#276. – Jonathan Hickman, Mike Deadato – „New Avengers: Nieskończoność”

Standardowy

Kolejny tom z serii „Nieskończoności” Marvela. Ten kto myślał, iż Avengers mają pełne ręce roboty niech zwróci swe oczy ku grupie Iluminati. Tajny krąg herosów boryka się nie tylko z problemami związanymi z Inkursjami czy podwójną inwazją ale też z wewnętrznymi niesnaskami. Królowie dwóch królestw, Namor i Black Panther, biorą się za bary. A przyczyny ich konfliktu mają swe zarzewie jeszcze w wojnie Avengers i X- Men, gdy to opętany Phoenixem władca Atlantydy spustoszył jedno z bardziej ludnych miast Wakandy. 

Ofensywa Budowniczych i następująca po niej inwazja Thanosa nie przerwały w cudowny sposób pojawiania się Inkursji. Wprost przeciwnie-  mają się dobrze, a piętrzące się kłopoty sprawiają, że trudna misja dla Iluminati stała się jeszcze trudniejsza. Szybko też wychodzi na jaw, że tajne stowarzyszenie  jest kiepsko zgrane- napomknięty wcześniej konflikt między królem Wakandy, a królem Atlantydy przeradza się paranoiczną, bratobójcza wojnę z konsekwencjami większymi niż obaj mogli przewidzieć. Obojgu królom los jednak odpłaci za wzajemne bitki i to srogo.

Niewinnym  nie pozostaje również i trzeci monarcha. Black Bolt wie o prawdziwej przyczynie przybycia Thanosa na Ziemię i informuje o tym swoich resztę Iluminati. Co nieco wie również jego brat, Maximus Szalony. Nie jest on jednak na tyle szalony, aby informować kolejną osobę wbrew woli brata o tajemnicy i jego sekretnym zgromadzeniu. Nawet jeśli tą osobą jest jego królowa Medusa.

Nie samymi królami jednak ta historia stoi. Konsekwencje swych decyzji poniesie również Doktor Strange konfrontując się z Ebony Maw, zaś Tony Stark po wojażach w kosmosie będzie musiał przemyśleć to i owo. Znacznie większą rolę niż w „Avengers: Nieskończoność” ma tu Thanos. O ile w tam pojawił się pod sam koniec, gdy konflikt z Budowniczymi był w większym stopniu rozwiązany, o tyle tutaj Szalony Tytan i Cull Obsidian pokazują mają do powiedzenia znacznie więcej.

Deadato to nazwisko, które pojawiło się przy innych dziełach ze stajni Marvela. Zilustrowanie więc jednej z kluczowych części „Nieskończoności” nie dziwi, a mnie osobiście wręcz cieszy. Postaci nie są zamykane w kadrach- artysta pozwala się im pokazać. Jak chociażby przy scenie małżeńskiej rozmowy pary królewskiej Inhumans czy ujmowaniu w niektórych momentach Szalonego Tytana, które pokazuje kto jest najsilniejszy na boisku.

 

Podsumowanie: Iluminati to dość specyficzna grupa. Jest ugrupowaniem pośród innych ugrupowań. Ich cele są tajne i mało superbohaterskie. Nazwałbym ich ludźmi od brudnej roboty, gdyby nie fakt, iż daleko im do chłodnego profesjonalizmu i fachowości, a bliżej do grupy wsparcia. Osobiste animozje i ambicje. Własne, często sprzeczne z interesem reszty grupy, ukryte cele. I fakt, że ta sama grupa podjęła już wcześniej mało rozsądne decyzje w stylu wysłania Hulka w kosmos. Cóż… Jeśli tak wyglądać ma prawdziwa, otoczona złą sławą organizacja kontrolująca świat – nie musimy obawiać się żadnych NWO, globalnego ocieplenia, ataku Marsjan i przypuszczeń, iż Ziemia jest dyskiem.

#269. – J. Michael Straczyński, Sam Barnes, Brandon Peterson – „Doktor Strange: Początki i zakończenia”

Standardowy

Originy w komiksach to zjawisko, które z biegiem lat ulega ustawicznemu przeobrażeniu. Pierwsza geneza Batmana liczyła ledwie jedną stronę. Dopiero po latach zyskała wręcz sakralny charakter, którego zmieszczenie w kilku kadrach wydaje się być zbrodnią. Inny heros nie cierpiący ubóstwa, Tony Stark, początkowo skonstruował swój debiutancki kostium w niewoli u azjatyckiego watażki, po latach jednak „okazało się”, że pancerz został zbudowany na Bliskim Wschodzie. Jaki czasy- takie początki. Nie inaczej jest i w powyższej miniserii Straczyńskiego i Barnesa . Trzeba jednak przyznać, że autor w dość godny sposób odświeżył genezę Stephena Strange’ a. Bez wielkich rewolucji, ale żaby ktoś nie myślał- kilka zmian jest.

Na początku- co jest zgodne z oryginałem. Po pierwsze- Strange na początku, jeszcze jako mistrz skalpela, nie magii, jest niesamowitym dupkiem. Arogancki do stopnia, który zawstydziłby Dr. House’ a, egoistyczny i ślepy na to jaki jest do dnia feralnego wypadku. Będącego ukazanym nieco inaczej, w innych okolicznościach, ale co najważniejsza, i chwała za to twórcom- z tymi samym konsekwencjami. Dziwny Stefek zmienia fartuch na czarodziejski płaszcz, a zamiast natrętnych pacjentów ma natrętne bestie z piekieł wszelkiej maści. 

Po drugie- postaci jak Wong, Starożytny, Clea, Baron Mordo czy demon Dormammu pełnią rolę zgoła podobne, choć zostają oni przedstawieni z nieco innej perspektywy. Perspektywy, która to może niektórych ( w tym mnie ) nieco zirytować. O ile sam zamysł fabularny jest o ciekawy i lepszy, niż to co pokazało nieszczęsne uniwersum Ultimate, to zmodyfikowane postaci dla tego, kto przywykł i przyzwyczaił się do standardowych ich wersji może być ciężkie do przełknięcia. Wong, który nie przypomina stereotypowego Azjaty z baru szybkiej obsługi, a jest kimś w rodzaju Lei’a Wulonga z serii gier „Tekken” to dobra zmiana. Podobnie Starożytny. Nie przypomina skapcaniałego staruszka w futrze nieznanego pochodzenia, a seniora w typie Pata Mority . Jednak wrogowie i miłość Doktora Strange’ a są nieco… zbyt normalni. 

Barona Mordo kojarzę jako złą wersję głównego bohatera. Wykrzywiona w przerysowanego, komiksowego grymasie złoczyńcy mina i te jego przydupastwo w stosunku do Dormammu. A skoro mowa o nim- oryginał uśmiał do łez widząc, jak Ludzka Pochodnia próbuje się w niego wcielić. Tutejszy antagonista maga przypomina bardziej właśnie członka F4, niż groźnego piekielnika. A na sam koniec- Clea. Gdzie białe włosy i charakterystyczna fryzura ? Gdzie jej, nieco odrealnione, zachowanie ? Gdzie ta efemeryczność ? Tutejsza Clea wydaje się być bardziej bitna niż wszyscy panowie razem wzięci.

Smuci mnie nieco brak psychodelii z dawnych lat. Zastąpiona została ona przez płomieniste, fajerwerkowe widowisko. Nie jest to absolutnie rażąca wada, ale w czasach, gdy grafika potrafi uczynić cuda można by pokusić się na nieco więcej magicznej oniryzmu.

„Początki i zakończenia” mogą pochwalić się niezła stroną graficzną. Poza Dormammu niczym z Fantastycznej Czwórki piekielne stwory prezentują się nader plugawo i potępieńczo. Scena w której Strange opuszczą sanktuarium Starożytnego i trafia do miejsca, do którego najwyraźniej prowadzi autostrada z piosenki AC/DC jest niezapomnienia. Demony idealnie wpasowują się w wielkomiejski krajobraz NY. Odjechane rysunki w stylu Steve’ a Ditko zastępuje widowiskowa batalistyka autorstwa Brandona Petersona. Nie jest to zmiana ani na lepsze, ani na gorsza. Podróże po innych światach to nieco inna opowieść, niż scenariusz Straczyńskiego i Barnesa.

Podsumowanie: Idealny komiks opublikowany na krótko przed premierą filmu o głównym jego bohaterze. Tytuł jest odświeżoną wersją genezy Doktora Dziwago, ale nie popada w zbytni „altimejtyzm”. Są pewne kwestie, które mnie drażnią, ale to naprawdę dobry komiks. Nie jest on częścią ogromnych eventów, nie trzeba znać historii sprzed trzydziestu lat, aby zrozumieć sens- jest to po prostu dobra opowieść zamknięta umiejętnie w zgrabnej miniserii. 

#252. – Jonathan Hickman, Steve Epting – „New Avengers: Wszystko umiera”

Standardowy

Pojęcie „grupa, która trzyma władzę” jest nader niepokojące. Masoni, Iluminaci czy inne Trybunały Sów pobudzają wyobraźnię zwolenników teorii spiskowych i ludzi lekkiego pomyślunku niezależnie od szerokości geograficznej. Mądry bowiem wie, że nie da się ugasić Słońca szklanką wody. Takie teorie te nie mogły nie mieć swego odzwierciedlenia w komiksie . I tak powstała grupa, o zgrozo, Iluminati. W jej skład wchodzą: Iron Man, Black Panther, Doctor Strange, Reed Richards, Charles Xavier, Black Bolt i Namor Submariner. A jako bonus Kapitan Ameryka. 

Tym razem nie chodzi o pewnego zielonego koleżkę, ze słabą składnią i skłonnościami do niszczenia mienia publicznego. Iluminaci nie wysyłają więc nikogo w kosmos. To kosmos idzie do nich. A konkretniej- obcy, alternatywny kosmos. Pierwszy człowiekiem, który ma okazję go poznać jest T’Challa. Ciężar korony Wakandy znów daje o sobie znać, a tajemnicza Black Swan nie budzi ufności Panthera. Kobietę jednak udaje się uwięzić, ale to co ma do przekazania nie jest zwiastunem radości i prosperity. 

Jeden ze światów uległ przedwczesnej zagładzie. Nie miałoby to wielkiego znaczenia dla innych, gdyby nie spowodowało to reakcji łańcuchowej, mogącej rozdupcyć je wszystkie. Reed Richards i spółka czują się odpowiedzialny za ocalenie świata. Iluminaci z radami i pomocą Black Swan rozpoczynają misję ratowniczą. Zanim jednak sięgną po odpowiednie gadżety muszą uzupełnić szeregi. Charlie X gryzie glebę, lecz na jego miejsce wskakuje Beast. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że futrzak nie pasuje do wiecznie sprzeczającego się kółka panów o wielkiej władzy. Zgryźliwy Namor, wertujący mroczne księgi Strange, Black Panther i Black Bolt myślący o interesach swych ludów i duet Stark/ Richards. Czyli ci, którzy przyczynili się do „Civil War”.

Steve Epting rysuje wszystko w dość mrocznych barwach, bo i fabule daleko do sielanki. Zagłada jest bliska, co widać od pierwszych stron komiksu. Ogrom planet i wydarzeń przytłacza tak jak miał. Na linii scenariusz- rysunki jest więc piękna harmonia. Nie można oczywiście nie pochwalić okładek autorstwa Jocka.

Podsumowanie: Hickman lubuje się w pompatycznych wydarzeniach z udziałem herosów. Tym razem nie jest inaczej. Groźba kolizji, a w efekcie destrukcji wszystkich wszechświatów, Rękawica Nieskończoności, Galactus, podejrzana księga Strange’ a- to tylko niektóre z rzeczy i zjawisk występujących na łamach „Wszystko umiera”. Komiks trzyma w napięciu, mam wręcz wrażenie, że fabułę spokojnie można było by nieco rozciągnąć i więcej wyjaśnić, zbudować klimat. Ale jest dobrze, tym bardziej, że wszystko kieruje się w stronę „Infinity”. 

„Dr Strange” rzuca pierwszy czar

Film

Marvel poszerza swe filmowe uniwersum o kolejnych herosów. Oprócz Black Panthera  i Spider- Mana do kinowego panteonu dołączy Dr. Stephen Strange. Najpotężniejszy mag Marvela, postać o nietuzinkowym charakterze, niosąca za sobą dziedzictwo psychodelii i surrealistycznych kadrów komiksu. Benedict Cumberath to aktor równie nieszablonowy jak odtwarzana przez niego postać. 

Jak będą miały się  relacje Strange’ a z pozostałymi herosami Marvela ? Czy jego zdolności będą równie wielkie jak w komiksie ? I czy nie spartolą tej postaci jak miało to miejsce z Hawykeye’ m i rodzeństwem Maxinoff ? Tego dowiemy się w dniu premiery.

 

#157. – WKKM# 72 – Stan Lee, Steve Ditko- „Doktor Strange: Bezimienna Kraina Poza Czasem”

Standardowy

Wielka Kolekcja Komiksów Marvela ma kilka wad. Jedną z nich jest wybiórczość tytułów, szczególnie w porównaniu polsko/ czeskiej edycji z brytyjską. Perełki są zastępowane przeciętnymi tytułami lub seriami niedokończonymi. I tak przepadł między innymi „Doctor Strange: The Separate Reality”. Na szczęście w polskiej edycji ukazał się inny wielki tytuł z tymże bohaterem- „Doktor Strange: Bezimienna Kraina Poza Czasem”. Sam tytuł po prostu przyciąga, zaś w oryginalnej wersji anglojęzycznej- a nameless land a timeless time- tworzy w wyobraźni bezkresne, oniryczne światy złożone z wielu płaszczyzn istnienia. W końcu autorami są giganci i ojcowie- założyciele Marvela- Stan Lee i Steve Ditko.

Każdy szanujący się jegomość w pelerynie musi mieć swego antagonistę. Jest to prosta zasada akcji- reakcji. Jeśli w mieście pojawia się szeryf zamiatający ulice bandziorami, prędzej czy później pojawi się ktoś jego kalibru który będzie na bakier z prawem. W tej historii pojawia się dwoje najbardziej bodaj klasycznych wrogów Strange’a. Są nimi demon/istota nadprzyrodzona o imieniu Dormam u i podobnie jak posiadacz Oka Agamotta, inny uczeń Starożytnego- człowiek o bardzo twarzowym pseudonimie, Baron Mordo.

I pech chciał, że obaj zaczęli współpracę. Co prawda Mordo jest po prostu naczyniem na moc Dormmamu przez którego demon próbuje ubić Starnge’a, aby osiągnąć swoje niecne cele. Dlaczego więc osobiście nie ruszy swego tyłka i tego nie zrobi ? Ano dlatego, że po uratowaniu owej części ciała przez ziemskiego maga Dormammu obiecał go nie atakować bezpośrednio. A że znalazł frajera który za niego odwali brudną robotę… Co zabawniejsze zły władca jeszcze bardziej złego wymiaru komunikuje się z Baronem za pomocą magicznej wersji skype’a. Niekiedy ich relacje są iście kabaretowe. Mordo ciągle nawala, a Dormammu może tylko wrzeszczeć i płonąć, dosłownie i w przenośni, z gniewu. W potyczkę tą zamieszani są Starożytny i sam Eternity ( tu przetłumaczony barbarzyńsko na Wieczność ).

Wydawać by się mogło więc, że Mordo nie będzie wymagającym przeciwnikiem, lecz zarówno Dr Strange, jak i Starożytny mają problem ze swoim dawnym znajomym. I tu pochwała dla Stana Lee. Autor nie kreśli prostej opowiastki, a zawiłą, skomplikowaną ścieżkę fabularną w której Strange co chwile wymyka się z sideł Mordo i jego popleczników, a chwile gdy mag przyciśnięty jest do ściany mają spore napięcie.

Skoro już jesteśmy przy scenariuszu co nieco o Stan’ie Lee. Człowiek który po dziewięćdziesiątym roku życia pojawia się w filmach o swoich bohaterach w stylu lepszym niż grający główne role. Twórca takich komiksowych tuzów jak Fantastyczna Czwórka, Silver Surfer, Spider- Man czy X- Men, że o poszczególnych Avengers nie wspomnę. No i oczywiście Dr Stephen Strange. „Bezimienna Kraina Poza Czasem” to zaś opowieść daleko wyprzedzająca swe czasy.  Widać tu pewne schematy, archaizmy, ale wbudowane w przesiąkniętą magią i mistycyzmem opowieść Stana nadają jej dodatkowej aury tajemniczości i nierealności. Zwroty akcji, wielowątkowość przy nie zgubieniu głównego wątku i to, że komiks ten jest bardziej powieścią fantasy niż klasycznym komiksem superbohaterskim.

Steve Ditko to legenda komiksu, pierwszy rysownik Spider- Mana. Ptaszki ćwierkają, iż pan Ditko w czasie tworzenia plansz do „Bezimiennej Krainy Poza Czasem” wspomagał się pewnym popularnym specyfikiem o którym opowiada rzekomo piosenka Beatlesów „Lucy in the Sky with Diamonds”. Ile w tym prawdy ? Faktem jest jednak, że metafizyczne i nasycone kontrastowymi barwami kadry po kilku dekadach są poważną konkurencja dla obecnych dzieł.

Podsumowanie: Sam nie wiem kto sprawił, że dzieło to jest tak dobre. Stan Lee ze swoimi niebanalnymi pomysłami i narracją, czy Steve Ditko który wykreował wymiary tak surrealistyczne i psychodeliczne, że w uszach rozbrzmiewa „Purple Haze” Hendrixa ( nawet lata się zgadzają :) ). Komiks to oczywiście wiekowe dzieło, ale owa wiekowość wpasowuje się w klimat i narrację Stana Lee. Poza tym Dr Strange to dość enigmatyczna postać i mimo, iż nie cieszy się w Polsce taką popularnością jak Iron Man czy Pajęczak jest im zdecydowanie równa. Kto wie- może nadchodzący film naświetli rodzimym odbiorcom tą jakże oryginalną i inną niż wszystkie postać ? :)

#87. – WKKM #56 – Brian K. Vaughan, Marcos Martin – „Doktor Strange: Przysięga”

Standardowy

 

10933997_348683075317803_1829378954859609300_n

Z Doktorem Strange’m wiąże się pewien paradoks. Postać która w uniwersum Marvela pełni rolę równie ważną jak Iron Man czy Thor jest  niemal nieznana na szerszym forum. Nie mam tu na myśli fanów, lecz zwykłych zjadaczy chleba co trykotem i herosem w nim gardzą. Avengers, X- Men, F4, nawet Ghost Rider są o wiele szerzej znani niż Stephen Strange. Postać nietuzinkowa, niesamowicie niejednoznaczna i ciekawa.

Doktora Strange’a zawsze wyobrażałem sobie jako poważnego, tajemniczego i pochmurnego wszechmaga który włada potęgą zdolną powalić połowę herosów Marvela. Jednak o ile ostatnie stwierdzenie ma w sobie sporo prawdy, o tyle poprzednie nieco się z nią mijają. Stephen Strange to niezłe ziółko. Arogancik, momentami zbyt pewny siebie, jednak mając do tego podstawy. Przy tym wszystkim ma oryginalny sposób bycia, sprawiający, że nawet oderwanie go od Marvela i wrzucenie do jakiejś osobnej historii w innym świecie wiele by mu nie przeszkodziło.

Brian K. Vaughan czyli twórca  kultowej już „Sagi” kreuje scenariusz wielowymiarowy. Nie jest to opowieść o wszechpotężnym magu, ale też nie znaczy to, że Strange nie używa tejże sztuki. Mało kto jednak dziś pamięta, że naczelny mag Marvela był niegdyś wziętym chirurgiem. A fakt, że był dobrym fachowcem nie znaczył jednak, iż był dobrym lekarzem. Mentalność ówczesnego Strange’a była bliska mentalności urzędników z NFZ. Jednak po naukach w Tybecie u niejakiego Starożytnego Strange staje się ze złego doktora chirurgii dobrym magiem.

Jednak oprócz doktorka są tu jeszcze inne, kluczowe postaci. Pierwszą z nich jest Wong. Taka chińska wersja batmanowego Alfreda znająca wschodnie sztuki walki. Jest równie ciekawy co kamerdyner z konkurencji, a na pewno o wiele bardziej strawny niż Jarvis. Swoją drogą nawet w filmie kamerdynera Iron Mana przerobili na SI :p . Wracając jednak do Wonga. Sługa doktorka cierpi na raka. Takiego którego ani medycyna, ani nawet magia nie są w stanie wyleczyć ( czy tylko ja na miejscu doktorka poprosiłbym o pomoc kumpli z Avengers jak pan Richards czy pan Pym ? ).  Strange’owi przypomina się jednak, że istnieje pewien eliksir który, niczym piosenka, jest dobry na wszystko.  Nie zdradzając jednak wątków fabularnych przejdę do drugiej postaci. Nocna Pielęgniarka to wbrew nieco niemoralnej ksywce porządna kobieta. Wyspecjalizowała się bowiem w leczeniu herosów. A to Spidey przyklei się nie do tego do kogo trzeba, a to Beast  dostanie pcheł, a to znów Logan… A nie, Logan nie… Do rzeczy. Nocna Pielęgniarka okazuje się znakomitą partnerką w tymże tomie. Wraz z doktorkiem tworzy duet godny policyjnych hitów serialowych lat 80 z nutką magii i medycyny oczywiście.

Akcja rozpoczyna się znakomicie. Do Nocnej Pielęgniarki wpada Wong ze swoim rannym pryncypałem. Okazuje się, że mimo potęgi swych osłon Strange dostaje kulkę. I to nie byle jaką. Srebrną kulę z pistoletu który miał zaszczyt wypalić w czerep Adolfa Hitlera. A co dziwniejsze- nie zrobił tego Bullseye, Hood czy inny przeciwnik w wyższej półki nie gardzący trafianiem w cel i bronią palną, lecz jakiś tam Brigand. Ot człeczyna dostał zlecenia, pistolecik, a że miał doświadczenie we włamach dostał się do posiadłości doktorka by zajumać magiczny dekokt, a postrzelenia maga było, że tak to ujmę, nadprogramowe. Jednak za niskoligowcem stoi ktoś z przeszłości Strange’a. Ktoś kto, można rzecz, skierował doktorka na ścieżki magii. I temu komuś zależy, aby zdobyty w ciężkim boju eliksir nie ujrzał światła dziennego.

Martin wizualizuje scenariusz Vaughana niezwykle oryginalnie. Taka kreska idealnie pasuje do samej postaci jak i historii która oscyluje na granicy powieści fantasy i kryminału. Dr Strange jest tu taki jaki być powinien- kostyczny, o pociągłej twarzy i przewiercającym duszę spojrzeniu. Jednocześnie ma swój nieco groteskowy styl. Ot chociażby rąsia doktorka na kadrze poniżej…

drstrangeoath5fingers

Komiks o numerze 56 w WKKM w końcu ukazał Strange’a jako solową postać, nie zaś jako jednego z wielu bohaterów. Mam nadzieję, że po 60 tomie ukażą się co najmniej dwa tomy z tymże herosem w tym historie autorstwa Stana Lee i Steve’a Ditko.

Podsumowanie: Hachette wybierając ten komiks dało prawdziwy popis. W przeciwieństwie do tragicznego „Black Panthera” Houdlina historia o Dr. Strange’u zawiera w sobie to, co powinna. Nie tylko znakomicie streszczoną i wplecioną w główny wątek fabularny genezę, lecz ukazanie bohatera takim jakim jest w dość niesztampowej historii znakomicie zilustrowanej. Jeżeli ktoś nie zna tej postaci nie zawiedzie się.

Ocena; 8,5/10

23MM.DR.S Nightmare

TOP 10 #1- Superbohaterowie

Standardowy

Ciężko jest mi robić ranking czegokolwiek. Czy to książek, czy filmów. Zawsze trapi mnie dylemat czy nie pominąłem jakiegoś wybitnego dzieła. Zdarza mi się też stawiać znak równości między dwoma dziełami, co w praktyce wygląda tak, że potrafi ich być kilka na jedno miejsce… Jednak z postaciami, czy z autorami jest inaczej. łatwiej mi wybrać pojedyńczą jednostkę niż wieloaspetkowe dzieło literackie czy filmowe. oto pierwszy ranking na Superbook. Ranking, a jakże, superbohaterów :)

1. Kapitan Ameryka

alex-ross-captain-america

Oczywiście mam tu na myśli Steve’a Rogersa nie zaś wariacje z Bucky’m czy Falconem.

Dlaczego właśnie on zajmuje u mnie pierwsze miejsce ? Przecież lata taki przebrany w Gwieździsty Sztandar i wymachuje/rzuca/wali w gębę tarczą o tychże barwach, a do tego ma usta pełną frazesów których mogliby się uczyć kandydaci do Białego Domu.
Kapitan Ameryka jest bowiem wzorem herosa. Jest ikoną równie wielką jak Superman. Cap jest po prostu idealnym odzwierciedleniem amerykańskich ideałów. Bywa zbyt patetyczny, wręcz teatralny. Lecz kiedy trzeba potrafi dać po gębie i to w taki sposób po którym Batman oddaje pas, a Spider-Man ujawnia tożsamość.

Techniki walki Kapitana są przecudowne. Nie skacze tu i tam jak Daredevil, nie stosuje sztuk walki jak Iron Fist- po prostu kombinacja piącha-tarcza. Niekidy jest to wręcz absurdlane, że po prostu proste ciosy po pysku dają taki efekt :D Ale to amerykańska siła !!!
Evans zagrał Rogersa dobrze. W sam raz, aby film się sprzedał. Będę się upierał do końca życia, że najlepszym Kapitanem byłby wrestler WWE – John Cena. Nawet gdy salutuje wygląda jak Rogers. Do tego jego speeche, głos, sylwetka dużo bardziej masywna niż u Evansa. Niczym Ron Perlman jest Hellboy’em idealnym, tak Cena winien być Kapitanem.

2. Komediant

the-comedian-watchmen-jeffery-dean-morgan1

Dopiero teraz zauważyłem ten dysonans… Na pierwszym Kapitan, na drugim jego przeciwieństwo- Komediant/Edward Blake. Postać stworzona przez Alana Moore’a, a rozwinięta przez Briana Azzallero, to równiez patriota. Ba ! Również w jego kostiumie pojawiają motywy amerykańskiej flagi. Tyle, że pojmowanie miłości do ojczyzny przez Blake’a jest nieco inne. Diametralnie inne.
Nie wiem czy można o nim mówić jako o superbohaterze. Wali w mordę prostestujących, pali wioski wroga ( z ludzką wkładką ), próbował zgwałcić pierwszą Jedwabną Zjawę. Rogersowa moralność i honor są więc mu odległe.

Jednak jest coś co stawia go nad pozostałymi trykociarzami w rankingu. Brak złudzeń i inteligencja godna Veidta. Blake nie ukrywa, że herosi to farsa, że mogą być oni tylko chłopcami z plakatu, zaś tacy jak Manhattan nawet nie są ludźmi.

Filmowo zachwycał bardziej niż w oryginale Cygaro w zębach i niezapomniana scena z rozgonieniem protestu. I słowa które wtedy wypowiedział…

3. Wolverine

49679_1218946264370_440_375

Jeśli miałbym pokazać postać która zebrała najbardziej po tyłku w całym swoim życiu wskazałbym Logana. Wielokrotne utracenie ukochanej kobiety ( kobiet właściwie… ), liczne rany psychiczne i fizyczne, traumatyczna przeszłość. Sam epizod z Bronią X mógłby złamać niejedną postać.

Logan jednak trzyma się twardo. Zabijaka, samuraj, dyrektor szkoły, Mściciel. Wszystko w jednej osobie niskiego, włochatego Kanadyjczyka urodzonego jeszcze w XIX wieku. Historie z jego udziałem są zazwyczaj pasmem zbierania przez Rosomaka cięgów po to by pozbierać się i z charakterystycznym SNIKT! wziąć się za to co umie najlepiej, i co nie jest miłe :)

Ostatnie wydarzenia związane z Wolverine’m nie wróżą mu dobrze, jednak herosi mają to do siebie, że wracają. I może jak Cap po dłuższej przerwie znów zobaczymy komiksy z jego udziałem.

4.Batman

Greg-Capullo-batman-head-the-dark-knight-bruce-wayne-portriat

Batmana po prosu nie mogło zabraknąć. Ilość znakomitych historii z jego udziałem jest porażająca. Dodatkowo Batman jest na tyle wrośnięty w popkulturę, iz można go uznać za pełnoprawną postać literacką na miarę Hamleta ( krzyki oburzenia proszę zostawić dla siebie ).
Batmobil, batboat, batcave, batplane… Wszystko z nietoperzowego ekwipunku miało swój oryginalny sznyt, który przyciągał dzieciaki do stoisk z zabawkami i przyciąga na dziś. Sam pamiętam swój Batmobil który był zawsze lepszy od pozostałych samochodzików.

Poza tym. Któż nie ma cudowniejszych przeciwników niż Batman ? Joker, Pingwin, Two-Face, Scarecrow, Kapelusznik, Mr Freeze, Poison Ivy ( :) )… Cała banda świrów kopniętych w mniej lub bardziej dotkliwy dla otoczenia sposób. A niedawno doszedł enigmatyczny Trybunał Sów.

Filmowo Nietoperz prezentuje się różnie. Poświęcę osobny artykuł na ten temat jednak wstępnie powiem, że największym sentymentem darzę „Batmana: Forever”, zaś za najlepszego autora uznaje bezapelacyjnie Nolana.

 

5. Rorschach

watchmen-Rorschach-film-poster

Walter Kovacs. Mały, rudy, do tego z patologiczną przeszłościa. I kręgosłupem moralnym jak z adamantu. Chadzający po najgorszych dzielnicach NY z tablicą wieszczącą koniec świata heros, którego pozytywne inaczej spojrzenie na świt wprowadziłoby w depresję nawet największego .

Postać ta jest wręcz sztampową postacią noir. Ubrany w prochowiec, kapelusz i charakterystyczną maskę wyrusza co noc na miasto z podniesionym kołnierzem. Co ciekawe- Rorschach nie nosi przy sobie żadnej broni. Kopie w ryło, jak Pan Bóg przykazał, wszelkie dziadostwo uliczne. Od dilerów po kieszonkowców.

Monologi Rorschacha są wybitne. Chociażby otwierający „Strażników”:

Ścierwo psa w alei dziś rano, odcisk opony na rozerwanym brzuchu. To miasto się mnie boi. Widziałem jego prawdziwą twarz. Ulice to przedłużenie rynsztoków, a rynsztoki są pełne krwi i kiedy studzienki pokryją się wreszcie strupami, całe robactwo się potopi. Nagromadzony brud seksu i morderstw spieni im się na wysokość pasa a wszystkie kurwy i politycy spojrzą w górę i zakrzykną: „Ocal nas!”, a ja spojrzę w dół i szepnę: „nie”. Mieli wybór, wszyscy. Mogli pójść w ślady dobrych ludzi, takich jak mój ojciec i prezydent Truman. Przyzwoitych ludzi, którzy wierzyli w uczciwą pracę za uczciwą płacę. Tymczasem poszli tropem odchodów, pozostawionych przez rozpustników i komunistów, nie rozumiejąc, że szlak prowadzi nad przepaścią. Aż było za późno. Nie mówcie, że nie mieli wyboru. Teraz cały świat stoi na krawędzi, patrząc na krwawe piekło na dole, wszyscy ci liberałowie, intelektualiści i mądrale… i nagle nikt nie wie, co powiedzieć.

6. Spider-Man

smanniv2012002cov

Peter Parker to postać znana każdemu- od 4-latka popijającego sok z pajęczakowatego bidonu po staruszka który jakby nie patrzeć- może być równolatkiem samego Stana Lee.

Pod maską ciętych tekstów, przy których te Deadpoola są słabiutkie, kryje się tak naprawdę facet z wielkim poczuciem winy. Nie dość, że zginął częsciowo z jego winy zastępujący ojca wujek Ben, to stracił potencjalnego teścia i żonę. Do śmieci Gwen przyczynił się dosyć namacalnie, lecz jak to bywa z Parkerowym sumieniem, obwinił po raz kolejny siebie.

Pajęczak to cholernie rodzinny facet. Dba o ciocie May, o swą ukochaną- MJ Watson. Jest lojalnym przyjacielem Daredevila i Luke’a Cage’a. Do tego nie mieszka w drapaczach chmur na wzór Iron Mana czy F4, a w mieszkaniu w NY na Queens.

Podobnie jak w przypadku Batmana jego antagoniści tworzą swój własny styl. Styl animalski można rzec. A to szakal, a to skorpion, ośmiornica, puma, sęp, nosorożec, kot… Myślę, że Parker mógłby zostać zoologiem po tak długim kontakcie ze zwierzakopodobnymi oszołomami.

7. Hellboy

hellboy8

Heros którego przeznaczeniem jest dokonanie zagłady świata ? Czemu nie ? :D Do tego fakt, że jest on pierszorzędnym diabłem, uwielbia koty i wielkie gnaty budzi dodatkową ciekawość.

Czerwony jest po prostu typem gościa który napije się z człowiekiem piwa, przegryzie fast fooda i poogląda głupie filmiki na YT. Anung un Rama, bo tak brzmi jego prawdziwe imię, mimo swego piekielnego rodowodu i apokaliptycznego przeznaczenia jest najlepiej służacym Dobru diabłem jakiego znam.

Co do filmu. Ron Perlman jest stworzony do tej roli. Charakterystyczne rysy twarzy, głos i zachowanie. Obie dwie cześci są naprawdę dobre- modlę się więc o trzecią.

8. Marv

sinCityMarvLitho

Może nie do końca superbohater… Jednak nie mogłem go pominąć. Zabijaka, psychopata, a najgorsze jest w tym to, że wydaje się  być gościem o twardym sumieniu w Mieście Grzechu. Ratuje kumpli  opresji, ratuje honor kobiet, nie lubi rozwydrzonych dzieciaków. Jego wytrzymałość fizyczna i siła są naprawdę imponujące. Dodając do tego jego, jak sam to określa, schorzenie i niezwykłą zdolność do zapominania zażywania na nie leków otrzymujemy maszynę nie do pokonania.

Mickey Rourke jak wspominałem w recenzjach obydwu „Sin City” stał się prawdziwym gruboskórnym Marv z Projektu który rozbijał gęby, wyrywał oczy i dokarmiał zwierzęta bliźnimi.

9. Dr Strange

1261143-dr_strange_by_yamao

Postać nieco inna niż reszta z Uniwersum Marvela. Osnuty mgiełką tajemniczości mag w charakterystycznej pelerynie i z przyprószonymi siwizną skroniami od początku mnie intrygował. Dziś już może żyjący w cieniu Avengersów i X-Menów był jedną z kluczowych postaci Domu Pomysłów.

Jego zdolności nie są do konca określone. To jak skopał zadek Hulkowi czy słowa Watchera w czasie Wojny Domowej sugerują, że jego umiejętności mogą sięgać daleko nad siłę takich tuzów jak Sentry czy Eternals.

Marvel zapowiedział film, który mam nadzieję, nie zrobi ze Strange’a mydłkowatego czarodzieja. Swoją drogą- skoro Edward Norton nie jest już Hulkiem, to dlaczego nie mógłby być właśnie nim ? Skoro Torch mógł stać się Kapitanem, a Green Lantern – Batmanem…

 

10. Nightcrawler.

94514432259892353485511Night


Katolik o wyglądzie diabła. Teleporter i jeden z najbarwniejszych z X-Men.

Kurt Wagner nigdy nie stał na czele mutanckiej supergrupy, nigdy też nie stał w pierwszym rzedzie jak Wolverine czy Cyclops. Również jego zdolności nie raz były marginalizowane, a on sam był postacią drugoplanową. Dla tych którzy tak twierdzą- rad
Znikał i pojawiał się ze swoim BAMF! wśród kłębów dymu i zapachu siarki. Zwinniejszy niż Pajęczak, z szelmowskim uśmiechem przekonał mnie do siebie jeszcze bardziej po występie w „X-Men 2″. Atak na Biały Dom… Coś przepięknego ! :)

Postać z ogromnym potencjałem na dużą, osobną serię. Gdyby trafił w ręce takiego cudotwórcy jak Miller…