#266. – Dan Simmons – „Upadek Hyperiona”

Standardowy

Kontynuacja epickiej opowieści Dana Simmonsa. Pielgrzymi docierają do Grobowców Czasu, a tymczasem w pozostałej części galaktyki wrze. Stracie Hegemonii i Wygnańców coraz bliżej, a sprawy na Hyperionie nieco się komplikują. Dzierzba staje się nader aktywny, Rachel staje się coraz młodsza

Autor porzuca formę powieści szkatułkowej na rzecz zwiększenia dynamiki. Co wcale nie szkodzi książce. Retrospektywny charakter po raz drugi byłby odgrzewanym kotletem. Simmons udowadnia, że potrafi zaskoczyć, a nawet zaszokować. Niespodziewane zgony, które nie zawsze są zgonami stuprocentowymi, podróże w czasie, zamiany miejsc postaci, nieoczekiwane sojusze i zdrady- wszystko naraz może przytłoczyć kogoś lubującego się lekkich powieściach do poduchy. Tego kto jednak ceni porządne, wyważone SF potrafi

Mimo braku oddania głosu wyłącznie jednej postaci pisarz nie pozwala cofnąć się w cień ani jednej z nich. Mało tego. Do głosu dochodzą nowe persony. Pokaźną i kluczową rolę dostaje Meina Gladstone. Prawdziwa dama ze stali, która potrafi wziąć na swe barki odpowiedzialność polityczną. Powraca John Keats. W nieco bardziej oryginalnej wersji, a wraz z nim jego wybitna poezja. Dzierzbie zaś jest dane pokazać więcej swoje sukinsyństwa. Potwór okazuje się być istnym terminatorem podniesionym do tysięcznej potęgi, o dość sporym intelekcie i zamiłowaniu do zwyczaju, który praktykują pewne małe, niepozorne ptaszki, od których wziął się jego przydomek. I oczywiście Ummon. Potężne SI, które nie zaskakuje niezwykłą erudycją i sprawia wrażenie, że nie jest tworem sztucznym, a przedwiecznym. Niczym dawni bogowie.

Czytelnik ma też okazję poznać nieco lepiej świat zaprezentowany z tymże uniwersum. Ilość planet zwiększa się i akcja przenosi się z nich błyskawicznie. Z Pacem na Centralną Tau Ceti. Z CTC na Hyperiona. Z Hyperiona na Mare Infinitum. Lub na pewną planetę do złudzenia przypominającą Ziemię…

Lecz najmocniejszą stroną „Upadku Hyperiona” są zwroty fabularne. Niektóre są do przewidzenia, inne zaskakują. I nie są to wydarzenia w typie śmierci ulubionej postaci czy odkrycia, że ktoś jest czyimś tatą, a zmiany na naprawdę dużą skalę i komplikujące jeszcze bardziej i tak zagmatwane losy bohaterów.

Podsumowanie: „Upadek Hyperiona” nie cierpi na syndrom drugiego tomu, objawiający się wyraźnym spadkiem jakości historii. Nie jest też jego bliźniaczą kontynuacją, osiągającą sukces na kopiowaniu pierwszej części. Simmons buduje kompletnie inną narrację, narzuca szybsze tempo akcji, lecz fabuła i klimat nie spadają nawet o punkt. Zakończenie zwiastuje „Endymiona” i mam nadzieję na jak najszybsze jego pojawienie się na rynku, oczywiście z tej samej serii. 

#256. – Cordwainer Smith – „Drugie odkrycie ludzkości, Norstrilia”

Standardowy

Na samym początku słów kilka o autorze powieści. Cordwainer Smith, a właściwie Paul Myron Anthony Linebarger, to nie pierwszy lepszy pisarzyna wymyślający wampiry błyszczące w słońcu i inne ataki Marsjan. Autor ten był doktorem politologii na Uniwersytecie Johna Hopkinsa i doradcą samego prezydenta Kennedy’ ego. Służył w Korpusie Wywiadu Armii USA, był też doradcą wojsk brytyjskich na Półwyspie Malajskim. „Wojna psychologiczna” jego pióra była jednym z najbardziej poważanych podręczników wojskowości. Smith miał niewielki dorobek w dziedzinie literatury SF, ale to co stworzył prezentuje naprawdę wysoki i wymagający poziom. Uniwersum Intrumentalności to przeogromna i oryginalna wizja przyszłości, choć stanowi ona zaledwie skrawek twórczości Smitha/ Linebargera.

„Drugie Odkrycie Ludzkości” to zbiór opowiadań czasowo rozrzuconych na sporej skali. Od pierwszych, poważnych lotów w przestrzeń i kolonizacji, po rozwój społeczności ludzkiej po okresie pięknisiów. Gdy to ludzie stali się konsumentami, zaś wszystkie potrzebne do ich przetrwania czynności wykonywali podludzie. Zwierzęta „ubrane” w ludzkie formy. W większości przejawiające więcej cech ludzkich, niż własnych, ściśle gatunkowych. Wystarczy wymienić takie postaci jak Pi- Joan, Ka- Mell, O- Telekeli, aby zobaczyć, że niekoniecznie człowiek jest Koroną Stworzenia. Światy zamieszkałe przez ludzi są zrzeszone pod kuratelą Instrumentalności. Organizacji, przy której Imperium Palpatine’ a to samorząd osiedlowy. 

A co znajduje się w tej antologii ? Przepiękna, romantyczna opowieść „Dama, co Duszą żeglowała”. Przewrotne i zaskakujące „Jaki był złoty, jeju, jeju !”. „Ballada o zgubionej Ka- Mell” mówiąca o pewnej kotce. „Matki Hitton kotecki puchate” o dość oryginalnym systemie obrony planetarnej. I wiele innych, których żal wymieniać, gdyż lepiej jest poznać je osobiście, nie zaś bezcześcić czytając krótki opis. W powyższych i innych niewymienionych opowiadaniach ważna jest chronologia. Na szczęście na końcu tomu widnieje co i kiedy ma miejsce. A okres czasowy, jak wspominałem, jest nielichy. 

„Norstrilia” to powieść mająca miejsce w tym samym uniwersum. Tytułowa planeta to Stara Australia Północna. Nie bez powodu nazwana na cześć Antypodów. Jej mieszkańcy zdecydowali, a po troszku byli zmuszeni, przybrać żywot na modłę australijskich farmerów. Surowa planeta przyniosła jednak dość nieoczekiwane korzyści z jej zasiedlenia. Zamiast błękitu nieba i przepięknych łąk Norstrilijczycy otrzymali bowiem niezwykły dar. Chorobę o nazwie santaclara, która zaraziwszy ich owcę dawała drogocenny strun. Środek przedłużający życie, a właściwie czyniący niemal nieśmiertelnym. Wyobraźcie więc sobie ludzi o mentalności rednecka z ogromną fortuną, nieśmiertelnych i władających telepatią, bowiem tak ogólnikowo prezentuje się tutejsza społeczność. W tym ostatnim są jednak wyjątki. Rod McBan, pan i posiadacz Stanicy Zagłady ( urocza nazwa dla farmy, prawda ? ) nie umie ani młówić, ani syłuchać, czyli komunikować się telepatycznie.Jest więc swego rodzaju dziwadłem, a jedyna jego telepatyczna aktywność to dość zmasowany atak emocji, potrafiący ukatrupić. Zrządzeniem losu zdobywa staje się ona najbogatszym człowiekiem świata. Do jego majątku zalicza się również Ziemia. Gdy przybywa na swe włości wplątuje się w aferę z podludźmi, lordem Żestokostem, Ka- Mell i kontynuacją Drugiego Odkrycia Ludzkości. 

Pisarz żongluje stylami. Jest po prostu geniuszem, a przy tym nie gmatwa fabuły, tworząc spójny i jednolity świat. Bez specjalnego filozofowania, dywagacji, ale też bez laserków, gwiezdnych flot i kosmitów o planach inwazyjnych. Są za to koty pomagające podróżować w przestrzeni, kosmiczne żaglowce, wszelkiej maści podludzie o egzotycznej specyfice, lordowie Instrumentalności, którym do w większości do normalności daleko i mnogość innych wizji, zapadających na długo w pamięć. 

Podsumowanie: Smith to pisarz wymagający. Nie kreśli łatwiutkich w odbiorze scenariuszy, które po miesiącu od przeczytania znikają z pamięci jak kamfora. W „Drugim Odkryciu Ludzkości” stawia on na różnorodność, spajającą się w „Norstrili”. Relacja między ludźmi i podludźmi, ale przedtem sukcesywne zdobywanie przestrzeni kosmicznej, szereg niebanalnych pomysłów dla kogoś, kto pragnie czegoś więcej niż szybkie, dynamiczne SF. Znajdą się tu elementy space opery, cyberpunku, antyutopii i kilku innych literackich gatunków.

#251. – Dan Simmons – „Hyperion”

Standardowy

Literatura SF błędnie kojarzona jest z infantylną fabułą, wydumanymi, nieprzemyślanymi wynalazkami, które proszą się aż o jawny przykład naruszenia podstawowych dogmatów nauki. Gdy tak naprawdę to nurt o ogromnie szerokim horyzoncie twórczym. Nauki określane jako ścisłe i humanistyczne splatają się tu, tworząc opowieści o wielu poziomach. Tak właśnie jest w „Hyperionem”. Autor, samym już tytułem nawiązując do helleńskiej mitologii, tworzy opowieść niejednolitą, wciągającą, a jednocześnie nie posiłkującą się szybką akcją, fantastycznymi wizjami czy naiwną lekkością fabuły. Zamiast tego wrzuca odbiorcę w tygiel historii tak różnorodnych, jak różnorodne są jego postaci.

Wojna dla światów Hegemonii zbliża się wielkimi krokami. Oto odrzucone dzieci ludzkości, Wygnańcy, zmierzają ku planecie Hyperion, a im bliżej im do niej, tym bliżej do bardziej znaczących planet wspólnoty. Jedynym, choć nieco desperackim, wyjściem jest pewna tajemnicza pielgrzymka na zagrożoną atakiem planetę. Grupa osób, ulepionych z kompletnie innej gliny, udaje się na spotkanie z Dzierzbą. Mitycznym stworem zamieszkującym okolice Grobowców Czasu. Budowli istniejących naprzeciw klasycznemu nurtowi czasu, cofając się w przeszłość. Pielgrzymka odbywa się na potężnym drzewo- statku o nazwie Yggdrassil. Na jego pokładzie znajdują się kolejno: katolicki kapłan, żołnierz, poeta, detektyw, uczony, konsul. Na doczepkę na Hyperiona wybiera się również kapitan okrętu.

„Hyperion” napisany jest w formie powieści szkatułkowej. Każda z części przedstawia inny styl narracji. Każda z nich jest opowiedziana przez innego bohatera. Wszystko zaczyna się opowieścią kapłana. Ksiądz Lenar Hoyt to nie silny pasterz, a strachliwy pleban, który swoje już przeżył, zaś owe przeżycia mocno odcisnęły piętno na nim samym. Hoyt nie opowiada o sobie, lecz o swoim cichym idolu, księdzu Dure. Kapłanie, który był prawdziwym siłaczem wiary. Nie bojącym się przeciwstawiać Kościołowi mającemu swą siedzibę na planecie Pacem, odwołując się do idei Fausta Socyna. Ale nie znaczy to, że jest to jakiś zbuntowany księżulo z liberalnym odchyleniem. Wprost przeciwnie- Dure ma zadatki na wielką postać Kościoła. Niestety zostaje wyklęty i zmuszony do udania się na Hyperiona. A tam przyjdzie mu mierzyć się nie tylko z Dzierzbą, ale i z własnymi wątpliwościami dotyczącymi wiary. 

Druga historia należy do żołnierza. Fedmahn Kassad to podręcznikowy komando z wielką giwerą. Wyszkolony niczym sam Arnold w wyniku pewnych incydentów wojennych staje się wyklęty przez Hegemonię. Przypadkiem trafia na tytułową planetę, gdzie spotyka swą kochankę. Wcześniej obajwiającą mu się w wielu bitewnych zawieruchach. Upojne chwile w mgnieniu oka zamieniają się w koszmar, a pragnienie zemsty na Dzierzbie wznieciło na nowo ogień walki w sercu Kassada.

Poeta Martin Silenus, to ucieleśnienie cech antycznego satyra i artysty hołdującego Dionizosowi. Bawidamek, bogacz, pijak, a jednocześnie twórca, który z bólem tworzy dzieła mainstreamowe po to by móc zaspokoić swoje zachcianki. Ale to tylko fasadowy opis twórcy „Pieśni Hyperiona”. Silenus jest ostatnim człowiekiem urodzonym na Ziemi. Poprzez liczne hibernacje, kuracje paulsenowskie ( ichniejsze przedłużanie życia ) i rozmaite koleje losu liczy sobie kilka setek lat. Po części świadomych, po częście w uśpieniu. Poeta przybywa na Hyperiona po to, by dokończyć swój poemat zaczęty właśnie na nim, na dworze Smutnego Króla Billy’ ego. Dość ciekawa jest jego fascynacja Johnem Keatsem, biorąc pod uwagę jego relacje z Lamią. I jego wiara w to, że to on „obudził” Dzierzbę.

Detektyw Brawne Lamia to damskie ucieleśnienie detektywa z powieści noir. Harda, potrafiąca dać w szczękę i nie bojąca się ryzyka. Lecz jednocześnie ma w sobie pierwiastek kobiecości. Jej ojciec, będący wpływowym senatorem, zginął w tajemniczych okolicznościach, ale jego kontakty nie raz okazują się dla detektyw zbawieniem. Tak jak w przypadku sprawy cybryda Johna Keatsa. Czym jest cybryd ? To biologiczna istota z umysłem SI. W tym konkretnym przypadku jest to kopia słynnego poety doby romantyzmu. 

Uczony Sol Wientraub to spokojny naukowiec, żyjący i pracujący jako wykładowca uniwersytecki w Świecie Barnarda. Jego życie przebiega sennie i łagodnie, do czasu, gdy jego córka trafia na Hyperiona. I na Grobowce Czasu. Dziewczyna zapada na chorobę Merlina. Jej ciało młodnieje, cofając się w czasie, niczym tajemnicze budowle, które badała. Mijają lata, a bezskuteczne poszukiwanie remedium. Aż do czasu wyprawy na Hyperiona. Lecz na nią córka Sola leci w beciku. Pojawiają się tu motywy biblijne związane z patriarchą Abrahamem.

Sentymentalna i retrospektywna opowieść Konsula ma w sobie sporą dawkę prawdziwego romantyzmu, tęsknoty i romansu. W prawdziwym znaczeniu, bez otoczki jaka panuje w telenowelach i zdaje się, że przeniknęła do świadomości społeczeństwa. Dyplomata nie opowiada historii, lecz odtwarza nagranie swego dziadka. Człowieka, który w imię swej ukochanej, o imieniu Siri,  walczył o wolność Mau Przymierza. Planety- raju. Idylli, która miała nieszczęście znaleźć się w pod czujnym okiem biurokratycznej Hegemonii.

No i kapitan Yggdrassila- Het Masteen. Postać enigmatyczna i wielka niewiadoma wśród pielgrzymów. Jego historia nie została opowiedziana, ale on sam wpłynie dość silnie na dalsze losy podróżujących na spotkanie z Dzierzbą. Członek Zakonu Templariuszy, jak i cała ta struktura mają wręcz dziwne cele w pielgrzymce…

Kilka słów o samym uniwersum „Hyperiona”. Ziemię spotkała zagłada w wyniku eksperymentu kijowskiego. Próby stworzenia sztucznej czarnej dziury. Ludzkość nie skazała się jednak na zagładę, gdyż w tym czasie potrafiła dotrzeć dalej niż na swego satelitę. Niemałą zasługę w rozwoju ludzkości miały SI. Sztuczne Inteligencje z czasem odizolowały się od ludzi tworząc swego rodzaju frakcję, nazywaną przez ludzi Technojądrem. SI mimo odseparowania nadal kontrolowały liczne aspekty życia obywateli Hegemonii. Kłopot w tym, że ich siedziba była nieznana, a one same dawno przestały patrzeć na swych twórców z szacunkiem, co potwierdza wewnętrzny podział na frakcje, z których nie wszystkie są przyjazne.

Nie tylko bohaterowie prowadzący narracje są ciekawi. Arcyfascynującą postacią jest wymieniony już Dzierzba. Istota będąca poza czasem, a nawet, podobnie jak Grobowce Czasu, istniejąca wprost przeciw jego głównemu nurtowi. Dzierzba to wielki, metalowy łotr. Przerażający, nieludzki, demoniczny. Potwór, który nie jest bezmyślną bestią, ale czyny iście bestialskie są jego domeną. To zło kompletnie inne niż klasyczne przedstawienie istot piekielnych, czy nawet lovecraftowski Cthuhlu. Dzierzba jest obcy, a zarazem znajomy. Wie, czego pragną ludzie i czego się boją. Jest perfekcyjnym czarnym charakterem, momentami wręcz niepokonanym. 

Seria „Artefakty” obfituje w znakomite tytuły, ale dylogia Simmonsa wysuwa się na ścisłą czołówkę. Gorąca liczę na kontynuację w postaci „Endymiona” i jego drugiej części. Wszechświat według tego twórcy jest jednym z najciekawszych i najlepiej stworzonych jaki miałem przyjemność poznać.

Podsumowanie: Simmons nie tylko pokazuje, że pisać potrafi, tworząc kilka różnorodnych historii i postaci obok których nie da się przejść obojętnie, ale też mistrzowsko łączy dwa, zdawać by się mogło, odległe od siebie pojęcia. Nurt SF i mistycyzm dla laika są bowiem czymś kompletnie nie pasującym do siebie. Bo jak to tak ?- zapyta człek mający w rękach  ostatni raz książkę w czasach szkolnych- kosmity i legendy ? No nie może być… Ale wystarczy sięgnąć po tytuły, które nie zawsze mają swoją ekranizację, by przekonać się, że poprzez pryzmat wizjonerskich opowieści rysuje się błyskotliwe spojrzenie na realny świat i jego przyszłą drogę.

#224. – Christopher Priest – „Odwrócony świat”

Standardowy

Wizje społeczeństwa idealnego są niekiedy tak przerysowane i przesadzone, iż nawet Karol Marks podrapał by się po swoim pustym od socjalizmu łbie. Wyidealizowanie, nienaturalność zachowań społecznych lub po prostu taka ilość absurdów, że człowieka ściska w żołądku. Priest pokazał jednak, że społeczeństwo żyjące w dość ograniczonym środowisku i przestrzeni, działające w systemie kastowym i nie mające zbyt ambitnych celów może istnieć, jeśli odpowiednia je się obrabia. I nie chodzi tu o jakąś tajemną metodę manipulacji inżynierów dusz. „Odwrócony świat” to nie political fiction, a sprawna opowieść oscylująca na granicy SF i postapo. 

Miasto Ziemia to potężny ruchomy kombinat który przez nieustannie przed siebie. Goni ono za optimum. Punktem w którym… No właśnie co ? System cechów dzielący społeczeństwo Miasta na grupy skutecznie ukrywa prawdę o celu bezkresnej podróży. Nie jest to też podział niesprawiedliwy. Każdy z cechów ma swoją, ważną rolę. Torowi, Budowniczowie Mostów, Badacze Przyszłości i tak dalej. Każdy ma swoją cegiełkę w monolicie Ziemi.

Miasto toczy się i toczy po torach… A wokół ? Wokół żyją Tukowie. Przedstawiciele zazwyczaj lichych stanów najmowani do przekładania torów i wypożyczania kobiet. Priest rozwiązał tym samym problem każdej społeczności w izolacji. Świeży dopływ genów spoza miasta gwarantował zdrowe społeczeństwo. Kolejne pokolenie które toczyło się i toczyło…

Główny bohater nazywa się Hellward Brown. Poznajemy go w chwili, gdy mianowany zostaje na członka cechu Badaczy Przyszłości. Zanim to jednak nastąpi w pełni musi się nieco naharować w innych cechach. W tenże oto sposób autor przejrzyście pokazał zasady funkcjonowania różnych grup zawodowych na Ziemi. Oprócz z góry nałożonej na Browna przynależności do cechu Badaczy Przyszłości zostaje mu przeznaczona żona o imieniu Victoria. Jak dla mnie- jednak z nielicznych postaci wiedząca, że coś jest nie tak. Że system cechowy, ślimacza wędrówka miasta i wizja świata jaka jest promowana od lat mają drugie dno.

Priest znakomicie ukazał odrealnienie i dogmatyczne myślenie społeczeństwa Ziemi. Nic prócz wiecznej pracy w cechach, wyłapywania mieszkańców ziem przez które miasto przejeżdża w celach budowlano- rozpłodowych. Wieczny znój i robota w celu który jest trzymany w tajemnicy przed połową obywateli. Wszystko się jednak kiedyś kończy. Hermetyczność społeczna to kruche naczynie.

Podsumowanie: Pisarz stworzył idealne społeczeństwo w skali mikro. Jest w nim nieco utopii, ale okoliczności niejako usprawiedliwiają dość niezrozumiałe dla człeka żyjącego w otwartym świcie warunki. Do tego ta nutka steampunku. Podział na cechy, technologia, obyczajowość i samo wyobrażenie gargantuicznego konstruktu jakim było mobilne miasto mają posmak pary i żelaza. I ta przewrotność. Tytuł jak najbardziej adekwatny do treści

#208. – John Brunner – „Ślepe Stado”

Standardowy

Wizje teraźniejszości w drugiej połowie XX wieku nieco różnią się od obecnego stanu rzeczy. Wystarczy przypomnieć sobie deskolotkę i już człowiekowi smutno na duchu. Brunner który w latach 70 kreślił obraz skażonego, schorowanego świata w którym brud i choroby były codziennością, a śmierć z ich powodu niczym nadzwyczajnym nieco rozminął się z prawdą. Ale rodzi się tu pytanie- czy rozminął się z nią całkowicie, czy pomylił o kilka dekad ?

Świat trawi zagłada. Nie jest to żadne z wizji jego końca. Po ulicach nie chodzą zombie, choć niektórzy ludzie są niewiele bardziej żywotni. Niepotrzebna jest radiacja i zmutowane bestie. Wystarczą mutujące bakcyle które pod wpływem specyfików mających je zwalczyć tylko się na nie uodporniły. Wszystkim trzęsą wielkie korporacje. W tym trust Jacoba Bamberley’ a. Miliardera i przemysłowca który od czasu do czasu stara się być dobroczyńcą.

Sen z powiek spędzają trainiści. Ludzie którym stanowczo nie podoba się obedny, toksyczny świat i nie zamierzają czekać z założonymi rękami, aż ten utonie w odpadkach i epidemiach. Początek ruchowi dał Austin Train. Myśliciel, ideowiec, a przede wszystkim ktoś kto mówi prawdę. Bardzo niewygodną dla establishmentu. Prawdę o środowisku tak skrajnie wykończonym, iż ludzkość ma spore szansę dołączyć do dinozaurów. Jak łatwo się więc domyślić- jest typem dość niewygodny.

Na powoli upadający świat spadają co rusz nowe nieszczęścia. Koncern Bamberley’a wysyła do jednego z krajów trzeciego świata pomoc w postaci żywności. Która nie jest do końca tym na co liczyli wygłodzeni ludzie. Nutripon,  bo tak zwie się ów „specjał”, doprowadza ludzi do szaleństwa i powoduje tym samym rzeź. Podejrzenia spadają jednak nie tylko na koncern, ale na całe USA. Na dodatek w kraju Wuja Sama dzieje się coraz źle. Na tyle, iż nieszczęsny Nutripon być może będzie racjonowany Amerykanom. Epidemia spowodowała bowiem, że spora część ludności była niedyspozycyjna i gospodarka nie wyrobiła na zakręcie. A prezydent- idiota potrafiący mówić tylko pocieszającymi frazesami ani myśli o reformach ekologicznych. Swoją drogą pisarz poświęca dość mało miejsca prezydentowi Prexy’ emu. Postaci ciekawej w swej głupocie i zagadkowo łączącej w sobie patetyczny populizm prawicy i liberalny debilizm lewicy. Amalgamat najgorszych cech obu stron politycznej sceny. 

Ludzie liczą na cud. Na powrót Traina, który oficjalnie nie żyje. Na promyk nadziei zwiastujący lepsze, czystsze i bezpieczniejsze jutro. Bowiem trup ściele się gęsto i niespodziewanie. Śmierć w tym świecie to nie heroiczny zgon, a nagłe kopnięcie w kalendarza. Śmierć nie jest tu ponurą postacią z kosą, a nijakim chłopkiem który wali przypadkowo napotkanych ludzi ordynarnych obuchem przez środek czaszki. W sposób groteskowo głupi. Wręcz codzienny i przypadkowy.

Podsumowanie: Pozornie wizja Brunnera może wydaje się być nieaktualna. Mamy już połowę drugiej dekady XIX wieku, a środowisko nie jest nawet w jednej czwartej tak zniszczone jak w „Ślepym Stadzie”.Myślę, iż autor nie miał na myśli dosłownego zobrazowania przyszłości ( książka miała swą premierę w roku 1972 ), ale ostrzeżenie. Czas jednak pokaże czy proroctwo to nie okaże się prawda za kilka dekad lub stuleci. 

#166. – Walter Tevis – „Przedrzeźniacz”

Standardowy

Antyutopia to gatunek opisujący zazwyczaj daleką mniej lub bardziej przyszłość człowieka. Przyszłość pozornie wygodną, bezpieczną, zbudowaną na zgodzie i bezpieczeństwie. Czyli frazesach trafiających do zmęczonych życiem starców i durnych lewaków którym polityczna poprawność pomieszała we łbach ( w dupach zdążyli pomieszać już sobie sami… ). Cywilizacja bowiem to agresja. I czy nam się podoba czy nie polityka nie może być ciągłym kompromisem, a wszyscy ludzie sobie równi i braterscy. Dwa ostatnie określenia zresztą wykluczają trzecie słówko które zaśpiewują liberalne wymoczki- wolność. Ale ludzie to wygodne istoty. Lubią miękką kanapę, pełny bandzioch, parującą kichę na stolę i ohydne koncernowe piwo. Lubią tanią rozrywkę, łatwo przyswajalne treści które nie zmuszają ich do myślenia. Obowiązkiem więc władz jest kształtowanie świadomości i warunków dla ludu tak, aby nie popadali w lewacką malignę, ale tez nie rzezali się po łbach za drobną różnicę w światopoglądzie. Lecz władzę wybiera ów lud właśnie… Dlaczego wylewam swoje żale ? „Przedrzeźniacz” to właśnie dzieło traktujące o ludzkiej wygodzie i przedłożeniu geriatrycznych hasełek nad wolność i wszelkie aspekty rozwoju. To książka o zaniku podstawowych fundamentów społeczeństwa na rzecz politycznej poprawności, pseudo- wolności tak lansowanej przez liberałów i odrzucenie kultury i tradycji w zamian za otumaniające używki, programy rozrywkowe i politycznej poprawności rozrośniętej do tego stopnia, iż ogranicza normalne relacje międzyludzkie. I to nie te złe, ale zwyczajnie codzienne, skarlając je do zimnych hedonistycznych transakcji.

Robert Spofforth to android klasy 9. Najwyższej jaką stworzyła ludzkość. Paradoksalnie przewyższającej ją samą. O samym robocie pisałem nieco niżej, przytoczę więc tylko wątki fabularne. Spofforth odnajduje człowieka który potrafi czytać ( tak, w tej wizji świata ludzie stają się analfabetami, właściwie spory odsetek ludzi żyjących w krajach rozwiniętych jest albo pól- albo pełnym analfabetami już teraz). Nie jest on może mistrzem słowa, jednak ma potencjał. Faktyczny pan NY daje mu szanse rozwinąć nieco swe zdolności. Paul Bentley jest inteligentny i wraz z odkrywaniem kolejnych dzieł zaczyna… myśleć. Dotąd, jak reszta społeczeństwa, otumaniony soporami i używkami snuł się przez życie jak duch. Wraz z literaturą doznał swej rezurekcji. Diametralnie zmienia się jednak wszystko, gdy poznaje kobietę. Kobietę przez duże K. Jedyną w swoim rodzaju. Imię jej Mary Lou. Wolnomyślicielkę w pozytywnym tegoż słowa znaczeniu. Jak łatwo się domyślić oboje zbliżają się do siebie. I wtedy wkracza Spofforth. W rezultacie Bentley trafia do kicia, a Mary Lou pod opiekę robota klasy 9. Spofforth traktuje ją należycie. Dlaczego ? Tego na pewno nie zdradzę… :)

Obrazy kreślone przez pisarza  są szokujące. Ot chociażby wesolutkie dzieciaczki w ZOO i same zwierzęta. Fabryka na którą trafia Bentley. Wszystkie te samospalenia i powszechny haj mogą przyprawić czytelnika o smuteczek. Lecz jest nadzieja. Powrót do kultury, tradycji i szacunku wobec sztuki i pracy. Mówiąc ściślej- myślenie konserwatywne. Nie purytański konserwatyzm dawnej Europy który wtrącił ją w okowy obecnie panującego liberalnego zdziwaczenia, a zdroworozsądkowe myślenie z nutką kapitalizmu.

Wszystkie działania Spoffortha okazują się być jego jakże ludzkim marzeniem. Stara się on przypomnieć swoje poprzednie, ludzkie „ja” w nieśmiertelnej powłoce. Jest on duchem w maszynie. Niszczycielem ludzkości, a zarazem jej jedynym odkupicielem. Sam marzącym o zagładzie.

Czy można porównywać „Przedrzeźniacza” do „Roku 1984″ czy „Nowego, wspaniałego świata” ? Wszystkie te opowieści łączy jeden wspólny mianownik-  klęska moralna cywilizacji i powszechne zdurnowacenie. Technologia która nie służy już podbojowi, ale zaspokajaniu coraz bardziej nieskomplikowanych potrzeb. Potrzeb autodestrukcyjnych i przyziemnych jak paradokumenty w telewizji.

Podsumowanie: Myślę, że Tevisa można posadzić obok Huxley’a, Orwella czy Głuchowskiego pod względem bardzo wiarygodnego stopnia realizmu wizji przyszłości. Tevis wyraźnie pokazuje mechanizmy ludzkiego upadku, a raczej upadku cywilizacji jaką stworzył od czasów gdy pierwszy raz wylazł z jaskini. Ukazuje jak człowiek zapomniał o sobie samym i swej wzniosłości, tytule Korony Stworzenia co doprowadziło go do cyklu naćpania się, polania benzyną i podpalenia. Książka jednak nie jest tak pesymistyczna jak „Rok 1984″. Na końcu widać światełko w tunelu, które bynajmniej nie jest rozpędzoną lokomotywą.

#162. – William Gibson – „Trylogia Ciągu- Neuromancer, Graf Zero, Mona Liza Turbo”

Standardowy

William Gibson to czołowa postać nurtu SF zwanego cyberpunkiem. Czym jest cyberpunk? To pokrótce przyszłość nie tak odległa, oraz nie tak futurystyczna jak klasyczne SF. Istnieją wynalzaki znane nam dzisiaj w nieco nowszej wersji, dominującą rolę odgrywa Sieć, wypady w kosmos są najwyżej w naszym Układzie Słonecznym i stanowczą różnią się od wyobrażenia kosmicznych wypraw w stylu space- operowym, a bliżej im do naszych, częstokroć awaryjnych wycieczek poza Ziemię. Dużą rolę odgrywa tu genetyka, wszelkiego rodzaju biotechnologia ze swoimi wszczepami, ulepszeniami i upradge’ami organizmu ludzkiego. Społeczeństwo jest jeszcze bardziej kosmopolityczne, ze sporą dawką wpływów azjatyckich czy wszelkiej maści orientalnych ( czy to hinduskich, czy nawet arabskich )  naleciałości. Mówiąc krótko- świat jest już po liberalnej epoce multi- kulti, a wszedł w fazę globalnego rozmycia gdzie świadomość narodowa i kulturowa została zastąpiona świadomością korporacyjna i cyberprzestrzenną.

Neuromancer

Głównym bohaterem jest upadły kowboj cyberprzestrzeni Case. Upadły, gdyż za swą niesubordynację został okaleczony niemal wypaleniem systemu nerwowego co wykluczyło go z zawodu. Do tego uzależnienie od narkotyków i życie na krawędzi sprawia, że Case w niczym nie przypomina dawnego siebie. Pojawiają się jednak ludzie oferujący mu naprawę jego organizmu i intratną robótkę. Pojawia się tez kobieta o imieniu Molly. Która mimo pozornej delikatności jest prawdziwym killerem. Case jak i jego towarzyszka działają na zlecenie wątpliwej normalności Armitage’a, zaś za nim stoi SI nazywająca siebie samo Wintermute. Akcja wykracza poza granicę Ziemi, na jej orbitę, gdzie ród Tessier- Ashpool ma swoje włości o nazwie Freeside, a ich sposób dziedziczenia jest dosyć… kontrowersyjny. W to wszystko wplątani są również panowie wyznający ideologię rastafariańską.

Graf Zero

Opowieść podzielona na trzy wątki. Pierwszy z nich opowiada o cyberwiedźminie imieniem Turner, zajmującym się wykradaniem ludzi wielkim zaibatsu na zlecenie innych. Drugi to wątek początkującego kowboja cyberprzestrzeni Bobby’ ego Newmarka tytułującego się mianem Graf Zero. Warto wspomnieć, że jest on wilsonem- czyli totalnym żółtodziobem i laikiem w kwestiach w których myśli, iż osiągnął mistrzostwo. Trzeci wątek mówi o niejakiej Marly pracującej na zlecenie ultra-bogacza Josefa Vireka który ma niebezpieczne zapędy do uczynienia siebie nieśmiertelnym, a którego finansowe imperium jest jednostkowym ewenementem w świecie złożonych korporacji i firm. W opowiadaniu cyberpunkowym pojawiają się tez zupełnie niespodziewane dla tego gatunku zjawiska. Loa z wierzeń voodoo. I to w taki sposób, iż właściwie faktycznie można odnieść wrażenie, że Papa Legba czy Baron Samedi krążą gdzieś pod cyberprzestrzeni jak niezależne byty.

Mona Liza Turbo

Ta część łączy w sobie wątki z poprzednich w większą, niespodziewaną całość. Akcja znów się rozgałęzia. Ślizg Henry, zamieszkujący wraz z dwoma innymi personami opustoszałą fabrykę gdzie konstruuje swoje roboty w niemal artystyczny sposób. Angie Mitchell. Ta sama mała Angie którą ratował Turner. Mona- ćpunka, kobieta o niezbyt górnolotnym pomyślunku, dziewczę ulicy. Kumiko- córka jednego z szefów yakuzy, zmuszona do chwilowej emigracji do Londynu z powodu wewnętrznych tarć w japońskiej mafii. Pojawiają się echa z przeszłości. Molly/Sally, Bobby czy lady 3Jane.

Dodać trzeba, że Ślizg to dawny złodziej samochodów którego resocjalizacja polegała na uszkodzeniu pamięci krótkotrwałej w przypadku silnego stresu, co powoduje uczucie „teleportacji” w inne miejsce w innym czasie. Mieszkający z nim Ptasiek i Gentry to nie lepsze ananaski. Pierwszy z nich to ktoś w typie kowboja, lecz sam twierdzi, iż poszukuje kształtu, formy jaką reprezentuje sobą cyberprzestrzeń. Drugi to znerwicowany, nieco introwertyczny jegomość który pałęta się to tu, to tam po Samotni. Tytułowa Mona  to dama o lekkim sumieniu, i jeszcze lżejszym pomyślunku. Zafascynowana Angie Mitchell przypomina mi nieco dzisiejsze persony wierzące, iż paradokumenty to nie fikcja, a program Drzyzgi to publicystyka.

Gibson jest prawdziwym wizjonerem. Ot chociażby pomysł konstruktów- zapisów ludzkiej świadomości zamkniętej na nośniku. Spora część z nich jest świadoma wówczas, gdy się go aktywuje. Człowiek zachowuje swoją pamięć i osobowość, ale tkwi jakby w śpiączce z której jest wybudzany, gdy jest niezbędny. Dla niektórych to piekło ( Płaszczak), jeszcze inni traktują to jako przedłużenie życia ( Finn ).

Podsumowanie: Absolutna konieczność na półce każdego smakosza dobrej literatury, w szczególności takiego który ceni kawał niezłego sajfaja. „Trylogia Ciągu” to . Gibson ustawił poprzeczkę wysoko, wsprawiając, iż cyberpunk to nieco ambitniejsza dziedzina nurtu SF. Właściwie cały ten gatunek literacki to dosyć wysokich lotów sztuka, lecz pośród prawdziwych pereł znajduje się wiele, wiele szklanych falsyfikatów które swym pozornym, odpustowym blaskiem i łatwym do przełknięcia przekazem nieco przysłaniają takie arcydzieła jak „Trylogia Ciągu”.

Dr Oz