#265. – WKKDC #1, #2 – Jeph Loeb, Jim Lee – „Batman: Hush”

Standardowy

Wielka Kolekcja Komiksów DC Comics - 1 - Batman: Hush, cz. 1

Start Wielkiej Kolekcji Komiksów DC z wydawnictwa Eaglemoss był największym komiksowym wydarzeniem ostatnich miesięcy, a już teraz można powiedzieć, że jednym z najważniejszych tego roku. Mimo wielu dubli wygląda na to, że seria będzie miała się dobrze, a co więcej- będzie symbiotycznie współistnieć z konkurencją z Hachette. 

Historia zaczyna się jak zwykle. Batman udaremnia porwania zorganizowanego przez Killer Croca. W efekcie odzyskuje też pokaźny okup. Nie na długo. Na horyzoncie pojawia się bowiem Catwoman, która szybko przywłaszcza sobie klejnoty. Batman reaguje jak zwykle. W pogoni za Catwoman spotyka go mała kolizja na Crime Alley. Upadek z dużej wysokości nie kończy się pozytywnie dla herosa, ale na szczęście w mieście przebywa ważna postać z jego przeszłości. Tom Elliot. Przyjaciel z dzieciństwa Wayne, a obecnie wybitny i znany chirurg, który zszywa i składa gothamskiego bohatera.

Po dojściu do siebie Wayne ma do rozgryzienia nie lada zagadkę, będącą wyzwaniem nawet dla detektywa jego klasy. Na drodze staje mu bowiem szereg klasycznych przeciwników, a każdy z nich zachowuje się dość niepokojąco. Nawet jak na takie tuzy szaleństwa jak Harley Quinn, Scarecrow czy Riddler, będący w niepokojących zachowaniach liderami, są dość niecodzienni. 

Lubujący się w teoriach spiskowych i nie ufający nikomu Wayne wyczuwa pewien spisek. Ktoś bowiem musi stać za nagłym wysypem połowy Arkham i Blackgate. Do tego relacje z Catwoman stają się mnie służbowe, a Rodzina oczekuje otwartej deklaracji co do panny Seliny. Tak więc i wrogowie, i współpracownicy nie ułatwiają śledztwa Gackowi. Na dodatek chłopina traci nad sobą panowanie. A to wszystko przez tego przeklętego Jokera !!!

Całość historii ilustruje Jim Lee. Ktoś kto jest potrafi tworzyć znakomite warsztatowo rysunki, będące jednocześnie bardzo klasyczno- superbohaterskie i rozpoznawalne. Wielu bowiem ma nieco podobną kreskę, ale kunszt autora tkwi w drobnych detalach. Ten kto zna nieco więcej z jego twórczości, wie rozpozna je bez trudu :). 

Podsumowanie: ”Hush” to dzieło kontynuujące niejako dziedzictwo Millera pod względem klimatu,charakteru postaci i jego środowiska, ale też będące czymś innym. Więcej tu dynamizmu, szalonych potyczek, zagadki i widowiskowości. O czym świadczyć może pojawienie się Supermana czy tajemnicze powroty zza grobu. Jako komiks otwierający serię wydawniczą, w której pojawią się takie tytuły jak „Green Lantern: Secret Origin”, „Superman: Son of Krypton” czy „Batman: Death in the family”. jest idealny.

PS: I na samym końcu słów kilka o WKKDC. Swego czasu słyszałem o tej serii, lecz nie bardzo wierzyłem w jej pojawienie się w Polsce. Tym bardziej, jeśli za komiksy DC wziął się Egmont. I to z niemałym rozmachem. DC Deluxe, New 52!, klasycznego historie, Vertigo. Lecz wydawnictwo to z Tomaszem Kołodziejczakiem na czele jest naprawdę drapieżnym rekinem swego biznesu. Choćby zdublowane tytuły, czy reedycje tych, które zostały wydane jakiś czas temu. Jeśli ktoś myśli, że Egmont sprytnie wykiwał rywala niech zajrzy na ostatnią stronę pierwszego tomu. 

Plusem serii jest też pewien prosty fakt. Dwuczęściowe tomy są wydawane po kolei. Ktoś, kto nie zdecyduje się na kupowanie każdego tomu nie przegapi kontynuacji pierwszej części. Niby nic- a cieszy. Z dodatkami jest nieco inaczej. WKKM skupia się na autorach, ciekawostkach i informacjach. Kolekcja z Eaglemoss stawia przede wszystkim na klasyczne komiksy. Jak w przypadku „Husha”- pierwszego numeru Batmana i pierwszej wersji genezy owej postaci. Dość ciekawy kontrast z historią z kompletnie innych czasów.

#249. – John Layman, Jason Fabok, Aaron Lopresti – „Batman Detective Comics: Gothtopia”

Standardowy

Piąty tom „Batman Detective Comics” z New 52! to nie tylko tytułowa opowieść, ale też zbiór krótszych historii z okazji 75- lecia tytułowego bohatera. Oraz małe wspomnienia Gordona z czasów Roku Zerowego, ukazujące skorumpowanie policji i oportunizm komisarze Loeb’a. Pokazujący go zresztą z nieco innej perspektywy, nieco nawet ułaskawiającej pozorne zdemoralizowanie. Layman dopisał również dalszy ciąg sprawy związanej z Man- Batem i jego żoną.

Tytułowa historia dzieje się w pięknym mieście Gotham. Którego strzeże heros w bieli Batman i jego partnerka Catbird. Wraz ze swymi pomocnikami rozprawiają się z nielicznymi zbrodniami na mającymi z rzadka miejsca na terenie miasta. Od razu coś śmierdzi prawda ?

Dotąd miasto Wayne’ a było zaprzeczeniem wszelakich wizji utopijnych. Trzy określenia na stan RP byłego ministra Sienkiewicza byłyby trafnym określeniem na kondycję metropolii. Sytuacja powszechnego dobrobytu nie trwa zbyt długo. W mieście panuje plaga samobójstw. Batman z swoją wrodzoną podejrzliwością czuje, że biały kostium i sielankowa atmosfera to fasada. Za którą kryje się cała świta terapeutyczna. 

I czas na opowiadania. Pierwsze miejsce ma u mnie „Dwadzieścia siedem” Scotta Snydera. Utrzymana w cyberpunkowej konwencji, z rysunkami Seana Murphy’ ego pokazuje ciekawy wariant przyszłości Gotham. Ma się rozumieć- pod ochroną Batmana. Fascynują też wizję Batmana w przyszłości. Aż prosi się to o jakąś krótką, alternatywną serię :) . Dla bystrzaków- pojawia się tam też inny heros.

Drugie miejsce- Greg Hurwitz i Neal Adams z dziełem „Stara szkoła”. Tytuł nie jest przypadkowy. Rysunki są stylizowane, a raczej tworzone w dawnym stylu, podobnie jest z narracją i zachowaniem Batmana, na długo przez mrokiem Franka Millera. Adams to weteran komiksowego biznesu i sam był jednym z najświetniejszych twórców minionych dekad. Hurwitz zaś ukazuje ewolucję na przestrzeni lat postaci Mrocznego Rycerza. Z dość pokrętnym zakończeniem i niejako morałem.

Aby nie umniejszać pozostałym opowiadaniom, z których każde jest, rzecz jasna, wyjątkowe, upchnąłem je wszystkie na trzecim miejscu. Opowiadanie Douglasa Fairbanksa i Freda Niblo pod tytułem „Maska Zorro”, ukazuje Bruce Wayne’a w wieku ponad siedemdziesięciu lat. Aktywnymi obrońcami Gotham są jego podopieczni- Batmanem zostaje syn Damian, a dwaj Robini działają wciąż jako Nightwing i Red Robin. Miejsce Gordona zajęła zaś młoda Gordonówna. Bruce może więc siąść w fotelu o grzać swe nietoperze kości. Ale Batmanem jest się na całe życie, prawda? Kolejna historia o tytule „Deszcz” rysunku i scenariusza Francesca Francavilli mówi o spotkaniu Batmana i Widmowego Przybysza. Ten drugi ukazuje gackowi alternatywną rzeczywistość. Bez śmierci Thomasa i Marthy Wayne, a więc i bez Batmana. Ale czy tak naprawdę dusza Gotham uległa dzięki temu zmianie ? Brad Meltzer i Brian Hitch stworzyli alternatywną opowieść genezy jednego z najsłynniejszych oponentów Batmana zwącą się „Sprawa syndykatu chemicznego”. Nie bez powodu akcja dzieje się w ACE Chemicals.

Z racji sporej ilości historii, rysowników jest mnogo. Wspomniany Murphy czy charakterystyczny i oryginalny Fairbanks cieszą oko swym kunsztem. Nie mogę też nie pochwalić Neala Adamsa czy Francesca Francavilli. Jest więc co czytać i co oglądać. Rysownicy głównych historii, czyli Jason Fabok i Aaron Lopresti to również zdolni autorzy.

Podsumowanie: Po średnio udanym czwartym tomie serii, gdzie autor wyraźnie stracił impet historii związanej z postacią Pingwina Cesarskiego, powróciła ona na dobre tory. Duża zasługa w tym jubileuszowego zbioru opowiadań. Choć i sama historia o pięknym Gotham jest bardzo dobra i przez chwile nawet chciało się wierzyć w idylliczną wersję miasta. Dobra lektura z Batmanem dla tych, którzy na chwilę chcą oderwać się od skomplikowanej i powoli stopniującej napięcie fabuły „Batman Eternal” i czekają na „Ostateczną rozgrywkę” Snydera i Capullo, pozostając w świecie New52! .

Dwa niepokoje… Hailujący Cap i pinka Komedianta

Standardowy

W ostatnich tygodniach głośno o wielkim evencie DC Comics „Rebirth”. Czyli kolejnej kasacji/ modyfikacji/ uporządkowania wydarzeń, tym razem po okresie New 52!. Jak zwykle w moim strachliwym umyśle pojawiły się obawy- cóż za rewoltę wymyślą marketingowcy i autorzy ? Wszystkie zmiany jakoś spłynęły po mnie jak po kaczce, ale poniższy niepokojący kadr zatrzymał mnie na chwilę.

Pamięta ktoś zakończenie „Strażników” ? W szczególnosci dialog pomiędzy Dr Manhattan’ em i Ozymandiaszem w którym ten pierwszy, odpowiedziawszy na stwierdzenie tego drugiego, że to już koniec, odpowiedział- iż niekoniecznie…  Czyżby więc głównym mistrzem marionetek i możliwym uber- złoczńcą nie był Anti- Monitor czy Darkseid, a Dr. Manhattan ? A może, licha nadzieja, to tylko takie mrugnięcie okiem w stronę czytelnika… ? 

Alan Moore pewnie już szykuje zaklęcia bojowe. Ciężko jest mi pogodzić się z faktem, że choćby i jedna postać z „Watchmen” znajdzie się w głównym uniwersum DC. Mopre co prawda swymi postaciami nieco nawiązywał do klasycznych herosów, ale zapewnie nigdy nie myślał, że ktoś odważy się w jakikolwiek sposób scalić jego świat z głównym. 

Drugi mój przestrach. Hailujący Kapitan Ameryka. Na szczęście nie w wiadomy, ręczny sposób, ale wypowiadający dwa słowa które były wypowiadane przez ludzi których dotąd lał równo po makówkach. Hail Hydra.

Przejścia na „ciemną” stronę w wykonaniu herosów już się zdarzały. A to co Marvel wyrabiał już z postacią Kapitana Ameryki/ Steve’ a Rogersa prosi o pomstę niebiańską. Pierw Cap ginie i zostaje zastąpiony przez swego ucznia/ towarzysza broni Bucky’ ego. Potem znów się odradza i po jakimś czasie znów dzierży gwieździstą tarczę. I to można znieść. Ale potem ni z gruchy, ni z pietruchy zaczyna się starzeć, a jego miejsce zastępuje Falcon. Obecnie zaś znów jest młodym i żwawym patriotą, a na dodatek Sam Wilson nie zmienił swej pozycji. Teraz zaś… No w końcu Steve Rogers to aryjczyk prawda ?

A na serio. Może być ciekawie. Wszystkie te lata działań w Avengers, przez większość czasu jako ich lider. Cała ta ikoniczność, „hamerykanckość”, chwała herosa pomnikowego herosa… Czyżby Cap był szpiegiem- śpiochem ? Czyżby miał wspólny mianownik z TW Bolkiem ? Może być ciekawie, ale mam nadzieję, że Marvel nie zburzy legendy Kapitana Ameryki jak kilka razy niemal mu się to udało. 

#229. – Jeph Loeb, Ed McGuinness, Dexter Vines – „Superman/Batman: Wrogowie Publiczni”

Standardowy

Historie narracyjnie budowane na zasadzie dwóch przeciwieństw są niezwykle poczytne i łatwe w odbiorze. Co nie umniejsza ich walorów, tym bardziej jeśli tymi dwoma przeciwstawnymi bohaterami są Superman i Batman. Ostatni Syn Kryptona i Zamaskowany Krzyżowiec to dwie naczelne postaci DC, a wsadzenie ich w jedną ich w jedną opowieść gwarantuje nie tylko wartką akcję, ale i porządną fabułę. Nadmienię jedynie, że panującym prezydentem USA jest Lex Luthor, a co za tym idzie Liga Sprawiedliwości nie jest zbytnio suwerenna, a już na pewno nie ma w swoim składzie nikogo z Kryptona. 

Tytuł tej historii powinien brzmieć „Superman/Batman vs reszta świata”. Kal- el i Wayne mają bowiem przeciw sobie cały legion postaci złych i dobrych z uniwersum DC. Od hord złoczyńców, poprzez Shazama i Hawkmana, aż po Ligę Sprawiedliwości. Ci ostatni oczywiście na smyczy prezydenta Luthora, ale w składzie znajdą się dawni współtowarzysze obu panów jak Green Lantern/ John Stewart, Black Lightening czy Power Girl. Ciekawsze są jednak  postaci takie jak moralnie rozdarty pomiędzy wiernością do władzy, a sztubackim uwielbieniem Supermana Captain Atom i oszołomiasty trep Major Force. Ale cóż znaczą tabuny wrogiej masy przeciw zjednoczonym siłom Supka i Gacka ? 

Loeb niesamowicie podkreśla różnice pomiędzy sposobem bycia i myślenia obrońców Gotham i Metropolis. Sam wstęp pokazuje oba te zjawiska wyśmienicie. Niby są jakieś podobieństwa, ale mentalnie panowie są naprawdę odlegli. Farmerska i uczciwa do bólu natura Supermana wręcz przyprawia o zawrót głowy w porównaniu z shopenhaur’ owskim i wesołym jak doom metal spojrzeniem na świat Wayne’ a. Widać to też w działaniu. Clark działa subtelnie jak taran. Batman myśli, analizuje i niemal steruje swoim kompanem z Kryptona. 

Ten ktoś myśli posępnie, że to historyjka tylko o tym jak Superman i Batman biją się z połową świata DC będzie mile zaskoczony. Loeb serwuje bowiem takie delikatesy jak pojawienie się Supermana z przyszłości, debiut nowego Toymana i jego spektakularnego robota- rakiety o epickim wyglądzie Supermana i Batmana oraz zjednoczenie najbliższych współpracowników dwojga bohaterów w szturmie na Biały Dom i prezydenta Luthora.

Wizualnie jest po prostu bezbłędnie. Batalie jakie zmuszeni jest staczać duet i pokaźna liczba postaci to nie jedyne plusy rysunków „Wrogów publicznych”. McGuiness fenomenalnie zgrał się z narracją również i wizualnie odróżniając od siebie głównych bohaterów. Jasne i słoneczne barwy towarzyszące Kal- elowi i pochmurne, mroczne kolory skupione wokół Mrocznego Rycerza tworzą kontrast podpierający rozdzieloną na dwoje fabułę. No i ta dynamika. Wejście popleczników Batmana i Supermana do siedziby amerykańskich prezydentów przypomina początek „X- Men 2″. Tyle, że zamiast Nightcrawlera jest tu spora ilość młodego „S”-ek i nietoperzy.

Podsumowanie: Historię znam co prawda z zeszytówek „Dobrego Komiksu”, ale wydanie zbiorcze cieszy oko i półkę. Egmontowi należy się mimo zebrania historii do kupy mały minus. Liternictwo nie jest tak dobre jak te z „DK” co jest właściwie dość często wadą wydawanych w Polsce zagranicznych komiksów. Wracając natomiast do samego komiksu. Zrobił on na mnie ogromne wrażenie i stawiam go jako modelowy przykład narracji- przekładańca. Dwie odmienne, lecz zjednoczone postaci. Wspólny cel i problemy, ale też inne na nie spojrzenie. Loeb to scenarzysta wszechstronny. Mroczna detektywistyczna powieść jak „Długie Halloween” czy sentymentalna seria kolorowa Marvela to nie problem dla tego weterana komiksu. Również seria „Superman/ Batman” w jego wykonaniu to coś co trzeba znać.

#222. – Scott Snyder, James Tynion IV, John Layman, Ray Fawkes, Tim Seeley, Jason Fabok, Dustin Nguyen, Mikel Janin, Guillem March – „Wieczny Batman” t.1

Standardowy

„Wieczny Batman” to kolejna seria z Człowiekiem Nietoperzem w roli głównej na polskim rynku z New 52! . I kolejna autorstwa między innymi Scotta Snydera, co jest niemałą rekomendacją. Opowieść nie należy do tych o prostym jak mentalność Kal- ela scenariuszu, ale o zagmatwanej jak rozterki jej głównego bohatera fabule . Jednocześnie ma w sobie wszystko co w komiksach z Mrocznym Rycerzem najlepsze. Przestępczy półświatek, ukryci w cieniu przeciwnicy i nieco bardziej otwarci psychopaci.

Batman wielokrotnie miał nieszczęście się przekonać, że nie trzeba Jokera, aby Gotham, a w szczególności on dostało cięgi. Nigdy też nie spodziewał się, że wzorowy glina Jim Gordon jest w stanie zastrzelić nieuzbrojonego człowieka. Mało tego. Że komisarz GCPD doprowadzi do katastrofy której spowodowania nie powstydziliby się rezydenci z Arkham. Kolizja składów metra doprowadza do śmierci i ciężkich obrażeń wielu osób i tym samym resetuje dotychczasowe dokonania Gordona jako policjanta. Ostracyzm społeczny niszczy psychicznie Jima do tego stopnia, iż zaczyna on powoli wierzyć w swoją winę. Ale są osoby które wiedzą, że uczciwy jak skaut sprzedający ciasteczka Gordon jest bez winy.

Na dodatek do miasta wraca Carmine „Rzymianin” Falcone. W uniwersum New 52! nie ma on charyzmy jaką posiadał chociażby w „Długim Halloween”, ale i tak mocno kontrastuje on z innym gangsterem z Gotham- Pingwinem. I to z nim rozpoczyna wojnę która mało kogo obchodzi. Po aresztowaniu niewinnego Gordona policja w Gotham pogrąża się w korupcji i skupia na ściganiu również niewinnego Batmana. Jedynie protegowany przez Jima porucznik Bard wraz z najwierniejszymi ludźmi oskarżonego komisarza stara się działać.

Ale to nie wszystkie wątki. Snyder, Tynion IV i reszta scenarzystów zabiera czytelnika na różne wojaże, wszystkie skupione jednak wokół wyjaśnienia czynu Gordona. Jest Harper Row, jest japońska i argentyńska wersja Batmana w ramach Batman Incorporated, jest też sojusz Gacka z Killer Croc’ iem. Narracja taka może się wydać flegmatyczna i przeciągająca napięty wątek, ale sprawność pisarskiej braci sprawie, że napięcie to jest uzasadnione i solidnie podbudowuje ten właściwy główny wątek. Bo jeśli ktoś myślał, że cała afera z Gordonem jest po to by go zdyskredytować i poustawiać scenę przestępczą na nowo powinien wypalić sobie piętno nietoperza na czole. Smaczków nie brakuje- Alfred ma okazję okazać swe ojcowskie uczucia komuś innemu niż Bruce’ owi, a Rodzina może spodziewać się nowego członków. A właściwie członkiń. 

Wizualnie jest różnie. Autorów ilustracji jest kilku. Jest co pochwalić i nie ma się zbytnio do czego przyczepić. Co prawda brak mi Grega Capullo, ale cała grupa twórców w jakimś stopniu to wynagradza. Pozornie jest klasycznie- deszczowo, gotycko- nokturnowo. Ale różnorodność artystów sprawia, że takowy nastrój ma różnorodne odcienie. Jason Fabok, Dustin Nguyen czy Guillem March to różni rysownicy z nieco innym, ciekawym spojrzeniem na postać Mrocznego Rycerza. Jest wiele kadrów które zasługują na pochwałę, ale otwierająca tom całostronnicowa sekwencja poniżej po prostu płonie.

Podsumowanie: Batman cieszy się nad Wisłą niezmienną, wielką popularnością. Cztery serie z New 52!, seria dzielona z Supermanem, pojawianie się Gacka we wszelakich odmianach „Ligi Sprawiedliwości” i solowe tytuły z DC Deluxe. To zasługa oryginalności, niejednoznaczności i całej otoczki Batmana która gwarantuje naprawdę wysoką jakość i przyjemność z czytania. Tak jak pierwszy tom „WIecznego Batmana”. A na sam koniec ostrzeżenie- niech nikt nie waży się zaglądać na spoilery z dalszych tomów. Ja to zrobiłem i boleję niezmiernie.

PS: Nadgorliwość to poważna wada. Człek taki myśli, że się stara i wszyscy są zadowoleni, a w istocie szkodzi on swoimi efektami działań które bynajmniej nie są tak pozytywne jak sobie zamierzył. Tak niestety bywało niejednokrotnie z tłumaczami. Zazwyczaj ich grzechem głównym jest przekręcenie tytułu na bakier do absurdalnego wręcz stopnia. Tym razem jednak stało się coś więcej. Tłumaczenie „Batman Eternal” na „Wieczny Batman” może nie jest translatorskim babolkiem, ale jest… No właściwie to po cóż jest ? Tytuł serii „Batman Detective Comics” nie jest tłumaczony, a polscy fani nie czują się tym urażeni. Podobnie z konkurencyjnymi seriami jak „Uncanny X- Men”, Amazing Spider- Man” czy „Mighty Thor”. Po cóż zmieniać tajemniczo brzmiącego „Batmana Eternal” na patetycznego i nobliwie brzmiącego „Wiecznego Batmana” ? Tym samym sam stałem się nieco nadgorliwy… :D

#219. – „Batman v Superman: Świat sprawiedliwości” (2016)

Standardowy

Co jest gwarantem sprzedaży horrendalnej ilości biletów i ogólnego zainteresowania filmem ? Nazwiska twórców i aktorów ? Zarys fabuły ? To istotne elementy, ale nie tak istotne jak zapowiedzi i kampania promocyjna. A filmowy pojedynek Mrocznego Rycerza i Człowieka Ze Stali promocję miał nielichą. Same trailery miały w sobie ogromny magnetyzm przyciągający zarówno fanów komiksów, jak i widzów spragnionych kina superbohaterskiego bez lekkości jaką charakteryzują się adaptacje dzieł Marvela. No i trzeba przyznać, że informacje i plotki na temat filmu były dystrybuowane bardzo sprytnie, a fani sami wszystko rozkręcali.

Akcja dzieje się dwa lata po „Człowieku Ze Stali”. Superman ma spore poparcie społeczne, zakrawające nawet o kult. Tymczasem w cieniu czają się jego przeciwnicy. Odwieczny arcywróg Clarka Lex Luthor i wiecznie nieufny i podejrzliwy jak zazdrosna żona Bruce Wayne. Pierwszy ma wiadome motywacje, a tutaj po troszku jest nieco mocniej stuknięty. Drugi dostrzega, że Supermanowi daleko do boga za jakiego coraz częściej jest brany. Na dodatek obaj wiedzą, że jeden wie coś, czego nie wie drugi. Jest i kryptonit dla którego obaj panowie widzą zgoła inne zastosowanie. Choć oba te spojrzenia mają dać w loczek Ostatniemu Synowi Kryptona.

Co nieco o Trójcy. Henry’ ego Cavilla widz miał okazję poznać. To dobry Superman, szczególnie Superman początkujący. Wonder Woman to na szczęście nie kopia z komiksu. Na kadrach Amazonka to bojowa herod- baba o aż nadto pomnikowych kształtach i nienaturalnie nieskazitelnej urodzie. Wybór Gal Gadot nieco złamał ten stereotyp. Izraelska aktorka jest dużo drobniejsza od komiksowego wzoru, a dużo młodsze rysy sprawiają, że nie jest to kolejna seksbomba w trykocie. Poza tym WW to nie tylko supersilna heroina, ale ktoś kto potrafi okpić samego Bruce’ a Wayne’ a. No i Ben Affleck. Niegdysiejszy Daredevil z zarośniętą nieco gębą i siwizną również niesie powiew w filmowy szablon Batmana. Dotąd każdy aktor ( może nieco mniej Bale ) był typem playboy’ a i pięknisia. Affleck potrafi odnaleźć się w takiej roli, ale jego Batman jest dużo bardziej ponury i sprawiający wrażenie nie do końca normalnego. Relacja na linii Batman i Superman jest nieco absurdalna. Ich konflikt jest irracjonalny. Panowie nie lubią się i rozwalają sobą ściany ot tak. Bo Kent nie pochwala brutalnych praktyk Batmana. Bo Wayne przeciwny jest nietykalności i postrzeganiu Supermana jako mesjasza w czerwonej pelerynie. Bo tak. A wszystko jeszcze bardziej nakręca Luthor. 

Kto stworzył więc najlepszą kreację w filmie ? Pomnikowy Cavill jako Superman ? Egzotyczna Gal Gadot odtwarzająca Wonder Woman ? Czy posępny i Ben Affleck/ Batman ? Otóż żaden z powyższych. Trójcę przesłonił skromny Alfred Pennyworth. Jeremy Irons wcielający się w rolę sługi/ opiekuna Bruce’ a Wayne’ a stworzył tę postać całkowicie od nowa. Nie jest to łysiejący elegancik z wąsikiem, ani czerstwy weteran z „Batman: Ziemia Jeden”. Łączy on elementy obydwu- ojcowską troskę klasycznego Penny’ ego i hardość tego z „Earth One”.  A jeśli jest światło, jest i ciemność. Najciemniejszą stroną filmu nie jednak batalia Kal- ela i Wayne’ a, ani ostateczna bitka z Doomsday’ em, a postać Lois Lane Nie chodzi tu o techniczne aspekty. Amy Adams nie jest dukającym słowa beztalenciem, ani też nie jest pozbawiona charakteru. Twórcy filmu zapewne pomylili postać Lois Lane z inną dziennikarką z uniwersum DC- Vicky Vale. Partnerka Kal- el’ a była, no cóż, po prostu inna. 

Lex Luthor. Tak odmienny od tego którego można spotkać w komiksie. Jest paranoikiem, jest geniuszem i ma manię wielkości. Długowłosy i dziwaczny młodziak różni się znacznie od również nieco kopniętego, ale wyważonego i wyrafinowanego łysola zarządzającego firmą mogącą konkurować z samym Wayne’ m.  Jest to dość ciekawe i nowe spojrzenie na tę postać. Jesse Eisenberg zagrał go nieźle. Rozbiegany, ekstrawertczny, nadpobudliwy Luthor w jego wykonaniu nie wydaje się być groźny dla dwóch czołowych herosów DC. Skutki jego akcji będą jednak miał odbicie w wielu filmach. Dzwony biją- jak sam mówił.

Zack Snyder wyraźnie lubi Franka Millera i jego „Rok Pierwszy” oraz „Powrót Mrocznego Rycerza”. Liczne odwołania, cytaty i sama walka Supka i Nietoperza są inspirowane jego dziełami. Nawet ktoś mało spostrzegawczy ujrzy dobitne podobieństwo między pancerzami Batmana w walce z Kal- el’em i przyjęcie na klatę przez tego drugiego wybuchu atomówki. Ale Snyder nieco zapędził się w inspiracji komiksami. Wiadomym faktem jest, że filmowe uniwersum DC musi sporo nadrobić do Marvela który powoli szykuje się do trzeciej fazy swoich kinowych adaptacji. Dlatego też umieszczenie w filmie całej Trójcy, dlatego wspominki i nadchodzącym, wielkokalibrowym przeciwniku, dlatego też pojawienie się chwilowe innych, przyszłych członków JL. To zrozumiałe. Ale dlaczegóż, ach dlaczegóż wpleciono tam wątki z „Flashpoint” czy nawet „Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach” ?

Film z pozoru jest blockbusterem. Dużo wybuchów, specyficznego światła i kolorów, określonych zagrywek które wydają się być już charakterystyczne dla tego poniekąd gatunku. Dlatego jest widowiskowość walk, nieco patetyczne i proste motywacje bohaterów, . I dlatego też jest genialna wręcz scena z pierwszym zjednoczeniem Trójcy czy sceny walk. Aczkolwiek Snyderowi zachciało się wyjść nieco poza wielkoformatowe filmidło i pokazał odrobinę głębi.Sęk teraz w tym, że pomieszał on poważną tematykę z ładnymi widoczkami. Pokazanie początków niechęci Wayne’ a do Supermana kontrastuje z finałem ich walki. Swoją drogą- zbieżność która łączy dwóch naczelnych herosów DC zauważyłem już dawno, dawno temu. Aż dziw, że ktoś dopiero teraz wykorzystał ją w tak kluczowy, choć i nieco naiwny, sposób.

Nie rozumiem dlaczego na siłę wciśnięto origin Batmana. Każdy go zna. Każdy wie, że Thomas i Martha Wayne zginęli na Park Row i tak narodził się Batman. I takowe przypomnienie w filmie poświęconym genezie Ligi Sprawiedliwości, nie zaś samemu Gackowi, jest zapychaczem nawet jeśli zostało zrealizowane i ukazane w najlepszy dotąd sposób. Pytanie więc- czy owo wydarzenie zostanie ponownie ukazane w dziele poświęconym Batmanowi czy zostanie zaledwie wspomniane ?

Oprócz Trójcy widz ma okazję zobaczyć, jak wspominałem, innych członków Ligi. Formy krótkich, niby przypadkowych filmów z różnorakich źródeł są wiarygodnym przedstawieniem reszty składu i widz nie musi się martwić, że Flash czy Aquaman nagle przyjdą z pomocą. Choć były takie dwa momenty…

Podsumowanie: Dzieło to przebija filmy z Mścicielami i śmiało może stanąć w szranki z „Strażnikami Galaktyki” i „Iron Manem”. Zacka Snydera wolę jako dosłownego ekranizatora, jak miało to w przypadku „Watchmen”, ale reżyser i tak potrafi solidnie oprzeć swój film na pierwowzorze. Choć tu bywa bardzo chaotycznie i nie mogę pozbyć się wrażenia, iż twórca nieco się zapędził. Plusem jest natomiast to, że postaci głównych bohaterów są dość świeże, a jednocześnie nie nazbyt rewolucyjne. Film ten będzie stanowił twardy orzech do zgryzienia dla Marvela, gdyż trzecia część „Kapitana Ameryki” z podtytułem „Wojna Domowa” ma się nijak do komiksu. Do czego zresztą Marvel już widza przyzwyczaił. Ostatecznie „Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości” to dobry film na podbudowę reszty serii. Choć liczę na coś więcej po poszerzeniu składu.

#203. – Peter J. Tomasi, Scot Eaton, Jaime Mendoza – „Wieczne Zło: Wojna w Arkham”

Standardowy

Rzadko w Polsce można natknąć się na przyzwoite tie- iny. Opowieści które mówią o wydarzeniach dziejących się w czasie trwania jakiegoś wielkiego eventu. O ile „Tajna Inwazja” została wydana przez Hachette, tak z jej ogromnej ilości pobocznych opowieści nie wydane została zupełnie nic. Co nieco obniżyło ogromne napięcie i klimat całości. Rynek komiksów w naszej Ojczyźnie dopiero więc nasyca się wielkimi tytułami, ale na szczęście już widać coraz większy progres wśród pomniejszych tytułów. Choć czy „Wojnę w Arkham” należy uznawać za tytuł mniejszy niż samo „Wieczne Zło” ?

Gdy Batman i Catwoman ratowali do spółki z Luthorem świat, a Nightwing siedział w niewoli Syndykatu do Gotham zawitał gość z daleka. Z egzotyki. A konkretniej- z Santa Prisca. Bane bowiem miał od zawsze chrapkę na miasto Nietoperza. Ten jednak skutecznie udaremniał jego zakusy i trzymał amatora venomu w ryzach z dala od miasta. Gdy ten zniknął na chwilę z pola widzenia, a ogólna sytuacja superbohaterów nie prezentowała się kolorowo okazja była zbyt kusząca. Bane wpada więc ze swoją armią do Gotham i równo ustawia do pionu rezydentów zarówno Blackgate, jak i Arkham. Teoretycznie.

Łamaczowi nietoperzowych kręgosłupów stają kością w gardle takie indywidua jak Scarecrow czy Killer Croc. Batman pewnie byłby rad widząc, jak jego antagoniści zamiatają sobą podłogi. Superłotrowie są zażarci w zwalczaniu się między sobą nie bardziej, niż w pojedynkach z członkami Ligi Sprawiedliwości. A gość z daleka potrafi to wykorzystać. Ciekawy jest też sojusz między nim, a William’ em Cobb’ em. Jednym ze Szponów Trybunału Sów i przodkiem Dicka Graysona. To w pewnie sposób zabawne- Graysonowie czy to żywi czy nie- zawsze są asystentami jakiegoś Batmana… :D

Sprawiedliwość według Bane’a jest dość dziwna. Chłop ma swój własny system wartości który pasowałby bardziej do dyktatora wojskowej junty, którym zresztą poniekąd jest, niż do herosa. Nagły deficyt Batmana w Gotham powoduje, że  poczuwa się on w obowiązku wprowadzić ład w mieście. Stara się i stara, aż w końcu dochodzi do pewnej konkluzji. Mianowicie pojmuje, iż jedynym obrońcą Gotham może być tylko i wyłącznie Batman. Co więc robi Bane ? Okładka chyba wszystko zdradza, więc nie będę  czuł się winny spoilerowania. Staje się napakowaną, toporną, brutalną i zgrabną w działaniu jak osiemnastokołowa ciężarówka wersją Nietoperza biorąc sobie za współpracowników Szpony. I naprawdę- ma to swój klimat. :) Cieszy mnie natomiast znikomy udział cudacznej ferajny z Santa Prisca. Brute i inne persony uzależnione od venomu jakoś nie specjalnie pasowały mi do Bane’ a, który najlepiej sprawdza się solo. Pojawia się za to płaszcz podbity futrem- małe nawiązanie do nolanowskiej interpretacji tej postaci z bezbłędnym Tomem Hardy’ ym.

Bane w stroju Batmana prezentuje się troszkę nienaturalnie. Oryginał jest tajemniczy, mroczny i niepokojąco niebezpieczny. W tej interpretacji „Batman” wygląda jak zawodnik wrestlingu który nieco przesadził z ringowym wizerunkiem. Aczkolwiek to wszystko oddaje sposób myślenia wroga prawdziwego Batmana. Jego siłowe metody działań, rozwiązywanie wszelkich problemów pięścią i butem czy surowe postrzeganie rzeczywistości mają swe odbicie w jego poniekąd superbohaterskim kostiumie. Graficznie jest tu sporo przyzwoicie zilustrowanych walk. Na niektórych planszach wrze wręcz kipiel wszelkiej maści łotrów i przestępców którzy nieco panikują na wiadomość o obecności Bane’ a i jego sił w Gotham. Nieco rozochoconych po przybyciu Syndykatu Zbrodni i absencji Batmana poczuli się nieco zbyt luźno. Jako, że w czasie „Wiecznego Zła” słoneczko zostało zaćmione przez Ultramana w Gotham panuje mrok jeszcze większy niż dotychczas. Co nieźle udało się oddać rysownikom.

Podsumowanie: Początkowo myślałem, że to kolejny skok na popularności znanego tytułu jak miało to miejsce w przypadku „Szpona” i „Trybunału Sów”. Ale na szczęście teraz jest inaczej. Opowieść jest pełna akcji, wspaniałych walk zakrawających o uliczne bijatyki i brutalności Bane’a. Batman ma naprawdę wielkie szczęście do wyrazistych oponentów. Bane jest groteskowy i paradoksalnie na swój sposób skuteczny w dyżurowaniu na stanowisku herosa za Wayne’a. Od razu widać, że nie nadaje on się na długo w rolę obrońcy Gotham, ale charakter i dominacja przez jakiś czas wystarczą.

#200. – Frank Miller, Klaus Janson, Lynn Varley – „Batman: Powrót Mrocznego Rycerza”

Standardowy

Setna recenzja miała zaszczyt przedstawić „Strażników” Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa. Na 200- etną rozważałem „Kingdom Come”, „Maus” bądź „Sagę”. Lecz sentyment do Franka Millera i jego nowatorskiego ukazania Batmana zwyciężył. Poza tym  komiks ten  wraz z dziełem northamptońskiego maga zrobił naprawdę wielkie bum w świecie komiksów i nie sposób pominąć czy wpakować go do standardowej recenzji.

Batman nie stoi już na straży Gotham. Jak łatwo się więc domyślić w takiej sytuacji miasto pogrąża się w coraz większym chaosie, samowładztwie  młodocianych gangów i korupcji której nie ulega już chyba tylko Jim Gordon. Gdzie się podział więc Mroczny Rycerz? Wraz z innym herosami wycofał się ze swej działalności pod naciskiem władz. Bruce Wayne nadal jednak trwa. Nie jest to jednak standardowy emeryt. Gdzieś w jego zmęczonej duszy tli się ogień który tylko czeka by wybuchnąć i znów rozpalić symbol nietoperza na Gotham. Bo Batmanem jest się na całe życie.

Słów kilka o realiach „Powrotu Mrocznego Rycerza”. Gotham nigdy nie było sielskim miastem. Mimo sporej liczby herosów przestępcy z Blackgate, świry z Arkham bądź inne persony spod ciemnej gwiazdy siały postrach, ale zawsze udawało się wszystko utrzymać w ryzach. Teraz, gdy Batman jest jedynie miejską legendą i młode pokolenie mieszkańców miasta wstępuje do różnorakich band przestępczych jak Gang Mutantów wręcz tonie ono w mroku. Do tego do bólu liberalne władze pozwalają na swobodę Two- Face’ owi co wydaje się szaleństwem na miarę samego Jokera. Nic dziwnego, że sfrustrowany emeryturą Batman ponownie wdziewa pelerynę i pokazuje, że stary człowiek też może.

„Powrót Mrocznego Rycerza” to nie tylko opowieść o powrocie herosa. To spojrzenie na świat polityki i mediów. Miller w tym przypadku dzieli oba światy na prawą i lewą stronę, ale obie obrywają równo.Wystarczy spojrzeć na poprawnego politycznie do bólu ( o czym sam się przekonuje ) doktora Wolpera czy wygodnickie postawy obywateli . Ale i konserwatyści nie pozostają nienaruszeni. Prostolinijne i nieco naiwne poparcie Batmana czy ukazanie prezydenta USA kropka w kropkę podobnego do Ronalda Reagana jako jowialnego chłopa na tle Gwieździstego Sztandaru wyrównuje szalę pomiędzy obiema stronami sceny polityczno- społecznej.

Mówi się o słynnej rewolucji w narracji jakiej dokonał twórca „Sin City” na łamach tego dzieła. I owszem- jest to rewolucja na miarę tej z  pierwszego numeru „Action Comics”, gdzie ukazano po raz pierwszy Supermana który odmienił oblicze komiksu. Tak jak i „Strażnicy” komiks Millera pokazał czym może być powieść graficzna. Bez rozwlekłych ramek, infantylnych dialogów i patetycznych postaci. Narratorem nie jest tylko Batman zdający sobie sprawę z własnych ograniczeń wiekowych i zmian jakie zaszły w czasie jego nieobecności w Gotham. Są nim też media które z jednej strony zachłystują się tematem powrotu Mrocznego Rycerza, a z drugiej sieją typową kampanię nienawiści wobec niego i jego metod działania którym daleko od miękkiej resocjalizacji w stylu tej Harvey’a Denta. Ciekawie prezentuje się też mentalność Człowieka Ze Stali i Jokera. Pierwszy z nich stał się konformistą, godzącym się na warunki jakie stawiają mu władze. Drugi- ze stanu katatonika w kilka sekund zmienia się w siebie sprzed lat. Niebezpiecznego jak nigdy dotąd trickstera.

Autor ukazał niemal duchową zależność na linii Joker- Batman. W czasie stanu spoczynku Mrocznego Rycerza jego przeciwnik przebywał w Arkham. Nie salwował się żadną ucieczką, nie wybijał strażników, ani nie prowadził żadnej pokrętnej gry jak ma to w zwyczaju. Po prostu był. Ot spokojny pacjent. Wzór dla innych. Gdy tylko w mediach pojawiają się wzmianki o powrocie Zamaskowanego Krzyżowca jego arcynemezis budzi się ze snu. I podobnie jak on- nie zestarzał się ani o dzień.

Miller sławi swe imię nie tylko jako scenarzysta, ale też jako rysownik. I jest w obu tych rolach równie charakterystyczny. Jako rysownika znam go głównie z serii „Sin City” i chyba już zawsze będę patrzał na tę stronę jego twórczości przez ten pryzmat. Twarde i charakterystyczne  rysy twarzy, znakomita gra światłem i cieniem i kadrowanie postaci. Jeśli mowa o rysunkach Millera nie można pominąć Klausa Jansona. Artysta zajmujący się nakładaniem tuszu na szkice Millera, który nie jest pierwszym lepszym, niemal anonimowym inkerem. Janson współtworzy i swym kunsztem nieco zmienia plansze kolegi- scenarzysty. Co najbardziej utkwiło mi w pamięci ? Kadry z perspektywy telewizyjnej relacji, ujęcie mroku i niepokoju duszy Wayne’a, zdziczenie i uliczna chuliganerka Gangu Mutantów z ich przywódcą na czele, degrengoladę Gotham i moralny upadek jego mieszkańców. I fenomenalny wręcz motyw zmiany pasów na fladze USA w logo Supermana. Niby drobny zabieg rysownika, a tak dobrze oddaje charakter tej postaci w tym komiksie.

Podsumowanie: Nie można odmówić „Powrotowi Mrocznego Rycerza” roli jaką odegrał nie tylko w obecnym wizerunku Batmana, ale też całości komiksowego medium. Najwybitniejsze dzieło Franka Millera. Scenarzysty którego niemal wszystkie dzieła wylatują ponad przeciętną. Tu autor pokazał, że nie Batman to nie tylko mroczna stylistyka, psychopatyczni przeciwnicy i gadżety. Jest to smutne spojrzenia na zmiękczenie zachodniej cywilizacji które już w latach wydania komiksu postępowało tempem lawinowym. Ogłupiające media, hipokryzja obywateli Gotham i bezlitosne, prymitywne zło które folguje sobie widząc jałowość działań organów sprawiedliwości. Krótko mówiac- proroctwo według Millera.

#188. – Frank Miller, David Mazzucchelli. Richmond Lewis- „Batman: Rok Pierwszy”

Standardowy

Początki są zawsze trudne. W każdej profesji, w każdym możliwym miejscu. W nowej szkole zawsze będziesz tym nowym frajerem które przez pierwsze dni będzie trzymany na dystans. W pracy o zupełnie nowym profilu człowiek zaś będzie się czuł jak Malcolm X na zebraniu Ku- Klux- Klanu. Dotyczy to także komiksowych herosów. Parker przepuścił zbira który ukatrupił mu wujka, zaś Wayne… Wayne to nieco dłuższa historia.

Gotham od śmierci Thomasa i Marthy Wayne nieco się zmienia. Morderstwo tak zasłużonych dla miasta obywateli tworzy pewną bramę dla wszelkiej maści plugastwa i przestępczości. Nic dziwnego, że gdy młody Bruce wraca do swej rodzinnej metropolii czuje się przytłoczony jej smrodem. Mniej więcej w tym samym czasie do policji w Gotham dołącza niejaki Jim Gordon z Chicago. Kopcący papierosy jeden po drugim, o wyglądzie jowialnego wujaszka staje się solą w oku skorumpowanego komisarza Loeba. „Rok Pierwszy” więc to nie tylko narodziny Batmana, ale i bardziej legalnego stróża porządku.

Przede wszystkim- narracja. Miller to mistrz posępnych, ciężkich monologów o egzystencjalnym charakterze, z nutką noir i dekadencji. Obaj panowie czują zło i nie potrafią się z nim pogodzić. Wayne próbuje działać na własną rękę, zaś Gordon boleśnie przekonuje się, że nawet stróże prawa nie zawsze stoją po jego stronie. Batman staje się oficjalnym wrogiem publicznym numer jeden. Gordon nieoficjalnie stoi tuż za nim. Wypada też wspomnieć o Catwoman. Selina na pewno nie jest kobietą z obrazka. Swobodnie odnalazła by się wśród walecznych pań Starego Miasta w „Sin City”. Pod wpływem coraz głośniejszych informacji o pogromcy zbrodni w stroju nietoperza sama zaczyna swą kocią działalność. Jak pokazuje jednak przyszłość dając upust bardziej swojemu pociągowi do błyskotek niż poczuciu sprawiedliwości.

Mazzuchcelli uwagę poświęca nie tylko postaciom, ale też ich otoczeniu. Gotham jest jak zawsze mroczne, sprawiające wrażenie, że za każdym jego rogiem kryje się zbir, a policja jest jeszcze gorsza. Rysownik na lata zakreślił też scenę narodzin Batmana. Nietoperz rozbijający szybę gabinetu ojca Bruce’a. Następnie przysiada on na popiersiu ojca wpatrując się w rannego Wayne’a kierując tym samym przesłanie zza grobu. „Rok Pierwszy” potwierdza tezę, że w komiksie połowę historii opowiada scenarzysta, a drugą połowę- rysownik.

Podsumowanie: „Rok Pierwszy” na nowo pokazał początki działalności Batmana. Pierwsze, czasami nieprzemyślane kroki, konflikt z prawem, początki współpracy z Jim’em Gordonem, budowanie legendy obrońcy miasta. Dużym plusem jest też to, że Frank Miller potrafi stworzyć postaci prawdziwie z krwi i kości. Gordon ma problemy małżeńskie, a atrakcyjna koleżanka która jest zafascynowana praworządnym kolegą z pracy nie ułatwia sytuacji. Reszta komendy to świnie nadużywające władzy i przywilejów. Po „Powrocie Mrocznego Rycerza” scenarzysta nie wraca do infantylnego stylu narracji, a kontynuuje rewolucje jaką wzniecił do spółki z pewnym brytyjski magiem z Northampton. „Rok Pierwszy” to tytuł ważny nie tylko dla Batmana, ale dla całego współczesnego komiksu.