#267. – WKKM #99 – Mark Waid, Paolo M. Riviera – „Daredevil: Wściekłość i wrzask”

Standardowy

Kręte są ścieżki życiowe superbohaterów. Ginący bliscy, kosmiczne wojaże, powroty zza grobu, przejścia na ciemną stronę, alternatywne wersje samego siebie i tak dalej. Słowem- trykociarzowi nie jest dane ot tak usiąść sobie po dołożeniu jakiemuś tam Doomowi czy Luthorowi. Biedaczek musi jeszcze przeżyć swoje nieco ponad program. Matt Murdock miał swoje chwile chwały i klęski. Wypadek, śmierć ojca, odejście ukochanej i jej śmierć z ręki odwiecznego wroga, kolejne konfrontacje z Kingpinem i wiele, wiele innych. Jak ta związana z dowództwem Hand i małym skokiem na ciemną stronę.

Tak więc po akcji z „Shadowland”, po poradzeniu sobie z opinią publiczną Matt Murdock stara się nadal być wziętym prawnikiem. Tym razem jego niepełnosprawność nie jest postrzegana jako coś, co , a coś, co wręcz krzyczy- MATT MURDOCK = DAREDEVIL. I jak na ironię- na ten krzyk heros musi udawać głuchego.

Żywot superbohatera byłby nudny, gdyby po drodze nie stanął mu na drodze jakiś łotr. Co stanie się jeśli naprzeciwko człowieka o ultra- wyczulonym słuchu stanie ktoś, kto jest zestalonym dźwiękiem ? Złoczyńca znany jako Klaw, dyżurny przeciwnik Black Panthera, po pewnej, niemiłej dla siebie, przygodzie z Avengers stara się dojść do siebie. Ścieżki losu sprawiają, że trafia na Daredevila. Sposób w jaki dochodzi do konfrontacji obu panów nie jest standardowy- czyli złoczyńca zło czyni, a heros stara się mu przerwać w mniej lub bardziej inwazyjny sposób. Innym oponentem, a raczej całą grupą są przedstawiciele wszystkich niemal zbrodniczych organizacji świata Marvela. A więc Hydra, A.I.M, , Tajne Imperium i tak dalej. W skrócie- dużo śmiesznych kostiumów i panów chcących zawładnąć światem, bądź go rozwałkować. 

Paolo Riviera pokazał mistrzostwo w ukazywaniu dynamicznych przejść między kadrami. Rozmowa i space po NY Murdocka i Foggy’ go, czy potyczka z Klawem są niezwykle płynnymi i przyjemnymi dla oka scenami, które pocięte na osobne kadry nie miałby tak dużej mocy przekazu. Lecz to nie wszystko. RIviera nie bawi się w szczegóły. I właśnie ten ascetyzm w połączeniu ze kolorystyką i umiejętnym rozmieszczeniem jest największym atutem rysunków w tym tomie. I nie znajdzie się chyba nikt, kto przejdzie obok wizualizacji „radaru” Daredevila obojętnie.

Podsumowanie: Człowiek Bez Strachu to jedna z tych postaci, która jest stworzona do działania solowego. W jego wypadku podkreśla to ludzką stronę i to nie tylko prawniczą. Lecz najważniejszym elementem komiksu nie są pojedynki, a wewnętrzna zmiana Murdocka. Człowiek dotąd będący dosyć pesymistycznym typem postanawia to zmienić. Co nawet dla jego najbliższych jest niemałych szokiem. Na szczęście robi to w godny sposób, starając się odnowić swe życie, będące materiałem na kilka innych żywotów. I to nawet superbohaterskich.

#212. – WKKM #85 – Ben McKenzie, Frank Miller, Klaus Janson – „Daredevil: Naznaczony śmiercią”

Standardowy

Nazwisko Franka Millera jest kojarzone z serią „Sin City”, „300″ kompletną zmianą wizerunku dwóch herosów. Jednym z nich jest Batman ze swoimi „Powrotami Mrocznego Rycerza” i „Rokiem Pierwszym”. Drugi to Daredevil. Postać nie tak wysunięta na czoło bohaterów swego wydawnictwa, ale bez wątpienia należąca do tych najciekawszych. Miller dał Człowiekowi Bez Strachu nowy początek. Sprawił, że z postaci porównywanej ciągle do Spider- Man stał się indywidualnym bohaterem ze swoimi cechami charakterystycznymi. Późniejszy scenarzysta serii na początku zaczynał jednak jako rysownik.

Przygody w „Naznaczonym Śmiercią” są z pozoru typowymi komiksowymi perypetiami komiksowego superbohatera, ale wśród nich znajdują się niezłe momenty. W potyczkę z Hulkiem wpleciony zostaje wątek początku znajomości Murdocka z Benem Ulrichem. Wątek miłosny z Black Widow jest czymś pomiędzy operą mydlaną, a romansem z powieści noir. Niby jest namiętność, niby oboje mają się ku sobie, ale… Na pocieszenie jest fakt, że ani Daredevil, ani Wdowa długo samotnymi nie pozostali.

Pojawiają się też postaci z drugiej, a nawet z trzeciej ligi. Etatowy przeciwnik Spidey’ a- Otto Octavius i postać od czapy- Gladiator. Schizol któremu wydaje się, że żyje w realiach antycznego Rzymu i jest właśnie gladiatorem. I tak Octopus chce zajumać nieco adamantium w dość oczywistym celu polepszenia sobie tego i owego, zaś nieszczęsny Gladiator to postać wręcz obrażająca Człowieka Bez Strachu, a więc nie mam większej chęci rozwijać o co właściwie mu chodzi. Pojawia się też bojownik z korporacją. Jak łatwo się domyślić dopiero pomoc herosa coś zdziałała. Choć pokrzywdzonemu i tak była na nic.

Mocną stroną jest klimat. Nie tylko scenariusz McKenzie’ ego, ale wizualna strona Millera i Jansona tworzą brudny, nocny klimat Nowego Yorku. Który w tym dziele daleki jest od pozytywnych epitetów jakim obdarzał metropolię Sinatra. Kojarzone z wielkomiejskim życiem na wysokim poziomie miasto jest tu pełne niebezpiecznych zaułków przyczajonych w mroku. Miller miał więc mocne wejście. Często zapomina się o jednak Jansonie który jest dla Franka kimś więcej niż przybocznym asystentem. Jeśli nazwisko Millera pojawia się w roli twórcy strony wizualnej obok Jansona można śmiało rzec, że komiks rysował nie jeden, a dwóch autorów. 

Podsumowanie: Nie jest to historia na poziomie „Born Again”, ale nie ma co narzekać. Komiks mimo upływu lat nie ma wad charakterystycznych dla swego rocznika. Narracja nie jest rewolucją, ale nie ma tysięcy dymków, wręcz tabelek które „budują” nastrój. Pozycja ta też jest gratką dla fanów duetu Miiler/ Janson. Twórczość tych panów na przestrzeni lat uległa sporym zmianom, a tutaj jest okazja zobaczyć same początki. W klimatach ulicznych, takich jakie Daredevilowi pasują najbardziej. 

#193. – WKKM #17 – Brian Michael Bendis, Gabrielle Dell’otto – „Tajna Wojna”

Standardowy

Brian Michael Bendis to autor mający swoje plusy i minusy. Jego najsłabsze dzieła nie są totalnymi gniotami, ale są co najwyżej przeciętne. Jego najlepsze- to prawdziwe diamenty. „Ród M”, „Era Ultrona”, „Upadek Avengers”. Wszystkie łączą się w kilku punktach. Wydarzenia wstrząsają posadami świata Marvela, występują w nich niemal wszystkie istotne postaci, a scenariusz zaskakuje w wyważony sposób ( nie na zasadzie- wyrżnę połowę postaci i zobaczę co się stanie ). Obok wielkich tytułów autorstwa tego scenarzysty niepostrzeżenie może umknąć jednak bardzo ciekawa pozycja. Nazwa jej to „Tajna Wojna”. I na szczęście nie ma nic wspólnego z „Tajnymi Wojnami” Jim Shootera.

Skąd więc tytuł ? Osobiście na miejscu BMB dla odróżnienia od komiksu dawnego naczelnego Marvela nazwałbym go „Tajną Wojną Fury’ego”. Bo to naczelnik S.H.I.E.L.D. gra tu istotna rolę. Po „zdemontowaniu” Dr Doom’a z roli przywódcy państwa Latverii, USA jak ma to w zwyczaju, wprowadza tam demokrację. I marionetkową premier Lucią von Bardas . Jak się jednak okazuje kobiecina przechytrzyła cwanych Jankesów i robi im za plecami kuku wraz ze złoczyńcami różnego, głównie drugoligowego, formatu. Jednooki Nick stara się więc przetłumaczyć tuzom z Białego Domu, iż należy pannę von Bardas wysłać tam gdzie jej poprzednika. Mikuś Furia ma na to swój plan.

Fury nie idzie pochlipać do Avengers i nie leci Hellicarrier’em nad Latverię. Zbiera grupę najbardziej zaufanych herosów z ulicy ( dosłownie ) i wyrusza pokazać czym grozi igranie z JuEsEj. Warto wspomnieć, że na tę misję herosi dostają nowe, znakomite stroje. Aż szkoda, że tylko na jednorazowy wypad. Ta bojowa wycieczka przyniesie jednak dość nieoczekiwane konsekwencje. I dla niego i dla zwerbowanych trykociarzy. Nick Fury przekonuje się, że z babami się  nie zadziera.

Rysunkami zajął się Gabrielle Dell’otto. Artysta odpowiadający również za „grzbietową” grafikę na tomach WKKM. Komiksy malowane to coś co kręci każdego. Technika artysty różni się co prawda od tej Alexa Ross’a, ale plansze jego autorstwa są na równie wysokim poziomie co te z „Kingdom Come”. Dell’otto nieźle radzi sobie w dynamicznych kadrach z wieloma planami akcji i jeszcze większą liczbą szczegółów. No i nowe stroje grupki herosów- niestety użyte tylko na te jedyną akcję.

Całość ma charakter nieco szpiegowski, lecz fani wielkich, zespołowych potyczek nie będą czuli się zawiedzeni. Plusem jest też fakt, że Bendis zwrócił uwagę na określony typ herosów. Misja Fury’ego była w końcu tajna, a więc obecność powszechnie zwracających na siebie uwagę jegomościów jak Hulk czy Thor byłaby głupotą. Niezły scenariusz i strona graficzna to jednak nie wszystko. Pojawiają się stenogramy z rozmów ze schwytanymi przez Tarczę badass’ami, dane na ich temat, ale też szczegółowe „teczki” na członków wypadu do Latverii. Jak widać Nick jest równie ufny wobec swych sojuszników co Wayne.

Podsumowanie: Historia nie będąca wielkim eventem, jednak będąca kroplą w czary goryczy jaka spowodowała Wojnę Domową. Coś dla fanów BMB którzy chcą nieco odpocząć od jego większych tytułów, jednocześnie pozostając w klimacie grupowych potyczek w których herosi nie zawsze dominują. No i wiadomo już co gdzie się podział Fury w trakcie Civil War i M- Day.

Rzecz o… superbohaterskich szablonach cz. 1

Standardowy

Superbohaterowie są współczesnym odbiciem mitologicznych herosów i w tym tkwi ich sukces. Ludzie potrzebują bowiem niekiedy światłych liderów, istot nadludzkich lub niemal nadludzkich. Dość mają codziennie nudno- szarych bohaterów którzy to trapią się codziennymi problemami. Ot znowu jakiś Lubicz czy inny Mostowiak. Chociaż w serialach z udziałem tych familii ich członkowie mają więcej niemożliwie fikcyjnych przygód niż niejeden członek JLA czy Avengers…

Ikona

Najbardziej popularny i najbardziej stereotypowy typ herosa. Taki w jaskrawej pelerynie, silny jak tur, szybki jak komornik w kwestii zajmowania dóbr i piękny jak Rzeczpospolita. Zbawca mas i protektor niewinnych. Pogromca zła i chodzący wzór. Po prostu- IKONA :) .

Najbardziej charakterystycznym przedstawicielem tej kategorii jest Superman. Z wielką „S- ką” na piersi w czerwonej pelerynie i aż do czasów New 52! w gatkach o tym samym kolorze. Kal- al odegrał nieporównywalną rolę w medium komiksowym, jak i w całej współczesnej kulturze. Najbardziej szlachetny i śmiało można rzec, że w gruncie rzeczy jeden z najpotężniejszych trykociarzy nie tylko w uniwersum DC z lekkim podtekstem boskim. Najbardziej uderza fakt, że Clark Kent to w mimo swego pozaziemskiego pochodzenia i zdolności jest prostym farmerem z Kansas i o bardzo prostym systemie moralnym i myślowym.

A teraz ikona z nieco innej perspektywy, czyli Kapitan Ameryka. Steve Rogers nie ma wielkokalibrowych zdolności. W gruncie rzeczy ma jedynie swoja tarczę, troszkę więcej krzepy w jankeskich muskułach i tony charyzmy. Prawdziwy i moim zdaniem jedyny słuszny lider Avengers obleczony w barwy Old Glory jest co prawda oczerniany tym, iż jest tylko hamerykanckim pajacem, ale to opinia sowieckich szpiegów i liberałów. Co na jedno wychodzi :) .Wydawać by się mogło, że Cap jest herosem tylko i wyłącznie żywym w umysłach Amerykanów i najzagorzalszych jego fanów. Błąd ! Jest to archetyp żołnierza idealnego. O ile Superman to typowy fruwający idol oscylujący na granicy boskości, o tyle Kapitan Ameryka to wódz prowadzący tłumy na barykady, ciągnący za sobą żołnierzy na heroiczny bój na miarę Leonidasa.

Do tej kategorii można zaliczyć dość sporą rzeszę herosów. Iron Man, Thor, obaj Kapitanowie Marvelowie, Wonder Woman, Green Lantern i wszystko co lata i powiewa peleryną budząc ochy i achy nie tylko młodych panien. Ikona więc zachwyca, ale i irytuje. Niemal zawsze wygrywa, a jak nie to ma kumpli do pomocy. Jest chodzącym ideałem i tylko dlatego chyba autorzy scenariuszy od czasu do czasu lubią takiego pomnikowego hiroł ukatrupić. Przykład pierwszy z brzegu- dwaj panowie wymienieni powyżej. Ich zgony odbiły się szerokim echem nie tylko w świecie komiksowym.

Jaką rolę w komiksie odegrał ten typ postaci superbohaterskiej ? Przede wszystkim nieco zaszufladkował ten rodzaj powieści graficznej, która dla przeciętnego odbiorcy wydaje się infantylna i dziecinna. Lecz czymże byłby komiks bez Supermana ? Bez nieco naiwnych i łatwowiernych historyjek o dobrych bohaterach i złych łotrach ? Jeśli miałbym wskazać potwierdzenie tezy, iż superbohaterowie to obecni odpowiednicy antycznych herosów wskazałbym właśnie ten typ trykociarzy. Dokonujących wielkich czynów, oscylujących na granicy człowieczeństwa i boskości.

 

Ulicznik

Czyli tak zwani street- level heroes. Mowa tu o bohaterach którym nie w głowie kosmiczne wojaże, stanie na piedestale i brylowanie w świetle fleszów. Mowa tu o takich jednostkach jak Spider- Man, Luke Cage, Iron Fist, Daredevil, Green Arrow czy Batman. Na pół herosi, na pół miejskie legendy. Nie raz znajdujący się bliżej bruku niż by tego chcieli.

Spider- Man/ Peter Parker nie jest człowiekiem sukcesu. Poza przypadkowym ugryzieniem radioaktywnego pająka i dwoma wspaniałymi kobietami  które po części go niańczą jest po prostu szarym, pechowym obywatelem. Fotoreporter w Daily Bugle’u w którym główne sukcesy zawdzięcza faktowi, iż sam sobie cyka fotki. Jakiś czas nauczyciel w swoim dawnym liceum. Posiadający całe spektrum przeciwników ubranych w kostiumy zwierząt. Pechowiec. Po prostu. Mimo to ma na tyle hartu ducha by rzucać dowcipami w stronę oponentów, patrzeć na siebie w nieco krzywym zwierciadle i kochać damy swego serca- MJ i ciocię May. Nie zapominając jednak o Gwen i wujku Benie.

Mimo całej swej  najbardziej rozpoznawalny heros Marvela. Za nim plasują się poszczególni członkowie Avengers i X- Men, lecz są na tyle daleko, że Parker może swobodnie nazywać się ikoną Marvela. W świecie Ultimate Spider- Manem staje się po śmierci Petera niejaki Miles Morales. Jak rozwiążą się losy Petera i Milesa po „Secret Wars III”. Dla mnie relacja mistrz- uczeń z lekko humorystyczno- ironiczną nutą byłaby najlepszym rozwiązaniem.

I żeby odreagować nieco od rzucającego żarcikami Parkera czas na Wayne’a. Batman mroczną i małą zabawną ( w przeciwieństwie do swojego arcywroga ). Batman i cała symbolika która narosła wokół niego to temat na wiele, wiele rozważań i artykułów. Sama jego geneza została przytoczona wiele razy na łamach komiksów nie tylko o samym Batmanie. Śmierć rodziców która odcisnęła na młodym Bruce’ie silne piętno i stworzyło Batmana. Gothamskiego mściciela . Ba ! Jest punktem zapalnym dla całego uniwersum DC. Bez niego JL byłaby zbieraniną wesolutkich pół- bogów z których może i część ma genialne umysły, ale nie są… no cóż, po prostu Batmanem. :D Bruce Wayne to krezus pełną gębą, ale skrajnie różny od Tony’ego Starka. Zdarza mu się co prawda wdziać mocarne zbroje, ale jego domeną jest mrok i mgła ulic miasta Gotham.

Zarówno w życiu Pająka, jak i Nietoperza niebagatelną rolę odgrywała śmierć bliskich im osób. Nie inaczej było z Człowiekiem Bes Strachu. Matt Murdock stracił wzrok poparzony radioaktywnym izotopem ( znawca by się czepił – jaka to substancja, ale niech mu batarang lekkim nie będzie ), lecz tak naprawdę dopiero po morderstwie jego ojca okrzepł jako heros. Odtąd stał się diabłem- stróżem dzielnicy Nowego Yorku będącej istnym przedsionkiem piekła. Prywatnie jest prawnikiem i mimo świadomości bezkarności sporej części oskarżonych przez niego bandosów działa w imię prawa do końca. A jak nadejdzie ten koniec zawsze jest Daredevil…

Co wnoszą herosi ulicy ? Powiew realizmu. Głębie postaci. Ich charakter nie jest przytłumiany przez epickie niczym skandynawskie sagi opowieści, swoistą galaktyczną skalę wydarzeń. Częste nawiązania do stylistyki noir, dramatu psychologicznego czy kryminału dodają dodatkowo smaczku . A poza tym czasem lepiej zagłębić się w lekturze w której postać nie jest z innej planety, nie włada materią, magią czy ludzkimi umysłami. Jest po prostu człekiem z krwi i kości i czasem zdarza jej się nie mieć gotówki do dziesiątego lub stracić pracę.

Jeśli więc Ikony pełnią funkcję bądź co bądź bogów, tak Ulicznicy są herosami którzy niegodni boskich krain wędrują wśród ludzi. Herosami którzy częstokroć lepiej rozumieją człowieczeństwo i szarą ludzką dolę. Wspaniały przykład pojawił się w „Kryzysie Tożsamości”. Gdy Liga załatwiła już problem naczelna Trójca opuszczała pole walki wracając do swoich domen. Ci z drugiego rzędu jak Green Arrow czy Zatanna musieli zaś dokończyć działa nieco radykalniej.

ciąg dalszy nastąpi…

#145. – Jeph Loeb, Tim Sale – „Daredevil: Żółty”

Standardowy

Seria kolorowa panów Leph/Sale daleko odbiega od standardowych historii z jej bohaterami. W „Spider- Man: Niebieski” Pajęczak nostalgicznie i ze smutkiem wspominał pierwsze chwile miłości z Gwen Stacy. W „Daredevil: Żółty” Murdock również patrzy za siebie wstecz. Autorom udało się jednak przedstawić wszystko zupełnie inaczej niż w przypadku Spider- Mana. U Parkera da wyczuć się ukryte między słowami poczucie winy i głęboki smutek po utracie, nie bójmy się powiedzieć, miłości życia którą była panna Stacy. DD zaś odczuwa te same uczucia, jednak skupia się również na swoim poczuciu zemsty, gniewie, emocjach które z niewidomego prawnika uczyniły superbohatera. Dodam też, że Daredevil dzieli swe wspomnienia pomiędzy dwie tragicznie zmarłe i bliskie mu osoby.

Pierwszym wspominanym jest „Kid” Murdock. Bokser już w średnim wieku, który walczy w nie do końca uczciwych walkach bokserskich, gdzie większość wyników jest uzgadniana za kulisami. Stary Murdock jednak nie należy do byle cieniasów i swoje walki traktuje jak najbardziej z sercem. W efekcie w finalnej walce nie poddaje się mimo nakazów trenera. Szybko jednak przekonuje się, że honor na ringu to tylko puste pojęcie dla jego mocodawców. Mimo silnej pięści i woli walki ginie z ręki pewnego amatora pistacji z polecenia wyżej wymienionych.

Drugą osią na której opierają się wspomnienia Daredevila jest Karen Page. Jego wielka i tragiczna zarazem miłość. Kobieta która z jednej strony niemal doprowadziła do upadku Murdocka jako człowieka i bohatera, a z drugiej sprawiła, że tym bohaterem pozostał. Po perypetiach które urządził jej Frank Miller nie potrafię jednak patrzeć na tę babeczkę jak na pozytywną postać. Nie jest ona jak Gwen Stacy dla Parkera ( pominę już haniebny epizod jakiego dopuścił się JMS z udziałem Normana Osborna ), ani Lois Lane dla Supka. Karen obdarza Matta wielkim uczuciem, ale również nie waha się porzucić jego i swego dotychczasowego życia dla plugawej kariery, w efekcie stając się ćpunką. Tutaj jednak jest jeszcze zalotną dziewczyną do której miętę czuje nie tylko główny bohater. Postać ciekawa, niknąca wśród tragicznych kobiet Marvela jak Jean Grey czy wspomniana Gwen. Chociaż po obecnych wydarzeniach w Marvelu można się spodziewać wielu rzeczy.

Jednak nie tylko ojciec i kobita Daredevila są tutaj kluczowe. Loeb ukazał również w ciekawy sposób przyjaźń i partnerstwo w interesach. Poczciwy i misiowaty Foggy Nelson i ambitny, błyskotliwy Matt Murdock nawet bez Daredevila byliby świetnym materiałem na serial akcji.

Sale doskonale oddał klimat Hell’s Kitchen z jej ponurymi zaułkami, wrażeniem wszędobylskiej przestępczości, klimatu znanego z kryminałów noir. Kontrastem jest tu DD. W swym żółtym stroju objawia się jako salwator dla pokrytych brudem i mrokiem ulic piekielnej dzielnicy Nowego Yorku. I jak zawsze w przypadku tego twórcy można podziwiać znakomitą perspektywę kadrów i niezwykłą kreskę, która nawet dla zwolenników realizmu musi być ciekawa i przykuwająca wzrok.

Podsumowanie: Są pewni autorzy których dział można kupować w ciemno. Jeph Loeb i Tim Sale to duet słynący z tworzenia niebanalnych opowieści. Takich które można polecić nawet sceptykom komiksu superbohaterskiego. Loeb/Sale tworzą historię klimatyczne, nasycone emocjami, prawdziwe, bez przesadzonej, efektownej akcji i zbędnych zawiłości. Po prostu dzieła do których się wraca i pamięta. Cykl „kolorów” nie wpisuje się wielkie wydarzenia w świecie Marvela, ale pokazuje ludzką stronę herosów.

PS: Plotki głoszą, iż panowie prawdopodobnie dokończą zapowiadany czwarty tom serii pod tytułem „Kapitan Ameryka: Biały”. Jeśli to prawda to oprócz „szarego” Hulka oczekuję, iż Mucha Comis wyda go jak najszybciej. :)

#143. – WKKM #69 – Andy Diggle, Billy Tan – „Kraina Cieni”

Standardowy

Uliczni herosi to specyficzna zgraja. Prywatnie nie bywają milionerami, często mają podłą robotę i  generalizując- są bliżej ludu. W Marvelu jest ich niemało. Sztandarowy heros wydawnictwa Spider- Man, Luke Cage, Iron Fist, Punisher, Daredevil… Ten ostatni jest niemal symbolem swej dzielnicy- Hell’s Kitchen. Dzielnicy która swego czasu była prawdziwym przedsionkiem piekła. Spory wkład w „miejski” styl Człowieka Bes Strachu włożył Frank Miller. Jego dzieła sprawiły, że Matt Murdock to postać z krwi i kości. Która solidnie oberwała zarówno prywatnie jak i zawodowo.

W uniwersum Marvela występuje szereg „złych” organizacji. Hydra, A.I.M. czy Dłoń. Ta ostatnia liczy sobie sporo lat i pamięta czasy Japonii samurajów. Organizacja ta to pozornie stereotypowy rozrośnięty klan złych ninja którzy od czasu do czasu pojawiają się, aby być solą w oku któremuś z herosów. Najbardziej jednak doświadczony w kontaktach z nimi jest Daredevil. Romans z ich siepaczką Elektrą, liczne pojedynki, mistrz który stracił życie próbując walczyć z organizacją. Jakiegoż więc zdziwienia doznał on, gdy Dłoń zaproponowała mu intratne stanowiska szefa. Murdock myślał, miał wątpliwości, ale wtedy zjawił się stary, niezawodny Bullseye. Wysadził on bez pardonu kamienicę w Hell’s Kitchen mordując ponad setkę ludzi. Daredevil przyjął się szefowanie ninjami i z zamiarem czynienia dobrych uczynków pozamiatał tym i owym na Manhattanie. Tak się chłopisko zapędził, że na miejscu zniszczonej kamienicy wybudował orientalny zamek, zamknął swoją dzielnicę na gliniarzy mianując się tym samym jej jedynym obrońcą i coraz bardziej zaczynał zachowywać się jak zły lord. A… I właśnie tak tytułować. Lord Daredevil.

Jak łatwo się domyślić kumplom po fachu się to nie spodobało. Najbardziej właśnie tym którym bliższa była ich własna dzielnica niż galaktyka. Wszyscy jednak wierzyli, że robi Daredevil wie co robi. Szkoda, że on nie wierzył w nich. Zmiana jaka nastąpiła w Człowieku Bez Strachu jest tym bardziej jaskrawa, dlatego że bohater ten zawsze wiedział po której stronie stanąć i mówiąc kolokwialnie- był swój chłop. Nawet wobec swoich toksycznych miłości, czy oponentów którzy zaleźli mu ostro za skórę. Jeden z nich jednak solidnie przekona się, że DD już nie wybacza. Pojawiają się też wątki piekielne, lecz odnoszę wrażenie, że owa piekielna postać jest po prostu ośmieszana.

Billy Tan wprawną ręką ukazał ciemniejszą wersję Daredevila. Niczym niegdyś Spider- Man w symbiotycznym kostiumie, tak tutaj DD nosi się na czarno. Murdock wygląda dzięki temu na naprawdę odmienionego. Tan radzi sobie również dobrze z dynamicznymi pojedynkami ( odwiedziny herosów ) i dużymi kadrami ( odwiedziny Daredevila i spółki na cmentarzu ). Z okazji zmiany szefa ninja dodali sobie różki które… No cóż. :D Ale Murdock prezentuje się naprawdę nieźle prawda ? :)

Podsumowanie: Historia nie tyle o samym Daredevilu i jemu podobnych, co o wpływie władzuchny, władzi, WŁADZY ma mentalność człowieka. Od targanego negatywnymi uczuciami, samotnego herosa po kierującego podejrzana zgrają wojowników, bezwzględnego satrapę.

#141. – WKKM #67 – Stan Lee, Jack Kirby, Steve Ditko, Don Heck, Larry Lieber- „Początki Marvela: Lata 60″

Standardowy

Wielka Kolekcja Komiksów Marvela nie tylko ma na celu przybliżyć najlepsze historie wydawnictwa, lecz przede wszystkim ukazać te historyczne. W drugim rzucie WKKM będzie ich nieco więcej, a bez wątpienia jednym z najważniejszych tomów jest sześćdziesiąty siódmy. Opowiadający nie tyle co spójną historię, a początki najważniejszych herosów mających swe genezy w kwiecistych latach 60. To wtedy właśnie narodził się Spider- Man, F4, X- Men, Avengers i kilka innych sztandarowych dzieci Marvela.

W chwili debiutu jednak nie wszyscy mieli swój osobny tytuł. I tak Spider- Man debiutował w piętnastym numerze „Amazing Fantasy”, Iron Man w trzydziestym dziewiątym „Tales od Suspense”, zaś Hank Pym w „Tales of Astonish” oznaczonym numerem 27, by stać się Ant-Manem w  44 zeszycie tegoż tytułu.  Jednak niektórzy od razu zaprezentowali się światu pod swoimi szyldami. A jedna grupa szczególnie podbiła na lata serca czytelników- dziś już niemal praktycznie nieistniejąca Fantastic Four.

Dla kogoś znającego bohaterów w sposób w jaki są przedstawiani obecnie ich zachowanie i wypowiadane kwestie mogą się wydawać teatralno – komiczne. Czy to w zachowaniu Parkera, który jeszcze nie zaznał pełni goryczy, czy w przypadku członków Fantastycznej Czwórki. Sue nie będąca jeszcze żoną Reeda, Torch będący właściwie nastolatkiem i sfrustrowany Thing nie mogący znaleźć odpowiedniej garderoby na swą kamienną posturę.

Inaczej też wyglądają przeciwnicy. Bez zrozumienia początków historii Marvela ciężko będzie pojąć czemu Namor zachowuje się jakby w jego siedzibie było za duże ciśnienie wody, Magneto zaś jest szablonowym superzłoczyńcą chcącym zrobić coś ZŁEGO ( koniecznie zaś homo sapiens ), a głównym przeciwnikiem Ant- Mana i Wasp jest stwór z planety Kosmos. Urocza nazwa swoją drogą. Oprócz tego widać odbicie rzeczywistości w historii o Iron Manie ( zły Wong Chu w Wietnamie ) czy sowiecki szpieg Igor. I takie ananaski jak Hulk w cyrku czy Iceman- bałwan.

Opowieści te każdy zna. Nawet osoba nieobeznana z komiksową wersją przygód herosów Marvela wie, że Parkera dziabnął radioaktywny pająk i że przez jego zadufanie zginął wujek Ben. Że Bruce Banner został napromieniowany przez bombę gamma i stał się Hulkiem. Że Stark był w niewoli w której stworzył prototyp swej zbroi. Wiedzieć, a znać to jednak co innego. Mimo charakterystycznej narracji tamtych lat komiks czyta się z zapartym tchem, wiedząc, iż ma się pod ręką opowieści które położyły solidne cegły w budowli zwanej popkulturą.

Rysunki ? Jack „The King” Kirby, Don Heck czy Bill Everett to wystarczające rekomendacje. Bez komputerów i zaawansowanych technik graficznych. Po prostu czysty, fachowy warsztat i niebanalne jak na tamte czasy pomysły. Co prawda stroje Daredevila czy Iron Mana uległy zmianom, lecz kultowy kostium Parkera jest nieśmiertelny. Artyści ci inspirowali i inspirują wielu ich następców lata później. Właściwie to komiksy sprzed kilkudziesięciu lat momentami biją na głowę obecne. Mają taki ikoniczny klimat. Kultowy i nostalgiczny.

Czytając to dzieło nachodzi mnie pewna refleksja. Jakim cudem F4, będące legendą obecnie jest jej cieniem ? Spider- Man zaś został odsunięty na bok na rzecz średnio interesującego Pajęczaka z Ultimate, zaś sami Avengers nie mają bodajże w swym składzie ani jednego oryginalnego członka  ( chyba, że ich substytuty ) ? Zmiany są zrozumiałe, lecz pewna tradycja powinna być podtrzymana.

Podsumowanie: Komiks który trzeba mieć i znać. Po pierwsze: rzadko zdarza się okazją nabycia oryginalnych originów postaci w jednym zbiorczym wydaniu. Po drugie: Warto poczuć coś naprawdę ponadczasowego. Historie w tym komiksie to pierwsze kroki postaci które zmieniły i tworzą to medium po dziś dzień. Przypominane i powielane w wielu retrospekcjach, często również modyfikowane i uwspółcześniane ( patrz „Iron Man: Extremis”) stanowią ważny element komiksowego medium, mimo faktu, że Stan Lee nie jest tak dobrym scenarzystą jak Alan Moore czy Frank Miller. „The Man” bowiem to postać o nietuzinkowej osobowości i nawet w swym słusznym wieku potrafi pokazać się w filmach ze swoimi herosami i zrobić to w sobie tylko znanym stylu. Więc… Excelcior !!! :)

 

Cudowne ćwiczenia trykociarzy

Standardowy

Znudzeni kolejną trenerką/ trenerem który oferuję innowacyjny pakiet ćwiczeń i dietę, aby być szczupłym, gładkim, a na dodatek ładnie pachnącym ? Oto coś dla ciebie ! Ćwicz z herosami ! Od zera do superbohatera ! :D . Więc jeśli chcesz :

 Być silną kobitą !

11022586_958308127520595_252150219247873156_n

Być człowiekiem bez strachu !

13053_958308120853929_3648326878952191041_n

 Być Batman- babą !

10997497_958308124187262_8642432448404547321_n

Wszystkich bić !

10425442_958308117520596_4303866806849795162_n

Być mgnieniem !

10349156_958308157520592_254081084710994499_n

Nosić krótkie spodenki i żółtą pelerynkę !

10353027_958308150853926_220593845059310196_n

#28. – WKKM #47 – Kevin Smith, Joe Quesada – „Daredevil: Diabeł Stróż”

Standardowy

10639382_302127976639980_4515876380584339636_n

Nie lubię szufladkować postaci, ale w przypadku herosów istnieją dla mnie dwa główne pudła do których są oni powrzucani. Pierwsze z nich to pudło z takimi postaciami jak Superman, Captain Marvel ( ten od Marvela i ten od DC ), grupa F4, większość Avengers i JLA. Postaci z tego worka niejako błyszczą samą swą obecnością. Powiewająca peleryna, lśniący bielą uśmiech i teksty ku pokrzepieniu serc gawiedzi. Drugą grupą są herosi nie mniej zacni, jednak mający nieco inny sposób działania- zamiast epickich pojedynków z kosmitami, demonami i globalnym ociepleniem tłuką po mordach pospolitych rzezimieszków na ulicach i w zaułkach , od czasu do czasu męcząc się ze swoimi mniej galaktycznym przeciwnikami. Należy do nich niewątpliwie Batman ze swoją zgrają arkhamowych przeciwników. Należy team Luke Cage i Iron Fist. Również Spider-Man czy strażnikowy Rorschach. I wreszcie obiekt dzisiejszej recenzji- Daredevil.

„Diabeł Stróż” opowiada o tym jak po raz kolejny ubrany w czerwony trykot z różkami heros dostaje po gębie i to na wielu płaszczyznach. Nie dość, że tajemnicza osóbka powierza mu w opiekę swoją pociechę, to twierdzi, że jest ono Zbawicielem. Do tego jego wspólnik Foggy dostaje poważne zarzuty, zaś wieloletnia partnerka Karen Page znów staje się ucieleśnieniem najgorszych kłopotów. Człowiek bez Strachu wpada w sieć intryg której nie powstydziłby się sam Kingpin. Jednocześnie jednak, jak mówi klasyk, jest to jednak zamęt grubymi nićmi szyty i wiemy, lep jakiej propagandy kryje się za tymi nićmi… Czyli mówiąc krótko- najlepsze scenariusze z DD to te, w których wszystko wali mu się na głowę i z niamałym trudem wszystko musi naprawiać. Tak jest i teraz. Matthew Murdock jako prawnik powinien dążyć do stworzenia specjalnej polisy ubezpieczeniowej na wypadek ataków kingpino-podobnych. Gościnnie pojawiają się Black Widow, Dr Strange, Spider-Man, Kingpin, Bullseye i… Superman. :D Ten ostatni jednak po cywilu :) Nie jest to jednak jedyne nawiązanie do Uniwersum DC.

Głównemu Intrygantowi jednak daleko do grubasa w białym garniaku i jego działania wydają się być cieniem tego co wyczyniał w „Odrodzonym” Kingpin. Sam badass… Cóż, pierwszoligowiec to nie jest. Jeśli ktoś oczekiwał Dr Dooma albo inna postać z wyższej półki srogo się rozczaruje. Bo od początku wiadomo, że za sznurki pociąga ktoś większy od poczciwego staruszka z sumiastymi wąsami.Gościnnie pojawiają się Black Widow, Dr Strange, Spider-Man i Superman. Ten ostatni jednak po cywilu :) Nie jest to jednak jedyne nawiązanie do Uniwersum DC.

iovKX

Quesada zrobił kawał dobrej roboty. Okładki są boskie, a nie które kadry są wręcz wzorowo daredevilowe. Odpowiednio gotycko-miejskie z wyróżniającym się w ich tle Murdockiem. Jednak kilka z nich… Cóż zdarza się najlepszym- szczególnie gdy do narysowania jest tak licha postać jak Foggy Nelson. Kolory dodają wiele uroku i wypadają na plus, jednak odnoszę wrażenie, że momentami są zbyt jaskrawe i żywe i historia byłaby nieco poważniejsza gdyby nasycenie barw.

Podsumowanie: Postać Człowiek bez Strachu kojarzyłem dotąd nieodłącznie z klimatem noir. To dzieło, mimo, że nieco przypomina „Odrodzonego”, jest nieco mnie cieniste. Autor starał się bardziej stworzyć działo dla większej liczby czytelników, nie zapominając na szczęście o „ulicznym” rodowodzie Daredevila. Komiks dobry, nawet bardzo dobry. Między „Diabłem Stróżęm”, a „Odrodzonym” jest jednak istotna różnica do której nasuwa mi się analogia- mianowicie „Batman: Hush” i klasyki z Mrocznym Rycerzem. Coś co wnosi posmak dawnej chwały, ale przede wszystkim ukazuje już kompletnie inne czasy.

Ocena: 8,5/10

dd-cover