„Blade Runner 2049″

Standardowy

Legendarny „Blade Runner” doczekał się kontynuacji. W głównej roli- Ryan Gosling, ale Harrison Ford nie znika z ekranu. I jeśli jego powrót będzie równie udany jak w „Przebudzeniu Mocy” nawet najbardziej zagorzali fani dzieła Ridleya Scotta. Poza tym mimo mej chronicznej niechęci do kontynuacji wszelkiej maści to dzieło intryguje. Bo czyż nikt nie zastanawiał się co stało się z Dackardem i jego miłością ?

#215 . – Władimir Wasiliew – „Wiedźmin z Wielkiego Kijowa”

Standardowy

Naszą cechą narodową jest poczucie niższości. Aktorzy są często określani polską wersją jakiegoś zaoceanicznego gwiazdora. Nie mieści się nam w głowach, że wiele wynalazków wynaleźli i opatentowali Polacy. Nawet własne kulinaria nazywamy z zagranicy- barszcz ukraiński, pierogi ruskie, sałatka grecka… Mamy postkolonialne przekonanie o swojej mniejszości. Chwalimy Simmonsa, Wellsa czy Gibsona zapominając, że mamy Lema, Zajdla czy Sapkowskiego. Na podstawie prozy tego ostatniego została stworzona gra która bije rekordy popularności na całym świecie. Zanim jednak „Wiedźmin: Dziki Gon” święcił triumfy seria związana z Geraltem z Rivii stanowiła już inspiracje literacką. I to dla nie byle kogo, bo współtwórcy „Dziennego Patrolu” Władimira Wasiliewa.

Wizja Wasiliewa jest jednak zupełnie inna niż świat przedstawiony w sadze Sapkowskiego. Wiedźmin ma na imię Geralt, lecz to wszystko co łączy go z białowłosym pogromcą potworów. Tutejszy Geralt również walczy z bestiami. Mają one nieco inny rodowód. Nie są to gryfy, mantikory czy wiwerny, a zbuntowane, oszalałe, zepsute machiny wszelkiej maści i gabarytów. Brzmi idiotycznie ? A jest wprost odwrotnie. Cyberpunkowy świat, przebrzmiały w swoim pędzie porzuca swoje twory jak rozwiązał dama kochanków. Całe połacie zabudowanego terenu stoją odłogiem, gdyż ludzkość przeniosła się do wielkich miast. Wielkiej Moskwy, Wielkiej Warszawy, Wielkiego Kijowa i wszystkich tych miejsc, które ze zwykłych miast stały się gargantuicznymi molochami. Pustaci te są pełne różnorakiego mechanicznego barachła które postanowiło zabawić się w Skynet i pożyć troszkę samowolnie. Ale rdza dała się we znaki i nie wszystko funkcjonuje jak należy.

I na takie problemy są właśnie wiedźmini. Geralt wygląda skrajnie inaczej. Łysa czacha z tatuażem wściekłej kopary i sprzęt przy którym dwa miecze na potwory to liche brzytwy. Ale nadal jest ponurakiem który wesołością dorównuje londyńskiej pogodzie. Tam gdzie Geralt tam i Ciri. Tutaj dziewczę też nieco inne, ale relacja obojga działa na podobnej zasadzie. Czyli przyszywany tatuś czasem zbierze cięgi za gówniarę. Warte uwagi są też dość mroczne i egzotyczne industrialne społeczności zamieszkujące świat Wasiliewa. Łączą w sobie cechy ludów pierwotnych z ich systemami wierzeń i magią z technologią i zmechanizowaniem. Cudowne dzieci ery cyberpunku. 

Podsumowanie: Czy można powiedzieć, że to marna, przeinaczona kopia ? Nieudolna inspiracja ? Dla mnie to pomysłowa i ciekawa wariacja na temat oryginalnej sagi Andrzeja Sapkowskiego. I dowód na to, że polska fantastyka nie jest kołem wzajemnej adoracji, a materiałem który ma coś do powiedzenia i przekazania do ogólnoświatowego nurtu. No i sam tytuł- WIEDŹMIN Z WIELKIEGO KIJOWA ! Jest moc. :)

#162. – William Gibson – „Trylogia Ciągu- Neuromancer, Graf Zero, Mona Liza Turbo”

Standardowy

William Gibson to czołowa postać nurtu SF zwanego cyberpunkiem. Czym jest cyberpunk? To pokrótce przyszłość nie tak odległa, oraz nie tak futurystyczna jak klasyczne SF. Istnieją wynalzaki znane nam dzisiaj w nieco nowszej wersji, dominującą rolę odgrywa Sieć, wypady w kosmos są najwyżej w naszym Układzie Słonecznym i stanowczą różnią się od wyobrażenia kosmicznych wypraw w stylu space- operowym, a bliżej im do naszych, częstokroć awaryjnych wycieczek poza Ziemię. Dużą rolę odgrywa tu genetyka, wszelkiego rodzaju biotechnologia ze swoimi wszczepami, ulepszeniami i upradge’ami organizmu ludzkiego. Społeczeństwo jest jeszcze bardziej kosmopolityczne, ze sporą dawką wpływów azjatyckich czy wszelkiej maści orientalnych ( czy to hinduskich, czy nawet arabskich )  naleciałości. Mówiąc krótko- świat jest już po liberalnej epoce multi- kulti, a wszedł w fazę globalnego rozmycia gdzie świadomość narodowa i kulturowa została zastąpiona świadomością korporacyjna i cyberprzestrzenną.

Neuromancer

Głównym bohaterem jest upadły kowboj cyberprzestrzeni Case. Upadły, gdyż za swą niesubordynację został okaleczony niemal wypaleniem systemu nerwowego co wykluczyło go z zawodu. Do tego uzależnienie od narkotyków i życie na krawędzi sprawia, że Case w niczym nie przypomina dawnego siebie. Pojawiają się jednak ludzie oferujący mu naprawę jego organizmu i intratną robótkę. Pojawia się tez kobieta o imieniu Molly. Która mimo pozornej delikatności jest prawdziwym killerem. Case jak i jego towarzyszka działają na zlecenie wątpliwej normalności Armitage’a, zaś za nim stoi SI nazywająca siebie samo Wintermute. Akcja wykracza poza granicę Ziemi, na jej orbitę, gdzie ród Tessier- Ashpool ma swoje włości o nazwie Freeside, a ich sposób dziedziczenia jest dosyć… kontrowersyjny. W to wszystko wplątani są również panowie wyznający ideologię rastafariańską.

Graf Zero

Opowieść podzielona na trzy wątki. Pierwszy z nich opowiada o cyberwiedźminie imieniem Turner, zajmującym się wykradaniem ludzi wielkim zaibatsu na zlecenie innych. Drugi to wątek początkującego kowboja cyberprzestrzeni Bobby’ ego Newmarka tytułującego się mianem Graf Zero. Warto wspomnieć, że jest on wilsonem- czyli totalnym żółtodziobem i laikiem w kwestiach w których myśli, iż osiągnął mistrzostwo. Trzeci wątek mówi o niejakiej Marly pracującej na zlecenie ultra-bogacza Josefa Vireka który ma niebezpieczne zapędy do uczynienia siebie nieśmiertelnym, a którego finansowe imperium jest jednostkowym ewenementem w świecie złożonych korporacji i firm. W opowiadaniu cyberpunkowym pojawiają się tez zupełnie niespodziewane dla tego gatunku zjawiska. Loa z wierzeń voodoo. I to w taki sposób, iż właściwie faktycznie można odnieść wrażenie, że Papa Legba czy Baron Samedi krążą gdzieś pod cyberprzestrzeni jak niezależne byty.

Mona Liza Turbo

Ta część łączy w sobie wątki z poprzednich w większą, niespodziewaną całość. Akcja znów się rozgałęzia. Ślizg Henry, zamieszkujący wraz z dwoma innymi personami opustoszałą fabrykę gdzie konstruuje swoje roboty w niemal artystyczny sposób. Angie Mitchell. Ta sama mała Angie którą ratował Turner. Mona- ćpunka, kobieta o niezbyt górnolotnym pomyślunku, dziewczę ulicy. Kumiko- córka jednego z szefów yakuzy, zmuszona do chwilowej emigracji do Londynu z powodu wewnętrznych tarć w japońskiej mafii. Pojawiają się echa z przeszłości. Molly/Sally, Bobby czy lady 3Jane.

Dodać trzeba, że Ślizg to dawny złodziej samochodów którego resocjalizacja polegała na uszkodzeniu pamięci krótkotrwałej w przypadku silnego stresu, co powoduje uczucie „teleportacji” w inne miejsce w innym czasie. Mieszkający z nim Ptasiek i Gentry to nie lepsze ananaski. Pierwszy z nich to ktoś w typie kowboja, lecz sam twierdzi, iż poszukuje kształtu, formy jaką reprezentuje sobą cyberprzestrzeń. Drugi to znerwicowany, nieco introwertyczny jegomość który pałęta się to tu, to tam po Samotni. Tytułowa Mona  to dama o lekkim sumieniu, i jeszcze lżejszym pomyślunku. Zafascynowana Angie Mitchell przypomina mi nieco dzisiejsze persony wierzące, iż paradokumenty to nie fikcja, a program Drzyzgi to publicystyka.

Gibson jest prawdziwym wizjonerem. Ot chociażby pomysł konstruktów- zapisów ludzkiej świadomości zamkniętej na nośniku. Spora część z nich jest świadoma wówczas, gdy się go aktywuje. Człowiek zachowuje swoją pamięć i osobowość, ale tkwi jakby w śpiączce z której jest wybudzany, gdy jest niezbędny. Dla niektórych to piekło ( Płaszczak), jeszcze inni traktują to jako przedłużenie życia ( Finn ).

Podsumowanie: Absolutna konieczność na półce każdego smakosza dobrej literatury, w szczególności takiego który ceni kawał niezłego sajfaja. „Trylogia Ciągu” to . Gibson ustawił poprzeczkę wysoko, wsprawiając, iż cyberpunk to nieco ambitniejsza dziedzina nurtu SF. Właściwie cały ten gatunek literacki to dosyć wysokich lotów sztuka, lecz pośród prawdziwych pereł znajduje się wiele, wiele szklanych falsyfikatów które swym pozornym, odpustowym blaskiem i łatwym do przełknięcia przekazem nieco przysłaniają takie arcydzieła jak „Trylogia Ciągu”.

Dr Oz

„Animatrix”- zapomniane arcydzieło

Standardowy

Trylogię „Matrix” braci ( a obecnie właściwie rodzeństwa, niestety ) Wachowskich zna każdy. Nawet ten który dotąd nie obejrzał tego klasyka kina SF ( jak dla mnie cyberpunkowego ze sporą dawką dystopii ) na pewno kojarzy opadające w dół czarne litery i znaki. Kojarzy postaci w płaszczach i ciemnych okularach, charakterystyczne sceny, wielokrotnie zresztą zbezczeszczone parodiami.

Mało kto jednak pamięta o „Animatrix’ie”. Zbiorze krótkometrażowych animacji i filmów, które tworzą nie tylko Wachowscy, ale też Yoshiaki Kawajiri czy Peter Chung. „Animatrix” to rozszerzenie, ale jako samodzielne dzieła sprawdza się nielicho. Historie te bowiem nie są klasycznymi opowiastkami w klimacie filmu i jego powieleniem. Autorzy żonglują gatunkami, a różnorodność technik tworzenia jeszcze bardziej to podkreśla. I tak „Ostatni lot Ozyrysa” przeplata się z e znakomitym anime „Drugie odrodzenie”. Każde z nich jest warte obejrzenie. We mnie trafiły właśnie wspomniane części, oraz „Rekord świata” i „Opowieść detektywa”. To trzeba obejrzeć, nawet nie będąc fanem filmów.

https://www.youtube.com/watch?v=FyFTukNWBuA

#110. – „Łowca Androidów” ( 1982 )

Standardowy

Filmy i seriale z pogranicza SF są obecnie jednymi z najbardziej popularnych gatunków produkowanych w branży filmowej. Część to banały które po sezonie nie są zapamiętane i to nawet mimo ton efektów specjalnych i wielkich nazwisk. Część zaś staje się hitem, lecz ich głębia jest tylko nieco większa niż większości serialów telewizyjnych. Są jednak ( na szczęście ) takie które na zawsze pozostaną w pamięci stając się legendami. Zaczynając od Sagi Lucasa, poprzez Star Trek, serię „Obcy”, „Terminatory” i wiele innych. Do tej grupy zalicza się też „Łowca Androidów”. Film oparty na książce Philipa K. Dicka pod nieco odmiennym tytułem – „Czy Androidy śnią o elektrycznych owcach ? „.

Głównym bohaterem jest Rick Deckard. Człowiek który jest tak zwanym blade runnerem, czyli po naszemu łowcą androidów. Zajmuje się on ściganiem i ewentualnym dezaktywowaniem replikantów. Kim oni są ? To maszyny kojarzące mi się z biodroidami. Posiadają sztuczne, wszczepione wspomnienia, służą do jasno określonych celów- od wojaczki po budowlankę. Są więc futurystycznym substytutem niewolników- takich którzy pozornie nie upomną się o swoje prawa i w tym wypadku- swoje własne „ja”.

Niesamowity jest klimat filmu. Połączenie noir i cyberpunku jest jednym z najlepszych związków twórczych jakie znam. Posępna i zadymiona dekadencja i nieludzka, industrialna nowoczesność która nie wydaje się być aż tak odległa. Odwieczne pytanie zadawane w nurtach krążących wokół SF- czym jest człowieczeństwo ? W świecie w którym na pierwszy rzut oka nie da się odróżnić replikanta od człowieka jest ono jak najbardziej na miejscu. Wszczepione wspomnienia dodatkowo dają poczucie człowieczeństwa, lecz czym ono jest w erze hiperkonsumpcji ? W czasie gdy na reklamę można natknąć się dosłownie wszędzie, gdzie krążą one nad głowami ludzi i gładkim, niemal kusicielskim głosem zachęcają do określonego działania.

Rzecz o aktorach bo w tym filmie nie są tylko dodatkiem do ładnych widoków. Grający głównego bohatera Harrison Ford to szczęściarz. Nie dość, że zapisał się w historii kina jako Han Solo i Indiana Jones, to jeszcze dostał możliwość zaprezentowania co potrafi jako Deckard. I spisał się wybornie. Można zarzucić, że gra on sztampową rolę ponurego gościa który z giwerą i whisky jest za pan brat, lecz Ford dodaje coś więcej. Deckard bowiem z minuty na minute filmu nie jest przekonany czy aby ci na których poluje są tylko sztucznymi tworami z równie sztuczną osobowością. Przypadek podwójnego uratowania mu skóry przez właśnie replikantów jeszcze bardziej miesza mu w głowie.  Jednak w „Łowcy Androidów” nie on był najlepszy. Rutger Hauer który wcielając się w Roy’a Batty’ego stworzył kreację która zapisała się na zawsze. Czy można powiedzieć, że Batty jest zły ? Czy poszukując swego „ojca” replikant popełnia coś co ludzką miarą nazywane jest grzechem ? Czy nie jest to przypadkiem próba poznania Boga ? Batty szuka swej tożsamości pokazując, że mimo swej budowy strukturalnej jest człowiekiem. Postać ta wydaje się być też zapowiedzią nowego gatunku mogącego istnieć obok ludzi, jeśli ci okażą się… No właśnie czym ? Ludźmi ? Tymi którzy stworzyli niczym sam Pan istoty na swe podobieństwo, aby traktować je jak produkt i żywy towar ? W cieniu Dackarda i Batty’ego stoi Rachel odtwarzana przez Sean Young. Kobieta która okazuje się być replikantką jest połączona z głównym bohaterem jakąś niewidzialną linią. I tu pojawia się kolejne pytanie. Czy możliwe jest prawdziwe uczucie między człowiekiem, a jego tworem ? Tym „złym” nie jest jednak ani Deckard, ani Batty. Szef korporacji Tyrell bowiem jest tym który stwarza i niszczy swe dzieci. Niczym mityczny Kronos pożera, skazując na śmierć, istoty pewne swego człowieczeństwa. Skazuje je na dodatek podwójnie- stwarzając je daje im falsyfikat życia. Zabierając im je- sam siebie skazuje na rychłą zemstę losu.

Najsłynniejszy cytat z filmu, wypowiadany przez postać graną przez Hauera :

Widziałem rzeczy, którym wy ludzie nie dalibyście wiary. Statki szturmowe w ogniu sunące ku ramionom Oriona. Oglądałem promienie kosmiczne błyszczące w ciemnościach blisko wrót Tannhausera. Wszystkie te chwile znikną w czasie jak łzy na deszczu. Czas umrzeć.

Mimo upływy lat efekty i obraz nie zestarzały ani odrobinę. Oczywiście wiadomym faktem jest, że dziś film prezentowałby się o wiele bardziej efektownie, jednak to co oferuje Scott jest wystarczające i niepotrzebna jest najlepsza z możliwych rozdzielczości ani wpychane do każdej niemal produkcji 3D. Ponadto muzyka Vangelisa która gdzieś w tle podsyca atmosferę zagubienia człowieczeństwa w cyberpunkowym świecie. Największe wrażenie robi…. i ogromny hologram Japonki ubranej w klasyczny strój ludowy który jednocześnie kontrastuje i współgra z nowoczesnym otoczeniem. Świat ma w sobie dużo futuryzmu, ale więcej elementów przypomina świat obecny. Nie tylko postaci są wynikiem mieszanki noir/cyberpunk. Wszystkie te neony, reklamy, wszelkie produkty ( jak chociażby luminescencyjne parasole ) mogą za chwile stać się rzeczywistością.

Podsumowanie: „Blade Runner” jest jednym z najlepszych obrazów z gatunku który przeciętny widz nazwie SF. Wskazywany jest jako obowiązkowa pozycja dla fanów cyberpunku. Ja osobiście omijałem przez dłuższy czas tę produkcję, właściwie nie potrafię powiedzieć dlaczego. Jednak nadrabiając zaległości kinowe zostałem przez nią oczarowany. Symbioza dwóch tak pozornie odległych gatunków twórczych, fenomenalność postaci, muzyka, obraz… To wszystko sprawia, że „Blade Runner” powinien być obowiązkowo pozycją w domowej filmotece.

PS: Akcja filmu dzieje się w roku 2019. Akcja jednego z „Powrotów do przyszłości” w 2015. I co ? W pierwszym filmie ludzie mają kolonie w kosmosie, a w roku obecnym powinny być deskolotki ! Naukowcy ! Zawiedliście mnie… :D

#12. – Eugeniusz Dębski – „Krótki lot motyla bojowego”

Standardowy

0adc147725Pod tym intrygującym tytułem otrzymujemy ciekawą książkę w klimacie cyberpunkowym autorstwa Eugeniusza Dębskiego twórcy cyklu o Owenie Yeatsie. Na tę powieść natknąłem się przypadkiem w jednej z książek Fabryki Słów przedstawioną w pozostałej ofercie wydawnictwa. Kuszący opis plus znakomita okładka zachęcił mnie do zakupu tego dość mało znanego dzieła. Kim są motyle bojowe ? To ESP-erzy. Ludzi o nadnaturalnych zdolnościach, lecz o zerowych zdolnościach adaptacji w społeczeństwie. Dyscyplina wojskowa, regularne ćwiczenia to coś czego nie znajdzie się w tej jednostce. Pełniący służbę są na tyle wrażliwi i aspołeczni, że jakiekolwiek wojskowe rygory zakończyłyby działalność jednostki. Na szczęście ich dowódcą jest niejako porucznik Brownell- smakosz piwa i również ESP-er. Tyle, że nieco bardziej zaradny.

Ale jak to bywa – pojawia się ktoś kto wyśrubowane, wojskowe wymogi pragnie wcielić w życie. Trep układa rozpiski służby u znosi wszelkie ulgi. Ma to swoje spore konsekwencje po których grupa nie będzie już taka sama. Również nowe zasady sprawiają, że kilku członków jednostki nie jest zdolnych do dalszej służby. Jak widać to co wolno z wojakami, nie wolno z telepatami.

Braki w ludziach zostają szybko nadrobione. Wśród nowych pojawia się jednak ktoś niepokojący, tak różny od nadwrażliwych i w gruncie rzeczy pozytywnych członków telepatycznego teamu. I tutaj akcja naprawdę pędzi do przodu. Okazuje się też, że sam porucznik musi stawić czoła nowym zagrożeniom i tajemniczemu ESP-erowi atakującemu brutalnie jego podwładnych

Dębski stworzył paletę barwnych postaci. Od samego Brownella po członków jego „oddziału” m in: bliźniaków Volpert czy flirtującą z nim Day. Autor ukazał rzeczywistość cyberpunkową bardziej przypominająca „Ghost in the Shell” niż klasyki Williama Gibsona. Specjalny oddział z charakterystycznymi postaciami. Zakończenie książki sugeruje kontynuację, lecz Eugeniusz Dębski zachowuje się jak wzorowy ESP-er i kapryśnie nie kontynuuje znakomitej historii. Dialogi są okraszone znakomitym humorem co w połączeniu z ekstrawaganckimi postaciami tworzy poczytne dzieło przy którym nie uraczy się dłużyzn i pseudo-filozoficznych dywagacji lub technicznych opisów co jest niekiedy wadą tej gałęzi literatury.

Podsumowanie: Jeśli ktoś lubi cyberpunk, niezły humor i akcje powinien zapoznać się z wydaną w 2008 roku książką. „Krótki lot motyla bojowego” jest lekturą która wciągnie i zatrzyma się w pamięci na długo.  Jeśli ktoś kojarzy telepatię z Charlesem Xavierem lub dziwakami uważającymi się za nich odkryje coś naprawdę odmiennego. Oby kiedyś Dębski zdecydował się na kontynuację, gdyż naprawdę szkoda tak dobrego pomysłu.

Ocena:8/10