#278. – WKKM #105 – Jason Aaron, Brian Michael Bendis, Ed Brubaker, Matt Fraction, Jonathan Hickman, Frank Cho, John Romita Jr. – „Avengers vs X- Men cz.1″

Standardowy

Wielkie crossovery powstały z dwóch powodów. Aby zgarnąć nieco szeleszczących i brzęczących nominałów z portfeli konsumenta i po to, by nieco przewietrzyć woniejące już nudą uniwersum. Wśród tego typu wydarzeń zaś najwięcej sensacji wzbudzają te, w których herosi walczą między sobą. Nie kosmiczna inwazja, nie kryzys na wielu światach. Ale bratobójcze mordobicie w imię, mniej lub bardziej, banalnych ideałów. Bo czymże była główna przyczyna sławenej „Wojny Domowej” wobec wieloletniej przyjaźnie Capa i Starka ? Wydawać by się mogło, że niczym, lecz krew się polała. Podobnie jest i tutaj. Dwie, niejednokrotnie współpracujące ze sobą grupy rzucają się sobie do gardeł. Oczywiście nawet nie próbując usiąść do stołu. A co jest tego przyczyną ?

Phoenix powstaje z popiołów. Potężny, kosmiczny byt zmierza w stronę Ziemi. Jean Grey nie żyje ( znowu ), ale płonąca bestia upatrzyła sobie na cel inną pannę związaną z nazwiskiem Summers. Jest jest nią niejaka Hope, pierwsza mutantka urodzona po M- Day. Przeklętym przez mutantów dniu, w którym Scarlet Witch wymazała połowę populacji homo superior. Garstka mutantów ocalałych po tych wydarzeniach liczy, iż Phoenix nosi swą nazwę nie na darmo i przyczyni się do rezurekcji ich gatunki. Skrajnie inny punkt widzenia przejawiają Avengers. Grupa pod przywództwem Kapitana Ameryki obawia się przybycia kosmicznej istoty znanej z siania spustoszenia i zagłady. Konflikt interesów wydaje się być nieco błahy. Odnoszę wręcz wrażenie, że Cap i Cyclops tylko czekali, aby móc pokazać, który z nich jest prawdziwym samcem alfa.

Dość specyficzna rola przypada Wolverine’ owi. Logan, który poróżnił się z Summersem na łamach „X- Men: Rozłam” stoi po stronie Avengers, ale jednocześnie w na pozycji tego, któremu ciężko jest zaufać. Nic dziwnego- gdzieś bowiem w duszy zakapiora ze szponami z adamantium gra czuła struna tęsknoty i żalu za panną Grey.

Podobnie jak w historii Millara i McNivena, tak i tu, dziwi mnie prędkość z jaką dotychczasowi sojusznicy zaczynają obijać się kułakami. Ma to w sobie wręcz wrestlingowy sznyt. Tylko w tego typu widowiskach dotychczasowi sojusznicy ot tak zmieniają stronę. Sęk w tym, iż w amerykańskich zapasach to rzecz wręcz obowiązkowa i podnosząca napięcie. W komiksach zaś nie zawsze się sprawdza, a nieskomplikowane pobudki wzajemnej wrogości sprawiają, że ciężko jest przejść obok nich obojętnie. Bo całkiem fajnie zobaczyć dwie największe grupy Marvela w bezpośrednim starciu. Lecz uproszczenie jego genezy już takie nie jest.

Obok głównej opowieści wydawca dorzucił serię „AVX Versus” ilustrującą solowe walki członków obydwu grup. Main eventem jest tu bez wątpienia walka między Iron Manem, a Magneto, lecz zestawienia takie jak Kapitan Ameryka vs Gambit czy Thing vs Namor również robią wrażenie. 

Pierwszą część ilustruje John Romita Jr. Nie będący w swej szczytowej formie. Nie jest to zbrodnia jakie zdarzało mu się popełniać nawet na łamach WKKM ( pamiętny „Black Panther” ), ale daleko mu do formy z „World War Hulk” czy „Spider- Man: Homecoming”. Zbyt często bywa niedbały, aby móc przemilczeć zepsute kadry. Szczególnie, iż w następnych tomach wypada nieco blado przy Oliverze Coipelu czy Kubercie. Wystarczy spojrzeć na powyższy kadr, aby przekonać się, co nie poszło nie tak Romicie Młodszemu… :p

Podsumowanie: Batalia mutantów i Mścicieli odcisnęła silne piętno na świat Marvela. Ale o tym więcej przy okazji recenzji dalszych części tegoż eventu. Póki co grupy są zajęte na tyle sobą, aby nie zauważyć, iż to Phoenix jest największym zagrożeniem. Olśnienie przychodzi nagle, w momencie, gdy przychodzi przywitać się z płomienną, kosmiczną gąską.

#276. – Jonathan Hickman, Mike Deadato – „New Avengers: Nieskończoność”

Standardowy

Kolejny tom z serii „Nieskończoności” Marvela. Ten kto myślał, iż Avengers mają pełne ręce roboty niech zwróci swe oczy ku grupie Iluminati. Tajny krąg herosów boryka się nie tylko z problemami związanymi z Inkursjami czy podwójną inwazją ale też z wewnętrznymi niesnaskami. Królowie dwóch królestw, Namor i Black Panther, biorą się za bary. A przyczyny ich konfliktu mają swe zarzewie jeszcze w wojnie Avengers i X- Men, gdy to opętany Phoenixem władca Atlantydy spustoszył jedno z bardziej ludnych miast Wakandy. 

Ofensywa Budowniczych i następująca po niej inwazja Thanosa nie przerwały w cudowny sposób pojawiania się Inkursji. Wprost przeciwnie-  mają się dobrze, a piętrzące się kłopoty sprawiają, że trudna misja dla Iluminati stała się jeszcze trudniejsza. Szybko też wychodzi na jaw, że tajne stowarzyszenie  jest kiepsko zgrane- napomknięty wcześniej konflikt między królem Wakandy, a królem Atlantydy przeradza się paranoiczną, bratobójcza wojnę z konsekwencjami większymi niż obaj mogli przewidzieć. Obojgu królom los jednak odpłaci za wzajemne bitki i to srogo.

Niewinnym  nie pozostaje również i trzeci monarcha. Black Bolt wie o prawdziwej przyczynie przybycia Thanosa na Ziemię i informuje o tym swoich resztę Iluminati. Co nieco wie również jego brat, Maximus Szalony. Nie jest on jednak na tyle szalony, aby informować kolejną osobę wbrew woli brata o tajemnicy i jego sekretnym zgromadzeniu. Nawet jeśli tą osobą jest jego królowa Medusa.

Nie samymi królami jednak ta historia stoi. Konsekwencje swych decyzji poniesie również Doktor Strange konfrontując się z Ebony Maw, zaś Tony Stark po wojażach w kosmosie będzie musiał przemyśleć to i owo. Znacznie większą rolę niż w „Avengers: Nieskończoność” ma tu Thanos. O ile w tam pojawił się pod sam koniec, gdy konflikt z Budowniczymi był w większym stopniu rozwiązany, o tyle tutaj Szalony Tytan i Cull Obsidian pokazują mają do powiedzenia znacznie więcej.

Deadato to nazwisko, które pojawiło się przy innych dziełach ze stajni Marvela. Zilustrowanie więc jednej z kluczowych części „Nieskończoności” nie dziwi, a mnie osobiście wręcz cieszy. Postaci nie są zamykane w kadrach- artysta pozwala się im pokazać. Jak chociażby przy scenie małżeńskiej rozmowy pary królewskiej Inhumans czy ujmowaniu w niektórych momentach Szalonego Tytana, które pokazuje kto jest najsilniejszy na boisku.

 

Podsumowanie: Iluminati to dość specyficzna grupa. Jest ugrupowaniem pośród innych ugrupowań. Ich cele są tajne i mało superbohaterskie. Nazwałbym ich ludźmi od brudnej roboty, gdyby nie fakt, iż daleko im do chłodnego profesjonalizmu i fachowości, a bliżej do grupy wsparcia. Osobiste animozje i ambicje. Własne, często sprzeczne z interesem reszty grupy, ukryte cele. I fakt, że ta sama grupa podjęła już wcześniej mało rozsądne decyzje w stylu wysłania Hulka w kosmos. Cóż… Jeśli tak wyglądać ma prawdziwa, otoczona złą sławą organizacja kontrolująca świat – nie musimy obawiać się żadnych NWO, globalnego ocieplenia, ataku Marsjan i przypuszczeń, iż Ziemia jest dyskiem.

#275. – Jonathan Hickman, Leinil Francis Yu – „Avengers: Nieskończoność”

Standardowy

Poprzedni tom o jakże zwiastującym tytule „Preludium Nieskończoności”, przyniósł ze sobą kolejne zmiany personalne w składzie Avengers. A raczej kolejne rozszerzenie kadr. Do grupy dołączyli bowiem Starbrand i Nightmask, a także niedawni oponenci grupy- Ex Nihilo i Abyss. Zdawać by się więc mogło, że takiemu teamowi nikt nie stanie na drodze. Że wystarczy sama wzmianka o nich, a każdy superłotr mający trochę oleju w głowie schowa się w najciemniejszy kąt. Lecz zagrożenie z jakim przyjdzie zmierzyć się Mścicielom będzie przerastało nawet ich. I kilka kosmicznych imperiów razem wziętych.

Do Ziemi zbliża się flota Budowniczych. Starożytnej rasy, odpowiadającej za kreację życia we wszechświecie. Przynajmniej jego części, bo ten kto zna uniwersum Marvela wie, że takich protoplastów było wielu. Inwazja ta nie byłaby pewnie dla reszty cywilizacji  szczególnym utrapieniem, gdyby nie fakt, iż owi Budowniczy niszczą wszystko po swej drodze. Szybko więc formuje się sojusz skupiający w sobie miedzy innymi Kree, Skrulli, siły Annihilusa, Spartax i ziemskich herosów spod wielkiej litery A. Zdawać by się mogło, że Budowniczy jedyne co mogą zrobić to przeprosić za zamieszanie i udać się w daleką podróż stamtąd, skąd przybyli. Nic bardziej mylnego. Antyczna nacja to twardziele, dla których owa koalicja to prymitywy, których można 

Hickman stale buduje napięcie. Gdy wydaje się, że znaleziono sposób na najeźdźców okazuje się, że były to liche nadzieje. Antyczna rasa to twardy orzech do zgryzienia dla zjednoczonych potęg, a co gorsza wydaje się, że kosmiczna ententa połamie sobie zęby na nim zęby. Ale zaraz ? Czy w składzie Avengers nie była przypadkiem Captain Universe, do której smaliłby cholewki zapewne sam Dr. Manhattan ? Ten kto liczy na wejście tej potężnej istoty w samym finale i zrobienia porządku ze swymi nieposłusznymi dziećmi, bo nimi są dla niej Budowniczy, nieco się przeliczy. Lepiej za to zwrócić więcej uwagi w stronę Ex Nihilo. Mimo oddalenia od frontu, będzie miał niebagatelną rolę do odegrania już po konflikcie. 

Leinil Francis Yu nie bał się szaleć w przedstawianiu kosmicznych potęg. Ogromne floty w pełnym chaosie walki, pojedynczy bohaterowie walczący z coraz to nowym zagrożeniem. Coraz nowym gdyż dla zapominalskich- zaraz po ataku Budowniczych następuje inwazja w wykonaniu sił Thanosa. I nie sposób przegapić nowej fryzury Captain Marvel, dzięki której panna Denvers mogłaby być wzięta za siostrę pewnej nacji wojowników z legendarnego anime. 

Podsumowanie: Jak wspominałem przy okazji „Nieskończoności”, cały event powinno się przeczytać mając przed sobą trzy około- mścicielowe tytuły pióra Hickmana. Tworzą one rozległą, lecz spójną i niezłą historię dla osób chcącym na kartach jednej historii poznać zobaczyć nie tylko Mścicieli, ale lwią część uniwersum Marvela. A jako, że wojna z Budowniczymi przeplata się z wątkiem z „Nieskończoności” można spodziewać się pierwszych zwiastunów sił Thanosa.

#274. – Jonathan Hickman, Jim Cheung, Jerome Opeña, Dustin Weaver – „Nieskończoność”

Standardowy

Prowadzący serie „Avengers” i „New Avengers” Jonathan Hickman nie należy do zwolenników kameralnych historii, skupionych na garstce postaci i jednym, jedynym przeciwniku. Cała afera związana z Budowniczymi sama w sobie była potężnie rozbudowanym crossoverem angażującym wszelkiej maści grupy, a nawet kosmiczne cywilizacje z uniwersum Marvela. Autor poszedł jeszcze dalej. Gdy wydawało się, że przeciwnik został pokonany i wszyscy mogą odetchnąć z ulgą pojawia się nowy wróg. I to nie byle jaki, bo sam Szalony Tytan- Thanos.

„Infinity” fabularnie zazębia się z wspomnianymi „Avengers” i „New Avengers”. Ale aby w pełni zrozumieć motywację Thanosa i cel jaki sobie obrał radzę sięgnął po komiks pióra Jasona Aarona- „Thanos powstaje”. Wracając jednak do fabuły „Nieskończoności”. Oto gdy sprzymierzone siły przybywają na Ziemię zostają ją oblężoną przez siły Thanosa. Superłotr na skalę kosmiczną przybył na Niebieską Planetę wykorzystując nieco nieobecność sporej części herosów, lecz jego przybycie tak naprawdę było tylko kwestią czasu. 

Warto na chwilę zatrzymać się na Cull Obsidian, czyli Czarnym Zakonie. Grupie istot, będących najbliżej Szalonego Tytana. W jej skład wchodzą: Corvus Glaive, Proxima Midnight, Ebony Maw, Black Dwarf, Supergiant. Każde z nich zdolne jest mierzyć się z największymi i najpotężniejszymi herosami jak Hulk, Doktor Strange czy Hyperion. Każde też jest ślepo oddane Thanosowi. A skoro mowa o nim samym. Nie mając w ręce lub na ręce żadnego artefaktu czyniącego z niego boga, nie odpuszcza, a swoimi działaniami budzi postrach na wielu planetach. Nic dziwnego- jego danina jest godna samego biblijnego Heroda. 

Hickman serwuje nam kilka naprawdę pięknych momentów. Pojedynek Black Bolta i Thanosa, „kapitulacja” Thora czy konfrontacja Strange’ a i Ebony Maw to coś niezapomnianego. Filmowcy powinni brać przykład jak napisać dobry scenariusz ze sporą ilością fajerwerków i nie popaść w nadmierny infantylizm.

 Opeña i Cheung, z naciskiem na tego drugiego, mieli nie lada orzech do zgryzienia. Kosmiczne batalia, stanowiące lwią część komiksu nie były łatwym wyzwaniem, ale rysownicy poradzili z nim sobie dobrze. Tylko dobrze, gdyż czasami nie umiałem pozbyć się wrażenia, iż na jednym kadrze starano się upchnąć jak największą ilość kosmicznego latadła. Inaczej ma się sprawa z Thanosem. Wszyscy wiedzą, że to kawał bydlaka, a z twarzyczki nie przypomina Adonisa. Ujęcie jego uśmiechniętej paszczęki naprawdę powoduje ciary. 

Na chwilę jednak odpuśćmy Thanosowi i skupmy się na Budowniczych. Bo oni są zapalnikiem wszystkiego. W końcu nawet Szalony Tytan nie jest tak szalony, aby otwarcie rzucać się na planetę, na której już dwa razy dostał bęcki. Rasa ta to nie byle kto- jednoczy Skrulli, Kree, Annihilusa i całą kosmiczną ferajnę Marvela. I do tego przez sporą część eventu dominuje ów alians. Ale o nim nieco więc w „Avengers; Nieskończność”.

Podsumowanie: Zdawać by się mogło, iż to kolejny crossover Marvela. Pretekst by nieco namieszać, lecz tak naprawdę nic za sobą nie niosący. „Infinty” nie zmieniło tak wiele jak „Wojna Domowa” czy „Ród M”, można wręcz powiedzieć, że przy całym swoim huku przyniosło dość nieproporcjonalne do niego efekty. Może to i lepiej ? Kawał solidnej przygody, po której zamiast chaosu i braków kadrowych wśród herosów pozostaje względny spokój, imperia się jednoczą, a trykociarze mogą na krótką chwilę odsapnąć. „Nieskończoność” to komiks pełen akcji, najlepiej smakujący z innymi tytułami spod szyldu tego wydarzenia, również autorstwa Hickmana. Marvel zrobił psikusa czytelnikowi sporą objętościowo historię na trzy osobne tytuły. Ale dla tekiej bitki… Warto. 

#255. – WKKM #96 – Matt Fraction, Stuart Immonen – „Sam strach” t.2

Standardowy

Akcja z pierwszego tomu „Fear Itself” nabiera tempa. Bohaterowie przegrywają z minuty na minutę. Godni okazują się być przeciwnikami naprawdę, jak sama nazwa wskazuje, godnymi. Na dodatek owa banda ma wpływ na społeczeństwo, a im ono bardziej niestabilne tym bardziej Wąż rośnie w siłę. Tymczasem Odyn zbiera się do szturmu i nie wygląda na to, że będzie to chwalebna odsiecz dla ludzkości. 

Stark udaje się na małą audiencję do Wszechojca Odyna. Jak to Grimnirem bywa, początkowo kręci brodą, ale po chwili przypomina sobie o swoim synu. Nie będzie wielkim spoilerem jeśli powiem, że herosi dostali od patrona wisielców mały power up. Jako miłośnik wszelakich alternatywnych strojów byłem zadowolony widząc choćby Iron Mana w zbroi stylizowanej na Destroyera. 

Ciekawym dodatkiem jest zeszyt „Fear itself 7.1: Captain America”. Stworzony przez Eda McGuinnessa i Butcha Guice . Jak łatwo się domyślić wszystko kręci się na linii Steve Rogers- Bucky, ale w dość nieoczekiwany i zaskakujący sposób. W tym przypadku, gdyby głębiej się zastanowić nad Winter Soldierem można lekko zachichotać wobec nieustannej ironii losu jaka go spotyka. I jeszcze jeden wątek godny wspomnienia. Dotąd Odyn traktował po macoszemu swego gromowładnego syna. A to że broni Midgardu i kuma się ze śmiertelnikami, a to że nie ma go wiecznie w Asgardzie i komu on odda tron, bo chyba nie temu Lokiemu, co mu jedynie psoty i panowanie nad światem w głowie… Tutaj Wszechojciec nadal nie jest typem wzorowego tatusia z reklamy, ale okazuję krzynkę uczuć. 

Obok Immonena pojawił się wspomniany Butch Guice. O ile główny rysownik prezentuje raczej standardowy, nie wyróżniający się jakoś szczególnie styl, o tyle Guice tworzy coś ciekawszego. Technika kolażu, o niebo lepsze od Immonena kadrowanie, gra światłem i cieniem, realistyczna, lecz jednocześnie zamglona kreska. Styl ten podoba mi się bardziej, jednak w pełnych akcji wydarzeniach, które ilustrował Immonen, to jego kreska jest bardziej adekwatna. 

Podsumowanie: Powszechnie słabo oceniony crossover, jakim jest „Sam strach”, okazał się moim zdaniem dobrym komiksem. Jak to bywa w przypadku tak dużych eventów dominuje akcja, występują stada postaci, a reperkusje są pozornie szokujące. Pozornie bo często zdarza się, że wszelkiej maści zmiany z czasem wracają do swego stanu pierwotnego. Fraction nieźle poradził sobie z mitologizacją historii. Złoty środek między popkulturowym przekazem, a uszanowaniem nordyckich wierzeń został zachowany. Postać Węża ma potencjał i chciałbym zobaczyć w Marvelu nieco więcej Asgardu. 

#252. – Jonathan Hickman, Steve Epting – „New Avengers: Wszystko umiera”

Standardowy

Pojęcie „grupa, która trzyma władzę” jest nader niepokojące. Masoni, Iluminaci czy inne Trybunały Sów pobudzają wyobraźnię zwolenników teorii spiskowych i ludzi lekkiego pomyślunku niezależnie od szerokości geograficznej. Mądry bowiem wie, że nie da się ugasić Słońca szklanką wody. Takie teorie te nie mogły nie mieć swego odzwierciedlenia w komiksie . I tak powstała grupa, o zgrozo, Iluminati. W jej skład wchodzą: Iron Man, Black Panther, Doctor Strange, Reed Richards, Charles Xavier, Black Bolt i Namor Submariner. A jako bonus Kapitan Ameryka. 

Tym razem nie chodzi o pewnego zielonego koleżkę, ze słabą składnią i skłonnościami do niszczenia mienia publicznego. Iluminaci nie wysyłają więc nikogo w kosmos. To kosmos idzie do nich. A konkretniej- obcy, alternatywny kosmos. Pierwszy człowiekiem, który ma okazję go poznać jest T’Challa. Ciężar korony Wakandy znów daje o sobie znać, a tajemnicza Black Swan nie budzi ufności Panthera. Kobietę jednak udaje się uwięzić, ale to co ma do przekazania nie jest zwiastunem radości i prosperity. 

Jeden ze światów uległ przedwczesnej zagładzie. Nie miałoby to wielkiego znaczenia dla innych, gdyby nie spowodowało to reakcji łańcuchowej, mogącej rozdupcyć je wszystkie. Reed Richards i spółka czują się odpowiedzialny za ocalenie świata. Iluminaci z radami i pomocą Black Swan rozpoczynają misję ratowniczą. Zanim jednak sięgną po odpowiednie gadżety muszą uzupełnić szeregi. Charlie X gryzie glebę, lecz na jego miejsce wskakuje Beast. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że futrzak nie pasuje do wiecznie sprzeczającego się kółka panów o wielkiej władzy. Zgryźliwy Namor, wertujący mroczne księgi Strange, Black Panther i Black Bolt myślący o interesach swych ludów i duet Stark/ Richards. Czyli ci, którzy przyczynili się do „Civil War”.

Steve Epting rysuje wszystko w dość mrocznych barwach, bo i fabule daleko do sielanki. Zagłada jest bliska, co widać od pierwszych stron komiksu. Ogrom planet i wydarzeń przytłacza tak jak miał. Na linii scenariusz- rysunki jest więc piękna harmonia. Nie można oczywiście nie pochwalić okładek autorstwa Jocka.

Podsumowanie: Hickman lubuje się w pompatycznych wydarzeniach z udziałem herosów. Tym razem nie jest inaczej. Groźba kolizji, a w efekcie destrukcji wszystkich wszechświatów, Rękawica Nieskończoności, Galactus, podejrzana księga Strange’ a- to tylko niektóre z rzeczy i zjawisk występujących na łamach „Wszystko umiera”. Komiks trzyma w napięciu, mam wręcz wrażenie, że fabułę spokojnie można było by nieco rozciągnąć i więcej wyjaśnić, zbudować klimat. Ale jest dobrze, tym bardziej, że wszystko kieruje się w stronę „Infinity”. 

#248. – Rick Remender, John Cassaday, Laura Martin, Oliver Coipel – „Uncanny Avengers: Czerwony cień”

Standardowy

Uncanny Avengers - 1 - Czerwony cień

Są czarne charaktery, które mimo swojej podłości, są fascynujące, skupiają większość uwagi i co tu dużo mówić, są po prostu lepsze od postaci pozytywnych. Komu nie imponował Darth Vader ? Któż nie czeka na ponowny powrót Jokera do Gotham ? I czy Thanos, mimo niebagatelnej skali terroru, nie jest postacią interesującą ? Ale są przypadki, gdy postać teoretycznie spełnia wszelkie cechy by być „dobrym” złoczyńcą. Red Skull należy właśnie do takich. Lecz dla mnie jest on wcieleniem najplugawszego zła w całym uniwersum Marvela. Ma łepetynę nie od parady, jest całkowitym zaprzeczeniem herosa idealnego, czyli Kapitana Ameryki, a na dodatek ma skłonności do heilowania. Nie da się go lubić. Ale czy właśnie silne emocje związane z danym bohaterem, nieważne czy pozytywne, czy negatywne, są wyznacznikiem tego, że jest ona wiarygodna i dobrze skonstruowana ?

Po wojnie X- Men i Avengers, śmierci Xaviera i odrodzeniu się gatunku homo superior w społeczeństwie zaczynają się rodzić niepokoje. Na tyle silne, iż niektórzy mutanci tracą życie z powodu nienawiści międzygatunkowej. Kapitan Ameryka mając w pamięci słowa Cyclopsa, które udowodniły, że nawet on, symbol Amerykańskiego Snu jest ignorantem, pod względem spojrzenia na kwestię mutantów.

Dobry Kapitan postanawia więc stworzyć grupę herosów łącząca w sobie społecznie ubóstwianych członków Avengers i żywiących odwrotne uczucia X- Men. Na dodatek sam nie staje na czele, a wpycha na czoło grupy Havoka. Brata Scotta Summersa, który jeszcze niedawno wywołał dość sporą aferę z pewnym Feniksem. Osobiście postać Alexa Summersa zawsze wydawała mi się dobrym drugoplanowcem, bez szans na skok do pierwszego rzędu. Remender sprawnie awansował brata Cyclopsa, któremu przyjdzie dowodzić dość dziwną gromadką. Skłócone panie dadzą o sobie znać…

Red Skull dokonał czynu, który jest zaiste godny komiksowego psychopaty i nazisty w jednym. Pamięta ktoś U- Men z „New X- Men” ? Odwieczny wróg Capa postanowił pójść w ich ślady i wypożyczył sobie mózg Charlesa Xaviera. Dosłownie. Biedny Charlie ledwo co spoczął w grobie, po śmierci z rąk swego wiernego ucznia Cyclopsa, a tu proszę- sekcja zwłok w stylu doktora Mengele, z kradzieżą godną jego rodaków i dzieł sztuki. Remender nieco zbezcześcił mit Xaviera, wielkiego mentora X- Men i ideologa pokojowego współistnienia mutantów i ludzi. Ale czyż szok to nie najlepsza metoda ? Głośno było również o przemówieniu Havoka. Scenarzysta nieco przeinaczył słowa i wyszła większa afera o podłożu bardzo politycznie niepoprawnym…

Za oprawę wizualną odpowiedzialny jest w większości John Cassaday. Autor znany z „Astonishing X- Men” Josa Whedona serwuje nieco niezłą porcję mózgowej makabry. Potyczka z Red Skullem w centrum NY łączy w sobie standardową, widowiskową batalie z udziałem herosów, z brudną uliczną burdą. Zdolności, na szczęście nie bez ograniczeń, największego telepaty w rękach indywiduum jak herr Shmidt. Pojawia się też Oliver Coipel, odpowiedzialny za rysunki w ostatni zeszycie. Laura Martin zaś spisała się przy nakładaniu kolorów. Szczególnie w wizualizacjach nowych umiejętności głównego antagonisty.

 Podsumowanie: Remender sprawnie połączył to co najlepsze w X- Men i Avengers. Po dość burzliwym okresie pomiędzy drużynami nadchodzą czasy pokoju. Ale zawsze znajdzie się ktoś, kto stanie stoi na przeszkodzie spełnienia wizji Charlesa Xaviera. W tym przypadku- w bardzo dosłowny sposób.

#240. – Warren Ellis, Mike McKone, Jason Keith – „Avengers: Wojna bez końca”

Standardowy

Po sukcesie Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela na polskim rynku komiksowym nastąpił wielki wysyp wielu tytułów z różnych wydawnictw. Przodownikiem w wydawaniu coraz to nowych serii jest wydawnictwo Egmont. Jakiś czas co prawda nie tykało tytułów Marvela, ale w końcu odważyło się na pierwszy krok. „Avengers: Wojna bez końca” to dzieło będące już w sprzedaży jakiś czas. To ono było swego rodzaju pilotem dla reszty serii Marvel NOW!. Za scenariusz odpowiada nie byle kto, bo Warren Ellis, choć przyznam z bólem, że „Hellblazer” to to nie jest. Ale do rzeczy.

W jednym z bliskowschodnich kraików zestrzelony zostaje dron. Dość ciekawy, bo biomechaniczny. Co więcej- mitologiczny. Kapitan Ameryka i Thor mieli już do czynienia z ową kreaturą. ą. A potwór ów to nie kto inny jak Nidhogg . Uwięziony pod korzeniami Yggdrasila przeżerając się przez jeden z jego korzeni wydostaje się w jednym ze światów. Midgardzie. W międzyczasie amator korzonków drzew świata zdążył doczekać się dzieciaczków.

Mogłoby się więc wydawać, że Nidhogg i jego dzieciątka będą kolejną zmorą herosów w rodzaju Fing Fang Fuma czy bestii Mole Mana, lecz dzieje się inaczej. Bestia zostaje ujarzmiona. I to nie przez Hand czy A.I.M. , a przez szlachetne i prawe S.H.I.E.L.D. . Organizacji częstokroć współpracująca z Avengers ma przed nimi niemałe tajemnice. 

Do składu Avengers znanego z filmu dołączają Wolverine i Captain Marvel. Czemu wspominam o filmie ? Nie tylko dlatego, że na tylnej części okładki wypowiada się Clark Gregg, czyli filmowy agent Coulson Cały komiks ma w sobie coś z filmowego uniwersum Marvela. Nowoczesna stylistyka, dość jasny i przejrzysty scenariusz, ale też momenty pełne patetyzmu i ogólny klimat przypominający nieco pierwsze część „Avengers”. 

Historia jest opowiedziana bardzo dobrze i kupuje ją. Coś jest nie tak natomiast z rysunkami. McKone i Keith to nie amatorzy czy żółtodzioby. Ba ! Kolorysta był nominowany do nagrody Eisnera. Mimo to po prostu mam wrażenie, że rysunki i kolory po prostu hamują akcję. W bardziej stonowanych momentach są one perfekcyjne, ale w pełnych akcji kadrach coś nie gra… 

Podsumowanie: Historia ani nie wybijająca się za specjalnie, ani też nie nie będąca niskich lotów. Jako swego rodzaju próba w sam raz. Co prawda „Avengers” Hickmana czy „X- Men” Bendisa stoją półkę wyżej, ale jako osobna, dość zgrabnie ujęta, historia ta była najlepszym wyborem. Minął już jakiś czas od premiery tegoż albumu, seria Marvel NOW! się rozrasta, zresztą jak wiele innych serii wydawanych między innymi przez Egmont. A sam Tomasz Kołodziejczak zapowiada na 2017 pozycje Marvel Comics nie tylko z okresu po „Avengers vs X- Men”. Warto wpierw jednak zapoznać się z „Wojną bez końca” bo Ellis potrafi zaskoczyć. 

#236. – Jonathan Hickman, Nick Spencer, Mike Deadoto, Stefano Caselli – „Avengers: Preludium Nieskończoności”

Standardowy

Scenariusze Hickmana są napisane bez wątpienia z rozmachem. Tym razem nie skończy się na wewnętrznym konflikcie czy zagrożeniu narażającym na szwank wyłącznie Ziemię. Finalne efekty działań  Ex Nihilo są naprawdę poważne, a zarazem  tajemnicze. Bomby genezy są niedoskonałe, co powoduje pewne komplikacje., ale gdy wszystko jako tako zaczyna działać okazuje się, że żółty koleżka z Marsa sam nie miał do końca pojęcia do czego doprowadził. Sygnał poszedł daleko w przestrzeń, a odpowiedź będzie dramatyczna. Czas na kolejną rekrutację nowych członków.

Choć każdy zapewne wie, że i tak niedługi czas dzieli opisane tu wydarzenia od pojawienia się starego, dobrego Thanosa. Póki co, mimo pozornego chaosu, autor konsekwentnie buduje swoją wizję kolejnej, być może jednej z największych batalii Avengers. Takiej która może przerosnąć nawet tak zróżnicowaną ekipę.

Mścicielom przyjdzie mierzyć się między innymi z High Evolutionary i jego ciągotami do zrobienia z podopiecznych Hyperiona i Captain Universe bateryjek. Wielki Ewolucjonista to postać kojarząca mi się z F4 i jej dawnymi przygodami. Tutaj udowadnia, że wciąż jest ciekawą postacią. Innym oponentam na jakiego trafią herosi jest organizacja A.I.M. . Pszczelarze od zawsze niezmiernie mnie irytowali. Ich złowieszcze plany zawsze miały jakiś feler. Najczęściej taki, że członkowie ugrupowania okazywali się idiotami, a młot Thora i tarcza Capa najbardziej lubią  łby właśnie takich person. Tutaj pokazali, że niestraszny im nawet skład Avengers z Spider- Manem, Loganem i Hyperionem. Ich „dziecię” wydaje się na szczęście dość proste, a co za tym idzie nie do końca złe.

Bardzo lubię mądrze prowadzoną narrację. Nie jakieś tam nudne bla bla w stylu bajek wujaszka popijającego rumianek, ani zbyt luźnej, pozornie śmiesznej opowiastki w której narrator koniecznie jest głównym bohaterem i nie zgadaniecie. Jest arcygeniuszem i człowiekiem sukcesu lub przeciwnie- pechowcem który jest jednak ponad swe porażki i tych którzy do nich doprowadzają. Hickman jest na szczęście inny. Nadaje postaciom nieco poetycki, refleksyjny charakter. Autor wyróżnił w tym przypadku Hyperiona. Nowy nabytek Avengers to nie tylko mocarz równy Kal- el’ owi, ale też osobo elokwentna i ucząca się na swych błędach. Plusem dla HIckamana jest nadal to, że każda postać ma swoje pięć minut. Momentami to nieco dziwne, że tak długoletnie i ważne dla uniwersum Marvela postaci jak Pajęczak czy Wolverine mają tyle samo czasu antenowego co żółtodziób Smasher czy Manifold. Urzekła mnie scena walki z Terminusem. Thor w swoim najlepszym, prawdziwie boskim wydaniu. 

 

Rysownicy postarali się o kadrowanie. Dynamika i akcja sprawiają, że gdyby ktoś zechciał kiedyś zekranizować tę część przygód Mścicieli mógłby traktować komiks jako storyboard nie siląc się na przerabianie języka komiksu na obraz filmowy. Nieco odbiega od reszty Stefano Caselli. Włoski twórca ma nieco bardziej naznaczoną i twardą kreskę przez co przez pierwsze minuty wydawało mi się, że poziom ilustracji dramatycznie spadł. Ale ta odmiana ostatecznie okazała się pozytywna. A postać na okładce ? Czyżby Ex Nihilo zmienił płeć i zastąpił asymetryczne rogi uroczym porożem ? Nic z tego. Odpowiedź nadejdzie. :)

Podsumowanie: Może nieco przesadzam z fascynacją tym okresem w dziejach głównej grupy Marvela, ale podoba mi się ona w szczeniacki sposób. Spora ilość wspaniałych postaci, ogromna skala działań, nieodgadnieni przeciwnicy i zagrożenie które jest starsze niż ludzkość. To wszystko podane w czytelny i wciągający sposób. Bez sprowadzania na siłę wszystkiego do ultra- realizmu, bez wewnętrznych tarć, szokujących zmian- czyli bez tego wszystkiego do czego przyzwyczaił czytelników Bendis. Choć nie powiem, żebym i nim się nie zachwycał. 

#232. – „Kapitan Ameryka : Wojna bohaterów” (2016)

Standardowy

Gdy tylko usłyszałem, że „CIvil War” ma zostać zekranizowane oblał mnie zimny pot. Komiks Marka Millara i Steve’ a McNivena to dzieło mocno zakorzenione w komiksowym uniwersum Marvela. Wydarzenia w nim przedstawione miały swoje wieloletnie przyczyny. W filmowym uniwersum Marvela zaś grupa Avengers ledwo debiutowała, a jej liczebność jest dość skromna w porównaniu z oryginałem. Braciom Russo udało się jednak mnie zaskoczyć i co więcej, stworzyć dzieło które zdeklasowało film Zacka Snydera.

Ultron poszedł na złom. Skład Mścicieli poszerzył się o kilka osób, w tym Visiona i Scarlet Witch ( którą tutaj nazywają po prostu Wandą ). Kapitan Ameryka obejmuje dowództwo nad grupą. Herosi ścigają grupę pod przywództwem niejakiego Crossbones’ a. Wydawać by się mogło, że wszystko już wiadome. Ale nieoczekiwanie terrorysta ginie. Przy okazji powodując kolejny incydent sprawiający, że Avengers przestają być nietykalni. Na arenę wkracza bowiem generał Ross ( William Hurt). Ten sam który nie lubi Hulka, a w komiksowym uniwersum jest Red Hulkiem. Tutaj wymyśla dokumencik który daje mu faktyczną władzę nad działaniami Avengers. Jakie będzie miało to znaczenie w następnych częściach ? Zobaczymy. Póki co powoduje postępujący podział między herosami. I o ile Stark i Rogers jakoś by się dogadali to w przypadku nagłego pojawienia się Winter Soldiera nie mogą dojść do konsensusu. Główny badass’ em jest Zemo. I takie spojrzenie na tę postać mi się podoba. Bez ciepłej kufajki na głowie i kretyńskiego stylu bycia. Pozornie niepozorny, ale o wiele groźniejszy od Ultrona, sprytem i przebiegłością dorównujący samemu Lokiemu. 

Film ten ma sporo debiutów i poł- debiutów. Pierwszy raz okazję mają wystąpić Black Panther i Spider- Man. T’Challa w wykonaniu Chadwicka Mackie znakomicie oddaje charakter postaci. Honorowy, nieco heroiczny i nie stanowiący wyzwanie nawet dla Rogersa. Pajęczak zaś w końcu jest taki jaki być powinien. Nastolatek o nieco amatorskim podejściu do swej profesji, na dodatek w równym stopniu zafascynowany Iron Manem i Kapitanem. Tom Holland zaskoczył i dobrze oddał lekko kpiarski sposób bycia postaci. Gorzej z ciocią May. Marisa Tomei to aktorka zdecydowanie za młoda na tę rolę. I zdecydowanie nie jest ona tak skromna i nobliwa jak komiksowy pierwowzór. No i Ant- Man. W końcu miał WIĘKSZĄ rolę.

Nie mogę nie ulec przeświadczeniu, że filmowe wewnętrzne starcie Avengerów było bardziej  kułaczym bojem obrażonych na siebie kumpli niż faktycznym konfliktem. W powieści graficznej Iron Man i Kapitan Ameryka prali się po pysku do utraty uzębienia. Tutaj troszkę jeden poturbował drugiego, troszkę nakrzyczał i tyle. Ale po cóż komplikować ? „Wojna bohaterów” i tak przebija „Erę Ultrona” i swego konkurenta z filmowego DC. Bracia Russo potrafili wyczuć na ile mogą sobie pozwolić, a Cap i Iron Man nie musieli wypominać sobie imion matek. 

Sceny potyczek są widowiskowe. Finałowa bitwa liderów zwaśnionych stron ma więcej symbolizmu ( jak chociażby specjalnie przez twórców zwolniona scena nawiązująca do komiksu ) niż spektakularności, ale liczy się tu treść nie widoczki. Cieszę się, że twórcy do końca nie wcisnęli na siłę Thora i Hulka. Gromowładny i Sałata to zdecydowanie za ciężki kaliber. No i wiadomo, że staromodny bóg piorunów i antyrządowy doktorek poparli by stronę Rogersa co wywołało by sporą dysproporcję sił. 

Captain America Civil War

Filmowcy mieli też kilka ciekawych koncepcji oprócz świeżego spojrzenia na Zemo. Pupil Falcona o imieniu Redwing nie jest już żywym sokołem, lecz dronem. Relacja Visiona i Wandy zaczyna być podejrzanie bliska, ale póki co daleko jej do międzygatunkowego romansu co również nieco odróżnia świat filmowy od komiksowego. Jest po prostu nowocześniej ( tym razem nie w stylu Ultimate ) i nieco mniej skomplikowanie ( dużo mniejszy bagaż fabularny ). „Wojna bohaterów” obala więc tezę z którą jeszcze niedawno byłem zgodny, iż jeśli chce się ekranizować jakiś wielki tytuł komiksowy trzeba być wierny oryginałowi. Film pokazał, że komiks może być ledwie szkieletem na którym stworzy się równie dobre dzieło.

Podsumowanie: Jestem pozytywnie zaskoczony tym obrazem. Mimo, iż to coś kompletnie innego niż komiks całość prezentuje się bardzo dobrze. Kto wie ? Może dla niektórych nawet lepiej niż oryginał. Mniej przemocy, bratobójczych walk i ponurej refleksji. Więcej rozrywki, odrobinę charakterystycznego dla kinowego Marvela humoru i dobrego widowiska. Miła odmiana po mrocznym „Batman v Superman”. I klimatowa i jakościowa.