#274. – Jonathan Hickman, Jim Cheung, Jerome Opeña, Dustin Weaver – „Nieskończoność”

Standardowy

Prowadzący serie „Avengers” i „New Avengers” Jonathan Hickman nie należy do zwolenników kameralnych historii, skupionych na garstce postaci i jednym, jedynym przeciwniku. Cała afera związana z Budowniczymi sama w sobie była potężnie rozbudowanym crossoverem angażującym wszelkiej maści grupy, a nawet kosmiczne cywilizacje z uniwersum Marvela. Autor poszedł jeszcze dalej. Gdy wydawało się, że przeciwnik został pokonany i wszyscy mogą odetchnąć z ulgą pojawia się nowy wróg. I to nie byle jaki, bo sam Szalony Tytan- Thanos.

„Infinity” fabularnie zazębia się z wspomnianymi „Avengers” i „New Avengers”. Ale aby w pełni zrozumieć motywację Thanosa i cel jaki sobie obrał radzę sięgnął po komiks pióra Jasona Aarona- „Thanos powstaje”. Wracając jednak do fabuły „Nieskończoności”. Oto gdy sprzymierzone siły przybywają na Ziemię zostają ją oblężoną przez siły Thanosa. Superłotr na skalę kosmiczną przybył na Niebieską Planetę wykorzystując nieco nieobecność sporej części herosów, lecz jego przybycie tak naprawdę było tylko kwestią czasu. 

Warto na chwilę zatrzymać się na Cull Obsidian, czyli Czarnym Zakonie. Grupie istot, będących najbliżej Szalonego Tytana. W jej skład wchodzą: Corvus Glaive, Proxima Midnight, Ebony Maw, Black Dwarf, Supergiant. Każde z nich zdolne jest mierzyć się z największymi i najpotężniejszymi herosami jak Hulk, Doktor Strange czy Hyperion. Każde też jest ślepo oddane Thanosowi. A skoro mowa o nim samym. Nie mając w ręce lub na ręce żadnego artefaktu czyniącego z niego boga, nie odpuszcza, a swoimi działaniami budzi postrach na wielu planetach. Nic dziwnego- jego danina jest godna samego biblijnego Heroda. 

Hickman serwuje nam kilka naprawdę pięknych momentów. Pojedynek Black Bolta i Thanosa, „kapitulacja” Thora czy konfrontacja Strange’ a i Ebony Maw to coś niezapomnianego. Filmowcy powinni brać przykład jak napisać dobry scenariusz ze sporą ilością fajerwerków i nie popaść w nadmierny infantylizm.

 Opeña i Cheung, z naciskiem na tego drugiego, mieli nie lada orzech do zgryzienia. Kosmiczne batalia, stanowiące lwią część komiksu nie były łatwym wyzwaniem, ale rysownicy poradzili z nim sobie dobrze. Tylko dobrze, gdyż czasami nie umiałem pozbyć się wrażenia, iż na jednym kadrze starano się upchnąć jak największą ilość kosmicznego latadła. Inaczej ma się sprawa z Thanosem. Wszyscy wiedzą, że to kawał bydlaka, a z twarzyczki nie przypomina Adonisa. Ujęcie jego uśmiechniętej paszczęki naprawdę powoduje ciary. 

Na chwilę jednak odpuśćmy Thanosowi i skupmy się na Budowniczych. Bo oni są zapalnikiem wszystkiego. W końcu nawet Szalony Tytan nie jest tak szalony, aby otwarcie rzucać się na planetę, na której już dwa razy dostał bęcki. Rasa ta to nie byle kto- jednoczy Skrulli, Kree, Annihilusa i całą kosmiczną ferajnę Marvela. I do tego przez sporą część eventu dominuje ów alians. Ale o nim nieco więc w „Avengers; Nieskończność”.

Podsumowanie: Zdawać by się mogło, iż to kolejny crossover Marvela. Pretekst by nieco namieszać, lecz tak naprawdę nic za sobą nie niosący. „Infinty” nie zmieniło tak wiele jak „Wojna Domowa” czy „Ród M”, można wręcz powiedzieć, że przy całym swoim huku przyniosło dość nieproporcjonalne do niego efekty. Może to i lepiej ? Kawał solidnej przygody, po której zamiast chaosu i braków kadrowych wśród herosów pozostaje względny spokój, imperia się jednoczą, a trykociarze mogą na krótką chwilę odsapnąć. „Nieskończoność” to komiks pełen akcji, najlepiej smakujący z innymi tytułami spod szyldu tego wydarzenia, również autorstwa Hickmana. Marvel zrobił psikusa czytelnikowi sporą objętościowo historię na trzy osobne tytuły. Ale dla tekiej bitki… Warto. 

#273. – WKKM #102 – Christopher Yost, Scot Eaton – „Bitewne blizny”

Standardowy

Powiedzmy sobie szczerze- większość osób śledzących filmy Marvela nie ma pojęcia o ich komiksowych źródłach. Nie mają pojęcia i skali Wojny Domowej, zaś Era Ultrona była kolejną potyczką Mścicieli ze złym robotem. Nie zaś, jak w oryginale, apokalipsą. Ciekawa jednak rzecz jest z Nickiem Fury. Samuel L. Jackson grający tę postać w filmach nie jest zdecydowanie Irlandczykiem z cygarem z zębach i siwizną na skroniach. Co więcej, inspiracją dla filmowego, czarnoskórego Nicka było nieszczęsne uniwersum Ultimate. Aktor oczywiście stworzył niezłą kreację i nadał tej postaci indywidualność, lecz dysonans między filmami, a komiksem pozostał. Marvel więc postanowił go rozwiązać.

Marcus Johnson to żołnierz co się zowie. Pole bitwy nie jest mu obce, lecz wraz ze swym towarzyszem broni Cheesem trafią na przeciwników, których woleli by unikać. A należą do nich takie przestępcze osobistości świata Marvela jak Taskmaster czy Serpent Societ. Pojawia się również Deadpool, lecz jego natura superbohatera, bądź chęci nim zostania przeważa nad chęcią zysku. Gdyż za Johnsona wyznaczono niemałą kwotę, a skoro oprócz superłotrów na ratunek przychodzi Kapitan Ameryka i S.H.I.E.L.D. coś musi być na rzeczy.

Niech będzie chwała Niebiosom za to, że Marvel uniknął poprawności politycznej. „Nowy” Nick Fury nie zastępuje „starego”. Obaj funkcjonują równolegle i obaj mają z góry określaną pozycję. Młodszy jest zdolnym żółtodziobem, kimś kto ma szansę przewodzić SHIELD. Starszy zaś to nadal pełni funkcję naczelnego agenta Marvela i co ważniejsze- roszada jest uzasadniona, sensowna i nie jest tanią sensacją, jak ostatnie personalne zmiany wszelkiej maści.

Scot Eaton to rysownik dobry. Nie jest artystą szczególnie charakterystycznym, ale potrafi z ołówka wyciągnąć to co najlepsze. Sensacyjna fabuła, w tym pełne luda walki, nagłe odsiecze tych dobrych i złych, oraz zmiana ukazana na końcu to coś, co należy pochwalić. 

Podsumowanie: Historia, która może nie jest kluczowym wydarzeniem dla świata Marvela, ale którą można znać. Autorzy połączyli pełną akcji fabułę z lekkim humorem, nieco w stylu filmowego Marvela. I myślę, że „Bitewne blizny” to dzieło skierowane głównie do kinowych odbiorców, niż czytaczy komiksów. Postać Marcusa Johnsona ma potencjał, choć jest to charakter kompletnie inny niż jego poprzednik. Nieco bondowski „stary” Fury niesie z sobą nostalgiczny ładunek. Fury- Johnson zaś to ktoś kogo brakowało w świecie Marvela. Bardziej współcześnie- hollywoodzki, militarny. Absencja oryginalnego Fury’ ego również sprawiła, że postać ta była doskonałym posunięciem wydawnictwa.

#272. – Brian Posehn, Gerry Duggan, Scott Koblish, Declan Shalvey – „Deadpool: Dobry, Zły i Brzydki”

Standardowy

Trzeci tom „Deadpoola” w ramach Marvel NOW! nadal utrzymuje wysoki poziom, lekki, acz inteligentny humor i wartką akcję. Ale pojawia się coś jeszcze. Coś, czego przeciętny odbiorca komiksów, a raczej ich ekranizacji, nie skojarzył z Wade’ m Wilsonem. Wątek tragiczny, który po prostu urywa nagle lekką atmosferę i wprowadza ponury nastrój, mocno kontrastujący z powszechnym wizerunkiem Deadpoola.

Tytuł jest wyjaśniony samą okładką. Drogi Pyskatego Najemnika zbiegają się ze ścieżkami dwóch, jakże innych, herosów. Pierwszym z nich jest stereotypowy trykociarz i ucieleśnienie szlachetnych cech- Kapitan Ameryka. Drugim jest oczywiście Logan. Bohater, który działa często odmiennie i bardziej ostro ( dosłownie i w przenośni ) niż avengersowa i iksmenowa brać. Brzydkim został więc pan Wilson. Prawdziwa Trójnia ! :)

I kolejny przeskok w przeszłość Deadpoola. Posiadającego wówczas afro na głowie/ masce, stylowe wdzianko z epoki i ciągotki do przynależności do innych grup superbohaterskich. Tym razem pech trafił na duet Luke’ a Cage’ a i Iron Fista. Naprzeciwko nim staje niejaki Biały Człowiek. Tak, wiem jak brzmi jego pseudonim i zapewniam, że brak poprawności politycznej jest jak najbardziej na miejscu. Pewien wątek podoczny będzie kluczowy dla reszty opowieści, zaś nawiązanie do komiksu „Nick Fury; Agent SHIELD” jest pięknym ukłonem w stronę oldschool’ u. 

Tytuł nawiązujący do słynnego westernu Sergio Leone nie mówi jednak o innych sojusznikach Deadpoola- X- Men. A właściwie to nie X- Men, a ich kopią Made in South Korea. Pod „patronatem” żaby z dynastii Kimów na terenie totalitarnego państewka powstał bowiem obóz, którego nie powstydziłoby się Weapon X. 

Rysownicy, Shavley i Koblish, prezentują nieco inne podejście do tematu, ale nikt nie poczuje się urażony zmianą kreski. Koblish jest znacznie mroczniejszy i krwawy, co wpisuje się w dość ponure, późniejsze zeszyty wchodzące w skład tomu. Shavley’ owi zaś należą się brawa oczywiście na oldchoolową opowieść z Power Manem i Iron Fistem.

Podsumowanie: „Deadpool” jest najlepszą obok „Thora Gromowładnego” pozycją z serii Marvel NOW ! wydawaną przez Egmont. Może brak jej rozmachu „Avengers” Hickmana, czy społeczno- ewolucyjnych rozważań wszelakich „X- Men” Bendisa, lecz nie brak w niej człowieczeństwa. Deadpool jest kpiną ze zjawiska superbohaterów, swoistym błaznem świata Marvela. Nie jest to błazen jedynie komediowy. Żywot Wade’ a Wilsona jest bowiem naznaczony tragediami, które co paradoksalne, czynią go podobny do żywotów klasycznych herosów jak Logan. W pewnym momencie przestaje być on rzucającym żarcikami śmieszkiem, a staje się w pełni zdającym sobie sprawę z powagi sytuacji mężczyzną, świadomym swej przeszłości i bólu jaki wyrządził innym.

#271. – WKKM #101 – Roy Thomas, Neal Adams – „X- Men: W cieniu Saurona”

Standardowy

Słowem wstępu- nie, nie jest to opowieść o pojedynku Dzieci Atomu z tolkienowskim czarnym charakterem. Na szczęście. „W cieniu Saurona” jest zbiorem schyłkowych opowieści o pierwszej generacji grupy X- Men. A tytułowy Sauron to pterodont na okładce. A skoro jest człowiek- dinozaur, jest też i Savage Land. A jeśli Savage Land, to i Ka- Zar. Mały plus więc za postaci nieco dziś już zapomniane.

Historia Karla Lykosa, czyli właśnie Saurona ma w sobie motywy wilkołacze. Jak w przypadku ofiary Lykantropa, po ranach odniesionych w walce z pterodontami ów jegomość odkrywa, że pochłaniając energię innych żywych istot staje się potężną latającą, bestią. Szybko też odkrywa, że najwięcej siły dają mu mutanci. Ku utrapieniu pewnej grupki młodocianych homo superior…

W pozostałych historiach X- Men muszą zmierzyć się z Hulkiem ( albowiem każdy w tamtych czasach MUSIAŁ mierzyć się z Sałatą ), najeźdźcą z kosmosu i samym Magneto, który powrócił zza grobu. Największą jednak gratką jest ukazanie genezy Beasta, w wersji futrzanej. Swoją drogą, gdyby Hank wiedział, że to nie ostatnia taka metamorfoza zapewne inaczej rozwiązałby całą sytuację. Na łamach tegoż tomu debiutuje też Shiro Yoshida, znany szerzej jako Sunfire. Jako japoński fanatyk, i to bynajmniej nie wobec swej korporacji, bądź ulubionej mangi, prezentuje się dużo groźniej niż potworny Sauron i Mistrz Magnetyzmu. 

Można rzecz, że kreska Neala Adamsa ratuje ten komiks. Bez przesady ! Roy Thomas, jak na swoje czasy, stworzył niezłą opowieść, a Adams tylko pomógł mu ja opowiedzieć w sposób, dzięki któremu nie czyta się go jak innych komiksów z epoki. Czyli z nutką znużenia i odkładania co jakiś czas. Ale fakt faktem- największym atutem tego komiksu jest niewątpliwy udział legendarnego już dziś twórcy. Rysownik ten wie co to kadrowanie. Podział plansz przebija większość dzisiejszych komiksów. Wielki wizjoner, ot co. 

Podsumowanie: Będę szczery- „Mroczna Phoenix” to to nie jest. Ale nie jest to też dzieło słabe, niegodne uwagi. Fani X- Men będą zadowoleni, podobnie jak zwolennicy komiksowych antyków. Ja po nawałnicy oldschool’ u z WKKM jestem nieco mniej tym drugim, ale miłośnikiem serii o mutantach jak najbardziej. Pierwszy skład ma kompletnie inny klimat, niż ten z Loganem, Storm i resztą międzynarodowej ferajny. Przypomina on nieco połączenie klasycznej opowieści o superbohaterach z tamtych lat, z naiwnością familijnych obrazów. X- Men musieli dojrzeć. Z grupki X- Harcerzy stać się kimś na miarę Avengers. Tutaj zaprezentowany zostaje ich ostatni krok jako tych pierwszych. Nieco niezgrabny, lecz mocny. 

#270. – Pierwotny Scenarzysta, Mick Anglo, Garry Leach, Alan Davis, John Ridgway, Chuck Austen, Rick Veitch, John Totleben, Don Lawrence, Steve Dillon, Paul Neary, Rick Bryant – „Miracleman” t.1

Standardowy

Niewiele komiksów jest tak legendarne jak „Miracleman”. I to zarówno pod względem wartości artystycznej, jak i wydarzeń z nim związanych. Wszelkich przepychanek o prawa autorskie, zmian ich właścicieli, a nawet kontynuacji powyższego dzieła. Jakaż więc była ma radość, gdy Mucha ogłosiła, iż wyda ten tytuł w połowie bieżącego roku. Wydawnictwo nieco się spóźniło- ale warto było czekać.

Superbohater- to brzmi dumnie. Tę, nieco patetyczną, maksymę obalił pewien komiksowy scenarzysta z Northampton, słynący z dość kontrowersyjnych poglądów, szczególnie jeśli chodzi o ekranizacje własnych dzieł. To dlaczego ów twórca, uważany za jednego z najwybitniejszych w swej dziedzinie, nie podpisuje się pod tym dziełem to temat na inny tekst. Ale zapewniam- na pewno nie ze wstydu. Pierwotny Scenarzysta stworzył dzieło, w którym obala mit herosa Złotej Ery, udowodnił, że ubrany w trykot superbohater to też człowiek. Ze wszystkimi konsekwencjami tego stanu bytności. 

Michael Moran to czterdziestoparoletni mężczyzna, pracujący jako reporter- freelancer. Jest pod każdym niemal względem przeciętny, wręcz nijaki. Te cechy jeszcze bardziej uwypuklają się, gdy pod wpływem pewnych wydarzeń i magicznego słowa staje się Miraclemanem, którego pseudonim jest jak najbardziej adekwatny. Stanowi on bowiem ucieleśnienie stereotypu komiksowego herosa, a na dodatek ma loczek. Latający, kuloodporny, supersilny i tak dalej. Słowem- bohater idealny i umiejący nosić poprawnie bieliznę. 

Miracleman z czasem odkrywa swą genezę. Nie tak uroczą, jak mu się zdawało. Jego dawni stworzyciele jednak nie śpią i pragną, aby ich dziecię powróciło na ich łono. Przy okazji kilka słów o Rodzinie Miraclemana. Pierwotny Scenarzysta mistrzowsko rozwiązał lustrzane wręcz podobieństwo do Rodziny Kapitana Marvela z DC. Oprócz tytułowego bohatera w jej skład wchodzą nastoletni Young Miracleman i trzynastoletni Kid Miracleman ( ten drugi będzie miał nie lada znaczenie w przyszłości herosa ). Cała trójka dysponuje prawdziwą potęgą. Nic więc dziwnego, iż pewnego dnia stwierdzono, że swobodnie latające jednostki zdolne, każda z osobna, zniszczyć dowolną armię i się przy tym nie zasapać to duże zagrożenie. Na tyle, iż lepiej go się pozbyć. Ale jak to bywa w takich przypadkach- zamysł się nie spełnił, a zgon zaliczył tylko jeden członek Rodzinki Cudoludzkich. Po latach dwaj ocaleni trykociarze budzą się ze snu. O Miraclemanie wspominałem. Jego nieformalny „brat” to już inna para kaloszy…

Parafrazując słynną maksymę Hitchcocka, początek „Miraclemana” jest widowiskowy, a dalej jest już jeszcze bardziej monumentalnie, epicko, kosmicznie i, co tu mówić więcej, superbohatersko. Pierwotny Scenarzysta ma rozmach i kreśli jednocześnie fabułę w logiczny, nie wydumany z braku wiedzy sposób. Wątki SF przeplatają się z mitologią, odniesienia do popkultury, realnie istniejących postaci z filozoficznymi tezami. Klasyczne superbohaterstwo ze swoim blichtrem i naiwnością, z superbohaterstwem po- strażnikowym. A w tym przypadku, przed- strażnikowym.

Pierwotny Scenarzysta pozwala sobie tu na naprawdę nietzscheańskie dywagacje. Jego heros to nie malowany chłop gaszący pożary podmuchem, a istota będąca spadkobiercą mitologicznym bóstw. Można by rzecz- bóg ery atomowej. Ktoś, kto w pewnym stopniu zjednał dwie, zwaśnione, kosmiczne cywilizacje. Ktoś, kto jest ojcem pierwszej ludzko- boskiej istoty w dosłownym tego słowa znaczeniu. I wreszcie ktoś, kto dał początek nowej rasie ludzkiej. Superludzkiej. 

Rysownik jest tu niemało. Najbardziej charakterystyczne i zapamiętałe z tego komiksu są sceny Londynu po masakrze jaką dokonał na nim Bates i scena narodzin córki Miraclemana. Prócz nich występuje szereg innych plansz, udowadniających, że nie jest to komiks dla niedzielnych fanów, którzy kręcą nosem, gdy dana powieść graficzna „ma mało stron”. Brutalność, dosłowność, czyli po prostu pieczołowity realizm. Praca całej gromady rysowników sprawiła, iż zamysł i wizja Pierwotnego Scenarzysty została przedstawiona idealnie. 

Podsumowanie: „Miracleman” to nieco inne spojrzenie Pierwotnego Scenarzysty na pojęcie superbohaterów, niż „Strażnikach”. Tutaj autor skupia się bowiem bardziej na mitologicznej roli herosa i odpowiada na pytanie- co by faktycznie stało się, gdyby Superman istniał ? Nadaje głównemu bohaterowi z jednej strony bardzo ludzką osobowość, dbającą o żonę i córkę ( o którą to jednak dbać nie musi… ),  starającą się prowadzić normalne życie. Co z czasem okazuje się mrzonką i oszukiwaniem samego siebie. Zgodnie z tym co pisał Joseph Campbell- przeznaczenie prędzej czy później wezwie każdego herosa na jego właściwą ścieżkę.

Takie tam z Londynu…

#269. – J. Michael Straczyński, Sam Barnes, Brandon Peterson – „Doktor Strange: Początki i zakończenia”

Standardowy

Originy w komiksach to zjawisko, które z biegiem lat ulega ustawicznemu przeobrażeniu. Pierwsza geneza Batmana liczyła ledwie jedną stronę. Dopiero po latach zyskała wręcz sakralny charakter, którego zmieszczenie w kilku kadrach wydaje się być zbrodnią. Inny heros nie cierpiący ubóstwa, Tony Stark, początkowo skonstruował swój debiutancki kostium w niewoli u azjatyckiego watażki, po latach jednak „okazało się”, że pancerz został zbudowany na Bliskim Wschodzie. Jaki czasy- takie początki. Nie inaczej jest i w powyższej miniserii Straczyńskiego i Barnesa . Trzeba jednak przyznać, że autor w dość godny sposób odświeżył genezę Stephena Strange’ a. Bez wielkich rewolucji, ale żaby ktoś nie myślał- kilka zmian jest.

Na początku- co jest zgodne z oryginałem. Po pierwsze- Strange na początku, jeszcze jako mistrz skalpela, nie magii, jest niesamowitym dupkiem. Arogancki do stopnia, który zawstydziłby Dr. House’ a, egoistyczny i ślepy na to jaki jest do dnia feralnego wypadku. Będącego ukazanym nieco inaczej, w innych okolicznościach, ale co najważniejsza, i chwała za to twórcom- z tymi samym konsekwencjami. Dziwny Stefek zmienia fartuch na czarodziejski płaszcz, a zamiast natrętnych pacjentów ma natrętne bestie z piekieł wszelkiej maści. 

Po drugie- postaci jak Wong, Starożytny, Clea, Baron Mordo czy demon Dormammu pełnią rolę zgoła podobne, choć zostają oni przedstawieni z nieco innej perspektywy. Perspektywy, która to może niektórych ( w tym mnie ) nieco zirytować. O ile sam zamysł fabularny jest o ciekawy i lepszy, niż to co pokazało nieszczęsne uniwersum Ultimate, to zmodyfikowane postaci dla tego, kto przywykł i przyzwyczaił się do standardowych ich wersji może być ciężkie do przełknięcia. Wong, który nie przypomina stereotypowego Azjaty z baru szybkiej obsługi, a jest kimś w rodzaju Lei’a Wulonga z serii gier „Tekken” to dobra zmiana. Podobnie Starożytny. Nie przypomina skapcaniałego staruszka w futrze nieznanego pochodzenia, a seniora w typie Pata Mority . Jednak wrogowie i miłość Doktora Strange’ a są nieco… zbyt normalni. 

Barona Mordo kojarzę jako złą wersję głównego bohatera. Wykrzywiona w przerysowanego, komiksowego grymasie złoczyńcy mina i te jego przydupastwo w stosunku do Dormammu. A skoro mowa o nim- oryginał uśmiał do łez widząc, jak Ludzka Pochodnia próbuje się w niego wcielić. Tutejszy antagonista maga przypomina bardziej właśnie członka F4, niż groźnego piekielnika. A na sam koniec- Clea. Gdzie białe włosy i charakterystyczna fryzura ? Gdzie jej, nieco odrealnione, zachowanie ? Gdzie ta efemeryczność ? Tutejsza Clea wydaje się być bardziej bitna niż wszyscy panowie razem wzięci.

Smuci mnie nieco brak psychodelii z dawnych lat. Zastąpiona została ona przez płomieniste, fajerwerkowe widowisko. Nie jest to absolutnie rażąca wada, ale w czasach, gdy grafika potrafi uczynić cuda można by pokusić się na nieco więcej magicznej oniryzmu.

„Początki i zakończenia” mogą pochwalić się niezła stroną graficzną. Poza Dormammu niczym z Fantastycznej Czwórki piekielne stwory prezentują się nader plugawo i potępieńczo. Scena w której Strange opuszczą sanktuarium Starożytnego i trafia do miejsca, do którego najwyraźniej prowadzi autostrada z piosenki AC/DC jest niezapomnienia. Demony idealnie wpasowują się w wielkomiejski krajobraz NY. Odjechane rysunki w stylu Steve’ a Ditko zastępuje widowiskowa batalistyka autorstwa Brandona Petersona. Nie jest to zmiana ani na lepsze, ani na gorsza. Podróże po innych światach to nieco inna opowieść, niż scenariusz Straczyńskiego i Barnesa.

Podsumowanie: Idealny komiks opublikowany na krótko przed premierą filmu o głównym jego bohaterze. Tytuł jest odświeżoną wersją genezy Doktora Dziwago, ale nie popada w zbytni „altimejtyzm”. Są pewne kwestie, które mnie drażnią, ale to naprawdę dobry komiks. Nie jest on częścią ogromnych eventów, nie trzeba znać historii sprzed trzydziestu lat, aby zrozumieć sens- jest to po prostu dobra opowieść zamknięta umiejętnie w zgrabnej miniserii. 

#268. – Rafał Dębski – „Wilkozacy – Księżycowy Sztylet”

Standardowy

„Wilkozacy” to seria łącząca w sobie fantastykę z lekką nutką słowiańskiej mitologii i dzieje Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Tytułowi bohaterowie to, jak sama nazwa wskazuje, odmiana wilkołaków mająca co nieco wspólnego z bitnym wojownikami znad Dniepru. Dębskiemu udało się jednak stworzyć z Wilkozaka, coś co nie jest prostym ich połączeniem, a czymś zupełnie nowym. Wilkozacy panują nad wilczą stroną duszy. Potrafią przybrać postać wilka podczas Okołopełni, czyli okresu znacznie dłuższego niż najbardziej majestatyczna faza Księżyca. Do tego są w stanie kontrolować swą naturę i gdy zachodzi potrzeba stać się wojownikiem uzbrojonym w szablę, zamiast kłów i pazurów. 

Autor skacze w czasie o kilkaset lat wydarzeń z poprzednich części. Czyli od zakończenia wojen RON i Kozaczyzny, do schyłku obydwu powyższych, czyli czasów po I rozbiorze. Stanisław Poniatowski, marszałek Małachowski, caryca Katarzyna II, książę Michał Lubomirski- oto część plejady historycznych postaci występujących na paginach trzeciego tomu „Wilkozaków”. Jest więc tu nieco więcej historii, niż w dwóch poprzedzających tomach.

Centrum akcji to tytułowy artefakt. Księżycowy Sztylet to narzędzie, którym można zawładnąć nad Wilkozaczyzną. Chrapkę na niego ma wiele osób, w tym sama caryca Katarzyna II. A każdy wie, co się dzieje, gdy zasiadający w Moskwie władca ma swoiste wunderwaffe. Na szczęście cudowny oręż trafia do rąk bardziej odpowiedzialnej osoby. Nie bez swej ceny… Wilkom to nie w smak. Wrogiem jednak nie okazuje się ten, który dzierży mistyczny przedmiot, lecz zaborca. Koniec Rzeczypospolitej = koniec Kozaczyzny = koniec Wilkozaków.

Ten kto spodziewa się dzieła na miarę „Samozwańca” czy „Bohuna” Komudy może się nieco zawieść. Dębski to pisarz zdolny i bardzo pomysłowy, lecz bardziej skupiający się na fikcyjnej fabule, niż faktach historycznych. „Księżycowy Sztylet” co prawda nadrabia pod tym względem, ale daleko mu do koronkowej pracy jaką wykonał Komuda choćby przy powieściach z udziałem Jacka Dydyńskiego 

Podsumowanie: Zarówno „Księżycowy Sztylet”, jak i dwie poprzednie części to książki bardzo dobre. Są jednak dużo mniej historyczne niż proza Komudy czy Piekary osadzona w mniej więcej tym samym okresie, ale solidna porcja fantastyki na wysokim poziomie wynagradza brak skrupulatności. Zakończenie jest dość otwarte i liczę na dalsze części. I brak skrępowania autora w angażowaniu postaci z podręczników historycznych. 

#267. – WKKM #99 – Mark Waid, Paolo M. Riviera – „Daredevil: Wściekłość i wrzask”

Standardowy

Kręte są ścieżki życiowe superbohaterów. Ginący bliscy, kosmiczne wojaże, powroty zza grobu, przejścia na ciemną stronę, alternatywne wersje samego siebie i tak dalej. Słowem- trykociarzowi nie jest dane ot tak usiąść sobie po dołożeniu jakiemuś tam Doomowi czy Luthorowi. Biedaczek musi jeszcze przeżyć swoje nieco ponad program. Matt Murdock miał swoje chwile chwały i klęski. Wypadek, śmierć ojca, odejście ukochanej i jej śmierć z ręki odwiecznego wroga, kolejne konfrontacje z Kingpinem i wiele, wiele innych. Jak ta związana z dowództwem Hand i małym skokiem na ciemną stronę.

Tak więc po akcji z „Shadowland”, po poradzeniu sobie z opinią publiczną Matt Murdock stara się nadal być wziętym prawnikiem. Tym razem jego niepełnosprawność nie jest postrzegana jako coś, co , a coś, co wręcz krzyczy- MATT MURDOCK = DAREDEVIL. I jak na ironię- na ten krzyk heros musi udawać głuchego.

Żywot superbohatera byłby nudny, gdyby po drodze nie stanął mu na drodze jakiś łotr. Co stanie się jeśli naprzeciwko człowieka o ultra- wyczulonym słuchu stanie ktoś, kto jest zestalonym dźwiękiem ? Złoczyńca znany jako Klaw, dyżurny przeciwnik Black Panthera, po pewnej, niemiłej dla siebie, przygodzie z Avengers stara się dojść do siebie. Ścieżki losu sprawiają, że trafia na Daredevila. Sposób w jaki dochodzi do konfrontacji obu panów nie jest standardowy- czyli złoczyńca zło czyni, a heros stara się mu przerwać w mniej lub bardziej inwazyjny sposób. Innym oponentem, a raczej całą grupą są przedstawiciele wszystkich niemal zbrodniczych organizacji świata Marvela. A więc Hydra, A.I.M, , Tajne Imperium i tak dalej. W skrócie- dużo śmiesznych kostiumów i panów chcących zawładnąć światem, bądź go rozwałkować. 

Paolo Riviera pokazał mistrzostwo w ukazywaniu dynamicznych przejść między kadrami. Rozmowa i space po NY Murdocka i Foggy’ go, czy potyczka z Klawem są niezwykle płynnymi i przyjemnymi dla oka scenami, które pocięte na osobne kadry nie miałby tak dużej mocy przekazu. Lecz to nie wszystko. RIviera nie bawi się w szczegóły. I właśnie ten ascetyzm w połączeniu ze kolorystyką i umiejętnym rozmieszczeniem jest największym atutem rysunków w tym tomie. I nie znajdzie się chyba nikt, kto przejdzie obok wizualizacji „radaru” Daredevila obojętnie.

Podsumowanie: Człowiek Bez Strachu to jedna z tych postaci, która jest stworzona do działania solowego. W jego wypadku podkreśla to ludzką stronę i to nie tylko prawniczą. Lecz najważniejszym elementem komiksu nie są pojedynki, a wewnętrzna zmiana Murdocka. Człowiek dotąd będący dosyć pesymistycznym typem postanawia to zmienić. Co nawet dla jego najbliższych jest niemałych szokiem. Na szczęście robi to w godny sposób, starając się odnowić swe życie, będące materiałem na kilka innych żywotów. I to nawet superbohaterskich.

#266. – Dan Simmons – „Upadek Hyperiona”

Standardowy

Kontynuacja epickiej opowieści Dana Simmonsa. Pielgrzymi docierają do Grobowców Czasu, a tymczasem w pozostałej części galaktyki wrze. Stracie Hegemonii i Wygnańców coraz bliżej, a sprawy na Hyperionie nieco się komplikują. Dzierzba staje się nader aktywny, Rachel staje się coraz młodsza

Autor porzuca formę powieści szkatułkowej na rzecz zwiększenia dynamiki. Co wcale nie szkodzi książce. Retrospektywny charakter po raz drugi byłby odgrzewanym kotletem. Simmons udowadnia, że potrafi zaskoczyć, a nawet zaszokować. Niespodziewane zgony, które nie zawsze są zgonami stuprocentowymi, podróże w czasie, zamiany miejsc postaci, nieoczekiwane sojusze i zdrady- wszystko naraz może przytłoczyć kogoś lubującego się lekkich powieściach do poduchy. Tego kto jednak ceni porządne, wyważone SF potrafi

Mimo braku oddania głosu wyłącznie jednej postaci pisarz nie pozwala cofnąć się w cień ani jednej z nich. Mało tego. Do głosu dochodzą nowe persony. Pokaźną i kluczową rolę dostaje Meina Gladstone. Prawdziwa dama ze stali, która potrafi wziąć na swe barki odpowiedzialność polityczną. Powraca John Keats. W nieco bardziej oryginalnej wersji, a wraz z nim jego wybitna poezja. Dzierzbie zaś jest dane pokazać więcej swoje sukinsyństwa. Potwór okazuje się być istnym terminatorem podniesionym do tysięcznej potęgi, o dość sporym intelekcie i zamiłowaniu do zwyczaju, który praktykują pewne małe, niepozorne ptaszki, od których wziął się jego przydomek. I oczywiście Ummon. Potężne SI, które nie zaskakuje niezwykłą erudycją i sprawia wrażenie, że nie jest tworem sztucznym, a przedwiecznym. Niczym dawni bogowie.

Czytelnik ma też okazję poznać nieco lepiej świat zaprezentowany z tymże uniwersum. Ilość planet zwiększa się i akcja przenosi się z nich błyskawicznie. Z Pacem na Centralną Tau Ceti. Z CTC na Hyperiona. Z Hyperiona na Mare Infinitum. Lub na pewną planetę do złudzenia przypominającą Ziemię…

Lecz najmocniejszą stroną „Upadku Hyperiona” są zwroty fabularne. Niektóre są do przewidzenia, inne zaskakują. I nie są to wydarzenia w typie śmierci ulubionej postaci czy odkrycia, że ktoś jest czyimś tatą, a zmiany na naprawdę dużą skalę i komplikujące jeszcze bardziej i tak zagmatwane losy bohaterów.

Podsumowanie: „Upadek Hyperiona” nie cierpi na syndrom drugiego tomu, objawiający się wyraźnym spadkiem jakości historii. Nie jest też jego bliźniaczą kontynuacją, osiągającą sukces na kopiowaniu pierwszej części. Simmons buduje kompletnie inną narrację, narzuca szybsze tempo akcji, lecz fabuła i klimat nie spadają nawet o punkt. Zakończenie zwiastuje „Endymiona” i mam nadzieję na jak najszybsze jego pojawienie się na rynku, oczywiście z tej samej serii. 

#265. – WKKDC #1, #2 – Jeph Loeb, Jim Lee – „Batman: Hush”

Standardowy

Wielka Kolekcja Komiksów DC Comics - 1 - Batman: Hush, cz. 1

Start Wielkiej Kolekcji Komiksów DC z wydawnictwa Eaglemoss był największym komiksowym wydarzeniem ostatnich miesięcy, a już teraz można powiedzieć, że jednym z najważniejszych tego roku. Mimo wielu dubli wygląda na to, że seria będzie miała się dobrze, a co więcej- będzie symbiotycznie współistnieć z konkurencją z Hachette. 

Historia zaczyna się jak zwykle. Batman udaremnia porwania zorganizowanego przez Killer Croca. W efekcie odzyskuje też pokaźny okup. Nie na długo. Na horyzoncie pojawia się bowiem Catwoman, która szybko przywłaszcza sobie klejnoty. Batman reaguje jak zwykle. W pogoni za Catwoman spotyka go mała kolizja na Crime Alley. Upadek z dużej wysokości nie kończy się pozytywnie dla herosa, ale na szczęście w mieście przebywa ważna postać z jego przeszłości. Tom Elliot. Przyjaciel z dzieciństwa Wayne, a obecnie wybitny i znany chirurg, który zszywa i składa gothamskiego bohatera.

Po dojściu do siebie Wayne ma do rozgryzienia nie lada zagadkę, będącą wyzwaniem nawet dla detektywa jego klasy. Na drodze staje mu bowiem szereg klasycznych przeciwników, a każdy z nich zachowuje się dość niepokojąco. Nawet jak na takie tuzy szaleństwa jak Harley Quinn, Scarecrow czy Riddler, będący w niepokojących zachowaniach liderami, są dość niecodzienni. 

Lubujący się w teoriach spiskowych i nie ufający nikomu Wayne wyczuwa pewien spisek. Ktoś bowiem musi stać za nagłym wysypem połowy Arkham i Blackgate. Do tego relacje z Catwoman stają się mnie służbowe, a Rodzina oczekuje otwartej deklaracji co do panny Seliny. Tak więc i wrogowie, i współpracownicy nie ułatwiają śledztwa Gackowi. Na dodatek chłopina traci nad sobą panowanie. A to wszystko przez tego przeklętego Jokera !!!

Całość historii ilustruje Jim Lee. Ktoś kto jest potrafi tworzyć znakomite warsztatowo rysunki, będące jednocześnie bardzo klasyczno- superbohaterskie i rozpoznawalne. Wielu bowiem ma nieco podobną kreskę, ale kunszt autora tkwi w drobnych detalach. Ten kto zna nieco więcej z jego twórczości, wie rozpozna je bez trudu :). 

Podsumowanie: ”Hush” to dzieło kontynuujące niejako dziedzictwo Millera pod względem klimatu,charakteru postaci i jego środowiska, ale też będące czymś innym. Więcej tu dynamizmu, szalonych potyczek, zagadki i widowiskowości. O czym świadczyć może pojawienie się Supermana czy tajemnicze powroty zza grobu. Jako komiks otwierający serię wydawniczą, w której pojawią się takie tytuły jak „Green Lantern: Secret Origin”, „Superman: Son of Krypton” czy „Batman: Death in the family”. jest idealny.

PS: I na samym końcu słów kilka o WKKDC. Swego czasu słyszałem o tej serii, lecz nie bardzo wierzyłem w jej pojawienie się w Polsce. Tym bardziej, jeśli za komiksy DC wziął się Egmont. I to z niemałym rozmachem. DC Deluxe, New 52!, klasycznego historie, Vertigo. Lecz wydawnictwo to z Tomaszem Kołodziejczakiem na czele jest naprawdę drapieżnym rekinem swego biznesu. Choćby zdublowane tytuły, czy reedycje tych, które zostały wydane jakiś czas temu. Jeśli ktoś myśli, że Egmont sprytnie wykiwał rywala niech zajrzy na ostatnią stronę pierwszego tomu. 

Plusem serii jest też pewien prosty fakt. Dwuczęściowe tomy są wydawane po kolei. Ktoś, kto nie zdecyduje się na kupowanie każdego tomu nie przegapi kontynuacji pierwszej części. Niby nic- a cieszy. Z dodatkami jest nieco inaczej. WKKM skupia się na autorach, ciekawostkach i informacjach. Kolekcja z Eaglemoss stawia przede wszystkim na klasyczne komiksy. Jak w przypadku „Husha”- pierwszego numeru Batmana i pierwszej wersji genezy owej postaci. Dość ciekawy kontrast z historią z kompletnie innych czasów.