#265. – WKKDC #1, #2 – Jeph Loeb, Jim Lee – „Batman: Hush”

Standardowy

Wielka Kolekcja Komiksów DC Comics - 1 - Batman: Hush, cz. 1

Start Wielkiej Kolekcji Komiksów DC z wydawnictwa Eaglemoss był największym komiksowym wydarzeniem ostatnich miesięcy, a już teraz można powiedzieć, że jednym z najważniejszych tego roku. Mimo wielu dubli wygląda na to, że seria będzie miała się dobrze, a co więcej- będzie symbiotycznie współistnieć z konkurencją z Hachette. 

Historia zaczyna się jak zwykle. Batman udaremnia porwania zorganizowanego przez Killer Croca. W efekcie odzyskuje też pokaźny okup. Nie na długo. Na horyzoncie pojawia się bowiem Catwoman, która szybko przywłaszcza sobie klejnoty. Batman reaguje jak zwykle. W pogoni za Catwoman spotyka go mała kolizja na Crime Alley. Upadek z dużej wysokości nie kończy się pozytywnie dla herosa, ale na szczęście w mieście przebywa ważna postać z jego przeszłości. Tom Elliot. Przyjaciel z dzieciństwa Wayne, a obecnie wybitny i znany chirurg, który zszywa i składa gothamskiego bohatera.

Po dojściu do siebie Wayne ma do rozgryzienia nie lada zagadkę, będącą wyzwaniem nawet dla detektywa jego klasy. Na drodze staje mu bowiem szereg klasycznych przeciwników, a każdy z nich zachowuje się dość niepokojąco. Nawet jak na takie tuzy szaleństwa jak Harley Quinn, Scarecrow czy Riddler, będący w niepokojących zachowaniach liderami, są dość niecodzienni. 

Lubujący się w teoriach spiskowych i nie ufający nikomu Wayne wyczuwa pewien spisek. Ktoś bowiem musi stać za nagłym wysypem połowy Arkham i Blackgate. Do tego relacje z Catwoman stają się mnie służbowe, a Rodzina oczekuje otwartej deklaracji co do panny Seliny. Tak więc i wrogowie, i współpracownicy nie ułatwiają śledztwa Gackowi. Na dodatek chłopina traci nad sobą panowanie. A to wszystko przez tego przeklętego Jokera !!!

Całość historii ilustruje Jim Lee. Ktoś kto jest potrafi tworzyć znakomite warsztatowo rysunki, będące jednocześnie bardzo klasyczno- superbohaterskie i rozpoznawalne. Wielu bowiem ma nieco podobną kreskę, ale kunszt autora tkwi w drobnych detalach. Ten kto zna nieco więcej z jego twórczości, wie rozpozna je bez trudu :). 

Podsumowanie: ”Hush” to dzieło kontynuujące niejako dziedzictwo Millera pod względem klimatu,charakteru postaci i jego środowiska, ale też będące czymś innym. Więcej tu dynamizmu, szalonych potyczek, zagadki i widowiskowości. O czym świadczyć może pojawienie się Supermana czy tajemnicze powroty zza grobu. Jako komiks otwierający serię wydawniczą, w której pojawią się takie tytuły jak „Green Lantern: Secret Origin”, „Superman: Son of Krypton” czy „Batman: Death in the family”. jest idealny.

PS: I na samym końcu słów kilka o WKKDC. Swego czasu słyszałem o tej serii, lecz nie bardzo wierzyłem w jej pojawienie się w Polsce. Tym bardziej, jeśli za komiksy DC wziął się Egmont. I to z niemałym rozmachem. DC Deluxe, New 52!, klasycznego historie, Vertigo. Lecz wydawnictwo to z Tomaszem Kołodziejczakiem na czele jest naprawdę drapieżnym rekinem swego biznesu. Choćby zdublowane tytuły, czy reedycje tych, które zostały wydane jakiś czas temu. Jeśli ktoś myśli, że Egmont sprytnie wykiwał rywala niech zajrzy na ostatnią stronę pierwszego tomu. 

Plusem serii jest też pewien prosty fakt. Dwuczęściowe tomy są wydawane po kolei. Ktoś, kto nie zdecyduje się na kupowanie każdego tomu nie przegapi kontynuacji pierwszej części. Niby nic- a cieszy. Z dodatkami jest nieco inaczej. WKKM skupia się na autorach, ciekawostkach i informacjach. Kolekcja z Eaglemoss stawia przede wszystkim na klasyczne komiksy. Jak w przypadku „Husha”- pierwszego numeru Batmana i pierwszej wersji genezy owej postaci. Dość ciekawy kontrast z historią z kompletnie innych czasów.

#249. – John Layman, Jason Fabok, Aaron Lopresti – „Batman Detective Comics: Gothtopia”

Standardowy

Piąty tom „Batman Detective Comics” z New 52! to nie tylko tytułowa opowieść, ale też zbiór krótszych historii z okazji 75- lecia tytułowego bohatera. Oraz małe wspomnienia Gordona z czasów Roku Zerowego, ukazujące skorumpowanie policji i oportunizm komisarze Loeb’a. Pokazujący go zresztą z nieco innej perspektywy, nieco nawet ułaskawiającej pozorne zdemoralizowanie. Layman dopisał również dalszy ciąg sprawy związanej z Man- Batem i jego żoną.

Tytułowa historia dzieje się w pięknym mieście Gotham. Którego strzeże heros w bieli Batman i jego partnerka Catbird. Wraz ze swymi pomocnikami rozprawiają się z nielicznymi zbrodniami na mającymi z rzadka miejsca na terenie miasta. Od razu coś śmierdzi prawda ?

Dotąd miasto Wayne’ a było zaprzeczeniem wszelakich wizji utopijnych. Trzy określenia na stan RP byłego ministra Sienkiewicza byłyby trafnym określeniem na kondycję metropolii. Sytuacja powszechnego dobrobytu nie trwa zbyt długo. W mieście panuje plaga samobójstw. Batman z swoją wrodzoną podejrzliwością czuje, że biały kostium i sielankowa atmosfera to fasada. Za którą kryje się cała świta terapeutyczna. 

I czas na opowiadania. Pierwsze miejsce ma u mnie „Dwadzieścia siedem” Scotta Snydera. Utrzymana w cyberpunkowej konwencji, z rysunkami Seana Murphy’ ego pokazuje ciekawy wariant przyszłości Gotham. Ma się rozumieć- pod ochroną Batmana. Fascynują też wizję Batmana w przyszłości. Aż prosi się to o jakąś krótką, alternatywną serię :) . Dla bystrzaków- pojawia się tam też inny heros.

Drugie miejsce- Greg Hurwitz i Neal Adams z dziełem „Stara szkoła”. Tytuł nie jest przypadkowy. Rysunki są stylizowane, a raczej tworzone w dawnym stylu, podobnie jest z narracją i zachowaniem Batmana, na długo przez mrokiem Franka Millera. Adams to weteran komiksowego biznesu i sam był jednym z najświetniejszych twórców minionych dekad. Hurwitz zaś ukazuje ewolucję na przestrzeni lat postaci Mrocznego Rycerza. Z dość pokrętnym zakończeniem i niejako morałem.

Aby nie umniejszać pozostałym opowiadaniom, z których każde jest, rzecz jasna, wyjątkowe, upchnąłem je wszystkie na trzecim miejscu. Opowiadanie Douglasa Fairbanksa i Freda Niblo pod tytułem „Maska Zorro”, ukazuje Bruce Wayne’a w wieku ponad siedemdziesięciu lat. Aktywnymi obrońcami Gotham są jego podopieczni- Batmanem zostaje syn Damian, a dwaj Robini działają wciąż jako Nightwing i Red Robin. Miejsce Gordona zajęła zaś młoda Gordonówna. Bruce może więc siąść w fotelu o grzać swe nietoperze kości. Ale Batmanem jest się na całe życie, prawda? Kolejna historia o tytule „Deszcz” rysunku i scenariusza Francesca Francavilli mówi o spotkaniu Batmana i Widmowego Przybysza. Ten drugi ukazuje gackowi alternatywną rzeczywistość. Bez śmierci Thomasa i Marthy Wayne, a więc i bez Batmana. Ale czy tak naprawdę dusza Gotham uległa dzięki temu zmianie ? Brad Meltzer i Brian Hitch stworzyli alternatywną opowieść genezy jednego z najsłynniejszych oponentów Batmana zwącą się „Sprawa syndykatu chemicznego”. Nie bez powodu akcja dzieje się w ACE Chemicals.

Z racji sporej ilości historii, rysowników jest mnogo. Wspomniany Murphy czy charakterystyczny i oryginalny Fairbanks cieszą oko swym kunsztem. Nie mogę też nie pochwalić Neala Adamsa czy Francesca Francavilli. Jest więc co czytać i co oglądać. Rysownicy głównych historii, czyli Jason Fabok i Aaron Lopresti to również zdolni autorzy.

Podsumowanie: Po średnio udanym czwartym tomie serii, gdzie autor wyraźnie stracił impet historii związanej z postacią Pingwina Cesarskiego, powróciła ona na dobre tory. Duża zasługa w tym jubileuszowego zbioru opowiadań. Choć i sama historia o pięknym Gotham jest bardzo dobra i przez chwile nawet chciało się wierzyć w idylliczną wersję miasta. Dobra lektura z Batmanem dla tych, którzy na chwilę chcą oderwać się od skomplikowanej i powoli stopniującej napięcie fabuły „Batman Eternal” i czekają na „Ostateczną rozgrywkę” Snydera i Capullo, pozostając w świecie New52! .

Dwa niepokoje… Hailujący Cap i pinka Komedianta

Standardowy

W ostatnich tygodniach głośno o wielkim evencie DC Comics „Rebirth”. Czyli kolejnej kasacji/ modyfikacji/ uporządkowania wydarzeń, tym razem po okresie New 52!. Jak zwykle w moim strachliwym umyśle pojawiły się obawy- cóż za rewoltę wymyślą marketingowcy i autorzy ? Wszystkie zmiany jakoś spłynęły po mnie jak po kaczce, ale poniższy niepokojący kadr zatrzymał mnie na chwilę.

Pamięta ktoś zakończenie „Strażników” ? W szczególnosci dialog pomiędzy Dr Manhattan’ em i Ozymandiaszem w którym ten pierwszy, odpowiedziawszy na stwierdzenie tego drugiego, że to już koniec, odpowiedział- iż niekoniecznie…  Czyżby więc głównym mistrzem marionetek i możliwym uber- złoczńcą nie był Anti- Monitor czy Darkseid, a Dr. Manhattan ? A może, licha nadzieja, to tylko takie mrugnięcie okiem w stronę czytelnika… ? 

Alan Moore pewnie już szykuje zaklęcia bojowe. Ciężko jest mi pogodzić się z faktem, że choćby i jedna postać z „Watchmen” znajdzie się w głównym uniwersum DC. Mopre co prawda swymi postaciami nieco nawiązywał do klasycznych herosów, ale zapewnie nigdy nie myślał, że ktoś odważy się w jakikolwiek sposób scalić jego świat z głównym. 

Drugi mój przestrach. Hailujący Kapitan Ameryka. Na szczęście nie w wiadomy, ręczny sposób, ale wypowiadający dwa słowa które były wypowiadane przez ludzi których dotąd lał równo po makówkach. Hail Hydra.

Przejścia na „ciemną” stronę w wykonaniu herosów już się zdarzały. A to co Marvel wyrabiał już z postacią Kapitana Ameryki/ Steve’ a Rogersa prosi o pomstę niebiańską. Pierw Cap ginie i zostaje zastąpiony przez swego ucznia/ towarzysza broni Bucky’ ego. Potem znów się odradza i po jakimś czasie znów dzierży gwieździstą tarczę. I to można znieść. Ale potem ni z gruchy, ni z pietruchy zaczyna się starzeć, a jego miejsce zastępuje Falcon. Obecnie zaś znów jest młodym i żwawym patriotą, a na dodatek Sam Wilson nie zmienił swej pozycji. Teraz zaś… No w końcu Steve Rogers to aryjczyk prawda ?

A na serio. Może być ciekawie. Wszystkie te lata działań w Avengers, przez większość czasu jako ich lider. Cała ta ikoniczność, „hamerykanckość”, chwała herosa pomnikowego herosa… Czyżby Cap był szpiegiem- śpiochem ? Czyżby miał wspólny mianownik z TW Bolkiem ? Może być ciekawie, ale mam nadzieję, że Marvel nie zburzy legendy Kapitana Ameryki jak kilka razy niemal mu się to udało. 

#234. – Ed Brubaker, Greg Rucka, Michael Lark – „Gotham Central: Na służbie” t.1

Standardowy

W świecie gdzie występują herosi zapomina się o szarych ludziach. Któż będzie się przejmował przeciętnym zjadaczem chleba, gdy nad głowami lata Liga Sprawiedliwości czy inni Avengersi. Nikt też nie przejmuje się ludźmi którzy po nich sprzątają. Służby porządkowe i ratownicze jakoś tak dziwnie umykają twórców trykociarskich komiksów zajętych tworzeniem coraz to bardziej niezwykłych przygód. „Gotham Central” to tytuł inny niż wszystkie. Widoczna w tytule nazwa miasta i widniejący na okładce Bat- sygnał nie są bowiem tu gwarantem występu milionera przebierającego się za nietoperza. To opowieść przede wszystkim o gliniarzach którym dane jest żyć i działać w mieście w którym normalką są akty terroru w wykonaniu Jokera czy Two- Face’ a. Gliniarzach z Wydziału Poważnych Przestępstw.

Czytelnik nie uraczy tu sprzętu rodem z seriali „CSI”. Nie będzie tu też ekscentrycznego geniusza w rodzaju Monka czy Holmesa. Funkcjonariusze należący do WPP to oddani sprawie stróżowie prawa w większości namaszczeni przez Jima Gordona. Ale nie znaczy to, że są w równym stopniu co ich mentor zwolennikami Batmana. Zdają sobie sprawę z ogromnej roli jaką pełni Mroczny Rycerz, ale nie palą się tak już do wzywania jego pomocy. Cóż się dziwić ? Oklaski zawsze przypadają jemu, zaś to oni są najbardziej narażeni na niebezpieczeństwo. I marną płacę.

Scenariusz nie jest prosty i jednolity. A to za sprawą podziału na dzienną i nocną zmianę. Pierwszą z nich wziął Ed Brubaker. Klimat seriali policyjnych z dodatkiem gothamskich problemów. Jak Mr.Freeze. W opowieści „Motyw” Brubaker zaczyna z kopyta. Oto dwaj policjanci z WBB ruszają za tropem zaginionej dziewczyny. Ślad okazuje się mylny, a zamiast nastolatki na miejscu wota ich zaskoczony Mr. Freeze. Tłumaczenie, iż to nie po niego przyszli zdają się na nic. Jeden z nich ma okazję poznać co naprawdę znaczą słowa „freeze”. Jego partner Driver ma więcej szczęścia. Pozwala mu to na zgłębienie zagadnienia- któż to skierował ich prosto na Victora Fries’a ? 

Zmianą nocną zajmuje się Greg Rucka. „Pół życie” opowiada o Renee Montoyi. Latynoskiej detektyw która wyraźnie nadepnęła komuś na odcisk. Ktoś ujawnia na posterunki, iż jest homoseksualistką. Zdjęcia ukazujące ją z jej kobietą docierają również do jej rodziców. O ile w miejscu pracy kończy się na docinkach, a sprawę z konserwatywnymi rodzicami dało się zalepić kilkoma kłamstewkami, o tyle zarzuty o zabójstwo szantażysty nie są tak łatwe do rozwiązania. Podrzucone do mieszkania narkotyki i zaginięcie zapasowej broni nie stanowi ułatwienia.

Sympatia do Batmana jest niewielka. Właściwie to na granicy tolerancji. Autorzy podkreslili to jeszcze bardziej niemal epizodycznymi występami Zamaskowanego Krzyżowca na łamach tego komiksu. Przez spory czas jest on bardziej miejską legendą, niż realna postacią. Doskonale też jego naturę ukazuje momenty w których się pojawia. Podobnie jest z Jimem Gordonem. Ktoś kto jest ideowym ojcem tego wydziały pojawia się zaledwie jeden raz i to bardziej w formie tła do wydarzeń niż faktycznego bohatera.

Michael Lark to autor niełatwy w odbiorze. Minimalistyczny. Dość hojnie fechtujący światłocieniem, a raczej samym cieniem. Jego kadry są ciemne, klaustrofobiczne. Do tego brak większych, a co dopiero całostronnicowych rysunków sprawia, że czuje się, iż nie jest to opowieść i potężnej jednostce walczącej z całym światem z pomocą gadżetów/ supermocy. Nawet sam Batman jest tutaj jakoś tak dziwnie ludzki mimo tej swojej peleryny i wyskakiwaniu znienacka z cienia. Lark nie jest szczegółowy. Jego dzieła są nieco rozmyte i ociosane dość topornie. Kontury niektórych rysunków są zbyt niedbałe i po prostu niedoskonałe. Ale to co w przypadku klasycznego komiksu z herosami byłoby niewybaczalne tutaj jest w sam raz. Ilustracje potęgują wrażenie korupcji miasta i nieco umniejszają bohaterów wobec ich przeciwności.

Podsumowanie: Zawsze uważałem Gotham za jedno z najniebezpieczniejszych miast w literaturze. Istniały oczywiście bardziej złowieszcze wizje, lecz do miasta Batmana im daleko. Nie ze względu na poziom przemocy czy mrok wyzierający z każdego zaułka. Lecz za przytłaczającą normalność. Bo może i w Gotham grasują psychopaci jak Joker czy Two- Face, a mafiozi w rodzaju Pingwina czy Rzymianina oplatają przestępczymi mackami każdą niemal każda gałąź działalności publicznej. Ale Gotham to wierne odzwierciedlenie każdego wielkiego miasta. Pełnego namiętności, blizn i nigdy nie zasypiającego. Z bohaterami którzy nie wkładając masek i peleryn. Którzy nie są kuloodporni i nie przekraczają bariery dźwięku. O nich właśnie jest ten komiks.

#229. – Jeph Loeb, Ed McGuinness, Dexter Vines – „Superman/Batman: Wrogowie Publiczni”

Standardowy

Historie narracyjnie budowane na zasadzie dwóch przeciwieństw są niezwykle poczytne i łatwe w odbiorze. Co nie umniejsza ich walorów, tym bardziej jeśli tymi dwoma przeciwstawnymi bohaterami są Superman i Batman. Ostatni Syn Kryptona i Zamaskowany Krzyżowiec to dwie naczelne postaci DC, a wsadzenie ich w jedną ich w jedną opowieść gwarantuje nie tylko wartką akcję, ale i porządną fabułę. Nadmienię jedynie, że panującym prezydentem USA jest Lex Luthor, a co za tym idzie Liga Sprawiedliwości nie jest zbytnio suwerenna, a już na pewno nie ma w swoim składzie nikogo z Kryptona. 

Tytuł tej historii powinien brzmieć „Superman/Batman vs reszta świata”. Kal- el i Wayne mają bowiem przeciw sobie cały legion postaci złych i dobrych z uniwersum DC. Od hord złoczyńców, poprzez Shazama i Hawkmana, aż po Ligę Sprawiedliwości. Ci ostatni oczywiście na smyczy prezydenta Luthora, ale w składzie znajdą się dawni współtowarzysze obu panów jak Green Lantern/ John Stewart, Black Lightening czy Power Girl. Ciekawsze są jednak  postaci takie jak moralnie rozdarty pomiędzy wiernością do władzy, a sztubackim uwielbieniem Supermana Captain Atom i oszołomiasty trep Major Force. Ale cóż znaczą tabuny wrogiej masy przeciw zjednoczonym siłom Supka i Gacka ? 

Loeb niesamowicie podkreśla różnice pomiędzy sposobem bycia i myślenia obrońców Gotham i Metropolis. Sam wstęp pokazuje oba te zjawiska wyśmienicie. Niby są jakieś podobieństwa, ale mentalnie panowie są naprawdę odlegli. Farmerska i uczciwa do bólu natura Supermana wręcz przyprawia o zawrót głowy w porównaniu z shopenhaur’ owskim i wesołym jak doom metal spojrzeniem na świat Wayne’ a. Widać to też w działaniu. Clark działa subtelnie jak taran. Batman myśli, analizuje i niemal steruje swoim kompanem z Kryptona. 

Ten ktoś myśli posępnie, że to historyjka tylko o tym jak Superman i Batman biją się z połową świata DC będzie mile zaskoczony. Loeb serwuje bowiem takie delikatesy jak pojawienie się Supermana z przyszłości, debiut nowego Toymana i jego spektakularnego robota- rakiety o epickim wyglądzie Supermana i Batmana oraz zjednoczenie najbliższych współpracowników dwojga bohaterów w szturmie na Biały Dom i prezydenta Luthora.

Wizualnie jest po prostu bezbłędnie. Batalie jakie zmuszeni jest staczać duet i pokaźna liczba postaci to nie jedyne plusy rysunków „Wrogów publicznych”. McGuiness fenomenalnie zgrał się z narracją również i wizualnie odróżniając od siebie głównych bohaterów. Jasne i słoneczne barwy towarzyszące Kal- elowi i pochmurne, mroczne kolory skupione wokół Mrocznego Rycerza tworzą kontrast podpierający rozdzieloną na dwoje fabułę. No i ta dynamika. Wejście popleczników Batmana i Supermana do siedziby amerykańskich prezydentów przypomina początek „X- Men 2″. Tyle, że zamiast Nightcrawlera jest tu spora ilość młodego „S”-ek i nietoperzy.

Podsumowanie: Historię znam co prawda z zeszytówek „Dobrego Komiksu”, ale wydanie zbiorcze cieszy oko i półkę. Egmontowi należy się mimo zebrania historii do kupy mały minus. Liternictwo nie jest tak dobre jak te z „DK” co jest właściwie dość często wadą wydawanych w Polsce zagranicznych komiksów. Wracając natomiast do samego komiksu. Zrobił on na mnie ogromne wrażenie i stawiam go jako modelowy przykład narracji- przekładańca. Dwie odmienne, lecz zjednoczone postaci. Wspólny cel i problemy, ale też inne na nie spojrzenie. Loeb to scenarzysta wszechstronny. Mroczna detektywistyczna powieść jak „Długie Halloween” czy sentymentalna seria kolorowa Marvela to nie problem dla tego weterana komiksu. Również seria „Superman/ Batman” w jego wykonaniu to coś co trzeba znać.

#228. – Mark Waid, Alex Ross – „Kingdom Come/Przyjdź Królestwo”

Standardowy

Superbohaterowie od niemal samego początku swego istnienia kojarzą się z osobami prawymi. Pełnymi cnót i honoru. Co prawda Moore twierdził nieco inaczej, ale ogólny archetyp herosa pozostał niezmienny mimo zmian jakie ów pan w komiksie wywołał. Peleryna, kolorowe i dynamiczne wdzianko, piękne lico, nienaganna sylwetka- czy to niewieścia czy męska. Słowem- Cud-człowiek. ”Przyjdź Królestwo”. Sam tytuł ma w sobie siłę i ogrom. I taka właśnie jest ta opowieść. Monumentalna, spektakularna i bez cienia skromności. Granica pomiędzy herosem, a bogiem tutaj nie istnieje.

Wszystko zaczyna się z przytupem. Oto umierający Sandman ( nie ten od Gaimana, ale klasyczny heros o imieniu Wesley Dodds ) ma widzenia końca świata. Nie byle jakie, bo mogące śmiało konkurować Objawieniem św. Jana. Ich powiernikiem jest leciwy już pastor Norman McCay. I to on jest głównym bohaterem dzieła Waida i Rossa. Pełni rolę obserwatora który prowadzony przez tajemniczego Spectre’ a ma odegrać kluczową rolę w nadchodzących wydarzeniach. A wydarzenia to większe niż imieniny cioteczki Petunii. 

Ale pierw cofnijmy się kilka lat wstecz. Joker pojawia się w Metropolis. Jak ma to on w zwyczaju sieje popłoch i krwawy szlak swej bytności. Szlak który jest też oznaczony śmiercią Lois Lane- miłości samego Supermana. Jeśli ktoś jednak spodziewa się Jokera w pięciu częściach po spotkaniu z rozwścieczonych Człowiekiem ze Stali srogo się zawiedzie. Złoczyńca pada z rąk Magoga. Ale kim u diabła jest Magog ?! To superbohater nowego pokolenia. Mniej heroicznego, mnie litościwego i co tu dużo mówić- mniej naiwnego i wierzącego, że typy w rodzaju Jokera kiedykolwiek się zmienią. Myśleć więc by można, że Magog i Kal- el staną się przyjaciółmi, a młodszy heros będzie honorowym członkiem Ligi Sprawiedliwości. Nic z tego !

A czemuż to ? A bo Kal- el to nadal ten sam harcerzyk, Zamyka on Magoga na cztery spusty do więzienia. Co sprawia, że jego popularność i chwała pikują w dół. Superman usuwa się w cień. Za nim większość klasycznych herosów. Co nie oznacza zniknięcia superbohaterów. Owszem- są. Potężne istoty o mentalności nastolatków, wszczynające wojny między sobą. Powodujące szkody większe nawet niż niegdysiejsi złoczyńcy. Supek jednak bawi się płatnika KRUS- i i nie myśli o powrocie chwale. Aż do czasu wybuchu atomowego w Kansas. Z udziałem Magoga. Stara gwardia wraca i bynajmniej nie cierpi na demencję i bóle stawów. Ich pojawienie zwiastuje raczej trwałe bóle dla tych którzy staną na ich drodze.

Obraz Ligi Sprawiedliwości różni się nieco od klasycznego sposobu przedstawiania grupy. Tutaj zdają się być bardziej bogami którzy łaskawie zeszli ze swej siedziby, niż grupą superludzi. Superman z oprószonymi siwizną skroniami jest na tyle potężny, że nawet kryptonit nie jest dla niego wyzwaniem, Batman w końcu ma swe miasto pod absolutną kontrolą. Flash stał się ucieleśnieniem szybkości, istniejąc na wielu płaszczyznach rzeczywistości na raz, zaś Green Lantern/ Alan Scott jest prawdziwym szmaragdowym strażnikiem- potężniejszym niż którykolwiek posiadacz zielonego pierścienia. Ich majestat i potęga sprawiają, że pokraczni pseudo- herosi wydają się być wręcz ich parodią. Przepoczwarzeniem, a nawet bluźnierstwem dla zjawiska superbohaterów. Co nie znaczy, że czołobitnie padają przed swoimi starszymi kolegami po fachu. Wprost przeciwnie.

Dziatwa się burzy i wszczyna rwetes, ale Superman ma rękę ciężką. I mimo, iż brak u jego boku Batmana, Ostatni Syn Kryptona to heros co się zowie. Gówniarzeria peleryniarska na początku staje okoniem do działań Kal- ela który stara się posprzątać bałagan jaki ona narobiła, ale z biegiem czasu spora część młodszego pokolenia herosów przyłącza się do pana z literką ‚S’ na klacie. Rozliczni następcy herosów z ery Supermana, potomkowie i pociotkowie wspólnie więc pragną stworzyć nowe, lepsze jutro. Ale jak to bywa- zawsze się znajdą tacy którzy chcą wsadzić w plecy kryptonijczyka szpilki. 

Co nieco o nowym pokoleniu herosów. Swastica, 666, Kabuki Komando, Cossack, Buddha, Germ- man. I coś dla fanów polskie polityki- Tusk. To tylko niektórzy z pokolenia młodych. Czerada to więc nie byle jaka, ale obrazująca dość ciekawe zjawisko mające miejsce w prawdziwym świecie na przełomie lat 50 i 60. Mianowicie rewolucję seksualną. Co prawda dzieci kwiaty nie miały supermocy, ale różnica pomiędzy nimi, a pokoleniem ich rodziców była bardzo podobna do tej jaka występuje między młodzieżą peleryniarską, a klasycznymi herosami. Na szczęście jest Superman. 

A co z dawnymi złoczyńcami ? Waid to nie byle autor, więc oni też mają coś do powiedzenia. Luthor, Riddler czy podstarzała już nieco Selina Kyle nie są entuzjastami powrotu Ligi Sprawiedliwości i to silnej jak nigdy dotąd. Ale oni też mają swojego asa w rękawie.

Do zilustrowanie tej opowieści nie sposób wyobrazić sobie kogoś innego niż Alex Ross. Malarz jest mistrzem w ukazywania archetypicznej strony trykociarzy. A tutaj są to trykociarze na sporym power up’ ie. Doświadczeni, o wiele potężniejsi, mający już nieco bardziej ustosunkowane spojrzenie na swoją działalność. Chwała należy się też twórcy graficznej strony komiksu za szlachetne postarzenie herosów i projekty nihilistycznego, groteskowego i tak odmiennego od nowego pokolenia. Ukłon po pas. 

Podsumowanie: Komiks wydany niegdyś przez Egmont dziś jest białym krukiem o dość niemałej cenie. Nic dziwnego- nie jest to powiastka prosta i banalna. To dzieło dojrzałe, z bohaterami z krwi i kości, mające w sobie jednocześnie spektakularność i widowiskowość historii superbohaterskich i smutną refleksję na temat zmian społecznych i konfliktu pokoleń. Nie bez znaczenia jest tu też strona graficzna. Moje ochy i achy nad twórczością Alexa Rossa można przeczytać przy okazji „Marvels” i „Sprawiedliwości”. Ale najlepiej to co robi obrazują jego dzieło. „Przyjdź Królestwo” to opowieść doskonała. Przemyślana, ale też nie przekombinowana.

Rzecz o… dwóch historiach z rozmachem

Standardowy

Crossovery to specyficzny gatunek. Jak sama nazwa wskazuje krzyżuje on wiele historii kondensując je w jedną, spójną opowieść. Co prawda obok naczelnego dzieła wyrastają poboczne wątki, w komiksie znane jako jako tie- iny, ale o tym nieco niżej. Obecnie wielkie eventy jakim są crossovery to absolutna norma. Zarówno w DC, jak i w Marvelu. A zaczęło się dosyć niewinnie. Od próby zarobku poprzez serię zabawek związaną ściśle z komiksem. Tym który za to odpowiada jest legendarny Jim Shooter. Scenarzysta, były naczelny Marvela i dość barwna postać rynku komiksowego. Człowiek który miał łeb do interesów, a jako szef był ucieleśnieniem wszelkich koszmarów.  W celu zwiększenia zysków wydawnictwa skumał się z zabawkarskim potentatem Mattelem ( jak DC uczyniło to z Hasbro ). I takie był główny powód powstania „Tajnych Wojen”. Historii mającej nakłonić rozwrzeszczane dzieciaki do wydania pieniędzy ich rodziców na zabawki związane z ich ukochanym komiksem. Same zabawki szczególnie nie powalały. Brakowało w nich bohaterów niestandardowych, o nieco innej fizjonomii jak Hulk czy Thing. Za to znalazły się postaci nie występujące w komiksie. Nawet sam tytuł historii miał swoje komercyjne korzenie. Słowo „tajne” i „wojna” były zawsze na czasie, a ich połączenie logiką Jima Shootera miało mieć moc dolarofilową. 

„Kryzys na Nieskończonych Ziemiach” miał zgoła inne powody powstania. W połowie lat 80 uniwersum DC było tak przeładowane postaciami, że nowemu odbiorcy ciężko było się połapać w rozlicznych światach i zagmatwanej przeszłości herosów. Postanowiono więc jakoś uporządkować ten chaos. Ale żeby coś porządnie uporządkować, trzeba to pierw poddać malowniczemu procesowi destrukcji. Zjawisko to powtarza się zresztą do dziś. Czym bowiem jest New 52! czy trzecia odsłona „Tajnych Wojen” ?

Widowiskowo

Obie historie mają rozmach. „Tajne Wojny” to potyczka X- Men, Avengers i F4 z naczelnymi łotrami Marvela + Galactus jako stroną neutralna na planecie Battleworld. Na którą to całą tę ferajnę sprowadził enigmatyczny Beyonder. „Kryzys na Nieskończonych Ziemiach” mówi o kolapsie równoległych światów multiwersum DC za sprawą potężnej istoty zwanej Anti- monitorem z udziałem ogromnej ilości charakterów. Drugie dzieło ma większą skalę, ale to komiks Shootera był pierwszy i jako taki otwarł rynek komiksowy na opowieści z całymi stadami herosów tłukących się bez opamiętania gdzieś w kosmosie.

Reperkusje

Tak wiele postaci ! Tak wiele epickich pojedynków ! To musi mieć swoje konsekwencje ! Jim Shooter jednak pokazał, że nie musi. O ile „Kryzys na Nieskończonych Ziemiach” przefasonował całe DC, o tyle „Tajne Wojny” nie wniosły właściwie nic prócz Venoma, kilku nowych postaci i pomniejszych wydarzeń. No chyba, że za konsekwencję uznać „Tajne Wojny III” którym bliżej do dzieła Wolfmana niż swego pierwowzoru.

„Kryzys na Nieskończonych Ziemiach” oprócz liczby postaci miał też o wiele więcej tie- inów niż konkurencyjne dzieło. Nie sposób skonstruować tak epickiego zdarzenia bez fundamentów innych historii. Jego konsekwencje były również nieporównywalnie większe. Wydarzenia  ”Tajnych Wojnach”  zaczęły się w solowych historiach od pojawienia się konstruktu Beyondera w Central Parku, a skończyły powrotem herosów. I to niekiedy jeszcze przed zakończeniem ukazywania się samych „Tajnych Wojen”. Ot linearność fabuły według pana Shootera. 

Obu wydawnictwom udało się jednak dopiąć swego. DC stworzyło na nowo swoje uniwersum, zaś Marvel mógł liczyć napływ dolarów. Fakt, iż pobudki powstania obu tytułów są skrajnie inne nie przeszkadza w tym, jak są dziś pamiętane. Można więc ukuć smutną konkluzję- nie liczy się treść, a zysk. Ambitniejsze działo Wolfmana nie wygenerowało ich więcej niż „Tajne Wojny” których fabuła była pisana pod gusta dziatwy.

Obraz wojen i kryzysów

Istotne w przypadku spektakularnych opowieści są rysunki. Trudno jest utrzymać w ryzach całe tabuny postaci, a jednocześnie przedstawić je tak, by każda była zauważalna. Aby opowieść była opowieścią o wielu bohaterach każdy musi mieć swoje pięć minut. W tym miejscu wspominam nieco jak miało się to w KnNZ”. W komiksie Shootera i Zecka było dobrze, ale… Mike Zeck to ktoś niepozbawiony talentu. Aczkolwiek wówczas nie miał on za dużo do czynienia z tak dużymi przedsięwzięciami jak „Tajne Wojny”. Tła, postaci sceny bitewne i cała reszta nie powalały jak w przeciwstawnym komiksie konkurencji. Wystarczy przypomnieć sobie żółty kombinezon Xaviera czy Clawa. 

Werdykt

Co więc lepsze ? „Tajne Wojny” czy „Kryzys na Nieskończonych Ziemiach” ? Poprzednia część tekstu jest dosyć stronnicza i wywyższa zdecydowanie bardziej monumentalny komiks DC, ale „Tajne Wojny” też mają swój urok. To nieskomplikowana i bardzo lekka historia w której po raz pierwszy można zobaczyć wielkie grupy Marvela współpracujące razem. Co prawda jej jakość pozostawia wiele do życzenia, ale twarde porównywanie obu crossoverów jest nieco na wyrost. Z „Kryzysem na Nieskończonych Ziemiach” można porównać trzecią odsłonę „Tajnych Wojen”. Dzieło Shootera to nieco inna kategoria wiekowa. Tak więc niniejszym ogłaszam remis. Albowiem jako młodszy odbiorca zdecydowania wolałbym „Tajne Wojny”, zaś obecnie hołduje dziełu DC. 

 

#225. – Marv Wolfman, George Pérez- „Kryzys na Nieskończonych Ziemiach”

Standardowy

Gigantycznie rozbudowane światy literackie jakimi są uniwersa DC i Marvela to przegląd różnorakich historii z postaciami o równie odmiennych naturach. Lecz z biegiem lat historie w nich umiejscowione nawarstwiają się jak kładziona jedna na drugiej farba. Czytelnik który dopiero zaczął przygodę z danym światem zaczyna się gubić. Nie rozumie odnośników, motywów działań postaci i konsekwencji niektórych wydarzeń. Dlatego też co jakiś czas twórcy rozbijają znany i ugruntowany obraz uniwersum na atomy. Pierwszym takim armageddonem był właśnie „Kryzys na Nieskończonych Ziemiach”.

Historia rozpoczyna się, jak przystało w dobrych opowieściach, trzęsieniem ziemi. A konkretniej zagładą Ziemi- 3. Tej na której Lex Luthor jest herosem, a członkowie Ligi są badassami i tworzą Syndykat Zbrodni. W chwili katastrofy wrogowie jednoczą się jednak w pozbawionej szans walce z potęgą na której nie do końca pojmują. Pojawia się tutaj też motyw ostatniego syna ginącego świata wysłanego na obczyznę w roli zbawiciela. To nic nowego, ale pikanterii dodaje fakt, że ów jegomość pochodzi z Luthorów. 

Wolfman nie śpieszy się w wydarzeniami. Powoli stopniuje napięcie, podgrzewa atmosferę przed walką z tym co nieuchronne i dotąd niepokonane. Po kolapsie Ziemi- 3 na kartach komiksu pojawia się Monitor. Naturalny przeciwnik głównego złego. Monitor stara się zebrać naprędce grupy herosów które mogą ocalić wszechświaty(!) przed zagładą. Przy okazji Monitora warto wspomnieć o dwóch innych, ważnych postaciach. Pierwszą z nich jest Zwiastunka. Jego swoisty herold i prawa ręka. Kobieta o ogromnych mocach i ogromnej odpowiedzialności. Drugą jest Parias. Człowiek obwiniający się za uwolnienie i obudzenie Anti- monitora z wielo- eonowego snu. Człek ten pojawia się na krótka przed katastrofą danego świata i zmuszony jest tym samym na własne oczy widzieć kolejne apokalipsy. Niewesoła profesja…

Wart wspomnienia jest też główny szwarccharakter. Anti- monitor może i wygląda jak połączenie pieca grzewczego ze przestarzałym strojem płetwonurka, ale to kawał ewidentnego i nieprzeciętnego łotra przy którym nawet Darkseid wydaje się być ledwie dyktatorem, bądź co bądź, egzotycznego świata. Apetyt na pochłanianie ma większy niż Galactus na gastrofazie, a siła którą dysponuje jest poważnym problemem nawet dla dwóch Supermanów. No, ale mimo to i tak wygląda żałośnie prawda ? :D

Skali i ogromu wydarzeń nie sposób opisać pokrótce. Napomknę ledwie, iż występują tu liczne grupy bohaterów DC, w tym takie zapomniane dziś smakołyki jak Freedom Fighters czy Straceńcy. Wolfman sprawnie potrafi opanować całą tę czeradę i to wysuwa niektórych na pierwszy plan, to usuwa zastępując innym postaciami. Dość szeroko też sieje biletem na spotkanie z kostuchą, ale tu też należą mu się oklaski. Herosi umierają godnie, z honorem o orężem w ręku. I skoro mowa o zgonach. Myślę, że sama okładka jest dość sporym spoilerem, ale pamiętać należy, że śmierć tej postaci nie jest jedyną która przeważyła szalę w potyczkach z Anti- monitorem.

Ale pojawiają się też nowe postaci. Niektórzy dorośleją przybierając pseudonim swego mistrza. Jeszcze inny przyjmują odpowiedzialną funkcję. Ale dla wszystkich wydarzenia związane z pojawieniem się Anti- monitora są powodem do zmian. Uniwersum nigdy bowiem nie będzie już takie samo. Jego konsekwencje są zresztą odczuwalne po dziś dzień.

Chwała i cześć rysownikowi George’ owi Pérez’ owo ! Bez niego monumentalna i pełna rozmachu wizja rozbicia i scalenia świata DC nie miałaby szans powodzenia. Postaci było mrowie, a więc logicznie wnioskując niektóre z nich nikły w tłumie. Pérez sprawił, że każda została zapamiętana. Uncle Sam czy Wildcat dziś są ledwie wspomnieniem, ale godna pozycja jaką dali im autorzy sprawiła, że chciałoby się ich powrotu.

Rysownik potrafi też pokazać prawdziwy ogrom wydarzeń. Atak na twierdzę Anti- monitora, czy istny kocioł zmian w wykonaniu mniej sprawnego artysty mógłby wprawiać w konfuzję. Pérez jednak poradził z tym sobie znakomicie. Atmosfera zagrożenia, heroizmu i ogromnej skali wydarzeń magnetyzuje i mimo upływu lat nie odczuwa się, iż rysunki w czymkolwiek ustępują współczesnym.

Podsumowanie: „Kryzys na Nieskończonych Ziemiach” to opowieść która dosłownie rozbiła całe uniwersum DC. Przewrót z New 52! czy nadchodzące Convergence są ledwie marnym cieniem przy ogromie zmian jakie zaszły w świecie Supermana i Batmana. Autorom udało się nie tylko odświeżyć uniwersum, pozbyć tego kogo trzeba, ale też wprowadzić szereg owych postaci i ułatwień fabularnych dla czytelnika. Zagmatwanie uniwersów jest bowiem bolączką obydwu wielkich wydawnictw, stąd też owa rewolucja fabularna. Wolfman sprawnie połączył też klasyczny heroizm superbohaterów z ich wadami. Mimo, iż do wydania wielkich dzieł Alana Moore’ a i Franka Millera pozostawało wówczas kilka lat autor już wtedy nieco odbrązawiał nieskazitelnie czystych herosów. Tutaj nawet Supermanów ponosiła nerwówka. „Kryzys na Nieskończonych Ziemiach” to bez wątpienia jedna z najważniejszych pozycji w DC Comics. Jak i w całym świecie komiksowym. 

#222. – Scott Snyder, James Tynion IV, John Layman, Ray Fawkes, Tim Seeley, Jason Fabok, Dustin Nguyen, Mikel Janin, Guillem March – „Wieczny Batman” t.1

Standardowy

„Wieczny Batman” to kolejna seria z Człowiekiem Nietoperzem w roli głównej na polskim rynku z New 52! . I kolejna autorstwa między innymi Scotta Snydera, co jest niemałą rekomendacją. Opowieść nie należy do tych o prostym jak mentalność Kal- ela scenariuszu, ale o zagmatwanej jak rozterki jej głównego bohatera fabule . Jednocześnie ma w sobie wszystko co w komiksach z Mrocznym Rycerzem najlepsze. Przestępczy półświatek, ukryci w cieniu przeciwnicy i nieco bardziej otwarci psychopaci.

Batman wielokrotnie miał nieszczęście się przekonać, że nie trzeba Jokera, aby Gotham, a w szczególności on dostało cięgi. Nigdy też nie spodziewał się, że wzorowy glina Jim Gordon jest w stanie zastrzelić nieuzbrojonego człowieka. Mało tego. Że komisarz GCPD doprowadzi do katastrofy której spowodowania nie powstydziliby się rezydenci z Arkham. Kolizja składów metra doprowadza do śmierci i ciężkich obrażeń wielu osób i tym samym resetuje dotychczasowe dokonania Gordona jako policjanta. Ostracyzm społeczny niszczy psychicznie Jima do tego stopnia, iż zaczyna on powoli wierzyć w swoją winę. Ale są osoby które wiedzą, że uczciwy jak skaut sprzedający ciasteczka Gordon jest bez winy.

Na dodatek do miasta wraca Carmine „Rzymianin” Falcone. W uniwersum New 52! nie ma on charyzmy jaką posiadał chociażby w „Długim Halloween”, ale i tak mocno kontrastuje on z innym gangsterem z Gotham- Pingwinem. I to z nim rozpoczyna wojnę która mało kogo obchodzi. Po aresztowaniu niewinnego Gordona policja w Gotham pogrąża się w korupcji i skupia na ściganiu również niewinnego Batmana. Jedynie protegowany przez Jima porucznik Bard wraz z najwierniejszymi ludźmi oskarżonego komisarza stara się działać.

Ale to nie wszystkie wątki. Snyder, Tynion IV i reszta scenarzystów zabiera czytelnika na różne wojaże, wszystkie skupione jednak wokół wyjaśnienia czynu Gordona. Jest Harper Row, jest japońska i argentyńska wersja Batmana w ramach Batman Incorporated, jest też sojusz Gacka z Killer Croc’ iem. Narracja taka może się wydać flegmatyczna i przeciągająca napięty wątek, ale sprawność pisarskiej braci sprawie, że napięcie to jest uzasadnione i solidnie podbudowuje ten właściwy główny wątek. Bo jeśli ktoś myślał, że cała afera z Gordonem jest po to by go zdyskredytować i poustawiać scenę przestępczą na nowo powinien wypalić sobie piętno nietoperza na czole. Smaczków nie brakuje- Alfred ma okazję okazać swe ojcowskie uczucia komuś innemu niż Bruce’ owi, a Rodzina może spodziewać się nowego członków. A właściwie członkiń. 

Wizualnie jest różnie. Autorów ilustracji jest kilku. Jest co pochwalić i nie ma się zbytnio do czego przyczepić. Co prawda brak mi Grega Capullo, ale cała grupa twórców w jakimś stopniu to wynagradza. Pozornie jest klasycznie- deszczowo, gotycko- nokturnowo. Ale różnorodność artystów sprawia, że takowy nastrój ma różnorodne odcienie. Jason Fabok, Dustin Nguyen czy Guillem March to różni rysownicy z nieco innym, ciekawym spojrzeniem na postać Mrocznego Rycerza. Jest wiele kadrów które zasługują na pochwałę, ale otwierająca tom całostronnicowa sekwencja poniżej po prostu płonie.

Podsumowanie: Batman cieszy się nad Wisłą niezmienną, wielką popularnością. Cztery serie z New 52!, seria dzielona z Supermanem, pojawianie się Gacka we wszelakich odmianach „Ligi Sprawiedliwości” i solowe tytuły z DC Deluxe. To zasługa oryginalności, niejednoznaczności i całej otoczki Batmana która gwarantuje naprawdę wysoką jakość i przyjemność z czytania. Tak jak pierwszy tom „WIecznego Batmana”. A na sam koniec ostrzeżenie- niech nikt nie waży się zaglądać na spoilery z dalszych tomów. Ja to zrobiłem i boleję niezmiernie.

PS: Nadgorliwość to poważna wada. Człek taki myśli, że się stara i wszyscy są zadowoleni, a w istocie szkodzi on swoimi efektami działań które bynajmniej nie są tak pozytywne jak sobie zamierzył. Tak niestety bywało niejednokrotnie z tłumaczami. Zazwyczaj ich grzechem głównym jest przekręcenie tytułu na bakier do absurdalnego wręcz stopnia. Tym razem jednak stało się coś więcej. Tłumaczenie „Batman Eternal” na „Wieczny Batman” może nie jest translatorskim babolkiem, ale jest… No właściwie to po cóż jest ? Tytuł serii „Batman Detective Comics” nie jest tłumaczony, a polscy fani nie czują się tym urażeni. Podobnie z konkurencyjnymi seriami jak „Uncanny X- Men”, Amazing Spider- Man” czy „Mighty Thor”. Po cóż zmieniać tajemniczo brzmiącego „Batmana Eternal” na patetycznego i nobliwie brzmiącego „Wiecznego Batmana” ? Tym samym sam stałem się nieco nadgorliwy… :D

#219. – „Batman v Superman: Świat sprawiedliwości” (2016)

Standardowy

Co jest gwarantem sprzedaży horrendalnej ilości biletów i ogólnego zainteresowania filmem ? Nazwiska twórców i aktorów ? Zarys fabuły ? To istotne elementy, ale nie tak istotne jak zapowiedzi i kampania promocyjna. A filmowy pojedynek Mrocznego Rycerza i Człowieka Ze Stali promocję miał nielichą. Same trailery miały w sobie ogromny magnetyzm przyciągający zarówno fanów komiksów, jak i widzów spragnionych kina superbohaterskiego bez lekkości jaką charakteryzują się adaptacje dzieł Marvela. No i trzeba przyznać, że informacje i plotki na temat filmu były dystrybuowane bardzo sprytnie, a fani sami wszystko rozkręcali.

Akcja dzieje się dwa lata po „Człowieku Ze Stali”. Superman ma spore poparcie społeczne, zakrawające nawet o kult. Tymczasem w cieniu czają się jego przeciwnicy. Odwieczny arcywróg Clarka Lex Luthor i wiecznie nieufny i podejrzliwy jak zazdrosna żona Bruce Wayne. Pierwszy ma wiadome motywacje, a tutaj po troszku jest nieco mocniej stuknięty. Drugi dostrzega, że Supermanowi daleko do boga za jakiego coraz częściej jest brany. Na dodatek obaj wiedzą, że jeden wie coś, czego nie wie drugi. Jest i kryptonit dla którego obaj panowie widzą zgoła inne zastosowanie. Choć oba te spojrzenia mają dać w loczek Ostatniemu Synowi Kryptona.

Co nieco o Trójcy. Henry’ ego Cavilla widz miał okazję poznać. To dobry Superman, szczególnie Superman początkujący. Wonder Woman to na szczęście nie kopia z komiksu. Na kadrach Amazonka to bojowa herod- baba o aż nadto pomnikowych kształtach i nienaturalnie nieskazitelnej urodzie. Wybór Gal Gadot nieco złamał ten stereotyp. Izraelska aktorka jest dużo drobniejsza od komiksowego wzoru, a dużo młodsze rysy sprawiają, że nie jest to kolejna seksbomba w trykocie. Poza tym WW to nie tylko supersilna heroina, ale ktoś kto potrafi okpić samego Bruce’ a Wayne’ a. No i Ben Affleck. Niegdysiejszy Daredevil z zarośniętą nieco gębą i siwizną również niesie powiew w filmowy szablon Batmana. Dotąd każdy aktor ( może nieco mniej Bale ) był typem playboy’ a i pięknisia. Affleck potrafi odnaleźć się w takiej roli, ale jego Batman jest dużo bardziej ponury i sprawiający wrażenie nie do końca normalnego. Relacja na linii Batman i Superman jest nieco absurdalna. Ich konflikt jest irracjonalny. Panowie nie lubią się i rozwalają sobą ściany ot tak. Bo Kent nie pochwala brutalnych praktyk Batmana. Bo Wayne przeciwny jest nietykalności i postrzeganiu Supermana jako mesjasza w czerwonej pelerynie. Bo tak. A wszystko jeszcze bardziej nakręca Luthor. 

Kto stworzył więc najlepszą kreację w filmie ? Pomnikowy Cavill jako Superman ? Egzotyczna Gal Gadot odtwarzająca Wonder Woman ? Czy posępny i Ben Affleck/ Batman ? Otóż żaden z powyższych. Trójcę przesłonił skromny Alfred Pennyworth. Jeremy Irons wcielający się w rolę sługi/ opiekuna Bruce’ a Wayne’ a stworzył tę postać całkowicie od nowa. Nie jest to łysiejący elegancik z wąsikiem, ani czerstwy weteran z „Batman: Ziemia Jeden”. Łączy on elementy obydwu- ojcowską troskę klasycznego Penny’ ego i hardość tego z „Earth One”.  A jeśli jest światło, jest i ciemność. Najciemniejszą stroną filmu nie jednak batalia Kal- ela i Wayne’ a, ani ostateczna bitka z Doomsday’ em, a postać Lois Lane Nie chodzi tu o techniczne aspekty. Amy Adams nie jest dukającym słowa beztalenciem, ani też nie jest pozbawiona charakteru. Twórcy filmu zapewne pomylili postać Lois Lane z inną dziennikarką z uniwersum DC- Vicky Vale. Partnerka Kal- el’ a była, no cóż, po prostu inna. 

Lex Luthor. Tak odmienny od tego którego można spotkać w komiksie. Jest paranoikiem, jest geniuszem i ma manię wielkości. Długowłosy i dziwaczny młodziak różni się znacznie od również nieco kopniętego, ale wyważonego i wyrafinowanego łysola zarządzającego firmą mogącą konkurować z samym Wayne’ m.  Jest to dość ciekawe i nowe spojrzenie na tę postać. Jesse Eisenberg zagrał go nieźle. Rozbiegany, ekstrawertczny, nadpobudliwy Luthor w jego wykonaniu nie wydaje się być groźny dla dwóch czołowych herosów DC. Skutki jego akcji będą jednak miał odbicie w wielu filmach. Dzwony biją- jak sam mówił.

Zack Snyder wyraźnie lubi Franka Millera i jego „Rok Pierwszy” oraz „Powrót Mrocznego Rycerza”. Liczne odwołania, cytaty i sama walka Supka i Nietoperza są inspirowane jego dziełami. Nawet ktoś mało spostrzegawczy ujrzy dobitne podobieństwo między pancerzami Batmana w walce z Kal- el’em i przyjęcie na klatę przez tego drugiego wybuchu atomówki. Ale Snyder nieco zapędził się w inspiracji komiksami. Wiadomym faktem jest, że filmowe uniwersum DC musi sporo nadrobić do Marvela który powoli szykuje się do trzeciej fazy swoich kinowych adaptacji. Dlatego też umieszczenie w filmie całej Trójcy, dlatego wspominki i nadchodzącym, wielkokalibrowym przeciwniku, dlatego też pojawienie się chwilowe innych, przyszłych członków JL. To zrozumiałe. Ale dlaczegóż, ach dlaczegóż wpleciono tam wątki z „Flashpoint” czy nawet „Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach” ?

Film z pozoru jest blockbusterem. Dużo wybuchów, specyficznego światła i kolorów, określonych zagrywek które wydają się być już charakterystyczne dla tego poniekąd gatunku. Dlatego jest widowiskowość walk, nieco patetyczne i proste motywacje bohaterów, . I dlatego też jest genialna wręcz scena z pierwszym zjednoczeniem Trójcy czy sceny walk. Aczkolwiek Snyderowi zachciało się wyjść nieco poza wielkoformatowe filmidło i pokazał odrobinę głębi.Sęk teraz w tym, że pomieszał on poważną tematykę z ładnymi widoczkami. Pokazanie początków niechęci Wayne’ a do Supermana kontrastuje z finałem ich walki. Swoją drogą- zbieżność która łączy dwóch naczelnych herosów DC zauważyłem już dawno, dawno temu. Aż dziw, że ktoś dopiero teraz wykorzystał ją w tak kluczowy, choć i nieco naiwny, sposób.

Nie rozumiem dlaczego na siłę wciśnięto origin Batmana. Każdy go zna. Każdy wie, że Thomas i Martha Wayne zginęli na Park Row i tak narodził się Batman. I takowe przypomnienie w filmie poświęconym genezie Ligi Sprawiedliwości, nie zaś samemu Gackowi, jest zapychaczem nawet jeśli zostało zrealizowane i ukazane w najlepszy dotąd sposób. Pytanie więc- czy owo wydarzenie zostanie ponownie ukazane w dziele poświęconym Batmanowi czy zostanie zaledwie wspomniane ?

Oprócz Trójcy widz ma okazję zobaczyć, jak wspominałem, innych członków Ligi. Formy krótkich, niby przypadkowych filmów z różnorakich źródeł są wiarygodnym przedstawieniem reszty składu i widz nie musi się martwić, że Flash czy Aquaman nagle przyjdą z pomocą. Choć były takie dwa momenty…

Podsumowanie: Dzieło to przebija filmy z Mścicielami i śmiało może stanąć w szranki z „Strażnikami Galaktyki” i „Iron Manem”. Zacka Snydera wolę jako dosłownego ekranizatora, jak miało to w przypadku „Watchmen”, ale reżyser i tak potrafi solidnie oprzeć swój film na pierwowzorze. Choć tu bywa bardzo chaotycznie i nie mogę pozbyć się wrażenia, iż twórca nieco się zapędził. Plusem jest natomiast to, że postaci głównych bohaterów są dość świeże, a jednocześnie nie nazbyt rewolucyjne. Film ten będzie stanowił twardy orzech do zgryzienia dla Marvela, gdyż trzecia część „Kapitana Ameryki” z podtytułem „Wojna Domowa” ma się nijak do komiksu. Do czego zresztą Marvel już widza przyzwyczaił. Ostatecznie „Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości” to dobry film na podbudowę reszty serii. Choć liczę na coś więcej po poszerzeniu składu.