#270. – Pierwotny Scenarzysta, Mick Anglo, Garry Leach, Alan Davis, John Ridgway, Chuck Austen, Rick Veitch, John Totleben, Don Lawrence, Steve Dillon, Paul Neary, Rick Bryant – „Miracleman” t.1

Standardowy

Niewiele komiksów jest tak legendarne jak „Miracleman”. I to zarówno pod względem wartości artystycznej, jak i wydarzeń z nim związanych. Wszelkich przepychanek o prawa autorskie, zmian ich właścicieli, a nawet kontynuacji powyższego dzieła. Jakaż więc była ma radość, gdy Mucha ogłosiła, iż wyda ten tytuł w połowie bieżącego roku. Wydawnictwo nieco się spóźniło- ale warto było czekać.

Superbohater- to brzmi dumnie. Tę, nieco patetyczną, maksymę obalił pewien komiksowy scenarzysta z Northampton, słynący z dość kontrowersyjnych poglądów, szczególnie jeśli chodzi o ekranizacje własnych dzieł. To dlaczego ów twórca, uważany za jednego z najwybitniejszych w swej dziedzinie, nie podpisuje się pod tym dziełem to temat na inny tekst. Ale zapewniam- na pewno nie ze wstydu. Pierwotny Scenarzysta stworzył dzieło, w którym obala mit herosa Złotej Ery, udowodnił, że ubrany w trykot superbohater to też człowiek. Ze wszystkimi konsekwencjami tego stanu bytności. 

Michael Moran to czterdziestoparoletni mężczyzna, pracujący jako reporter- freelancer. Jest pod każdym niemal względem przeciętny, wręcz nijaki. Te cechy jeszcze bardziej uwypuklają się, gdy pod wpływem pewnych wydarzeń i magicznego słowa staje się Miraclemanem, którego pseudonim jest jak najbardziej adekwatny. Stanowi on bowiem ucieleśnienie stereotypu komiksowego herosa, a na dodatek ma loczek. Latający, kuloodporny, supersilny i tak dalej. Słowem- bohater idealny i umiejący nosić poprawnie bieliznę. 

Miracleman z czasem odkrywa swą genezę. Nie tak uroczą, jak mu się zdawało. Jego dawni stworzyciele jednak nie śpią i pragną, aby ich dziecię powróciło na ich łono. Przy okazji kilka słów o Rodzinie Miraclemana. Pierwotny Scenarzysta mistrzowsko rozwiązał lustrzane wręcz podobieństwo do Rodziny Kapitana Marvela z DC. Oprócz tytułowego bohatera w jej skład wchodzą nastoletni Young Miracleman i trzynastoletni Kid Miracleman ( ten drugi będzie miał nie lada znaczenie w przyszłości herosa ). Cała trójka dysponuje prawdziwą potęgą. Nic więc dziwnego, iż pewnego dnia stwierdzono, że swobodnie latające jednostki zdolne, każda z osobna, zniszczyć dowolną armię i się przy tym nie zasapać to duże zagrożenie. Na tyle, iż lepiej go się pozbyć. Ale jak to bywa w takich przypadkach- zamysł się nie spełnił, a zgon zaliczył tylko jeden członek Rodzinki Cudoludzkich. Po latach dwaj ocaleni trykociarze budzą się ze snu. O Miraclemanie wspominałem. Jego nieformalny „brat” to już inna para kaloszy…

Parafrazując słynną maksymę Hitchcocka, początek „Miraclemana” jest widowiskowy, a dalej jest już jeszcze bardziej monumentalnie, epicko, kosmicznie i, co tu mówić więcej, superbohatersko. Pierwotny Scenarzysta ma rozmach i kreśli jednocześnie fabułę w logiczny, nie wydumany z braku wiedzy sposób. Wątki SF przeplatają się z mitologią, odniesienia do popkultury, realnie istniejących postaci z filozoficznymi tezami. Klasyczne superbohaterstwo ze swoim blichtrem i naiwnością, z superbohaterstwem po- strażnikowym. A w tym przypadku, przed- strażnikowym.

Pierwotny Scenarzysta pozwala sobie tu na naprawdę nietzscheańskie dywagacje. Jego heros to nie malowany chłop gaszący pożary podmuchem, a istota będąca spadkobiercą mitologicznym bóstw. Można by rzecz- bóg ery atomowej. Ktoś, kto w pewnym stopniu zjednał dwie, zwaśnione, kosmiczne cywilizacje. Ktoś, kto jest ojcem pierwszej ludzko- boskiej istoty w dosłownym tego słowa znaczeniu. I wreszcie ktoś, kto dał początek nowej rasie ludzkiej. Superludzkiej. 

Rysownik jest tu niemało. Najbardziej charakterystyczne i zapamiętałe z tego komiksu są sceny Londynu po masakrze jaką dokonał na nim Bates i scena narodzin córki Miraclemana. Prócz nich występuje szereg innych plansz, udowadniających, że nie jest to komiks dla niedzielnych fanów, którzy kręcą nosem, gdy dana powieść graficzna „ma mało stron”. Brutalność, dosłowność, czyli po prostu pieczołowity realizm. Praca całej gromady rysowników sprawiła, iż zamysł i wizja Pierwotnego Scenarzysty została przedstawiona idealnie. 

Podsumowanie: „Miracleman” to nieco inne spojrzenie Pierwotnego Scenarzysty na pojęcie superbohaterów, niż „Strażnikach”. Tutaj autor skupia się bowiem bardziej na mitologicznej roli herosa i odpowiada na pytanie- co by faktycznie stało się, gdyby Superman istniał ? Nadaje głównemu bohaterowi z jednej strony bardzo ludzką osobowość, dbającą o żonę i córkę ( o którą to jednak dbać nie musi… ),  starającą się prowadzić normalne życie. Co z czasem okazuje się mrzonką i oszukiwaniem samego siebie. Zgodnie z tym co pisał Joseph Campbell- przeznaczenie prędzej czy później wezwie każdego herosa na jego właściwą ścieżkę.

Takie tam z Londynu…

#262. – Alan Moore, Alan Davis – „Captain Britain: A Crooked World

Standardowy

Wielka Kolekcja Komiksów Marvela, a raczej wydawnictwo za nią odpowiedzialne, ma kilka istotnych wad. Hachette podchodzi do czytelnika po macoszemu, czego efektem jest brak jakiejkolwiek sensownej komunikacji. A to z kolei daje brak możliwości choćby szczątkowego wyboru tytułów wydawanych w ramach serii. I tak naszą piękną Ojczyznę ominęły takie tytuły jak „Warlock”, „Howard the Duck” czy właśnie historia z Kapitanem Brytanią autorstwa dwóch Alanów- Moore’ a i Davisa.  Same już nazwisko tych dwóch autorów są ogromną rekomendacją dla powyższego tytułu. Którego główną postacią jest słabo znany w Polsce heros, a który, mimo oczywistych skojarzeń, jest kimś zgoła innych niż równy mu stopniem kolega zza Atlantyku.

Słów kilka o Kapitanie Brytanii. Najłatwiej go ukazać na różnicach dzielących go z Kapitanem Ameryką. Steve Rogers to połączenie hartu ducha, ideałów amerykańskiego snu z domieszką serum superżołnierza, promieni Vita. Do tego strój w narodowe barwy i tarcza. Brian Braddock, gdyż tak zwie się brytyjski heros, ma nieco bardziej magiczną genezę. Uciekając z laboratorium, które zostało zaatakowane przez Reavera, trafia na zbiorowisko dość osobliwych kamiennych budowli w stylu Stone Henge. Osobliwych, gdyż na terenie gdzie się znajdowały zamieszkiwał duch Merlina. Arturiański mag stawia Braddocka przed wyborem, którego musi dokonać między dwoma, potężnymi artefaktami- Mieczem Mocy czy Amuletem Prawości. Zamiast ostrza naukowiec wybiera biżuterię. I tak oto powstaje Kapitan Brytania. Heros o nadludzkich zdolnościach, mający magiczny rodowód i również ubrany w kolory flagi.A cała geneza jest dość sprawnie opowiedziana przez Moore’ a ustami Merlina. 

W swojej historii Kapitan Brytania miał różne przygody. A to został przeniesiony w czasy króla Artura, gdzie pomógł pokonać Lorda Nercromona, a to znów został wysłany na Ziemię- 238. I od tego wydarzenia wychodzi już fabuła „A Crooked World”. Świat ten jest rządzony despotyczną ręką Szalonego Jima Jaspersa. Człeka, który nie przepada za trykotem i peleryną, mającego dość silne narzędzia do zwalczania osobników o zdolnościach nadprzyrodzonych. Przeciw niemu staje dość enigmatyczna kobieta, związana z ponadwymiarowymi siłami o imieniu Saturnynne wraz ze swoją grupą Avant Guard. Konsekwencje działań jej i Kapitania Brytanii będą spore, a ubrany z Union Jacka bohater pozna je dość boleśnie. 

W „A Crooked World” można odczuć pewien klimat orwellowski. Społeczeństwo superludzi zostaje wybite do nogi i nawet takie potęgi jak Major Tusker czy Miracleman ( tak, TEN Miracleman ) zostają zgładzone przez cybiota zwącego się The Fury. Początkowo bezwolna mieszanka technologii i biologii staje się nieco bardziej samodzielna, lecz to nie ona jest naczelnym czarnym charakterem.

Niezwykły jest tu główny antagonista. Szalony Jim Jaspers to mutant o sporych możliwościach wpływania na rzeczywistość. Do tego jest genialnym manipulantem, kimś kto potrafi ukazywać wiele twarzy i jest, zdawać by się mogło, niezatapialny. Podobne klimaty Moore serwował już w „V jak Vandetta” czy „Liga Niezwykłych Dżentelmenów: Czarne Akta”, ale tutaj mają one wymiar o wiele bardziej apokaliptyczny dla społeczeństwa superludzi. 

Alan Davis jest tu trochę inny niż w „Fantastyczna Czwórka: Koniec”. Jest bardziej psychodeliczny, pozwala sobie na nutki surrealizmu i  wprowadza nieco więcej dynamiki samymi kadrami. Konfrontacja albiońskiego herosa z Jaspersem zachwyca swoim odrealnieniem. Wyrwaniem herosa ze znanej mu rzeczywistości i rzucenie go w świat wykreowany przez jego wroga.

Podsumowanie: Warto czasem poszukać na zagranicznych serwisach tytułów z brytyjskiej WKKM. Dlaczego ? Bo Hachette to korpo- amatorzy. Przypuszczam, że jedyną przyczyną wydania tego i jeszcze innego tytułu z Kapitanem Brytanią w UK, był prosty fakt, że jest to jego ojczyzna. Wydawnictwo nie zwróciło uwagi na fakt, że tytuł ten mógłby być perełką w polskiej edycji, a już na pewno doskonałym zamiennikiem takiego gniota jak „Czarna Pantera: Kim jest Czarna Pantera ?”. Kto jednak wie ? Moze zdarzy się cud i zamiast dubli z egmontowskiego Marvel NOW! po tomie oznaczonym numerem 120 nastąpi wysyp dzieł z zagranicznych edycji kolekcji, pomieszany z dziełami Marvela nie wydanimi przez Egmont. Ale podobnie łudziłem się pod koniec pierwszej sześć dziesiątki.

PS: Za wszelkie domowe tłumaczenia niektórych nazw lub pseudonimów serdecznie przepraszam, ale w obliczu tłumaczeń jak „Łotr Jeden” czy „Legion Samobójców” mogę sobie pozwolić na lekkie nadinterpretacje i lingwistyczne nieścisłości. :D

Rzecz o… fenomenie „Strażników”

Standardowy

Roku Pańskiego 1987 powieść graficzna zmieniła swe oblicze. Dwaj mistrzowie pióra i narracji sprawili, że medium kojarzone z naiwnymi historyjkami o latających ludziach w pelerynach i trykotach stało się nośnikiem treści mogących konkurować z literaturą pisaną czy kinematografią. Tymi dwoma mistrzami byli Frank Miller i Alan Moore. I co więcej- nie stworzyli oni historii o tematyce oddalonej lata świetlne od świata superbohaterów. Po prostu stworzyli ten świat na nowo. „Powrót Mrocznego Rycerza” to osobna historia której warto pierw poświęcić recenzję. Teraz czas na „Strażników” Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa.

Ryt historyczny

Alan Moore umiejscowił akcję „Strażników” na przestrzeni lat od zakończenia II WŚ do drugiej połowy lat 80 w Stanach Zjednoczonych. Historia nie jest absurdalnie zmieniona, ani przestawiona powierzchniowo. Fakty są faktami. Te które uległy zmianie nie są czystymi dyrdymałami, a logicznymi konsekwencjami wydarzeń takich jak istnienie zamaskowanych stróżów prawa i istoty o boskich zdolnościach.

- Wojna w Wietnamie- Amerykanie wygrywają. A raczej wygrywa Dr Manhattan. W sumie nic dziwnego. Wyobraźcie sobie, że lezie na was dziesięciometrowy kolos jarzący się na niebiesko i rozbijający waszych kumpli na atomy. Każdy byłby wtedy Francuzem.

- Richard Nixon- prezydent którego karierę polityczną przekreśliła afera Watergate wygrywa trzecią, bezprecedensową kadencję. Co ciekawe zapowiada się, że wygra i czwartą. Nadal nie jest on wybitnym politykiem.

- JFK – Kennedy dostaje w czachę tak samo jak w rzeczywistości. W komiksie Moore’a i Gibbonsa nie jest powiedziane kto stoi za zamachem, ale w filmie pojawia się delikatna sugestia w stronę Komedianta. Gdy tymczasem w „Before Watchmen” Azzallero wyraźnie zaznaczył, że Blake i dynastia Kennedy’ch była w znakomitych stosunkach.

- Zimna Wojna- tutaj jest nie mniej zimna mimo przewagi USA. Za sprawą pewnego błekitnego indywiduum mogącego zastąpić arsenał nuklearny. Zegar Zagłady, który jest tu kluczowym motywem, niebezpiecznie zbliża się do dwunastki. Sowieci trzymani są w szachu, a gdy Manhattan wybiera się na Marsa chwilowe ich zluzowanie stawia świat na skraju wojny nuklearnej.

- Zabójstwo Kitty Genovese - mimo różnych wersji  faktem jest, że zbrodni tej dokonano przy wielu świadkach. Tłumaczenie, iż wyglądało to na niegroźną sprzeczkę jest nieco… wygodnickie ? W zestawieniu z Nixonem i resztę wydarzeń wydaje się być ono mikroskopijne, ale ukazuje znieczulenie społeczeństwa i realna potrzebę kogoś kto będzie obrońcą niewinnych ofiar. Do jej historii odnosi się Rorschach, który  całej ferajny i mimo pewnych cech najbardziej zasługiwał na miano superbohatera.

- Zagar Zagłady – w 1947 roku naukowcy stworzyli Zegar Zagłady. Instalację pokazująca jak blisko światu jest do atomowej apokalipsy. W komiksie jest za pięć dwunasta. Dla informacji- obecnie jest za trzy dwunasta. Motyw ten jest kluczowy i dość ciekawie pasuje do tytułu ( oryg: „Watchmen” ). Dave Gibbons w każdym z dwunastu tomów rysował zegar ze wskazówką powoli zmierzającą do godziny dwunastej i krwią ściekającą powoli w stronę czasomierza. Bardzo wymownie oddając treść fabuły.

To nie wszystko. Zaroka Świń, wyścig zbrojeń ( który ostatecznie zmienił Osterman ), wylądowanie na Księżycu to fakty historyczne odnotowane na kartach komiksu. Niektóre są zmienione, ale spora część pozostaje taka sama.

Prawdziwi Bohaterowie

Pisałem o tym na jakich schematach tworzeni są superbohaterowie. Alan Moore mocno w tej kwestii namieszał. Zsyntetyzował, odwrócił rolę, a jednocześnie bazował na niektórych klasycznych archetypach peleryniarzy nadając im nieco realniejszych linii. Pisarz już wcześniej uczłowieczył herosa w „Miracle Man’ie”, tutaj zrobił to z większym rozmachem i na bardziej społeczno- politycznym gruncie. Z superbohaterów zrobił ludzi, z człowieka – boga, a zarazem atut w wyścigu zbrojeń

Dr Manhattan - Człowiek wszechmogący. Jon Osterman ucieleśnienia wyobrażeń o nad- superbohaterze. Ale stare komiksowe powiedzonko głosi, że wraz z wielką mocą idzie wielka odpowiedzialność. W tym przypadku zbyt wielka, aby zachować swą ludzką dusze w pełni. Manhattan alienuje się coraz bardziej, postrzega rzeczywistość swoimi molekularnymi i kwantowymi miarami, a w końcu porzuca swą ojczystą błękitną planetę dla, jak to on ujął, swojej czerwonej. Mimo tej całej swej nadprzyrodzoności gdzieś w głębi pozostaje Jon’em Ostermanem. Te resztki człowieczeństwa pozwalają mu zakochać się w małoletniej Laurie Juspeczyk. A kilka lat później wraz z nią powrócić na Ziemię i dostrzec cud jakim jest życie. W dawnych wierzeniach ludzie wyobrażali sobie bóstwa odpowiadające za konkretny aspekt rzeczywistości. Bóg gromów, bóg wojny, bóg oceanów i tak dalej. Jeśli miałbym iść taką klasyfikacja Manhattan byłby bogiem atomu. Bogiem nuklearnym.

Rorschach -  Wyobraźcie sobie Travisa Bickle’a  z „Taksówkarza” Martina Scorsese z jego spojrzeniem na nocny Nowy York i cały jego brud. Stereotypowego detektywa z klasyków noir ze skłonnością do posępnych  monologów i popadania w kłopoty. I samotnika który ze szczyptą skłonności paranoidalnych. Oto Walter Kovacs. Dziecko kobiety lekkich obyczajów, nonkomformista i superbohater. Człowiek którego swoi uważają ze nie do końca poczytalnego, a który jako jedyny wyczuwa, że śmierć Komedianta nie była standardowym zabójstwem.

Komediant - Heros. Patriota. Weteran wojenny. Te określenia kojarzą się pozytywnie. Ktoś taki musi być dobrym człowiekiem. Autorytetem dla młodzieży i żywym nośnikiem odwiecznych wartości. Edward Blake to ktoś skrajnie inny. Wojak ze skłonnościami psychopatycznymi, degenerat i osoba jako jedyna widząca hucpę jaką są przebierańcy w prawdziwym świecie, a tym bardziej z zderzeniu z istotą jaką jest Dr Manhattan. Kapitan Ameryka w zwierciadle ponurej zimnowojennej rzeczywistości.

Nocny Puchacz II - Lekki pastisz Batmana. Nie tylko strój, ale cała otoczka z gadżetami, prywatnym futurystycznym pojazdem i tajną kryjówką nasuwały skojarzenia z klasycznym herosem DC. Mający mentalność skauta chodzącego po domach i sprzedającego ciasteczka różnił się natomiast od Wayne’a swoim niezdecydowaniem, rozwodnieniem. I może dlatego duet z Rorschachiem odnosił sukcesy, zaś panna Laurie porzuciła boga atomu dla nadwrażliwego bojownika o spraweidliwość

Ozymandiasz - Adrian Veidt to geniusz o wielkich ideach. Stanowczo wyprzedzających swoje czasy. Jedyna osoba który wykiwała samego Dr Manhattana, a zarazem położyła kres nadchodzącemu globalnemu konfliktowi, tym samym kończąc też Zimną Wojnę. Wielkiego ideowca, który za wzory stawiał sobie oryginalnego, egipskiego Ozymandiasza/ Ramzesa II i Aleksandra Wielkiego zapędził niemal w kozi róg pewien pozornie prymitywny żołnierz co zmusiło go do bratobójstwa, lecz w ostatecznym rozrachunku przyznał mu rację.

Jedwabna Zjawa II - Laurie Juspeczyk ( nasza, polska dziewuszka :)  ) to pozornie klasyczna ładna buzia w męskim gronie. Naprawdę postać która najbardziej wpłynęła na wydarzenia w komiksie będąc miłosną muzą Ostermana, córką Komedianta i kochanką Puchacza. Sama nieco nie zdawała sobie sprawy z roli jaką pełniła, ale niemniej była to postać kluczowa.

Bohaterowie Alana Moore’ a odbiegają daleko od tych znanych z dwóch wielkich wydawnictw. Samo „uratowanie” świata [rzez Ozymandiasza jest ludobójstwem, ale zarazem mniejszym złem. Czymś na co nie zdecydowaliby ani Superman, ani Kapitan Ameryka. Zresztą pokazuje to. Kovacs wie,

Co właściwie zmienili „Strażnicy” w wizerunku superbohaterów ?  To, że z lukrowanych i wyglancowanych efemeryd stali się spiżowymi postaciami z krwi i kości które nie zawsze są śnieżnobiałe. Nawet chwalebne czyny w jakich specjalizują się zamaskowani bohaterowie nie jarzą się tu blaskiem i dostojeństwem. . Veidt kopiując zdolności Manhattana w krwawy, ale skuteczny sposób, zapobiegł kolapsowi. Uratował świat od nieuchronnego konfliktu. Rorschach bezlitośnie zabija złoczyńcę i to nie bynajmniej w czysty i heroiczny sposób. Komediant nosząc kolory USA pali członków Wietkongu mając za sobą wsparcie Manhattana. A i ten nie jest miłosiernym Samarytaninem. Nie ma tu więc wielkich fanfar i grupy trykociarzy lecących nad wiwatującym tłumem. Są za to ludzie przebrani w kostiumy i ukrywający się za maskami. Ze swoimi lękami, obsesjami, fetyszami i grzechami. Do bólu prawdziwi. I nie zawsze bohaterscy.

Moore dał solidną fangę w nos naiwnej narracji Złotej Ery, odbrązowił zamaskowanych stróżów prawa i posadził ich w fotelach ludzi. PozZOlił czytelnikowi bardziej utożsamić się i wczuć w komiks. Lecz nie w sensie przebierania się w obcisłe stroje i latanie po dachach a la Kick- Ass, lecz zauważeniu, że czasem i Spider- Man ma problemy z dociągnięciem do daty wypłaty. Od czasu „Strażników”  klasyczni bohaterowie obu wiadomych uniwersów tworzeni są kompletnie inaczej. Nikt nie wpadł by na pomysł „Staruszka Logana”, „Kryzysu Tożsamości” czy „Wojny Domowej” bez Alana Moore’a. A mowa tu tylko o komiksie spod znaku maski i peleryny.

Strażnicy Początek

Krytykowany przez samego Alana Moore’a prequel oryginału. Z jednej strony DC liczyło na przyrost dolarów, ale z drugiej- zrobiło kawał naprawdę solidnej roboty. Brian Azzarrelo, Darwyn Cooke, Len Wein czy J. Michael Straczyński to duże nazwiska medium komiksowego. Niestety nie wszystkie komiksy są na równym poziomie. Ten z udziałem Karazynowego Korsarze jest… No właściwie nie wiem kto go dorzucił na siłę do reszty serii, ale pewnikiem zrobił to na zasadzie – u Moore’a były piraty to i u nas będą. Reszta historii jest natomiast co najmniej dobra. Ciężko jest jednoznacznie stwierdzić która z historii jest najlepsza. Darwyn Cooke stworzył w gruncie rzeczy smutną opowieść o losach Gwardzistów i buncie lat 60 w wykonaniu Laurie Juspeczyk. Azzallero ukazał mroczne strony bohatera wojennego Komedianta i ulicznego stróża porządku Rorschacha. Straczyński pokazał Dr Manhattana z nieco filozoficznej strony, zaś Nocnego Puchacza w bardzo klasycznej, komiksowej przygodzie choć trzymającej ducha reszty. Len Wein przedstawił Ozymandiasza jako błyskotliwego, genialnego człowieka będącego multimilionerem, superbohaterem i celebrytą. Gdzie jedna rola nie przysłaniała drugiej, jak ma to czasami miejsce u Starka i Wayne’a. Mimo fali hejtu i krytyki seria „Before Watchmen” była udana i stała tylko troszkę niżej niż pierwowzór. Choć dla niektórych takie stwierdzenie to zapewne herezja.

Film vs Komiks

Ekranizacje literatury wszelakiej częstokroć przynoszą fatalne skutki. A to autor tak zniekształci pierwotną treść, że jest ona bladym cieniem swego literackiego odpowiednika. A to znowu zachce mu się rewolty i powstanie karta kredytowa Batmana. Zack Snyder podjąwszy pracę nad „Strażnikami” w wersji kinowej rzucił się na głęboką wodę. Po pierwsze- wielu, w tym sam Moore, twierdzi, że ów komiks pełnię swej mocy i przesłania ma na kartach tegoż medium. Po drugie- „Strażnicy” to nie kolejna superbohaterska opowiastka do której wystarczy doczepić masę efekciarstwa i odpowiedniej promocji, aby wyszło całkiem zgrabne filmidło znoszące złote jaja z symbolem dolara.

Zack Snyder to sprawny twórca w kinie superbohaterskim. Jego „Człowiek Ze Stali” odniósł oczekiwany sukces, a zapowiadana premiera „Batman v Superman: Dawn of Justice” rozpala emocje. „Strażnicy” to jednak inna para kaloszy. Reżyser musiał mierzyć się z różnorodną narracją, specyfiką realiów i postaci Alana Moore’a. No i samą legendą i statusem jakie miało to dzieło w świecie komiksu. Moore, jak to ma w zwyczaju, nieco kręci nosem, a najbardziej ortodoksyjni fani idą w ślad za swym idolem. Będąc ogromnym fanem pisarza mimo to nie zgadzam się z jego krytyką. Zack Snyder podołał przeniesieniu komiksu na taśmę filmową. Co prawda jest to twór już nieco inny, o mniejszym napięciu, bardziej widowiskowy i mnie artystyczny. Nie ma tu dodatków jak akta z kartoteki Kovacsa, a tylko w wersji reżyserskiej pojawia się motyw Czarnej Bandery. Ale są liftingowane kostiumy ( bo czego jak czego- ale kretyńskiego wyglądu strojów herosów Moore nie zmienił ), jest przecudowna ścieżka dźwiękowa ( choć i w komiksowej wersji scenarzysta odsyłał czytelnika do słuchania ), są zgrabnie wykonane efekty ( czyli nie tylko wybuchy i transformujące roboty ), oraz, i tu ogromna zasługa reżysera, idealnie dobrani aktorzy. Zwykle bywa bowiem tak, że widząc odtwórce roli ulubionego herosa widz załamuje ręce w wyrazach żalu i smutku. Tutaj postaci znalazły swoich godnych odtwórców.

Na sam koniec pozostaje pytanie- któż pilnować będzie samych strażników ? Moore zadaje je już w „Miracle Man’ ie” gdzie główny bohater jest na pierwszy rzut oka standardowym herosem w typie Supermana czy Shazama, ale w miarę zagłębiania się lekturę barwy jego duszy nabierają cienia. W przypadku postaci o wielkiej mocy jak Dr Manhattan czy wspomniany Miracle Man można marzyc o kontroli. Jest to bardziej ugłaskanie bestii mogącej w każdej chwili zagryźć karmiącego. W przypadku kogoś bez fajerwerków- może być to dużo łatwiejsze, ale niech każdy przypomni sobie Batmana który radził sobie z takimi próbami nacisku nawet lepiej niż jego fruwający i strzelający laserami z oczu kumple z JL. Finalna więc odpowiedź  na pytanie brzmi- nikt. Herosi cieszyli by się poparciem ludu spragnionego swych obrońców i trybunów, zaś aspekt nadnaturalnych zdolności daje dodatkowe utrudnienie. Dlatego też w „Strażnikach” zamiast kontroli rząd wydał ustawowy nakaz przedtem oczerniając część bohaterów w mediach.

Herosi Moore’a mają też pierwiastek celebrycki. Wystarczy spojrzeć na pierwszą Jedwabną Zjawę i plotki w brukowcach prześciagające się z kim to panna Sally ma romans. Lub zaufanie społeczne jakim cieszył się Veidt. W jednej osobie skupiający wiele aspektów osoby publicznej.Jeżeli więc spojrzeć na kult Elvisa czy zachowanie nastolatek na koncertach idoli- od lat 60 i Beatlesów, po dziś na występach Justina Biebera można dojść do prostego wniosku. Skoro zwykli ludzie potrafiący nieźle śpiewać, tańczyć, grać i podskakiwać mają taki fejm to co w przypadku ludzi zdolnych unosić się w przestworzach ? Manhattan mógłby stworzyć swoją religię, Ozymandiasz zostać choćby prezydentem USA, a reszta choćby i tymi pospolitymi bilionerami… :D Wówczas jedynie nikt nie zadał by poniższego pytania.

Rzecz o … boskim aspekcie Dr Manhattana

Standardowy

„Strażnicy” Alana Moore’a to dzieło wymagające czegoś więcej niż recenzji i kilku wspominek. To powieść która zmieniła oblicze komiksu i wpisała się we współczesny obraz kultury zgłoskami złotymi jak zęby radzieckiego dygnitarza. Perfekcyjnie nakreślony świat czasów zimnowojennych ze szczyptą superludzi w których super było właściwie tylko to, że nosili śmieszne, odpustowe kostiumy. Wszyscy jak jeden mąż bowiem byli zwykłymi homo sapiens. Bez mutacji, magii, pozaziemskiego czy mitycznego pochodzenia.

Wszyscy prócz Dr Manhattana.

Przypadek Jona Ostermana

Jon Osterman był fizykiem. Zdolnym, młodym, rokującym na jednego z większych. Miał szczęście poznać też właściwą kobietę z którą byłoby pewnie mu pisane spędzić resztę życia. Jednak owa kobieta miała zegarek. Który uległ wypadkowi, a mianowicie rozdeptaniu przez anonimowego otyłego człeka. I przez ów pechowy czasomierz powstała postać przy której nawet Superman to lebiega. Osterman siedział bowiem i siedział nad nim i owego, szczególnego dnia zostawił do w zaawansowanej nuklearno- fizyczno- coś tam komorze. I tak wrócił po niego, lecz zapomniał, że urządzenie ma zamek czasowy. Czas więc zemścił się na niefrasobliwym jajogłowym za pozostawiony zepsuty zegarek i właśnie z chwil wejścia do urządzenia po chwile Ostermana jako człowieka kończą się bezpowrotnie. Jon zostaje zatomizowany, pogrzebany ( symbolicznie ) i opłakany. Do dnia w którym w ośrodku w Princton w którym pracował nie pojawia się szkielet z układem nerwowym. I zaraz potem znika. Za każdym razem „zjawa” jest coraz bardziej cielesną. Aż przed światem wstaje Dr Manhattan. Atomowy, błękitny bóg.

Tak więc Dr Manhattana stworzył pech, grubas który rozdeptał zegarek i poczucie obowiązku wobec swej ówczesnej kobiety. Ot narodziny godne boga :D. Ale biorąc pod uwagę jak przychodzili na świat bogowie japońscy… Nie jest źle.

Ludzka Głowica Nuklearna

Szok jaki wywołało na świecie pojawienie się opalizującego na niebiesko herosa był ogromny. Zachwyciła się nim amerykańska opinia publiczna, a Sowieci momentalnie zwiększyli produkcje swych atomówek. Kennedy ściskał mu dłoń i dziękował za wsparcie kraju, a Chruszczow zaciskał nerwowo pięści w strachu przed ludzką bombą jądrową.

Dr Manhattan spełnia wszelkie kryteria bóstwa. Jest wszechmogący ( panowanie nad atomami i niemal absolutna wiedza o przyszłości i przeszłości i jej wszystkim alternatywnymi wersjami robi swoje ).  Ostatnie kadry „Before Watchmen” autorstwa J. Michaela Straczyńskiego dają mu także zdolności kreacyjne. Mógłbym więc walnąć porównaniem go do mitologicznych kreatorów świata, a nawet do samego Szefa, ale… Czy fakt, że gość panuje nad materią i czasem, jest w stanie tworzyć życie i jego psychika jest na dużo wyższym niż ludzki pułapie nie stawia go przynajmniej w rzędzie mitycznych i nie jest wystarczającym argumentem na to, że Dr Manhattan bez trudu znalazł by frajerów którzy oddawali by mu hołd ? :D

Zresztą porównywanie go do jakiegokolwiek legendarnego boga jest niepotrzebną pisaniną. Zakres jego mocy nie jest wąski i określony, wręcz dyscyplinarny ( chyba, że zaklasyfikować go jako bóstwo energii atomowej… :D ). Samo pojmowanie świata przez niego wskazuje raczej na rodzaj hiper- istoty, nie zaś napalonego boga w stylu Zeusa, bądź kanciarza Odyna. Ba ! Nasuwa się więc mała, cicha i mało bogobojna myśl- a może bóg przez duże B ? Różnica jednak w tym, iż dobry doktor zapomniał już co to miłosierdzie, przywiązanie i większość ludzkich uczuć. Nie w głowie mu umieranie na krzyżu. Alan Moore brutalnie rozprawił się z mitem hiper- istoty z ludzkimi uczuciami. Osobnik o takiej potędze bowiem, nie może czuć tego samego co człowiek, jeśli sam niegdyś był człowiekiem. Emocje wydają mu się błahe, jak błahe wydają się być dziecięce strachy dla starca który przeżył swoje, a na ścieżce swego żywota zaliczyć konflikt zbrojny, utratę bliskich i rządy rozmaitej maści.

Ecce Homo

A więc- czy Dr Manhatan jest bardziej człowiekiem któremu odbiło po uzyskaniu mocy tej skali, czy bogiem który był kiedyś człowiekiem?

Kwestia pierwsza. Osterman mimo mentalnego odrealnienia, w kwestiach damsko- męskich jest normalny. Choć nie do końca. :) Porzuca swą żonę niczym znudzony życiem pan w średnim wieku, na rzecz młodszej i mniej sfrustrowanej życiem u boku nadludzkiej istoty Jedwabnej Zjawy II. Dziewczyny dość frywolnej ( w łagodnym tego słowa znaczeniu ) i średnio rozgarniętej umysłowo mimo, iż jej ojcem był Komediant ( najwyraźniej rozumek odziedziczyła po kądzieli ). Istotne nie jest jednak to jaka i kim była młoda Silk Spectre, a jaką rolę pełniła u boku Ostermana. Laurie Juspeczyk była bowiem ostatnią liną cumowniczą trzymającą wielki, mogący w każdej chwili wybuchnąć sterowiec jakim on był. Z biegiem lat bowiem Manhattan czuł się coraz bardziej i bardziej wyalienowany. A namiastka człowieczeństwa jakim była obecność kobiety u boku przytrzymywała Dr Manhattana na Ziemi. Gdy Laurie go opuszcza traci chłop nerwy i przemieszcza się na Marsa. Ot inni idą na piwo, do lasu, a jeszcze inni na Czerwoną Planetę… Takie tam wojaże porzuconych mężczyzn… Tym samym pozostawiając rozleniwione obecnością żywej głowicy nuklearnej USA na skraju globalnej wojny atomowej z Sowietami. Brawo Laurie ! :)

Kwestia druga. Jednak jak mówił sam o sobie- jest tylko marionetką jak wszyscy. Tyle, że on widzi sznurki. Widzi je na tyle dobrze, iż dostrzega cud życia. Istota która w czasach mniej oświeconych brana byłaby za bóstwo w końcu odkrywa sens istnienia. Udowadnia, że zna wartość życia i samą jego cudowność. Postanawia więc wrócić na Ziemię. W odpowiednim czasie, ale i za późno. Za późno by uratować setki istnień ( liczba zależy czy to komiks ograniczający zagrywkę Ozymandiasza do NY, czy jak w filmie- spora część światowych metropolii ), lecz jednocześnie w sam raz, aby zgodzić się z Veidtem co do wizji świata, jako pomnika pokoju podlanego krwią niewinnych, przypadkowych ofiar. To kwestia faktycznie czyni z niego  boga, lecz jednocześnie dylemat moralny odczuwa reszta składu Watchmen ( no, nie licząc Ozymandiasza który z ową kwestią się już dawno uporał ). Czy ludobójstwo jest usprawiedliwieniem, a zarazem jedynym możliwym narzędziem niosącym etos gałązki oliwnej ? Pojawia się też fakt, iż pan atomówka zgadza się z Veidtem. Konformizm jest nader ludzką cechą, a zabicie jednego ze swoich kumpli z drużyny dowodzi, iż Osterman pozostał jednak w jakimś stopniu człowiekiem. A jak zachowałby się w takim przypadku bóg lub nawet Bóg ? Cóż- marny robak jakim był Ozymandiasz poniósł by konsekwencje, tym bardziej, że dokonał profanacji boskich zdolności Dr Manhattan do swych niecnych planów. Początkowe słowa niebieskiego herosa mówiące, iż nawet Veidt, najinteligentniejszy człowiek świata nie znaczy dla niego więcej  niż najinteligentniejszy termit mogą sugerować boską sprawiedliwość, lecz po chwili zdaje on sobie sprawę, że może on tam narobił bigosu, ale w gruncie rzeczy nie jest źle prawda ? :) To wszystko dowodzi, iż Dr Manhattan był człowiekiem o boskim pojmowaniu i postrzeganiu. Jest jak jedyny widzący pośród ślepców.

A jakim cudem Ozymandiasz, bądź co bądź zwykły człowiek, na dodatek gogusiowaty i metroseksualny do bólu wykiwał gościa chodzącego po Słońcu ? cdn :)

PS: Takie małe pytanko na zimowy wieczór. Co jeśli moce Dr Manhattan posiadał by Ozymandiasz lub Komediant ? :) Geniusz którego wzorem był egipski faraon i Aleksander Wielki i przenikliwy cynik z nieco sadystycznymi skłonnościami ?

Typowy wesoły dzionek Rorschacha

Standardowy

Wybitność „Strażników” widać już na początku. Ponury i niemal turpistyczny styl narracji Rorschacha towarzyszy czytelnikowi przez cały tom, jednak ten otwierający dzieło Moore’a i Gibbonsa jest najmocniejszy

Ścierwo psa w alei dziś rano, odcisk opony na rozerwanym brzuchu. To miasto się mnie boi. Widziałem jego prawdziwą twarz. Ulice to przedłużenie rynsztoków, a rynsztoki są pełne krwi i kiedy studzienki pokryją się wreszcie strupami, całe robactwo się potopi. Nagromadzony brud seksu i morderstw spieni im się na wysokość pasa a wszystkie kurwy i politycy spojrzą w górę i zakrzykną: „Ocal nas!”, a ja spojrzę w dół i szepnę: „nie”. Mieli wybór, wszyscy. Mogli pójść w ślady dobrych ludzi, takich jak mój ojciec i prezydent Truman. Przyzwoitych ludzi, którzy wierzyli w uczciwą pracę za uczciwą płacę. Tymczasem poszli tropem odchodów, pozostawionych przez rozpustników i komunistów, nie rozumiejąc, że szlak prowadzi nad przepaścią. Aż było za późno. Nie mówcie, że nie mieli wyboru. Teraz cały świat stoi na krawędzi, patrząc na krwawe piekło na dole, wszyscy ci liberałowie, intelektualiści i mądrale… i nagle nikt nie wie, co powiedzieć.

Filmowo zaś znakomicie odtworzył go Jackie Earle Haley. Mimo piękna naszego rodzimego języka fragment „And I whisper- NO ” w oryginale powala…

#100. – Alan Moore, Dave Gibbons – „Strażnicy”

Standardowy

img_1378508150

Nad tytułem na setną recenzję nie musiałem się długo zastanawiać. Co prawda w międzyczasie pojawiły się giganty komiksu jak „Maus” czy „Batman; Długie Halloween”, czy książkowe tuzy jak „Walc Stulecia” czy opowiadania Lovecrafta lecz Papcio Moore z racji sentymentu jak i niedoścignionego mistrzostwa nie ugiął się pod naporem konkurencji. Tak więc na setkę- „Strażnicy” Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa. Powieść graficzna która zmieniła wiele w obrazie współczesnego komiksu.

Historia osadzona jest w roku 1987. Trwa Zimna Wojna, lecz różni się ona diametralnie od tej znanej nam. W USA pojawiają się bowiem zamaskowani bohaterowie którzy mimo braku zdolności kumpli po fachu z głównych uniwersów DC i Marvela naprawdę poważnie wpływają na losy świata. Poza tym wojna w Wietnamie została wygrana przez Jankesów, Nixon zostaje prezydentem trzeci raz ( nie zostając nawet w międzyczasie premierem ) a główną linią obrony Ameryki nie są tylko baterie rakiet, a Dr Manhattan. O poszczególnych postaciach rozpisywałem się już przy okazji serii „Strażnicy: Początek”, lecz powiem  tylko, że nasz niebieski koleżka jest po prostu nad- istotą która pełni funkcję najbardziej wysublimowanej i inteligentnej bomby w arsenale USA. Na złość Sowietom. Pozostali herosi jednak zostali zdelegalizowani przez pewna ustawę, która pozwala działać trykociarzom jedynie dla Rządu.

Mimo przewagi USA ryzyko globalnego konfliktu atomowego wisi w powietrzu. Zegar Zagłady ( dla zainteresowanych- takie ustrojstwo istnieje i obecnie jest na trzy minutki przed Apokalipsą :)  ) notorycznie przesuwa się ku wielkiemu bum, a na dodatek ktoś morduje jednego z najbardziej zaufanych, rządowych herosów- Komedianta. Nikt jednak nie przejmuje się tym za specjalnie- nikt prócz Rorschacha. Bodaj ostatni aktywny heros ma swoje teorie którymi próbuje zarazić swoich dawnych kompanów z drużyny, jednak ci wiedząc, że  teorie spiskowe to coś co kręci kleksowatego starają się go zbyć. Z biegiem czasu jednak wszystko zaczyna się komplikować. Oto za sprawą kilku niepozornych incydentów najcenniejsza tarcza ochronna Dr Manhattan wybywa na Marsa i sprawia, że świat jest bliżej zagłady niż dotychczas. Dochodzi zamach na Ozymandiasza, zabójstwo pierwszego Molocha i aresztowanie Rorschacha. Czyżby komuś zależało na pozbyciu się ludzi w pelerynkach ?

watchmen-comics_00367182

Na pierwszy rzut oka kreska Gibbonsa nie powala. Momentami można dostrzec pewne niedociągnięcia, jednak rysownik tworzy kadry tak klimatycznie i szczegółowo, że po chwili przestaje się zwracać na to uwagę. Do tego ich realizm. I nie chodzi mi tu o doskonały warsztat, a o prozaiczność i swoistą codzienność rysunków. Młodzieżowe bandy wyglądają jak młodzieżowe bandy nie zaś niegrzeczni chłopcy z żurnala, babsko wynajmujące mieszkanie Rorschachowi naprawdę daje czasu- zaniedbany babozwierz o minie przy której wściekła gęba Hulka wydaje się być sympatyczna buźką dużego, zielonego atlety, brudna i dekadencka rzeczywistość Nowego Yorku a.d. 1987 oraz sami herosi. Puchacz któremu nieco się przytyło, brzydal Rorschach i Moloch- wypalony złoczyńca o fizjonomii kanałowego szczura. Gibbons pokazuje tym samym, że nie tylko scenariusz jest pozbawiony pozłotki. Inną sprawą są kolory. Odcienie czerwieni, fioletu, żółci i różu mogą miejscami wydać się nieco nieadekwatne, lecz ta atmosfera…

 1235443855225

Postaci opisywałem przy okazji serii „Strażnicy Początek”, jak i ekranizacji tegoż dzieła. Moore wykreował plejadę bohaterów którym daleko od naiwnego obrazu trykociarza, ale też nie są to zwyczajni Janowie Kowalscy którzy aż biją w mordę swoim przeciętniactwem. Niektórych może mierzić brak supermocy- jednak nie o to w tym chodzi. Autor ukazał, że nawet jeśli ktoś nosi pelerynkę i maskę- i tak może być zajadającym fasolkę z puszki starym kawalerem wynajmującym podłą czynszówkę.

Atutem „Strażników” nie jest tylko klimatyczna kreska, przemyślanie skonstruowany świat, a również przecudowna, niejednolita narracja. Od wesołego inaczej pamiętniczka Rorschacha, poprzez pirackie komiksy wpisujące się w atmosferę przed- apokaliptycznego napięcia po filozoficzne dumania Manhattana które nieco przerażają. Gdyż największy protektor wcale nie czuje się być zobowiązany do ochrony ludzkości… Osobiście podobały mi się też cytaty, fragmenty różnorakich dzieł pod koniec każdego z poszczególnych zeszytów. Które zarazem był nawiązaniem do ich tytułów.

Na sam koniec- dodatki. Książka Hollisa Masona, wywiad z Ozymandiaszem, artykuł ornitologiczny Puchacza, dane medyczne Rorschacha… Co zeszyt można trafić na takie cudo. Które z realistycznego scenariusza tworzy scenariusz hiper- realistyczny. Do tego wspominane wydarzenia z faktycznej historii Stanów Zjednoczonych jak sprawa zabójstwa Kitty Genovese czy Blackout w 1977 w Nowym Yorku. Sprawiają one, że czytelnik nie czuje się jak przy kolejnej lekturze komiksu superbohaterskiego. Moore sprawnie ukazuje spełnienie Amerykańskiego Snu ( słowa Komedianta skierowane do Puchacza są nadzwyczaj gorzkie ) i konfrontację mitu herosa z rzeczywistością.

Podsumowanie: Czym są „Strażnicy” dla komiksu ? Tym czym był Elvis dla muzyki albo Saga Lucasa dla filmów SF. Kamień milowy jaki położyli autorzy zmienił na zawsze oblicze powieści graficznej ( choć przed „Strażnikami” był „Miracle Man” również autorstwa Moore’a… ). Od tego właśnie momentu superbohaterowie przestali być lukrowanymi idiotami chcącymi ratować świat, bez mrocznych stron i słabości, a zaczęli być ludźmi z krwi i kości których decyzje nie zawsze były moralne, a stosunki wewnętrzne daleko odbiegały od ideału. 

watchmen-the-complete-motion-comic-20090223031543324-000

 

 

#97. „Watchmen. Strażnicy” (2009)

Standardowy

7239983.3

Ekranizacje to coś czego nie lubię. Reżyser zawsze poucina maksymalnie pierwotne dzieło i powstaje wówczas zjadliwa, lecz średnio wykwintna papka dla kogoś kto chciał wiedzieć o co chodzi w danej historii, lecz był zbyt leniwym ignorantem, aby łaskawie zajrzeć do oryginału. Pomijam już działo na motywach konkretnego dzieła, bo tam twórcy mogą sobie pofolgować. Autorem jednak który ma szczęście do adaptacji kinowych jest mistrz Alan Moore. Jego „Liga Niezwykłych Dźentelmenów” odbiegała sporo od komiksu, lecz był to  film bardzo, bardzo dobry. „V jak Vandetta” również pobiegł nieco innymi ścieżkami, lecz Hugo Weaving i Natalie Portman pokazali kawał niezłego aktorskiego warsztatu, zaś sam Kanclerz był naprawdę przekonujący. No i „Strażnicy”. Najlepsza adaptacja komiksowa z jaką miałem do czynienia. Szczególnie wersja reżyserska, wzbogacona o kilka scen. Tak kluczowych jak śmierć Hollisa Masona.

Fabułę „Strażników” przytoczę jednak przy okazji recenzji komiksu. Pozwolę sobie skupić się na samym widowisku filmowym. Ekranizacja dzieła Moore’a zaczyna się od fenomenalnego wstępu który jest zarazem przedstawieniem realiów tegoż świata. A w tle Bob Dylan. Tu wspomnę o ogromny atucie filmu. Muzyka ! Wspomniany Dylan, Hendrix, Joplin, Nat King Cole czy Simon & Garnfunkel oddają klimat czasów Zimnej Wojny. Nawet jeśli jest to nieco inny konflikt- w którym napięcie jest jeszcze większe, zaś po jednej ze stron stoi niemal boska istota. Wracając do wejścia- nigdy nie zapomnę scen z Castro i Breżniewem, z Kennedym i Manhattanem i kwiatka w lufie… Już to wbija w fotel na samym początku.

z6337530X

 

Co mi się rzuciło przede wszystkim od razu w oczy ? Zmiana kostiumów. Wypadła ona bardzo pomyślnie. Puchacz mógłby konkurować z Batmanem i wygląda dużo poważniej. Komediant nie ma koszuleczki, a kozackie naramienniki. Ozymandiasz  porządny kostium- nie rajstopy i jedwabie, zaś Zjawa nie nosi halki. Jedynie Rorschach ze swoim zestawem a la film noir i Manhattan z gołym zadkiem pozostali bez zmian. Takie zmiany kosmetyczne rozumiem. To bowiem co najczęściej odstrasza ludzi od komiksów są niekiedy absurdalnie wyglądające stroje- wystarczy sobie porównać Batmana Clooney’a i Batmana Bale’a. Nie ma drastycznych zmian a efekt jest widoczny. Tak samo i w „Watchmen: Strażnicy”- lifting postaci sprawił, że nie tylko fabuła jest jak najbardziej współczesna, ale wizualnie historia jest bardziej strawna- szczególnie dla widza nienawykłego do trykociarzy.

Snyder nie mógł lepiej dobrać aktorów. Każdy z nich wydaje się być stworzony do swojej roli. Billy Crudup wcielający się w rolę wszechpotężnego Dr Manhattana ukazał esencję tej postaci. Chłodny, wyalienowany, obojętny i emocjonalnie matematyczny niebieski ekshibicjonista ze swoim monotonno- melancholijnym tonem głosu był jakby żywcem wyszarpnięty z kart komiksu u wrzucony w ekran. Momenty jak rozmowa z Laurie na Marsie czy atak na Vietcong w monumentalnym brzmieniu „Valkirii” Wagnera ukazują  jeszcze bardziej jego siłę. Filmowy Ozymandiasz jest jeszcze bardziej przebiegłym i wyrafinowanym sukinkotem niż jego komiksowy odpowiednik. Matthew Goode z blond grzyweczką i ze swoim kotkiem jest tym który naprawdę pociąga za sznurki pacynek. Snyder znakomicie zilustrował nieporadność tak silnej istoty jak Manhattan wobec chłodnego geniuszu Veidta który okazał się, mimo tysięcy ofiar, faktycznym zbawicielem świata, herosem do najwyższej potęgi. Patrick Wilson spisał się świetnie grając najbardziej rozmemłaną i miejscami irytującą wręcz postać Nocnego Puchacza II. Mimo ekwipunku ( i prezencji ) godnego Batmana Dreibergowi daleko do Wayne’a.  Wesołek Rorschach grany przez Jackie’go Earle’a Haley’a  ze swoim zachrypniętym głosem i OBŁĘDNIE wykonanej masce przykuwa uwagę od początku do końca. Zapadające w pamięć monologi postaci brzmią w ustach aktora naprawdę posępnie i mrocznie. Sam zaś koniec postaci nie jest ograniczony do trzech kadrów jak w komiksie- jest znacznie bardziej emocjonalny, dramatyczny i smutny. Laurie Juspeczyk, czyli Jedwabna Zjawa II. Malin Åkerman miała wszystko czego trzeba było do zagrania, tej dosyć szarej w porównaniu do kolegów, postaci. Bo czy naiwnym nie jest ten kto wierzy, że uda się stworzyć związek z bombą atomową o jowialnym wyrazie świecącej się niebieskiej facjaty ? Postać Zjawy II rozwinął nieco Darwyn Cooke i Amanda Conner w „Strażnicy Początek”, lecz Papcio Moore nie uznaj tejże serii… Pozostawiając tym samym Zjawę w roli ładnej buzi w męskim gronie Strażników.

I na sam koniec przeglądu obsady- Komediant. Jeffrey Dean Morgan pokazał jak naprawdę grać super- skurczybyka bez skrupułów i ze zwichniętym pojęciem patriotyzmu. Postać ta występuje w retrospekcjach, jednak odciska silne piętno na całym obrazie. Ot na przykład we wspomnieniach Puchacza czy Manhattana. Również to kim był dla pewnego kogoś zadecyduje o powrocie do domu kogoś innego. Ufff… Idealne wyminięcie spoilerów…

z6111226O

Efekty specjalne stoją na wysokim poziomie. Sam Manhattan prezentuje się iście nadludzko, zaś efekty jego „działalności” czy cudowna scena spadającej przypinki Komedianta świadczą o tym, że film to nie tylko świetny scenariusz. I mimo braku szybkich momentów akcji jak w „Avengers” twórcy mogli pokazać co potrafią. Awaryjne lądowanie puchaczowego Archimedesa wśród lodowców w połączeniu z „All along the watchtower” Hendrixa  robi niesamowite wrażenie.

Na sam koniec relacja komiks- film. Jest kilka kluczowych momentów które chciałem zobaczyć i które się pojawiły. Jak scena na Marsie czy retrospekcje dotyczące Komedianta. Snyder nieco wydłużył ostatnie sceny z Rorschach”iem i nieco lepiej przedstawił wydarzenia w Karnaku. Jest to jednak wynik przewagi wizualnej filmu nad komiksem. Kilka jednak szczegółów zostało zmienionych. Samo wielkie bum spowodowane przez Ozymandiasza zostało nieco powiększone w skali- co jednak nie kuje w oczy, a taki rozmach tegoż wydarzenia pasuje lepiej do kinowego obrazu.

Film jednak nie polecam tym którzy z góry nastawiają się na dynamiczny obraz pokroju „Iron Mana”. Nie ma tam śmiechów, fajno- bohaterstwa postaci i happy endu. Obraz w normalnej wersji trwa prawie trzy godziny, zaś pełna wersja reżyserska nieco dłużej. Należy więc z góry być przygotowanym na coś stojącego kilka poziomów wyżej niż klasyki kina superbohaterskiego.

Podsumowanie: Nie będę ukrywał, że zarówno Alan Moore, jak i Scott Snyder to twórcy których cenię. A film Snydera na podstawie dzieła Moore’a… I to tego najlepszego jest jednym z tych do których wracam co jakiś czas. Wiele osób nie rozumiejąc fenomenu „Strażników” pewnie zanudzi się oczekując szybkiej i dynamicznej akcji do jakiej publikę przyzwyczaiły filmy o herosach, lecz warto

Ocena: 10/10

1362187596

#1. – Alan Moore, Brian Bolland – „Batman: Zabójczy Żart”

Standardowy

Alana Moor147986_zabojczy_zarta nie trzeba przedstawiać. Postać oryginalna i kontrowersyjna. Okultysta, twórca takich hitów jak „Strażnicy”, „V jak Vandetta” czy „Liga Niezwykłych Dżentelmenów”. Jeden z najwybitniejszych scenarzystów powieści graficznej. Wyglądający jak druid wziął pod swą pieczę również Batmana. „Batman; Zabójczy żart” opowiada jednaj nie tylko o samym Batmanie, ale też o Jokerze.

Przez pewien okres omijałem komiksy DC skupiając się na pozycjach Marvela. Poznając wielkich twórców którzy wykreowali znakomite opowieści w Domu Pomysłów musiałem zobaczyć co takiego powstało za ich udziałem po drugiej stronie barykady. Tak właśnie zacząłem sięgać po dzieła drugiego boga komiksów. Na pierwszy ogień  trafił właśnie Batman. Postać która jest skrajnie odmienna od stereotypu harcerzykowatego herosa ze śnieżnobiałym uśmiechem.

„Batman: Zabójczy Żart” to historia pojedynku Nietoperza z Jokerem. Tym razem nie jest to kolejna potyczka i gra o życie mieszkańców Gotham. Batman bowiem odwiedza w Arkham Joka w celu… pojednania. Proponuje mu zakończenie ciągłej pogoni, zaprzestania walki i ponoszenia coraz większej liczby ofiar wśród cywili. Okazuje się jednak, że Joker zdążył już dawno wymknąć się z psychiatryka, a nawet nabyć zrujnowane wesołe miasteczko w celu dokonania kolejnego chorego planu.

Wszystko brzmi banalnie, lecz jeśli zestawimy to z przeplataną pomiędzy głównym wątkiem genezą Jokera otrzymujemy znakomite studium szaleństwa zielonowłosego psychopaty. Dotąd postać ta znana była z okrucieństwa i makabrycznych. Alan Moore ukazał go z nieco innej strony, choć i tak otrzymujemy kolejną jokerową grę z Wayne’m. Tutaj Joker niejako próbuje usprawiedliwić się i udowodnić, że jeden fatalny dzień może zniszczyć całe życie. Zmienić człowieka w bestię. Na dno szaleństwa próbuje sprowadzić Jima Gordona. Postać która jego zdaniem jest łatwa do zatopienia.

Batman The Killing joke  Copyright DC Comics

 

Rysunki są wręcz obłędne. Znakomite kolory i  znakomita mimika- w szczególności Joka i Jima Gordona. Retrospekcje z przeszłości szaleńca są czarno-białe z podkreślonymi pojedynczymi kolorami. Przypomina mi to nieco zabieg jaki stosują filmowcy gdy główny bohater przypomina sobie swe dawne dzieje. Wyrazista teraźniejszość i mglista przeszłość z kilkoma jaskrawymi drobiazgami.

Podsumowując: Moore napisał jedną z najlepszych historii o Człowieku-nietoperzu, zaś ilustracje Briana Bollanda wręcz eksponują Jokera co w tej historii jest jak najbardziej na miejscu. No i zakończenie… Niknące w strugach deszczu.

Ocena: 9/10