#278. – WKKM #105 – Jason Aaron, Brian Michael Bendis, Ed Brubaker, Matt Fraction, Jonathan Hickman, Frank Cho, John Romita Jr. – „Avengers vs X- Men cz.1″

Standardowy

Wielkie crossovery powstały z dwóch powodów. Aby zgarnąć nieco szeleszczących i brzęczących nominałów z portfeli konsumenta i po to, by nieco przewietrzyć woniejące już nudą uniwersum. Wśród tego typu wydarzeń zaś najwięcej sensacji wzbudzają te, w których herosi walczą między sobą. Nie kosmiczna inwazja, nie kryzys na wielu światach. Ale bratobójcze mordobicie w imię, mniej lub bardziej, banalnych ideałów. Bo czymże była główna przyczyna sławenej „Wojny Domowej” wobec wieloletniej przyjaźnie Capa i Starka ? Wydawać by się mogło, że niczym, lecz krew się polała. Podobnie jest i tutaj. Dwie, niejednokrotnie współpracujące ze sobą grupy rzucają się sobie do gardeł. Oczywiście nawet nie próbując usiąść do stołu. A co jest tego przyczyną ?

Phoenix powstaje z popiołów. Potężny, kosmiczny byt zmierza w stronę Ziemi. Jean Grey nie żyje ( znowu ), ale płonąca bestia upatrzyła sobie na cel inną pannę związaną z nazwiskiem Summers. Jest jest nią niejaka Hope, pierwsza mutantka urodzona po M- Day. Przeklętym przez mutantów dniu, w którym Scarlet Witch wymazała połowę populacji homo superior. Garstka mutantów ocalałych po tych wydarzeniach liczy, iż Phoenix nosi swą nazwę nie na darmo i przyczyni się do rezurekcji ich gatunki. Skrajnie inny punkt widzenia przejawiają Avengers. Grupa pod przywództwem Kapitana Ameryki obawia się przybycia kosmicznej istoty znanej z siania spustoszenia i zagłady. Konflikt interesów wydaje się być nieco błahy. Odnoszę wręcz wrażenie, że Cap i Cyclops tylko czekali, aby móc pokazać, który z nich jest prawdziwym samcem alfa.

Dość specyficzna rola przypada Wolverine’ owi. Logan, który poróżnił się z Summersem na łamach „X- Men: Rozłam” stoi po stronie Avengers, ale jednocześnie w na pozycji tego, któremu ciężko jest zaufać. Nic dziwnego- gdzieś bowiem w duszy zakapiora ze szponami z adamantium gra czuła struna tęsknoty i żalu za panną Grey.

Podobnie jak w historii Millara i McNivena, tak i tu, dziwi mnie prędkość z jaką dotychczasowi sojusznicy zaczynają obijać się kułakami. Ma to w sobie wręcz wrestlingowy sznyt. Tylko w tego typu widowiskach dotychczasowi sojusznicy ot tak zmieniają stronę. Sęk w tym, iż w amerykańskich zapasach to rzecz wręcz obowiązkowa i podnosząca napięcie. W komiksach zaś nie zawsze się sprawdza, a nieskomplikowane pobudki wzajemnej wrogości sprawiają, że ciężko jest przejść obok nich obojętnie. Bo całkiem fajnie zobaczyć dwie największe grupy Marvela w bezpośrednim starciu. Lecz uproszczenie jego genezy już takie nie jest.

Obok głównej opowieści wydawca dorzucił serię „AVX Versus” ilustrującą solowe walki członków obydwu grup. Main eventem jest tu bez wątpienia walka między Iron Manem, a Magneto, lecz zestawienia takie jak Kapitan Ameryka vs Gambit czy Thing vs Namor również robią wrażenie. 

Pierwszą część ilustruje John Romita Jr. Nie będący w swej szczytowej formie. Nie jest to zbrodnia jakie zdarzało mu się popełniać nawet na łamach WKKM ( pamiętny „Black Panther” ), ale daleko mu do formy z „World War Hulk” czy „Spider- Man: Homecoming”. Zbyt często bywa niedbały, aby móc przemilczeć zepsute kadry. Szczególnie, iż w następnych tomach wypada nieco blado przy Oliverze Coipelu czy Kubercie. Wystarczy spojrzeć na powyższy kadr, aby przekonać się, co nie poszło nie tak Romicie Młodszemu… :p

Podsumowanie: Batalia mutantów i Mścicieli odcisnęła silne piętno na świat Marvela. Ale o tym więcej przy okazji recenzji dalszych części tegoż eventu. Póki co grupy są zajęte na tyle sobą, aby nie zauważyć, iż to Phoenix jest największym zagrożeniem. Olśnienie przychodzi nagle, w momencie, gdy przychodzi przywitać się z płomienną, kosmiczną gąską.

#263. – Brian Michael Bendis, Sara Pichelli – „Guardians of Galaxy- Strażnicy Galaktyki : Angela

Standardowy

Star- Lordowi i spółce udaje się zbiec swemu ojcu, lecz J’Son nie należy do takich, którzy łatwo odpuszczają. W końcu nie bez w żyłach obu panów płynie ta sama, spartakiańska i jednocześnie królewska krew. Echa wydarzeń na Ziemi ukazują nowe oblicze zakazu jakiejkolwiek agresji wobec niej J’Sona. Strażnicy Galaktyki będą musieli udowodnić, że są godni swej nazwy. Wkrótce ojczyzna Star- Lorda może podzielić losy lucasowego Alderanna, mimo stad herosów jej chroniących. 

Postać Angeli warta jest wspomnienia. Choćby ze względu na jej autora, którym jest Neil Gaiman. Jest ona córką Odyna, a co za tym idzie siostrzyczką Thora i Lokiego. I podobnie jak gromowładny brat wie jak machać orężem, aby nie zawstydzić jednookiego tatusia. Skądś się wzięła ? Pochodzi z Njeba. Krainy, która jest swego rodzaju wariacją na temat Nieba chrześcijańskiego. I które jest dodatkowym światem złączonym z Yggrassilem, a który Wszechojciec odłączył po wojnie Njebian z Asgardczykami. Pierwsze pojawienie się siostrzyczki blondwłosego dzierżyciela Mjollnira miało miejsce na samym końcu „Ery Ultrona”.

Pojawia się też Thanos, a na jego wielkiej, fioletowej szczęce wykwita raz za razem tajemniczy uśmiech zwiastujący pewne sekretne plany co do małej, pozornie nic nieznaczącej planety w Układzie Słonecznym. Sarze Pichelli genialnie udało się oddać jego tytaniczny majestat. Jak i również niebiańskość Angeli. Z innych postaci mających wartcy wspomnienia wymienić mogę Watchera. Pojedynek dwóch bitnych pań jest codziennością w świecie, gdzie bogowie kumają się z odmrożonymi superżołnierzami, ale obecność łysola ze skłonnością do podglądactwa niepokoi.

Podsumowanie: Komiks nieco obcięty przez wydawcę, ale Egmont to solidna marka i zapewne wynagrodzi to w kolejnej części, będącej już tie- inem do „Nieskończoności”. Postać Angeli nie odegrała tak dużej roli, na jaką liczyłem, a autor nie raczył wspomnieć ani słowa o jej asgardzkim rodowodzie. Do tego dziwna relacja na linii Stark- Gamora. Liczę na nieco większe rozwinięcie akcji, choć Bendis prowadzi narrację na tyle ciekawie, iż nie należy się bać rozczarowania. 

#241. – Brian Michael Bendis, Chris Bachalo, Frazer Irving – „Uncanny X- Men: Rewolucja”

Standardowy

Bohaterowie wszelkich mediów na przestrzeni lat mogą zmienić się nie jeden raz. Czy ktoś oglądający „Breaking Bad” widzi w Heisenbergu dawnego Waltera White’ a ? Lub czy fan serii „Nocny Patrol” w Wyższym Innym Antonie Gorodeckim dostrzega tego niedoświadczonego, jasnego maga ? Czas więc zmienia nie tylko realnych ludzi, ale też postaci literackie czy filmowe. Kluczem do dobrej zmiany jest jej odpowiednie uzasadnienie i ukazanie w taki sposób, aby odbiorca zrozumiał przekaz. Ten kto pamięta Scotta Summersa z dawnych lat zapewne srogo zdziwi się, widząc go w grupie głoszącej hasła stanowczo niepodobne do tych Charlesa Xaviera. Dodać należy, że to on jej przewodzi i jest ideologicznym silnikiem.

Po „X- Men: Rozłam” droga ocalałych po M- Day mutantów jest rozbita. Po „Avengers vs X- Men” podział wśród Dzieci Atomu jest jeszcze większy. Tym bardziej, że Xavier nie żyje, zabity przez jednego z najwierniejszych uczniów- Cyclopsa. Co prawda Summers deczko stracił panowanie pod wpływem Phoenixa, ale tak się nie robi swoim duchowym ojcom nawet w stanie niepoczytalnym. Co więcej nieco zmienił on swój światopogląd. Ponowny przyrost mutantów wzbudził w nim ciągoty które są nader bliskie niegdysiejszym poglądom Magneto. Takiego tam największego przeciwnika Xaviera, terrorysty i jednego z największych okrutników Marvela…

Z tejże przyczyny zmienił także swój przebrzmiały kostium na nowy, z modnym X na głowie i zwołał grupę która nie jest tak miła dla ludzkości jak X- Men z Westchester. Należą do niej kolejno: Magneto, wspomniany już terrorysta. Emma Frost, dawna Biała Królowa Hellfire Club’ u z lekką obsesją i kompleksem zarazem na punkcie Jean Grey. Magik – siostra Colossusa. Której zdolnościami bliżej do Doctora Strange’ a, niźli do brata- małojca. Wydaje się- niezła ekipa. Nic z tego. Po członkostwie w Phoenix Five część z nich nie ma do końca kontroli nad swymi zdolnościami, zaś Magneto oberwał niejako rykoszetem. Swoją drogą- mogli już wsadzić do składu Namora…

Do tego dochodzą pomniejsi mutanci, ze świeżego sortu, których okazja do poznania pojawiła się w pierwszym tomie „All- New X- Men„.  No i nowy. Goldball. Kiepska ksywka dla chłopaka prawda ? Ale jego zdolność jest co najmniej ciekawa. Emituje on ze swego ciała… złote kule. Z czegokolwiek są i jakiekolwiek mają właściwości są skuteczne w robieniu powszechnego bałaganu. 

Czy więc X- Men pod wodzą Cyclopsa są terrorystami ? Czy faktycznymi bojownikami o wolność swojej nacji ? Czy to co mówi Summers zakrawa już o supremację mutantów, jak to czynił niegdyś Magneto, czy może jest apelem mającym rozpalić płomień nadziei w sercach osamotnionych i znów coraz bardziej osaczanych homo superior ? Myślę, że idea Scotta jest szlachetna. Gorzej z jej wykonaniem. Nie są to może metody terrorystyczne, ale na pewno nie zaskarbiające zaufania rządów, choć zwolenników w ludności jak najbardziej. Skrzyżowanie rąk w geście ‚X’, cała otoczka buntowników i wyzwolicieli uciśnionej grupy- to coś co kręci młodych i gniewnych. 

Z wizualnej strony warto zwrócić uwagę na Frazera Irvinga. Scena z konfrontacją Magik z Dormammu robi wrażenie. A Chris Bachalo ? Kreskówkowy styl potrafi przyciągnąć. Ot choćby Darwyn Cooke. Ale do niego mu daleko. Odnoszę wrażenie, że gdyby nie lekka i luźna kreska autorka zeszytów #1-4 komiks ten miałby dużo dojrzalszy klimat.  

Podsumowanie: Grupa Summersa ma wielkie plany, ale już w pierwszym zeszycie widać, że czego się nie chwycą, to zaraz to spartolą. Bendis nieźle nakreślił odbijanie się Scotta od własnych ideowych dogmatów. Harcerzyk Xaviera nie najlepiej chyba czuje się w roli pro- mutanckiego ruchu i szefa kogoś takiego jak Magneto. Niestabilność umiejętności również nie pomaga, a konflikt z Avengers nie przynosi poklasku. Młodzi jednak ciągną bardziej do zbuntowanych i niepoprawnych politycznie X- Men Scotta, niż do grzecznie współpracujących z Kapitanem Ameryką podopiecznych Logana.

#238. – Brian Michael Bendis, Stuart Immonen, David Lafuente – „All- New X- Men: Zagubieni”

Standardowy

Szybki skrót z poprzednich tomów: po zakończonej szczęśliwie batalii X- Men i Avengers, a tym samym chwilowym powrocie Phoenixa i stałym odrodzeniu się mutantów po M- Day grupa X- Men rozpada się jeszcze bardziej niż wówczas, gdy Scott i Logan dali sobie po łbie w „X- Men: Rozdarci”. Dotąd prawego i uczciwego Scotta ciągnie ku ideologiom które przypisywane były dotąd głównemu przeciwnikowi X- Men i Xaviera- Magneto co widać nawet po nowym, stylowym kombinezonku. A skoro mowa o Xavierze, to zginął on z ręki Cyclopsa właśnie. Nieco później Beast sprowadził pierwszy skład Dzieci Atomu w dwóch celach. Pierwszy i nieco bardziej egoistyczny to taki, iż kolejna mutacja McCoy’ a go zabijała i tylko inny McCoy był w jego mniemaniu go ( ich ) uleczyć. Druga- że niby młodzi X- Men mieli pokazać swym starszym odpowiednikom jacy kiedyś byli i jak daleko odbiegli od swych ideałów. Łebski ten Beast z tym drugim powodem zaburzenia kontinuum czasoprzestrzennego. Sam Loki pozazdrościłby takiego lania wody… :D

X- Men pod wodzą Scotta odwiedzają X- Men Logana. Atmosfera jest napięta i wszystko wskazuje na kolejną bratobójczą bójkę. Na dodatek Angel oświadcza, że woli pana z wielkim X na głowie od dawnego kanadyjskiego zabójcy. Wszystko kończy się małym spięciem, ale stało się co miało stać. Angel odleciał do Scotta Summersa młodszego do Scotta Summersa starszego. 

Dalej jest równie gorąco. Potyczka X- Men Logana i Summersa młodszego z grupą Mystique w tym pozorne pojawienie się Phoenix. Pojednanie młodego Cyclopsa ze swoim bratem Alexem. I coraz większy sceptycyzm Capa co do młodszych duplikatów.  Temperatura nie spada również w życiu towarzyskim X- dzieciaków. Scott i Iceman nie wykorzystują swych umiejętności zgodnie z maksymą wuja Bena, zaś Jean czuje ciągoty w stronę kogoś zupełnie innego niż Cyclops. Do tego cicha konfrontacja z inną panią Summers dla Jean nie jest zbyt komfortowa. 

Mike’a Deadoto można zobaczyć w dwóch poprzednich tomach. Tu na arenę wkroczył David Lafuente. Z jednej strony mangowa, a z drugiej kanciata kreska zmienia kompletnie klimat komiksu, ale rysownik przedstawia też inny aspekt pobytu pierwszych X- Men w przyszłości. Nie są to bitwy, a prywatne, kameralne życie. I to od razu widać, choćby w przypadku naprawy motocykla Logana czy nastoletnich podbojów Summersa i Drake’ a. 

Podsumowanie: Atmosfera towarzysząca serii „All- New X- Men” jak zawsze napięta. W praktyce mamy bowiem kilka zespołów spod znaku X. X- Men Wolverine’ a, X- Men z przeszłości, X- Men Cyclopsa starszego, no i Uncanny Avengers, które jest po prostu odpowiedzią Avengers na wybryki Summersa seniora. Ale o tym zespole więcej przy okazji recenzji „Uncanny Avengers: Czerwony Cień”. Bez wątpienia podział pierwszego składu X- Men nie wróży nic dobrego. A echa o tym, że osoba uosabiana z Phoenix żyje i ma się dobrze rozniosą się dalej. Bendis jednak umiejętnie łączy brawurowe przygody i paradoks pojawienia się kolejnych X- Men z lekkim i rozładowującym nadmierne napięcie humorem. I nie ukrywajmy- cała seria jest wręcz genialnie rozegrana marketingowo. Aby w pełni cieszyć się komiksem wypada znać „Uncanny X- Men” i „Uncanny Avengers”. Ale niby nie trzeba. Niby…

PS: Autor bądź tłumacz co chwila niestety popełnia ten sam błąd. A to Scott ma lat dwanaście, a to znów szesnaście… A ja, jeśli mnie moja marna pamięć nie myli, wiem, że Scott w tym okresie był gdzieś w okolicach 16. Niby szczegół, ale jakże irytuje… 

 

#195. – WKKM #82 – Brian Michael Bendis, David Lafuente, Mark Bagley – „Ultimate Spider- Man: Śmierć Spider- Mana”

Standardowy

WKKM zanotowało w swoich annałach już liczne zgony herosów, w tym dwóch Kapitanów- Ameryki i Marvela. Dobór tytułów był na tyle wyważony, iż na szczęście nie było dane zaznać czytelnikom  niesmaku jak w przypadku gniotka „Ultimatum”, a godne pożegnanie zasłużonych postaci ( choć nie zawsze długotrwałe ). Tym razem jednak w znienawidzonym przeze mnie Ultimate śmierć nie przypomina uboju rzeźnickiego. Tym razem to piękny salut w stronę odchodzącego bohatera.

Mała dygresja. Peter Parker nadal jest szesnastolatkiem. Tak na boku, nieco się czepiając, że z tym wiekiem to BMB zrobił małą wtopę. Szesnastolatek Parko wspomina o tym, że jego trykociarskie bujanie liczy sobie dziesięć lat. Wniosek- musiał mieć on lat sześć, gdy dziabnął go pająk. Ale wiek herosów w komiksach to rzecz umowna. Bardzo, naprawdę wręcz absurdalnie bardzo umowna.

Minęło więc sporo czasu od debiutu Ultimate Spider- Mana. Namnożyło mu się przeciwników, przeżył naprawdę wiele, a świat jaki znał na początku jest już zupełnie inny.  Iron Man, Cap i Thor pragną ze SM zrobić swego padawana, Peter wraca do MJ i nawet Jameson proponuje intratną posadkę w Bugle’u. Lecz… To nadal Spider- Man. Postać mająca pecha większego niż cała reszta uniwersum Marvela i pół DC razem wzięte. Okazuje się, że stary, dobry Green Goblin żyje i ma się całkiem nieźle. Ma też skłonności do sojuszy. Tak, tak- chodzi o Sinister Six. I o ile doświadczony Pajęczak z 616 nieźle sobie z nimi radził, młodociana wersja ultymatywna nie jest tak  skoczna… Ostatecznie 16- latek spisał się doskonale. Poniższa okładka alternatywna do 160 zeszytu serii perfekcyjnie oddaje zakończenie jego kadencji.

Zanim jednak antagoniści Pająka zewrą szeregi ma on dość ciekawą pogadankę z Iron Man’m i Kapitanem Ameryką. Każdy kto zna choć trochę świat Marvela wie, że ci dwaj panowie prezentują niekiedy skrajne postawy światopoglądowe. Tak jest też i tutaj. Stark to taki wujaszek- kumpel. Jeden z tych którzy sami namawiają do ekscesów i sami nie do końca dorośli. Rogers to twardy, konserwatywny wuj. Typ człeka czerstwego w obyciu, o łapach jak bochny chleba, ale też o mądrym sercu i potrafiącym wskazać słuszną ścieżkę. Mając tak dwóch skrajnych nauczycieli Parker musiał zatęsknić za Benem. Aż żal, że nie było ukazanych „nauk” w wykonaniu Thora.

Podsumowanie: Można nie bardzo lubić uniwersum Ultimate, jednak trzeba docenić ostatnią historię z udziałem Petera Parkera. Mimo odmienności od oryginału z 616 nastolatek pokazuje tu bowiem klasę i naprawdę żal, że opuszcza ten padół łez. Wkrótce pajęcze stanowisko zajmie Miles Morales. Niektórzy twierdzą, że jest lepszy, inni- że gorszy. Ja uważam, że jest inny i ciekawy. Niech jednak oryginalny Parker i Morales nie przysłonią ultymatywnego Petera. Bo warto ma swój charakter.

PS : Tytuł ( podobnie jak w przypadku odejścia obydwu Kapitanów ) jest krnąbrnym spoilerem. Dlatego tez nie certolę się z ich unikaniem. To Bendis zaczął… :D

#193. – WKKM #17 – Brian Michael Bendis, Gabrielle Dell’otto – „Tajna Wojna”

Standardowy

Brian Michael Bendis to autor mający swoje plusy i minusy. Jego najsłabsze dzieła nie są totalnymi gniotami, ale są co najwyżej przeciętne. Jego najlepsze- to prawdziwe diamenty. „Ród M”, „Era Ultrona”, „Upadek Avengers”. Wszystkie łączą się w kilku punktach. Wydarzenia wstrząsają posadami świata Marvela, występują w nich niemal wszystkie istotne postaci, a scenariusz zaskakuje w wyważony sposób ( nie na zasadzie- wyrżnę połowę postaci i zobaczę co się stanie ). Obok wielkich tytułów autorstwa tego scenarzysty niepostrzeżenie może umknąć jednak bardzo ciekawa pozycja. Nazwa jej to „Tajna Wojna”. I na szczęście nie ma nic wspólnego z „Tajnymi Wojnami” Jim Shootera.

Skąd więc tytuł ? Osobiście na miejscu BMB dla odróżnienia od komiksu dawnego naczelnego Marvela nazwałbym go „Tajną Wojną Fury’ego”. Bo to naczelnik S.H.I.E.L.D. gra tu istotna rolę. Po „zdemontowaniu” Dr Doom’a z roli przywódcy państwa Latverii, USA jak ma to w zwyczaju, wprowadza tam demokrację. I marionetkową premier Lucią von Bardas . Jak się jednak okazuje kobiecina przechytrzyła cwanych Jankesów i robi im za plecami kuku wraz ze złoczyńcami różnego, głównie drugoligowego, formatu. Jednooki Nick stara się więc przetłumaczyć tuzom z Białego Domu, iż należy pannę von Bardas wysłać tam gdzie jej poprzednika. Mikuś Furia ma na to swój plan.

Fury nie idzie pochlipać do Avengers i nie leci Hellicarrier’em nad Latverię. Zbiera grupę najbardziej zaufanych herosów z ulicy ( dosłownie ) i wyrusza pokazać czym grozi igranie z JuEsEj. Warto wspomnieć, że na tę misję herosi dostają nowe, znakomite stroje. Aż szkoda, że tylko na jednorazowy wypad. Ta bojowa wycieczka przyniesie jednak dość nieoczekiwane konsekwencje. I dla niego i dla zwerbowanych trykociarzy. Nick Fury przekonuje się, że z babami się  nie zadziera.

Rysunkami zajął się Gabrielle Dell’otto. Artysta odpowiadający również za „grzbietową” grafikę na tomach WKKM. Komiksy malowane to coś co kręci każdego. Technika artysty różni się co prawda od tej Alexa Ross’a, ale plansze jego autorstwa są na równie wysokim poziomie co te z „Kingdom Come”. Dell’otto nieźle radzi sobie w dynamicznych kadrach z wieloma planami akcji i jeszcze większą liczbą szczegółów. No i nowe stroje grupki herosów- niestety użyte tylko na te jedyną akcję.

Całość ma charakter nieco szpiegowski, lecz fani wielkich, zespołowych potyczek nie będą czuli się zawiedzeni. Plusem jest też fakt, że Bendis zwrócił uwagę na określony typ herosów. Misja Fury’ego była w końcu tajna, a więc obecność powszechnie zwracających na siebie uwagę jegomościów jak Hulk czy Thor byłaby głupotą. Niezły scenariusz i strona graficzna to jednak nie wszystko. Pojawiają się stenogramy z rozmów ze schwytanymi przez Tarczę badass’ami, dane na ich temat, ale też szczegółowe „teczki” na członków wypadu do Latverii. Jak widać Nick jest równie ufny wobec swych sojuszników co Wayne.

Podsumowanie: Historia nie będąca wielkim eventem, jednak będąca kroplą w czary goryczy jaka spowodowała Wojnę Domową. Coś dla fanów BMB którzy chcą nieco odpocząć od jego większych tytułów, jednocześnie pozostając w klimacie grupowych potyczek w których herosi nie zawsze dominują. No i wiadomo już co gdzie się podział Fury w trakcie Civil War i M- Day.

#174. – Brian Michael Bendis, Steve McNiven, Sara Pichelli – „Guardians of the Galaxy- Strażnicy Galaktyki: Kosmiczni Avengers”

Standardowy

Film Jamesa Gunn’a „Strażnicy Galaktyki” odniósł ogromny sukces komercyjny. Nie boję się nawet powiedzieć, że niepozorny produkcja z mało znanymi bohaterami treściowo i rozrywkowo jest dużo lepsza od maksymalnie promowanych „Avengers”. Pozostało się wypatrywać wydania komiksu z Star- Lordem i spółką na naszym rynku. Hachette jak to ma w zwyczaju przespało taką okazję, ale Egmont okazał się czujniejszy. W ramach Marvel NOW! mamy bowiem okazję poznać Guardians of the Galaxy na papierze. Czym różnią się od swych filmowych wcieleń ?

Na początku poznajemy genezę Star- Lorda. Nieco odmienną od filmowej, lepiej jednak powiązaną z kosmiczną stroną uniwersum Marvela. Mało który widz zdaje sobie sprawę, że nieformalny lider SG to dziedzic tronu potężnego imperium Spartaksu i syn króla J’sona. Wbrew tytułowi jednak J’son zachowuje się mało królewsko wobec matki i zostawia ją samemu wyprawiając się na wojaczkę. Po latach dopiero Star- Lord odkrywa kim jest tatuś. I własnie wokół relacji ojciec- syn kręci się scenariusz. Stary bowiem kombinuje jak może w stosunkach międzygalaktycznych, a pech chciał, że widzi w nich swego syna jako ich element. Bynajmniej jednak nie jako następcę. Do kosmicznych machinacji tatka Star- Lorda dochodzi Iron Man. Tośka wywiało poza Ziemię i fruwa sobie w przestrzeni w całkiem nieźle wyglądającym pancerzu ( którym jednak nie cieszy się zbyt długo ). Chwilowo również SG nie bronią galaktyki, a pełnia funkcję… No właśnie- kosmicznych Avengers. :D

Skala wydarzeń jest naprawdę kosmiczna. Na scenie występują bowiem Badoonowie, Kree, Shi’tar, Brood, Asgardianie ( co pokazuje, że Thor to ktoś więcej niż mięśniak z młotem ) no i sam tatko Petera Quilla- król Spartaksu to również nie byle wójt Wąchocka. Machinacje tego ostatniego są sprawnie przeprowadzone, a ich konsekwencje wydają się wychodzić poza ojczyznę jego syna.

Jako dodatek do głównej historii dodane zostały cztery krótkie historie poprzedzające owe wydarzenia. Każda z nich o poszczególnym członku SG. Więc po kolei: Gamora- o tym jaka to herod- baba która wali w pysk równie skutecznie jak jej równie zielona koleżanka She- Hulk. Rocket Racoon- opowieść o tym, że uroczy szop potrafi siać zamęt w barze i o jego wątpliwościach na temat swej wyjątkowości. Drax, czyli mordobicie na zielono ( ech wciąż w głowie mi siedzi pierwotny, jakże inny wizerunek tej postaci z „Kapitana Marvela” ). I Groot jako zbawca farmerów.

Rysunki podzielone są na kilku autorów. Główną historię ilustrują Steve McNiven i Sara Pichelli. Nie będę ukrywał, że McNiven to dla mnie bóg i idol który swą kreską naprawdę kreśli duszę i charakter postaci. Jego Peter Quill z blond grzywą czy szczegółowy i niezwykle drzewiasty Groot. Sara Pichelli dotrzymuje kroku swemu koledze. Na tyle sprawnie, iż dopiero po bliższym przyjrzeniu  zorientowałem się, iż nastąpiła zmiana ołówka :D . Poboczne historie o członkach grupy ilustrują różni autorzy, między innymi właśnie Pichelli czy Michael del Mundo. I też jest bardzo dobrze :) .

Podsumowanie: Udany i dobry debiut Strażników Galaktyki na polskim rynku. Pióro Bendisa i ilustracje zdolnych autorów czynią z albumu udane dzieło, które w cenie WKKM może stanowić dlań poważną konkurencję. Tym bardziej, że film zrobił swoje i sprzedaż komiksu napędza ciekawość jak w komiksie prezentują się SG.

#169. – Brian Michael Bendis, David Marquez, Stuart Immonen – „All- New X- Men: Tu Zostajemy”

Standardowy

Krótkie przypomnienie z „All- New X- Men: Wczorajsi X- Men”: Umierający Beast sprowadza pierwszy skład X- Men w czasy współczesne. Czyli czasy w których Cyclops jest x- terrorystą i kuma się z Magneto, ma na sumieniu życie Xaviera, a wszystko to po ponownym pojawieniu się Phoenix które zapoczątkowało narodziny nowej generacji mutantów i spowodowały chwilową batalię z Avengers. Młodzi X- Men jednak są niepokorni jakby mogło się zdawać i nie ulegają swym starszym wersjom. Oj Charles przewraca się w grobie…

Jean Grey która przejęła pozycje lidera w grupie juniorów od chwilowo skompromitowanego przez swą starszą wersję Scotta nie ustępuje obecnym X- Men i wraz ze swoim zespołem nie daje się wysłać w swoje czasy. Może było to i przewidywalne, ale BMB dosyć sprawnie prowadzi fabułę, nie z niekiedy widocznych z daleka schematów stworzyć udaną opowieść. Ponadto Angel spotyka siebie i nie jest do końca zadowolony z tego kim się stanie. Do tego te stalowe skrzydła, nadnaturalne zdolności i ultra- pozytywne zachowanie nie budzi poczucia, że zmierza w dobrą stronę. Jednak na niezadowolenia skrzydlatego mutanta jest rada. Wspominałem o tym, że panna Grey to twarda babka ?

Sytuacja komplikuje się wraz z pojawieniem się na horyzoncie Mystique, Sabretootha i Lady Mastermind- córkę niesławnego członka Hellfire Clubu który doprowadził do przebudzenia Dark Phoenix u Jean. Ich moce są teoretycznie zbliżone, a ostatnie spotkanie, feralne Masterminda- ojca z Jean nie skończyło się za dobrze… Na dodatek Avengers dociera informacja o tym co zrobił Beast i Steve Rogers nie wygląda na entuzjastycznie nastawionego do powielenia części członków grupy spod znaku X.  Choć i tak zareagował ze stoicyzmem godnym mnicha. Jakby tego było mało młody Cyclops stroi fochy i irytuje Logana nie mniej niż starszy. Warto zauważyć, iż X- Men jr. są też nieco inni niż w komiksach z dawnych lat.  Summers młodszy nie wydaje się tutaj być aż takim altruistą i dobrym chłopcem, zaś reszta zespołu nie pozostaje w tyle.

Mała pochwała dla Davida Marquez’em rysownika 6-8 zeszytu tegoż tomu. Realizm, szczegółowość i pomysłowość. Małe spojrzenie na przemiany Raven wystarczy, aby stwierdzić, iż twórca ten ma niebanalne pomysły. Aż szkoda, że nie miał okazji zaprezentować swego kunsztu w dalszych przygodach.

Podsumowanie: Bendis kreśli z zeszytu na zeszyt coraz bardziej niepokojącą historię. Chęć wyrwania sobie członków X- Men przez X- Men i X- Men ( :) ) gmatwa wszystko i udowadnia tezę dr. Emmetta Browna, że nie wolno mieszać w kontinuum czasoprzestrzennym, a tym bardziej spotykać się z młodszą/starszą wersją samego siebie. Zdublowanie się Dzieci Atomu i to comebacku’u Phoenix pokazuje, że X- Men zawsze mają coś do zaprezentowania.

#163. – Brian Michael Bendis, Stuart Immonen- „All- New X- Men: Wczorajsi X- Men

Standardowy

Wbrew sugestynewmu tytułowi komiks nie mówi o X- Men w stanie lekkiej nieprzytomności po- alkoholowej. Wszystko dzieje się już po zawierusze związanej z powrotem Phoenix i konfrontacji grupy z Avengers. X- Men są podzieleni jak nigdy przedtem. Charles Xavier zginął z ręki swego najbliższego ucznia Scotta Summersa/ Cyclopsa który teraz kuma się z Magneto i buduje swoją, dość niepokojąco podobną do wizji swego starszego kolegi szkołę w siedzibie Weapon X w Kanadzie. W tej siedzibie gdzie Wolverine miał nieprzyjemność stać się maszyną do zabijania. Tymczasem dawna drużyna Xaviera nie do końca radzi sobie ze stratą liderów. Zarówno lidera operacyjnego jakim był Scott, jak i dogmatowego i teoretycznego jakim był Profesor X. Co zatem się dzieje ?

Beast umiera. Kolejna mutacja nie daje mu dodatkowych zdolności, a sprawia, że jego futrzany żywot zaczyna wisieć na włosku. Przez pewną, drobną wspominkę Icemana decyduje się na bardzo poważny krok. Bardzo, bardzo poważny krok. Jeden z tych które są w stanie zmienić całe uniwersum. Hank McCoy sprowadza bowiem pierwszy skład X- Men w swoje lata. W czas kiedy Cyclops jest x- terrorysta, on sam wygląda jak Yeti w barwie indygo, Jean Grey i Xavier nie żyją, a nieformalnym dyrektorem jest Wolverine. Aż tęsknota bierze za niewinnymi czasami bez internetów… A w przypadku McCoy’a bez  futra i zwierzaczkowej fizjonomii. :)

Zderzenie ekip nie przebiega bez obustronnych silnych emocji. Najbardziej podoba mi się relacja Iceman- Iceman. Bobby Drake najwidoczniej nie przepada za samym sobą- mimo sporej dawki poważnych wydarzeń Bendis potrafi rozluźnić atmosferę:D . To jednak nic przy spotkaniu Scotta- harcerzyka ze Scottem- terrorystą. Pozostali członkowie reagują różnorako. Jean wydaje się być najbardziej opanowana w stosunki do tego jaka czeka ją przyszłość. Beast chyba odczuł radochę, że spotkał się ze sobą o lata starszym. Angel… Cóż, on musi poczekać. :D

Immonen uniósł ciężar jaki na nim spoczywał. Musiał bowiem ukazać trzy różne zespoły na tyle charakterystycznie, aby każdy miał swoją specyfikę. Współcześni X- Men, X- Men sztubaki i mroczni X- Men. Byłem ciekaw różnicy pomiędzy Summersami, bo w Icemanach i Beastach różnice są oczywiste. Dla niewprawnego okaz Cyclopsy mają po prostu inne kostiumy. Jednak diabeł tkwi w szczegółach. Starsza wersja wydaje się zwyczajnie masywniejsza, a jednocześnie obciążona wagą swych uczynków i przeżyć które dopiero czekają na młodsza wersję. Oprócz tego Stuart Immonen rysuje po prostu mile dla oka. „Mile dla oka” nie znaczy, że ot tak sobie. Jego starszy Beast czy sceny akcji to czysty wizualny rarytas. :)

Jakby jednak głębiej się zastanowić… Czy Scott Summers faktycznie jest taki zły ? Metody wyszukiwania i wyłapywania nowych rekrutów są podobne do tych Xaviera sprzed lat. Opuszczenie szkoły było niejako przymusem wynikającym z wydarzeń z „Avengers vs X- Men”, zaś niegdysiejszy łotr Magneto należał do składu X- Men za życia Charlesa, zaraz obok Logana, Beasta czy Storm. Więc nasuwa się refleksja- czy lepszy jest pierdołowaty Cyclops z dawnych lat, który wącha stokrotki i śpiewa ze słowikami, czy trzeźwo myślący i pozbawiony złudzeń Cyclops z dużym doświadczeniem i czasem nieco przerastającymi go demonami przeszłości ? Dość ciekawe rozwiązanie proponuje Wolverine… Ale to w końcu stary, dobry Rosomak :) . Którego nikt niestety nie słucha…

Podsumowanie: X- Men w Marvel NOW! zaczynają z przytupem. Pozornie sprowadzenie pierwszego składu z przeszłości może wydać się banalnym zabiegiem, ale konfrontacja dwóch Summersów, powrót Jean Grey ( i zarazem… Phoenix ? ), czy atmosferą napięcia w czasie, która od początku towarzyszyła mutantom. A która po M- Day nieco się uspokoiła.  Teraz jednak wszystko wskazuje na ponowne rozognienie sytuacji związanej z Dziećmi Atomu, a trzy zespoły nazywające siebie X- Men nie wróżą jej poprawy.

#161. – WKKM #74 – Brian Michael Bendis, Alan Davis- „Pierwsi Avenegers”

Standardowy

Po perturbacjach jakie zgotował uniwersum Marvela człowiek znany jak Brian Michael Bendis w końcu musiała przyjść godzina spokoju ( piszę godzina bo jeszcze przed nimi kolejna bratobójcza potyczka- tym razem Mścicieli z mutantami) ). Po zniszczeniu Asgardu przez Sentry’ego w sześćdziesiątym tomie WKKM „Oblężenie” relacje na linii Thor- Iron Man- Kapitan Ameryka/ Steve Rogers nie ulegają poprawie. O ile Asgardczyk i Cap jakoś nie mają do siebie o nic żalu, o tyle stosunki ze Starkiem są nadzywczaj napięte. Przyznam, że nieco sceptycznie podchodziłem do tego tomu, choć jednocześnie go oczekiwałem. Alan Davis jako rysownik i dość mocno niewyjaśniona kwestia- jakim cudem Rogers i Stark znów są dobrymi kompanami skoro  jeszcze nie tak dawno pierwszy z nich zginął w przyczyny drugiego.

Trójka herosów rozgląda się po gruzach dawnej siedziby bogów. W międzyczasie Tony i Steve słownie drą koty, gdy nagle uświadamiają sobie fakt, że wraz ze zniszczeniem całego Asgardu zniknął również Bilfrost, czyli tęczowy most łączący i utrzymujący równowagę pomiędzy dziewięcioma światami. Zanim jednak to wszystko do nich dociera na chłodno zostają oni wciągnięci w to co zostało z mostu któremu dotąd strażował Heimdall.

Można powiedzieć, że historia nie jest jakoś szczególnie oryginalna. Cała trójka trafia do kompletnie różnych światów. Cap bez tarczy, Iron Man w zbroi sprzed wielu, wielu lat, Thorowi zaś nie pomaga nawet Mjollnir. Różne światy okazują się jednak tym samym uniwersum w którym dużą rolę odgrywa nordycka bogini śmierci- Hel. Obok niej pojawi się szereg mitologicznych i baśniowych stworzeń, w tym niektóre z nich z przeszłości Thora. I to jedna z zalet tego komiksu. Wielobarwność postaci i ich zróżnicowanie sprawia, że nie jest to kolejny crossover Bendisa ze stadem bijących się superbohaterów.

Ważnym motywem oprócz głównego wątku akcji są relacje między trojgiem peleryniarzy. Widoczne są uszczypliwości i niezabliźnione rany, jednak dialogi i humor z pazurem pokazują, że Odinson, Stark i Rogers to jednak ci sami starzy przyjaciele. Nie widać też tu Starka- zdrajcy, a Starka- zawadiakę, jaki pojawia się wykonaniu Roberta Downey’a Jr. . Thor zaś pełni cichą rolę mediatora.  Ocieplenie stosunków między naczelnymi Mścicielami to dobry znak- każdy miał już chyba dość bratobójczych scysji ciągnących się jeszcze sprzed „Upadku Avengers”.

Z Alanem Davis’em można było zapoznać się przy okazji „Avengers: Impas” czy „Fantastyczna Czwórka: Koniec” ( gdzie napisał nawet scenariusz ). Współtworzył on ze swoim imiennikiem Alanem Moore’m również „Captain Britain: The Crooked World”, które zostało nam w polskiej edycji WKKM barbarzyńsko wycięte ( no nie przeboleję tego… ). Rysownik łączy w swych dziełach nutkę starej szkoły i nowsze trendy. Duże, całostronnicowe kadry wychodzą mu plakatowo- billboardowo. Nawet zbiorowe, bitewne rysunki gdzie oręż splata się z orężem, a jeden bije drugiego nie powodują uczucia konfuzji. No chyba, że z wrażenia szczegółowości i dokładności rysunku Davisa. :)

Podsumowanie: Komis dla fanów trojga głównych bohaterów, ale tez dla ludzi ceniących cięte dialogi, piękne rysunki i dobrą, niebanalną akcję. Śmiało można wręcz powiedzieć, że Bendis pokonał samego siebie. „Pierwsi Avengers” są bardziej poczytni i po prostu lepsi niż „Oblężenie” na którego wydarzeniach jest ono oparte. Rysunki Davisa zaś są bez zarzutu- po prostu solidna, artystyczna robota. :)

PS: Marvel stanowczo zaniedbuje swoje postaci. W DC występuje takie zjawisko jak Trójca- Batman, Superman i Wonder Woman. Pierwszoszeregowe postaci wydawnictwa od których wiele się zaczęło i które nie raz ciągnęły je do przodu. W Marvelu jest podobnie. Z tą różnicą, że Thor, Kapitan Ameryka i Iron Man nikną pod ciężarem całej grupy Avengers, w której składzie nie zawsze były tak wspaniałe postaci jak oni, bądź nikną pod cieniem solowych main eventerów jak Spider- Man lub Daredevil czy grupy X- Men. Co jest dużym błędem, gdyż bohaterów tych analogicznie można postawić w opozycji do Trójcy DC. Cap/ Superman- pozytywni bohaterowie tłumów, herosi których można dawać młodzieży za przykład, Iron Man/ Batman- główna moc- gotówka i intelekt, obaj nie pozbawieni wad, ale spajający nie jeden raz Avngers/ Ligę Sprawiedliwości. Thor/ Wonder Woman- obecnie są nawet tej samej płci ( :( ). Ja jednak pamiętam starego dobrego Thora który nie był kobietą. Oboje związany silnie z mitologią. Oboje potrafiący dać równie mitycznym co oni stworom w szczękę. Oboje z jedynym w swoim rodzaju i potężnym orężem. I o dość archaicznym pojmowaniu świata, że o wysławianiu się nie wspomnę.

Nic więc nie stoi na przeszkodzie, aby Marvel nieco bardziej wyeksponował ( jak w tym komiksie ) te trzy postaci. Oczywiście po przywróceniu im dawnych tożsamości, bo teraz to… Ech…

Dr Oz