#272. – Brian Posehn, Gerry Duggan, Scott Koblish, Declan Shalvey – „Deadpool: Dobry, Zły i Brzydki”

Standardowy

Trzeci tom „Deadpoola” w ramach Marvel NOW! nadal utrzymuje wysoki poziom, lekki, acz inteligentny humor i wartką akcję. Ale pojawia się coś jeszcze. Coś, czego przeciętny odbiorca komiksów, a raczej ich ekranizacji, nie skojarzył z Wade’ m Wilsonem. Wątek tragiczny, który po prostu urywa nagle lekką atmosferę i wprowadza ponury nastrój, mocno kontrastujący z powszechnym wizerunkiem Deadpoola.

Tytuł jest wyjaśniony samą okładką. Drogi Pyskatego Najemnika zbiegają się ze ścieżkami dwóch, jakże innych, herosów. Pierwszym z nich jest stereotypowy trykociarz i ucieleśnienie szlachetnych cech- Kapitan Ameryka. Drugim jest oczywiście Logan. Bohater, który działa często odmiennie i bardziej ostro ( dosłownie i w przenośni ) niż avengersowa i iksmenowa brać. Brzydkim został więc pan Wilson. Prawdziwa Trójnia ! :)

I kolejny przeskok w przeszłość Deadpoola. Posiadającego wówczas afro na głowie/ masce, stylowe wdzianko z epoki i ciągotki do przynależności do innych grup superbohaterskich. Tym razem pech trafił na duet Luke’ a Cage’ a i Iron Fista. Naprzeciwko nim staje niejaki Biały Człowiek. Tak, wiem jak brzmi jego pseudonim i zapewniam, że brak poprawności politycznej jest jak najbardziej na miejscu. Pewien wątek podoczny będzie kluczowy dla reszty opowieści, zaś nawiązanie do komiksu „Nick Fury; Agent SHIELD” jest pięknym ukłonem w stronę oldschool’ u. 

Tytuł nawiązujący do słynnego westernu Sergio Leone nie mówi jednak o innych sojusznikach Deadpoola- X- Men. A właściwie to nie X- Men, a ich kopią Made in South Korea. Pod „patronatem” żaby z dynastii Kimów na terenie totalitarnego państewka powstał bowiem obóz, którego nie powstydziłoby się Weapon X. 

Rysownicy, Shavley i Koblish, prezentują nieco inne podejście do tematu, ale nikt nie poczuje się urażony zmianą kreski. Koblish jest znacznie mroczniejszy i krwawy, co wpisuje się w dość ponure, późniejsze zeszyty wchodzące w skład tomu. Shavley’ owi zaś należą się brawa oczywiście na oldchoolową opowieść z Power Manem i Iron Fistem.

Podsumowanie: „Deadpool” jest najlepszą obok „Thora Gromowładnego” pozycją z serii Marvel NOW ! wydawaną przez Egmont. Może brak jej rozmachu „Avengers” Hickmana, czy społeczno- ewolucyjnych rozważań wszelakich „X- Men” Bendisa, lecz nie brak w niej człowieczeństwa. Deadpool jest kpiną ze zjawiska superbohaterów, swoistym błaznem świata Marvela. Nie jest to błazen jedynie komediowy. Żywot Wade’ a Wilsona jest bowiem naznaczony tragediami, które co paradoksalne, czynią go podobny do żywotów klasycznych herosów jak Logan. W pewnym momencie przestaje być on rzucającym żarcikami śmieszkiem, a staje się w pełni zdającym sobie sprawę z powagi sytuacji mężczyzną, świadomym swej przeszłości i bólu jaki wyrządził innym.

#261. – Brian Posehn, Gerry Duggan, Scott Koblish, Mike Hawthorne – „Deadpool: Łowca dusz”

Standardowy

W poprzednim tomie Deadpoolowi przyszło zmierzyć się z całym panteonem zmarłych, amerykańskich prezydentów. To pożyteczna lekcja historii USA w nieco umarlackiej wersji zakończyła się dość ciekawym zwrotem akcji. Agentka Preston traci życie, a przynajmniej fizycznie. Jej dusza trafia staje się współlokatorem w ciele Deadpoola. Życie w ciele psychotycznego najemnika, który jest niemal nieśmiertelny przynosi wiele, wątpliwej jakości, lecz jednak, atrakcji.

Tym razem Deadpoolowi przyjdzie się zmierzyć z nadludzkimi i piekielnymi mocami. Na swej drodze spotka Daredevila, Jessicę Jones i Superior Spider- Mana. Ale zanim to następuje- mały powrót do przeszłości. Do czasów, gdy Tony Stark zaglądał do kielicha, a funkcję Iron Mana często pełnił ktoś w jego zastępstwie. Zazwyczaj bywał to późniejszy War Machine, James Rhodes. Tym razem w zbroję Złotego Avengera wskakuje Deadpool. I pewne wątki z „Demona w butelce” się wyjaśniają… :D

A wracając do przeciwników Deadpoola. Pyskaty Najemnik paktuje z mocami piekielnymi. Pytanie- która ze stron jest tą przegraną ? Aby wykupić duszę swego druha, znanego z poprzedniego tomu okultysty, musi zabić osoby wskazane przez demona Vetisa. A plejada ich jest dość kolorowa- parodia Donalda Trumpa- Donald Gump, stworzona jeszcze zanim miliarder wyruszył w rajd ku fotelowi prezydenta USA. Który na dodatek posiada prorocze zdolności. Człowiek, którego kule i wszelakie zagrożenia się nie imają. Złośliwa, wredna parodia Aquamana, lecz w całej swej zgryźliwości- naprawdę udana. :) Ale najbardziej z grupy ludzi, z którymi jak się okazuje Vetis podpisał wcześnie pakt, podobał mi się zmiennokształtny jegomość, upodabniający się do kilku znanych herosów Marvela, ale to nie wszystko. W wykonaniu przeciwnika Deadpoola najciekawszą metamorfozą jest ta, w której przybiera on kształt Randy’ ego „Macho Mana” Savage. :)

Tom jest pełen deadpool’owskiego humoru, ale szczególnie bawiła mnie relacja z agentką Preston, oraz z jej rodziną. Jak zawsze można tez liczyć na wiele nawiązań do historii Marvela i innych serii. A i również na małe odniesienie do klasyki kina. Mała podpowiedź: Nowy York i taksówka. 

Scott Koblish, mimo iż ilustrował pierwszy zeszyt tomu, ukradł całe show. Pop artowa, pełna odniesień do klasycznych rysunków kreska, mająca jednak w sobie nowocześniejszy sznyt. I te rastry tu i tam… :) Ale Mike Hathorne również wykonał kawał solidnej roboty. Szczególnie w kwestii mimiko postaci, co najlepiej widać na przykładzie Mefisto. Pan Piekła to badass pełną gębą, ale rysownik sprawnie wykorzystał fakt, iż ma on dość kanciaste rysy gęby i tym samym ciekawe pole do popisu.

Podsumowanie: „Deadpool” może nie jest tak dobry jak „Thor Gromowładny” Jasona Aarona, ani nie ma rozmachu „Avengers” Jonathana Hickmana, ale z pewnością dostarcza najwięcej przyzwoitej rozrywki z całego Marvel NOW! Egmontu. Pozornie śmieszkowy heros niesie za sobą wiele warstw ciekawej treści, a humorzasta oprawa sprawia, że nawet jeśli ktoś jej nie skuma, to i tak komiks będzie mu się podobał. 

#213. – WKKM #86 – Duane Swierczynski, Jason Pearson – „Deadpool- Wojna Wade’a Wilsona”

Standardowy

Od kiedy Deadpool stał się bardziej znany wśród gawiedzi bez przerwy mówi się o przełamywaniu czwartej ściany. Wszędzie mówi się jaka to z Pyskatego Najemnika jest nadzwyczajna i wyróżniająca się na tle kumpli po fachu postać ( ba ! sam tak pisałem przy okazji recenzji „Martwych Prezydentów” ). Ale czy obracanie 4 ściany w perzynę to tylko gadanina w stronę czytelnika/ widza ? Czy może coś więcej ?

Tom podzielony jest na dwie historie. Tytułowa cofa mówi o rozprawie z udziałem senatorów w jakiej uczestniczy Deadpool w związku z pewną masakrą w Meksyku. Druga, „Filmowe wydarzenie”,  o ekranizacji przygód Wilsona. Zadziwiająco zbliżonej do tej niedawnej.

Sala sądowa to miejsce w którym nawet najbardziej zatwardziali przestępcy czasem kładą po sobie uszy i udają niewiniątka. Sąd ma majestat. Nieważne czy to w demokracji, monarchii czy, tym bardziej, w totalitaryźmie. Sąd ma władzę. Ale kiedy jest się Deadpool’ em ma się sąd w głębokim poważaniu. Gagi i prześmiewcze przedstawienie swego punktu widzenia w „Wojnie Wade’a Wilsona” jest do bólu absurdalne. Sam zainteresowany kreuje się na herosa godnego stać u boku samego Kapitana Ameryki. Ludzie którzy dotarli natomiast do akt Wilsona mają diametralnie inne zdanie na temat przeszłości najemnika i pochodzenia jego zdolności. Lecz rozdwojone retrospekcje z udziałem Bullseye’ a, Silver Sabre i Domino to nie najmocniejsza strona tej historii. Wracając do motywu przełamywania 4 ściany. Swierczynski pokazał naprawdę co to znaczy. Jego Deadpool nie tylko zwracał się bezpośrednio do odbiorcy, był świadom swej fikcyjności, ale podważał samą swoją tożsamość. Wciągał czytelnik w grę w której to on ma zadecydować która wersja jest prawdziwa. A może obie to jedne wielkie kłamstwo ?

Opowieść o zekranizowaniu przygód Pyskatego Najemnika jest wręcz proroctwem. Wszystkie bolączki filmu są tu nieco przerysowane, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że autor miał jakiś przebłyski przyszłości. Podobnie jak w filmie tak tutaj ekranowy Deadpool jest postacią komediową nie zaś, jak często sam siebie postrzega, dość dramatyczną. Jego miłość do Vanessy czy eksperyment który przez który Wilson mógłby konkurować z Oldmanem w „Milczeniu Owiec” były zupełnie spłycone w porównaniu z emocjami najemnika wiążącymi się z tymi wydarzeniami. Do tego dzieciństwo Wilsona w które w połączeniu z zakończeniem komiksu łapie za serducho. Coś co świadczy, że Deadpool to postać bardzo, bardzo poważna.

Rysowników, jak i historii, było dwóch. Pearson w swojej lekkiej i luźnej kresce przedstawił rozprawę sądową w sposób w którym od początku czuć było atmosferę lekkiej parodii w jaką zamienił poważną rozprawę Wilson. Leandro Fernandez odpowiada zaś za drugą opowieść, ale rysunki są w niej ledwie tłem. Rysownicy nie są partaczami, ale daleko im do moich zachwytów. Dobrzy rzemieślnicy i tyle.

Podsumowanie: Pozycja znacznie lepsza od „Martwych Prezydentów” ( nie znaczy to, że komiks z Egmontu jest zły oczywiście ) i filmu. Nie wyobrażam sobie lepszej pozycji z Deadpool’ em w WKKM. Możliwe zresztą, że jedynej. No chyba, że Hachette przedłuży kolekcję jak zrobiła to w przypadku „Thorgala”. Sam komiks ma w sobie potężną dawkę mądrego humoru. Deadpool jest postacią komiczną, ale poprzez całe to pajacowanie przesyła treści których próżno szukać wśród „poważnych” postaci obu wielkich uniwersów komiksowych.

#207. – Brian Posehn, Gerry Dugan,Tony Moore – „Deadpool: Martwi Prezydenci”

Standardowy

Deadpool to postać niecodzienna jak na świat Marvela. Z jednej strony jest typem błazna jakim niegdyś był Lobo. Bohaterem który jest skrajnie przejaskrawiony, nakreślony przerysowaną kreską. Z drugiej,  moim zdaniem bardziej prawdziwej, to wariat mówiący całkowitą prawdę. Wyśmiewający superbohaterski archetyp, odwołujący się do wielu treści kulturowo- społecznych i zdający sobie sprawę ze swojej fikcyjności. Dodać do tego jego całkowitą zdolność regeneracji w pewnych momentach lepszą niż ta Logana i dostajemy bohatera jakiego to wydawnictwo od zawsze potrzebowało. Pierwszy komiks z Deadpool’ em ujrzał światło dzienne w trakcie wyświetlania filmu z jego udziałem i na krótko przed publikacją innej historii o tej postaci z WKKM. Czy jest to więc tylko chwyt marketingowy mający za zadanie przyciągnąć nowych klientów i wydusić ostatnie grosiwo z portfela, czy może dobra opowieść swoim debiutem torująca piękną ścieżkę dla Pyskatego Najemnika na polskim rynku komiksowym ?

Jaki prezydent USA jest najbardziej zapamiętany ? Walczący o abolicję Lincoln ? Nieugięty Reagan ? Porządkujący świat po wojnie Truman ? Czy może umoczony Nixon, znakomity generał, ale kiepski wódz Grant lub bawidamek JFK ? To nie ważne dla Wade’ a Wilsona. Ważne, że są oni martwi, a żyją i biją. Cały panteon amerykańskich prezydentów wstaje z grobu i sieje zniszczenie w swojej ojczyźnie. Jakim cudem? A takim, że pewien zatroskany o dobro kraju okultysta związany z S.H.I.E.L.D. wskrzesza ich bez głębszej refleksji. A że do Dr Strange’a mu daleko, prezydenci nie mają ani krztyny z ducha wodzów narodu którego posiadali w mniejszej lu  większej ilości za życia.

A jeśli już jestem przy Strange’ u- mag pomaga Deadpool’ owi, choć nie można nazwać tej relacji przyjaźnią. Podobnie jak w przypadku znajomości z Avengers. Krótko mówiąc- pozostali bohaterowie Marvela traktują najemnika jako pożytecznego, ale niekoniecznie dobrze widzianego w towarzystwie dziwaka.

Posehn i Duggan po prostu gniotą podręcznikowe myślenie o niegdysiejszych gospodarzach Białego Domu. Gwiezdne wojny Reagana, myśliwska smykałka Theodore’ a Roosvelta czy pięściarski pojedynek z samym Abe’ m. To naprawdę drobna część absurdalnego, ale i niebanalnego humoru jaki serwują autorzy. Aczkolwiek lektura wymaga dość dobrej znajomości juesejowskich prezydentów. Sam ze wstydem zaglądałem za niektórymi nazwiskami…

Tony Moore  pieczałowicie zdemonizował umarlaków. Najwięksi mężowie stanu, sól ziemi amerykańskiej nie przypominają samych siebie, a karykaturalne bestie żądne destrukcji w swój potworny sposób pojmujący dobro kraju. Poprzez jego absolutne zniszczenie i odbudowanie od nowa. Na czele stoi oczywiście sam Jerzy Waszyngton, ale Abraham Lincoln czy Ronald Reagan nie stoją bardzo w jego cieniu. Pojawia się też Benjamin Franklin. I jak to bywa z Deadpool’ em do końca nie wiadomo czy jest to twór jego wyobraźni czy realna istota. Jeden z Ojców Założycieli nie jest umarlakiem, a widmem związanym z elektrycznością. Dosyć rubasznym widmem…

Podsumowanie: Widowiskowy debiut komiksowy w Rzeczypospolitej zapewne przyniesie korzyść dla dalszych tomów z jego udziałem. I to nie tylko tych z Egmontu. Historia jest tym czego oczekiwałem. Dobry, deadpool’owski humor komponujący się z pokręconą fabułą. Swoją drogą… Z racji znikomej ilości prezydentów urzędujących w RP, ciekaw byłbym jak zachowywaliby się martwi królowie… Ot Lew Lechistanu Sobieski czy kochaneczek carycy król Staś. :D

#206. – „Deadpool” (2016)

Standardowy

Ostatnimi czasy większość filmów z Marvela łączyła się w całość i mówiła głównie o członkach Avengers. Większość, bo słabo oceniana „Fantastyczna Czwórka” czy wszelkiej maści „X- Men” mają nieco innych producentów i tworzą niejako drugie filmowe uniwersum Marvela. Co zresztą widać na przykładzie dwóch różnych Quicksilverów.  Ale na szczęście na arenę wkroczyła postać nie należąca do żadnej z powyższych grup ( przynajmniej nie na stałe ) i bez wątpienia jedyna w swoim rodzaju.

Filmowa historia Deadpoola jest stosunkowo prosta. Właściwie cała fabuła jest wręcz barbarzyńsko banalna. Wilson to były komandos. Jak to bywa, jeden z najlepszych. Porzucił on jednak swój fach na rzecz bardziej przyziemnych zajęć. Jak na przykład zastraszanie niechcianych adoratorów atrakcyjnych dziewcząt. Wiedzie on barowe życie, aż do czasu gdy na jego drodze staje piękna nieznajoma. Stanowią idealną parę do czasu tragicznych wieści. Wilson ma bowiem raka. I to w zaawansowanym stadium. Przyszły Deadpool nie poddaje się żadnej terapii i nie chcąc być ciężarem dla swej kobiety opuszcza ją. Po drodze trafiając na tajemnicze gościa w garniaku. Słusznie porównywanego tutaj do matrixowego Smitha.

Brawa dla Ryana Reynoldsa. Dotąd kojarzyłem tego aktora z lekkimi komediami romantycznymi i niesławną ekranizacją „Zielonej Latarni”. Tu stworzył całkowicie na nowo swój wizerunek, a na dodatek słusznie obśmiał swoją poprzednie przygody z postaciami komiksowymi na szklanym ekranie. Bo o ile Hala Jordana da się jakoś przełknąć, o tyle Deadpoola z „Wolverine: Geneza” da się jedynie zwymiotować. Morena Baccarin w roli ukochanej Wade’a o imieniu Vanessa pasuje do tego typu faceta. Czubek ciągnie do czubka. Ale najbardziej przewrotną postacią jest Colossus. Co prawda Stefan Kapicic dał tylko głos, bo reszta to green box ( ten zielony kolor mimo wszystko ciągnie się za Reynoldsem ) to w połączeniu z pseudo- heroicznymi przemówieniami próbującymi nawrócić Wilsona na dobrą stronę tworzy niezły efekt. Tym bardziej, że komiksowy Piotr Rasputin był bardziej człekiem czynu i stalowej pięści, nie zaś mowy. No i Stan Lee. Szacowny senior i współtwórca Marvela to najbardziej oczekiwana przeze mnie postać w niemal wszystkich ekranizacjach wydawnictwa. :)

Mimo wszystko komiksowy Deadpool to nieco bardziej wielowymiarowa postać. Wątek filmu… kręci się wokół zemście za oszpecenie, a tym samym oderwaniu od ukochanej. Bo tutejszy Wade ma nieco stracha pokazać się z gębą jak rozdeptany stek przed swą wybranką serca. Co nie pozostaje bez konsekwencji. I koniecznie muszę wspomnieć o burzeniu czwartej ściany które już obrosło legendami. Wade zwraca się do widza i wie, że jest bohaterem filmu. To naprawdę miła odmiana po patetyczno- śmiesznych Avengers gdzie wszystko było do bólu naciągane i blockbusterowe.

Podsumowanie: Bałem się, że kinowa adaptacja będzie równie odległa jak inne historie z Marvela. Że Deadpool będzie ugrzeczniony i wydelikacony, bardziej przypominający komiksowego Spider- Mana niż samego siebie. Tim Miller stworzył niezłą czarną komedię, nie omieszkał  przy tym wyśmiać kilku bolączek kina superbohaterskiego i samej konwencji. Niemała w tym zasługa Reynoldsa który po zdjęciu pierścienie Lanterna stał się Deadpoolem idealnym. Nie chciałbym go widzieć w kolejnych odsłonach „Avengers”, ale krótka wspomnienie nie zaszkodziłoby… :)