#270. – Pierwotny Scenarzysta, Mick Anglo, Garry Leach, Alan Davis, John Ridgway, Chuck Austen, Rick Veitch, John Totleben, Don Lawrence, Steve Dillon, Paul Neary, Rick Bryant – „Miracleman” t.1

Standardowy

Niewiele komiksów jest tak legendarne jak „Miracleman”. I to zarówno pod względem wartości artystycznej, jak i wydarzeń z nim związanych. Wszelkich przepychanek o prawa autorskie, zmian ich właścicieli, a nawet kontynuacji powyższego dzieła. Jakaż więc była ma radość, gdy Mucha ogłosiła, iż wyda ten tytuł w połowie bieżącego roku. Wydawnictwo nieco się spóźniło- ale warto było czekać.

Superbohater- to brzmi dumnie. Tę, nieco patetyczną, maksymę obalił pewien komiksowy scenarzysta z Northampton, słynący z dość kontrowersyjnych poglądów, szczególnie jeśli chodzi o ekranizacje własnych dzieł. To dlaczego ów twórca, uważany za jednego z najwybitniejszych w swej dziedzinie, nie podpisuje się pod tym dziełem to temat na inny tekst. Ale zapewniam- na pewno nie ze wstydu. Pierwotny Scenarzysta stworzył dzieło, w którym obala mit herosa Złotej Ery, udowodnił, że ubrany w trykot superbohater to też człowiek. Ze wszystkimi konsekwencjami tego stanu bytności. 

Michael Moran to czterdziestoparoletni mężczyzna, pracujący jako reporter- freelancer. Jest pod każdym niemal względem przeciętny, wręcz nijaki. Te cechy jeszcze bardziej uwypuklają się, gdy pod wpływem pewnych wydarzeń i magicznego słowa staje się Miraclemanem, którego pseudonim jest jak najbardziej adekwatny. Stanowi on bowiem ucieleśnienie stereotypu komiksowego herosa, a na dodatek ma loczek. Latający, kuloodporny, supersilny i tak dalej. Słowem- bohater idealny i umiejący nosić poprawnie bieliznę. 

Miracleman z czasem odkrywa swą genezę. Nie tak uroczą, jak mu się zdawało. Jego dawni stworzyciele jednak nie śpią i pragną, aby ich dziecię powróciło na ich łono. Przy okazji kilka słów o Rodzinie Miraclemana. Pierwotny Scenarzysta mistrzowsko rozwiązał lustrzane wręcz podobieństwo do Rodziny Kapitana Marvela z DC. Oprócz tytułowego bohatera w jej skład wchodzą nastoletni Young Miracleman i trzynastoletni Kid Miracleman ( ten drugi będzie miał nie lada znaczenie w przyszłości herosa ). Cała trójka dysponuje prawdziwą potęgą. Nic więc dziwnego, iż pewnego dnia stwierdzono, że swobodnie latające jednostki zdolne, każda z osobna, zniszczyć dowolną armię i się przy tym nie zasapać to duże zagrożenie. Na tyle, iż lepiej go się pozbyć. Ale jak to bywa w takich przypadkach- zamysł się nie spełnił, a zgon zaliczył tylko jeden członek Rodzinki Cudoludzkich. Po latach dwaj ocaleni trykociarze budzą się ze snu. O Miraclemanie wspominałem. Jego nieformalny „brat” to już inna para kaloszy…

Parafrazując słynną maksymę Hitchcocka, początek „Miraclemana” jest widowiskowy, a dalej jest już jeszcze bardziej monumentalnie, epicko, kosmicznie i, co tu mówić więcej, superbohatersko. Pierwotny Scenarzysta ma rozmach i kreśli jednocześnie fabułę w logiczny, nie wydumany z braku wiedzy sposób. Wątki SF przeplatają się z mitologią, odniesienia do popkultury, realnie istniejących postaci z filozoficznymi tezami. Klasyczne superbohaterstwo ze swoim blichtrem i naiwnością, z superbohaterstwem po- strażnikowym. A w tym przypadku, przed- strażnikowym.

Pierwotny Scenarzysta pozwala sobie tu na naprawdę nietzscheańskie dywagacje. Jego heros to nie malowany chłop gaszący pożary podmuchem, a istota będąca spadkobiercą mitologicznym bóstw. Można by rzecz- bóg ery atomowej. Ktoś, kto w pewnym stopniu zjednał dwie, zwaśnione, kosmiczne cywilizacje. Ktoś, kto jest ojcem pierwszej ludzko- boskiej istoty w dosłownym tego słowa znaczeniu. I wreszcie ktoś, kto dał początek nowej rasie ludzkiej. Superludzkiej. 

Rysownik jest tu niemało. Najbardziej charakterystyczne i zapamiętałe z tego komiksu są sceny Londynu po masakrze jaką dokonał na nim Bates i scena narodzin córki Miraclemana. Prócz nich występuje szereg innych plansz, udowadniających, że nie jest to komiks dla niedzielnych fanów, którzy kręcą nosem, gdy dana powieść graficzna „ma mało stron”. Brutalność, dosłowność, czyli po prostu pieczołowity realizm. Praca całej gromady rysowników sprawiła, iż zamysł i wizja Pierwotnego Scenarzysty została przedstawiona idealnie. 

Podsumowanie: „Miracleman” to nieco inne spojrzenie Pierwotnego Scenarzysty na pojęcie superbohaterów, niż „Strażnikach”. Tutaj autor skupia się bowiem bardziej na mitologicznej roli herosa i odpowiada na pytanie- co by faktycznie stało się, gdyby Superman istniał ? Nadaje głównemu bohaterowi z jednej strony bardzo ludzką osobowość, dbającą o żonę i córkę ( o którą to jednak dbać nie musi… ),  starającą się prowadzić normalne życie. Co z czasem okazuje się mrzonką i oszukiwaniem samego siebie. Zgodnie z tym co pisał Joseph Campbell- przeznaczenie prędzej czy później wezwie każdego herosa na jego właściwą ścieżkę.

Takie tam z Londynu…

#262. – Alan Moore, Alan Davis – „Captain Britain: A Crooked World

Standardowy

Wielka Kolekcja Komiksów Marvela, a raczej wydawnictwo za nią odpowiedzialne, ma kilka istotnych wad. Hachette podchodzi do czytelnika po macoszemu, czego efektem jest brak jakiejkolwiek sensownej komunikacji. A to z kolei daje brak możliwości choćby szczątkowego wyboru tytułów wydawanych w ramach serii. I tak naszą piękną Ojczyznę ominęły takie tytuły jak „Warlock”, „Howard the Duck” czy właśnie historia z Kapitanem Brytanią autorstwa dwóch Alanów- Moore’ a i Davisa.  Same już nazwisko tych dwóch autorów są ogromną rekomendacją dla powyższego tytułu. Którego główną postacią jest słabo znany w Polsce heros, a który, mimo oczywistych skojarzeń, jest kimś zgoła innych niż równy mu stopniem kolega zza Atlantyku.

Słów kilka o Kapitanie Brytanii. Najłatwiej go ukazać na różnicach dzielących go z Kapitanem Ameryką. Steve Rogers to połączenie hartu ducha, ideałów amerykańskiego snu z domieszką serum superżołnierza, promieni Vita. Do tego strój w narodowe barwy i tarcza. Brian Braddock, gdyż tak zwie się brytyjski heros, ma nieco bardziej magiczną genezę. Uciekając z laboratorium, które zostało zaatakowane przez Reavera, trafia na zbiorowisko dość osobliwych kamiennych budowli w stylu Stone Henge. Osobliwych, gdyż na terenie gdzie się znajdowały zamieszkiwał duch Merlina. Arturiański mag stawia Braddocka przed wyborem, którego musi dokonać między dwoma, potężnymi artefaktami- Mieczem Mocy czy Amuletem Prawości. Zamiast ostrza naukowiec wybiera biżuterię. I tak oto powstaje Kapitan Brytania. Heros o nadludzkich zdolnościach, mający magiczny rodowód i również ubrany w kolory flagi.A cała geneza jest dość sprawnie opowiedziana przez Moore’ a ustami Merlina. 

W swojej historii Kapitan Brytania miał różne przygody. A to został przeniesiony w czasy króla Artura, gdzie pomógł pokonać Lorda Nercromona, a to znów został wysłany na Ziemię- 238. I od tego wydarzenia wychodzi już fabuła „A Crooked World”. Świat ten jest rządzony despotyczną ręką Szalonego Jima Jaspersa. Człeka, który nie przepada za trykotem i peleryną, mającego dość silne narzędzia do zwalczania osobników o zdolnościach nadprzyrodzonych. Przeciw niemu staje dość enigmatyczna kobieta, związana z ponadwymiarowymi siłami o imieniu Saturnynne wraz ze swoją grupą Avant Guard. Konsekwencje działań jej i Kapitania Brytanii będą spore, a ubrany z Union Jacka bohater pozna je dość boleśnie. 

W „A Crooked World” można odczuć pewien klimat orwellowski. Społeczeństwo superludzi zostaje wybite do nogi i nawet takie potęgi jak Major Tusker czy Miracleman ( tak, TEN Miracleman ) zostają zgładzone przez cybiota zwącego się The Fury. Początkowo bezwolna mieszanka technologii i biologii staje się nieco bardziej samodzielna, lecz to nie ona jest naczelnym czarnym charakterem.

Niezwykły jest tu główny antagonista. Szalony Jim Jaspers to mutant o sporych możliwościach wpływania na rzeczywistość. Do tego jest genialnym manipulantem, kimś kto potrafi ukazywać wiele twarzy i jest, zdawać by się mogło, niezatapialny. Podobne klimaty Moore serwował już w „V jak Vandetta” czy „Liga Niezwykłych Dżentelmenów: Czarne Akta”, ale tutaj mają one wymiar o wiele bardziej apokaliptyczny dla społeczeństwa superludzi. 

Alan Davis jest tu trochę inny niż w „Fantastyczna Czwórka: Koniec”. Jest bardziej psychodeliczny, pozwala sobie na nutki surrealizmu i  wprowadza nieco więcej dynamiki samymi kadrami. Konfrontacja albiońskiego herosa z Jaspersem zachwyca swoim odrealnieniem. Wyrwaniem herosa ze znanej mu rzeczywistości i rzucenie go w świat wykreowany przez jego wroga.

Podsumowanie: Warto czasem poszukać na zagranicznych serwisach tytułów z brytyjskiej WKKM. Dlaczego ? Bo Hachette to korpo- amatorzy. Przypuszczam, że jedyną przyczyną wydania tego i jeszcze innego tytułu z Kapitanem Brytanią w UK, był prosty fakt, że jest to jego ojczyzna. Wydawnictwo nie zwróciło uwagi na fakt, że tytuł ten mógłby być perełką w polskiej edycji, a już na pewno doskonałym zamiennikiem takiego gniota jak „Czarna Pantera: Kim jest Czarna Pantera ?”. Kto jednak wie ? Moze zdarzy się cud i zamiast dubli z egmontowskiego Marvel NOW! po tomie oznaczonym numerem 120 nastąpi wysyp dzieł z zagranicznych edycji kolekcji, pomieszany z dziełami Marvela nie wydanimi przez Egmont. Ale podobnie łudziłem się pod koniec pierwszej sześć dziesiątki.

PS: Za wszelkie domowe tłumaczenia niektórych nazw lub pseudonimów serdecznie przepraszam, ale w obliczu tłumaczeń jak „Łotr Jeden” czy „Legion Samobójców” mogę sobie pozwolić na lekkie nadinterpretacje i lingwistyczne nieścisłości. :D

#199. – WKKM #84 – Allan Heinberg, Jim Cheung, Alan Davis, Olivier Coipel – „Avengers: Krucjata Dziecięca”

Standardowy

Kobiety potrafią namieszać.  Niepozorna Jean Grey jako Phoenix siała postrach nie tylko na Ziemi i zwaśniła dwie największe grupy herosów. Inna panna, równie fatalna, to Scarlet Witch. Po wydarzeniach z „Rodu M”  znika z radarów. Nie mogą jej znaleźć ani Avengers, ani X- Men. No i niespecjalnie też chcą tego dokonać. Wanda nie dość, że rozbiła pierwszy skład Mścicieli wybijając ich nieco, to pozbawiło zdolności większość mutantów. Jedynymi którzy naprawdę pragną ją odszukać są jej ojciec i brat. I jak się okazuje jej pozornie wyimaginowani synowie- Wiccan i Speed. Członkowie składu mieniącego się Young Avengers.

Młodzi Mściciele to grupa  podobna, ale równocześnie kompletnie inna od swych idoli. Patriot to wnuk Isaiha Bradley’a , człowieka który był swego czasu Cap’em. Hulking to pół Skrull, pół Kree. Łączy więc w sobie zmiennokształtność najeźdźców z „Tajnej Inwazji” i wytrzymałość oraz inne bonusy swojego ojca, czyli Kapitana Marvela. Do tego jest partnerem innego członka YA,  a konkretniej Wiccana. Syna Scarlet Wiych i Visiona, posiadającego zdolności swej mamuśki. Co wiąże się z tym, że nie wszyscy do końca mu ufają. Wanda miała dwoje chłopczyków. Drugim jest Speed. Kubek w kubek podobny do swego wujaszka Pietro. Równie szybki i równie arogancki. Hawkeye w wersji damskiej, czyli Kate Bishop. Dziewczyna dostała ten prestiżowy tytuł od samego Capa po śmierci oryginalnego Hawkeye’ a. Głupio musiał się tylko czuć Barton po swoim niespodziewanym wskrzeszeniu… Stature- córa Scotta Langa/ Ant- Man’a II. Łatwo odgadnąć co potrafi i od kogo bierze wzorce. I Iron Lad. Czyli młody Kang. Czyli jeszcze młodszy Immortus. I tak- tak wersja tez leje się po gębie z samym sobą. W różnym wieku i w różnym czasie.

Akcja pędzi do przodu jak dwaj białowłosi potomkowie Magneto. Nie obyło się bez cofania się w czasie i udziału dwóch największych grup Marvela- X- Men i Avengers. Heinberg przy tym wszystkim tworzy wspaniałe dialogi. Zabawne, ironiczne, dosłownie łączące pokolenia. Niegdysiejszy mutanci ekstremista Magneto dogadujący się z młodocianą wersja Avengers wydaje się przeżywać drugą młodość, gdy wspólnie wyruszają do ojczyzny Dr Doom’a. A przy okazji- sztandarowy przeciwnik F4 ma tu niemałe znaczenie. Ta jego dobra wersja… Victor :p Autor nieco jednak zepsuł Wolverine’a. Logan to krewki chłopina, ale wie kiedy może pozolić sobie na sniktowanie, a kiedy przemilczeć. Tutaj rzuca się jak owad w szklance pałając chęcią mordu na Scarlet Witch i przy okazji na Wiccan’ ie. Taki Rosomak pojawiał się w komiksach z okresu pierwszych „Tajnych Wojen” Shootera, a zniknął po „Mrocznej Phoenix”. Szybkość akcji i wymogi scenariuszowe ( YA vs wszyscy ) wymagały jakiegoś bubka chcącego zaszlachtować córkę i wnuka Magneto. A że pod ręką z etatowych zakapiorów Marvela był jeno Logan…

Podsumowanie : Young Avengers w komiksie Heinberga ukazują się jako grupa mająca duży potencjał, choć dosyć kontrowersyjna. Dwoje z jej członków jest gejami, na dodatek jeden z nich jest tykającą bombą zegarową. Vision ma kolejny romans, a Iron Lad cokolwiek nie zrobi zmierza w stronę Kanga. Do tego dochodzą jego machinacje w czasie i skłonność grupy do stawania między młotem, a kowadłem Mścicieli i mutantów. Komiks bardzo dobry, najlepszy z nie- oldchool’ owych w drugiej sześćdziesiątce WKKM jak dotąd. Również Cheung, Davis o Coipel pokazali się z najlepszej strony. No i te dialogi. :)

#167. – WKKM #76 – Jason Aaron, Kieron Gillen, Carlos Pacheco, Frank Cho – „X- Men: Rozłam”

Standardowy

Pod wpływem wielu, naprawdę wielu negatywnych opinii na temat tego dzieła, będącego interludium do również średnio ocenianego przez krytykę sieciową „Avengers vs X- Men” miałem do niego ogromnie  mieszane uczucia. I jak z „Astonishing Thor’em” przekonałem się, że lepiej ignorować złe słowa i przekonać się na własnej skórze o jakości danego komiksu. „X- Men: Rozłam” jest jak dotąd najlepszą historią o mutantach w drugiej połowie WKKM. Opowieścią o X- Men jako grupie i o jej dwóch stałych członkach. I zamianie ich  miejsc.

Jaka jest jednak sytuacja wyjściowa X- Men, jak i całego gatunku mutantów w tym tomie? Po zagładzie Genoshy i Dniu M pojawia się delikatna nadzieja. Dosłownie. Niejaka Hope Summers i kilkoro młodych mutantów tworzy nowy rocznik w szkole Xaviera. Podczas przemowy Scotta pojawia się telepata Quentin Quire znany też jako Omega Kid. Człek nader irytujący i bezczelny. Doprowadza on znów do sytuacji kryzysowej zmuszając psionicznie wysokich rangą polityków do nader prywatnych wynurzeń. Tym samym doprowadza do pojawienia się nieco przyrdzewiałych już Sentineli. Za wszystkim czai się kolejna odsłona Hellfire Clubu, o którym wspomnę za chwilę. Kryzys sprawia, że mała rysa na monolicie X- Men staje się coraz bardziej wyraźna. Podczas gdy niegdysiejszy pacyfista Summers militaryzuje narybek, Logan stara się stworzyć dla nich normalne miejsce schronienia.

Zamiana ról jaka nastąpiła w przypadku Scotta i Logana jest zaskakująca. Jednak w pewnym stopniu do przewidzenia. Panowie zawsze byli dla siebie przeciwwagą. A gdy Cyclops zaczął się radykalizować logicznym faktem stało się, że Wolverine ( choćby na pohybel ) będzie nieco mniej szorstki. Wszystkie tragedie jakie spotkały Scotta jako lidera X- Men przy równoczesnym wycofaniu się Xaviera, do tego dołączenie do składu Magneto sprawiły, że jego poglądy poszły nieco w stronę poglądów pana Erica. Nasuwa się automatyczne skojarzenie z bratobójczą walką Iron Mana i Kapitana Ameryki. Jednak skala i nasilenie konfliktu jest dużo mniejsze. Kto by pomyślał… Nigdy za sobą nie przepadający nie lubiani mutanci Logan i Scott podzielą się mniej boleśnie niż wspaniali, wieloletni przyjaciele i kochani przez tłumy czołowi Avengers.

No i przyszedł czas na Hellfire Club. Jednak jego skład… Cóż, aż zatęskniłem za jego dawną wersją. Tutejsza aż prosi się o natarcie uszu i odłączenie internetu. Poza tym psuje atmosferę i rozprasza. Jeśli miałbym wskazać jakiś mankament tego komiksu byłby nim właśnie te zmodernizowane stowarzyszenie. Gdzie Shaw ? Gdzie Selene czy Leland ? :(

Rysowników tu mnogo. Prym dla wiedzie Alan Davis, ale Billy Tan czy Adam Kubert również mają swoje do powiedzenia. Szczególnie „plemienna” potyczka dwóch głównych bohaterów, ilustrująca jak pozostali mutanci wybierają stronę jednego bądź drugiego wojownika. Zdecydowanie najlepszy zeszyt z całego tomu.

Podsumowanie: Komiks naprawdę dobry. Odwrócenie ról jakie z jakimi kojarzeni byli dotąd Cyclops i Wolverine, sam rozłam i podział wśród mutantów przeprowadzony w bardziej cywilizowany sposób niż miało to miejsce w przypadku „Wojny Domowej” i wyraźnie nowa era w historii Dzieci Atomu jest godnym wstępem do bumu jakie wywołał konflikt między nimi, a Mścicielami. Właściwie to nawet jako osobna, nie łączona z „AvX” historia ma potencjał.

#161. – WKKM #74 – Brian Michael Bendis, Alan Davis- „Pierwsi Avenegers”

Standardowy

Po perturbacjach jakie zgotował uniwersum Marvela człowiek znany jak Brian Michael Bendis w końcu musiała przyjść godzina spokoju ( piszę godzina bo jeszcze przed nimi kolejna bratobójcza potyczka- tym razem Mścicieli z mutantami) ). Po zniszczeniu Asgardu przez Sentry’ego w sześćdziesiątym tomie WKKM „Oblężenie” relacje na linii Thor- Iron Man- Kapitan Ameryka/ Steve Rogers nie ulegają poprawie. O ile Asgardczyk i Cap jakoś nie mają do siebie o nic żalu, o tyle stosunki ze Starkiem są nadzywczaj napięte. Przyznam, że nieco sceptycznie podchodziłem do tego tomu, choć jednocześnie go oczekiwałem. Alan Davis jako rysownik i dość mocno niewyjaśniona kwestia- jakim cudem Rogers i Stark znów są dobrymi kompanami skoro  jeszcze nie tak dawno pierwszy z nich zginął w przyczyny drugiego.

Trójka herosów rozgląda się po gruzach dawnej siedziby bogów. W międzyczasie Tony i Steve słownie drą koty, gdy nagle uświadamiają sobie fakt, że wraz ze zniszczeniem całego Asgardu zniknął również Bilfrost, czyli tęczowy most łączący i utrzymujący równowagę pomiędzy dziewięcioma światami. Zanim jednak to wszystko do nich dociera na chłodno zostają oni wciągnięci w to co zostało z mostu któremu dotąd strażował Heimdall.

Można powiedzieć, że historia nie jest jakoś szczególnie oryginalna. Cała trójka trafia do kompletnie różnych światów. Cap bez tarczy, Iron Man w zbroi sprzed wielu, wielu lat, Thorowi zaś nie pomaga nawet Mjollnir. Różne światy okazują się jednak tym samym uniwersum w którym dużą rolę odgrywa nordycka bogini śmierci- Hel. Obok niej pojawi się szereg mitologicznych i baśniowych stworzeń, w tym niektóre z nich z przeszłości Thora. I to jedna z zalet tego komiksu. Wielobarwność postaci i ich zróżnicowanie sprawia, że nie jest to kolejny crossover Bendisa ze stadem bijących się superbohaterów.

Ważnym motywem oprócz głównego wątku akcji są relacje między trojgiem peleryniarzy. Widoczne są uszczypliwości i niezabliźnione rany, jednak dialogi i humor z pazurem pokazują, że Odinson, Stark i Rogers to jednak ci sami starzy przyjaciele. Nie widać też tu Starka- zdrajcy, a Starka- zawadiakę, jaki pojawia się wykonaniu Roberta Downey’a Jr. . Thor zaś pełni cichą rolę mediatora.  Ocieplenie stosunków między naczelnymi Mścicielami to dobry znak- każdy miał już chyba dość bratobójczych scysji ciągnących się jeszcze sprzed „Upadku Avengers”.

Z Alanem Davis’em można było zapoznać się przy okazji „Avengers: Impas” czy „Fantastyczna Czwórka: Koniec” ( gdzie napisał nawet scenariusz ). Współtworzył on ze swoim imiennikiem Alanem Moore’m również „Captain Britain: The Crooked World”, które zostało nam w polskiej edycji WKKM barbarzyńsko wycięte ( no nie przeboleję tego… ). Rysownik łączy w swych dziełach nutkę starej szkoły i nowsze trendy. Duże, całostronnicowe kadry wychodzą mu plakatowo- billboardowo. Nawet zbiorowe, bitewne rysunki gdzie oręż splata się z orężem, a jeden bije drugiego nie powodują uczucia konfuzji. No chyba, że z wrażenia szczegółowości i dokładności rysunku Davisa. :)

Podsumowanie: Komis dla fanów trojga głównych bohaterów, ale tez dla ludzi ceniących cięte dialogi, piękne rysunki i dobrą, niebanalną akcję. Śmiało można wręcz powiedzieć, że Bendis pokonał samego siebie. „Pierwsi Avengers” są bardziej poczytni i po prostu lepsi niż „Oblężenie” na którego wydarzeniach jest ono oparte. Rysunki Davisa zaś są bez zarzutu- po prostu solidna, artystyczna robota. :)

PS: Marvel stanowczo zaniedbuje swoje postaci. W DC występuje takie zjawisko jak Trójca- Batman, Superman i Wonder Woman. Pierwszoszeregowe postaci wydawnictwa od których wiele się zaczęło i które nie raz ciągnęły je do przodu. W Marvelu jest podobnie. Z tą różnicą, że Thor, Kapitan Ameryka i Iron Man nikną pod ciężarem całej grupy Avengers, w której składzie nie zawsze były tak wspaniałe postaci jak oni, bądź nikną pod cieniem solowych main eventerów jak Spider- Man lub Daredevil czy grupy X- Men. Co jest dużym błędem, gdyż bohaterów tych analogicznie można postawić w opozycji do Trójcy DC. Cap/ Superman- pozytywni bohaterowie tłumów, herosi których można dawać młodzieży za przykład, Iron Man/ Batman- główna moc- gotówka i intelekt, obaj nie pozbawieni wad, ale spajający nie jeden raz Avngers/ Ligę Sprawiedliwości. Thor/ Wonder Woman- obecnie są nawet tej samej płci ( :( ). Ja jednak pamiętam starego dobrego Thora który nie był kobietą. Oboje związany silnie z mitologią. Oboje potrafiący dać równie mitycznym co oni stworom w szczękę. Oboje z jedynym w swoim rodzaju i potężnym orężem. I o dość archaicznym pojmowaniu świata, że o wysławianiu się nie wspomnę.

Nic więc nie stoi na przeszkodzie, aby Marvel nieco bardziej wyeksponował ( jak w tym komiksie ) te trzy postaci. Oczywiście po przywróceniu im dawnych tożsamości, bo teraz to… Ech…

Dr Oz

#138. – WKKM #12 – Geoff Johns, Alan Davis – „Avengers: Impas”

Standardowy

Wszelkie supergrupy łączą w sobie rozmaite charaktery. Od milczków i ponuraków po ekstrawertycznych, pomnikowych harcerzyków. Pierwszy przykład z brzegu- Batman/Superman. I z nieco innego punktu widzenia- tradycjonalista i pan nowoczesny- Cap/Iron Man. Takie przeciwieństwa przyciągają fanów obu konkretnych grup postaci i pozwalają na niebanalną narrację. W „Avengers: Impas” przeciwstawne postaci nie mają ze sobą za dużo do czynienia, lecz rodzaj kontrastu między nimi nie jest do końca szablonowy.

Kluczowymi postaciami są tu Thor i Walet Kier. Pierwszy to stary weteran Avengers, nordycki bóg gromów, a po niedawnych wydarzeniach jedna z silniejszych postaci uniwersum Marvela. Blondas bowiem przejął potęgę swego ojca, Odyna, i wraz z wzrostem mocy wzrosło nieco jego ego. Drugi to żółtodziób którego zdolności zagrażają innym i jemu samemu. Kontrast między nimi jest wyraźny, jednak problemy które przysporzą są podobnej skali.

Thor to nerwowy chłopina. I dosyć staroświecki. Na tyle, że gdy po latach słyszy modlitwy skierowane w stronę jego asgardzkiego majestatu odbija mu palma i przypomina mu się, iż jest bogiem, a nie tylko facetem od robienia piorunów latającym za innym facetem ubranym w amerykańską flagę i kolejny w pancernym wdzianku. Kłopot w tym, iż modlitwy nadchodzą z kraju sąsiadującego z Latverią, gdzie ludzie klepią biedę, a rządzi nim marionetka Dr Dooma. Chcąc nie chcąc w boski żywot Thora miesza się element jego codziennego fachu. Nie wszystkim jednak podoba się, że koleżka uciszający burze miesza się w politykę. Co nie przeszkadza mieszać się w to wszystko politycznie poprawnemu Starkowi.

Walet Kier to dziecię pewnego jajogłowego i kosmitki. I po mamusi właśnie odziedziczył niektóre zdolności które po zażyciu specyfiku autorstwa taty sprawiają, że jest chodzącą bombą o silnej mocy. Dlatego też biedaczysko musi spędzać większość doby w specjalnym pomieszczeniu. Z zaznaczeniem, że cokolwiek znajdzie się tam z nim ulegnie zniszczeniu przez jego energię. I tak Jack of Hearts większość dnia spędza w izolacji bez cienia szansy na zmianę. Chyba, że na gorsze. Do tego dochodzą niesnaski z Ant- Manem/ Scottem Langiem i wyalienowanie w grupie. Przykład tego, że wielka moc to nie zawsze wielka odpowiedzialność, a wielki pech.

Obaj panowie, mimo różnic w stażu i rodzaju problemów jakie przysparzają sobie i innym zachowują się nieco jak rozwydrzone nastolatki. Co nieco, ale tylko nieco, jest zrozumiałe. W końcu Thor to bóg i lubi jak się poczuć kimś więcej niż kumplem przemysłowca w puszce i odmrożonego patrioty. Zaś Walet Kier… Facet ma po prostu niefart.

Pojawia się Thorbuster. I jak każdy tego typu pancerz Tony’ego szybko kończy swój żywot nie spełniając najlepiej powierzonego mu zadania. Pan Antoni najwyraźniej nie pojął, iż oręż śmiertelników jest niczym wobec Mjollnira w rękach Thora.

Za rysunku odpowiada Alan Davis, jednak obok tego pana pojawiają się jeszcze się Gary Frank i Ivan Reis. Nieźle prezentuje się nowy wygląd Gromowładnego. Broda, jak na nordyckie bóstwo przystało, mniej patetyczny strój, jeszcze bardziej skrzydlaty hełm i zdaje się, że większe muskuły :D . Davis to klasa sam w sobie, ale koledzy również nieźle się sprawili. Finalne kadry z Waletem autorstwa Reisa czy ludzka strona życia drugiego Ant- Mana kreski Franka. Różnice są widoczne, ale są to autorzy znakomici warsztatowo więc nie widzę zastrzeżeń do mieszania ich dzieł.

Samo wydanie „Avengers: Impas” nie składa się z samych komiksów z serii „Avengers”. Jest to zbiór zeszytów o Iron Manie, Thorze, no i samych Mścicielach. Akcja ładnie się razem wkomponowuje. Jest to też dowód na przemyślane działanie biznesowe wydawcy. Czytelnik aby poznać pełną historię musi nabyć zeszyty z różnych serii, a że każda z nich ma swoją siłę przyciągania… Zacieram rączki na dolarki.

Podsumowanie: Bez wątpienia bardzo przemyślany zamiennik w stosunku do oryginalnej brytyjskiej serii. Świetnie zazębia się z „Upadkiem Avengers” i jednocześnie sporo wyjaśnia. Nie można mu też odmówić walorów samych w sobie. Konflikt Scotta Langa i Waleta Kier. Ambicja Thora i ciche kiełkowanie egoizmu wobec dawnych kompanów w Starku. Mimo pozycji na szczycie w drużynie Mścicieli zaczyna być duszno i tylko wypatrywać nadchodzącej, nomen omen, burzy.

#68. – WKKM #52 – Alan Davis – „Fantastyczna Czwórka: Koniec”

Standardowy

1511657_326613910858053_7566263348343468121_n

Marvel od czasu do czasu wypuszcza miniserie z różnymi bohaterami w kompletnie innym czasie i miejscu. Nie są ta pełne alternatywne światy jak Ultimate, lecz nie znaczy to, iż są mniej ciekawe ( względem Ultimate często lepsze :p). Były już serie „Noir” czy „2099″. Jedną z ciekawszych jest jednak „Koniec”. Seria ta opowiada o ostatecznych losach części podopiecznych Domu Pomysłów, między innymi Wolverine’a, Hulka, Punishera czy właśnie F4.

Akcja ma miejsce w  przyszłości. Herosi pozostają piękni i młodzi dzięki technologii opracowanej przez Mr Fantastica. Ten też odpowiada zresztą za niesamowity rozwój Ziemi i pokój w skolonizowanym przez ludzkość  Układzie Słonecznym. Jest on jednak odcięty od reszty kosmosu. Pokój nastąpił po tzw wojnach mutantów. Co tłumaczy nieobecność X- Men… :( Drobna dygresyjka- czy tylko ja kojarzę to określenie z Wojnami Klonów ? I nawet tak samo enigmatycznie brzmi- kto oglądał „Nową Nadzieję” przed premierą II epizodu wie o czym mowa. Członkowie F4 nie są już szczęśliwą gromadką. Torch należy do Avengers, Sue poszukuje sposobu na odzyskanie swych dzieci, Thing prowadzi familijny żywot na Marsie, zaś Reed jak zwykle majstruje przy sprzętach na miarę Tesli. Pierwsza Rodzina Marvela więc żyje z dala od siebie mimo spokojniejszych czasów.

Jednak jak to bywa- wszystko się psuje. Pozornie niepozorne ataki anarchistów są co prawda regularnie tłumione przez Mścicieli, lecz za wszystkimi wydarzeniami kryje się coś dużo więcej. Innym siłom we Wszechświecie nie podoba się bowiem izolacjonizm Niebieskiej Planety… Na czele jak zawsze- Kree i Skrulle. Ale i Shi’tar. Wydarzenia są przeplatane życiem członków F4 które pozbawione przygód nie zadowala wszystkich do końca.

Ogromny plusem tej historii jest mnogość postaci. F4, Avengers, Inhumans, Silver Surfer,klasyczni przeciwnicy jak SuperSkrull, Mole Man, Ronan, Mad Thinker,Galactus a nawet… Cthulhu :D . Po prostu Davis zaprosił wszystkich :D. Ciekawostką jest tu Iron Man i Dr Strange. Ten pierwszy jest już tylko cybernetycznym duchem sterującym każdą ze zbroi, zaś mag to już sędziwy staruszek, uczący jednak swą córkę na następczynię ( ale dlaczego musiała ona wyglądać jak ojciec w wersji damskiej, do tego stopnia, że ma siwe skronie… :p ).

spread

Kreska Davisa jest dobra… Bardzo dobra… Wyśmienita ! :) Kosmiczne potyczki, postaci które wyglądają jak z nieco starszej epoki, postaci z wielu światów i te ogromne przestrzenie. Niekiedy zdarza się efekt niedociągniętej linii, jednak to wina tuszującego Marka Farmera nie zaś rysującego.

Podsumowanie: Kolejny raz przekonałem się, że będąc nastawiony niechętnie do komiksu, zawsze się zadziwiam w pozytywny sposób. „Spider- Man: Niebieski”, „Przedwieczni”… Teraz „koniec” F4. Komiks warty przeczytania, nie tylko dla fanów kosmicznych przygód F4 i spółki.

Ocena: 8/10

SCAN0028