdą się na pierwszych stronach gazet i tym samym nie mają oni ciągnącej się za nimi opinii. Która nie zawsze pasuje do wizerunku herosa.

Do nowego, tajnego składu Rogersa o mało błyskotliwiej nazwie Secret Avengers należą więc: Sharon Carter, War Machine, Walkiria, Beast, Nova, Black Widow, Moon Knight i Ant- Man/ Eric O’Grady. Nie jest to może pierwszoligowy skład. I o to chodziło Capowi. O ludzi znających się na rzeczy, ale nie rzucających się w oczy. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że War Machine i Walkiria to substytuty Iron Mana i Thora… Cóż- Rogers ledwo co wrócił zza grobu i zatęsknił za kumplami ze starego składu. A że nie mógł ich dołączyć do swej grupy ? Herosów w Marvelu mnogo :) .

Historia rozpoczyna się z przytupem. Tajna organizacja, jeszcze bardziej tajny artefakt. Akcja wręcz stworzona dla takiej grupy jak powyższa ( też tajnej ). Wszystko jednak nie jest takie łatwe jak Rogers uważał na początku. Problemy zaczynają się pojawiać na Marsie. Gdzie wysłany został Nova. Mimo swej sporej siły ulega pewnej nieznanej sile i co tu dużo mówić- reszta Secret Avengers musi udać się na Czerwoną Planetę zobaczyć cóż się z nim stało. To co jednak tam spotkają wydaje się być nieco na wyrost dla ekipy której domeną nie jest frontalny atak, a działania skryto- szpiegowski. Oprócz głównego wątku w ostatnim zeszycie pojawia się Nick Fury. A raczej ktoś wyglądający jak on…

Deadoto ma niezły warsztat. Nie ma właściwie czego się przyczepić. Może jedynie tego, że nie jest charakterystyczny jak Tim Sale czy Romita Jr. ,  ale czy każdy rysownik musi być oryginałem na ich miarę? Jest wiele kadrów naprawdę solidnie narysowanych. Powyższy z Ant- Manem jest na to dowodem. Dynamiczne kadrowanie i nieco ciężka atmosfera Marsa to również wizualne plusy tego komiksu nadające mu ciekawego klimatu. W historii dodatkowej rządzi jednak Michael Lark i David Aja. Wraz ze zmianą atmosfery z pełnej zwrotów akcji batalii mamy więc zmianę graficzną która robi wrażenie.

Podsumowanie: Nie jest to może przełomowe wydarzenie w historii Mścicieli, ale jako pomniejsza historia spełnia oczekiwania. Sprawnie poprowadzona akcja z udziałem  bohaterów stojących zazwyczaj w drugim szeregu zajmuje choć jest przeraźliwie krótka. Chciałoby się więcej- tym bardziej, że akcja wyraźnie nie jest dokończona, a urwany wątek prosi się o dokończenie.