„Blade Runner 2049″

Standardowy

Legendarny „Blade Runner” doczekał się kontynuacji. W głównej roli- Ryan Gosling, ale Harrison Ford nie znika z ekranu. I jeśli jego powrót będzie równie udany jak w „Przebudzeniu Mocy” nawet najbardziej zagorzali fani dzieła Ridleya Scotta. Poza tym mimo mej chronicznej niechęci do kontynuacji wszelkiej maści to dzieło intryguje. Bo czyż nikt nie zastanawiał się co stało się z Dackardem i jego miłością ?

„Spider- Man: Homecoming”- trailer

Standardowy

Spider- Man powraca. Jego brawurowy debiut w „Wojnie Bohaterów” był ledwie przedsmakiem tego, co otrzymamy w solowym filmie. Głównym antagonistą będzie Vulture, w którego wciela się Michael Keaton. Niegdysiejszy Batman najwidoczniej zatęsknił za superbohaterskim kombinezonem. Po roli w „Birdmanie” nawyraźniej rozsmakował się też w ornitologicznych herosach.

Cóż mogę rzecz ? Cieszę się, że Pajęczak faktycznie wraca do domu. Peter jest tu młodzikiem. Żółtodziobem o wielkiej odwadze. Takim jakiego pamiętam z komiksów. Bez blockbusterowej posypki i ulepszaczy. Nawiązanie tytułowe do dzieła Straczyńskiego i Romity Jr. mówi samo za siebie. Po wlokącej się „Sadze Klonów” Marvel musiał przywrócić historię z Peterem Parkerem na właściwe tory. I mam nadzieję, że „Spider- Man: Homecoming” z znakomitym Tomem Hollandem będzie czymś podobnym dla kinowego Pająka. 

#278. – WKKM #105 – Jason Aaron, Brian Michael Bendis, Ed Brubaker, Matt Fraction, Jonathan Hickman, Frank Cho, John Romita Jr. – „Avengers vs X- Men cz.1″

Standardowy

Wielkie crossovery powstały z dwóch powodów. Aby zgarnąć nieco szeleszczących i brzęczących nominałów z portfeli konsumenta i po to, by nieco przewietrzyć woniejące już nudą uniwersum. Wśród tego typu wydarzeń zaś najwięcej sensacji wzbudzają te, w których herosi walczą między sobą. Nie kosmiczna inwazja, nie kryzys na wielu światach. Ale bratobójcze mordobicie w imię, mniej lub bardziej, banalnych ideałów. Bo czymże była główna przyczyna sławenej „Wojny Domowej” wobec wieloletniej przyjaźnie Capa i Starka ? Wydawać by się mogło, że niczym, lecz krew się polała. Podobnie jest i tutaj. Dwie, niejednokrotnie współpracujące ze sobą grupy rzucają się sobie do gardeł. Oczywiście nawet nie próbując usiąść do stołu. A co jest tego przyczyną ?

Phoenix powstaje z popiołów. Potężny, kosmiczny byt zmierza w stronę Ziemi. Jean Grey nie żyje ( znowu ), ale płonąca bestia upatrzyła sobie na cel inną pannę związaną z nazwiskiem Summers. Jest jest nią niejaka Hope, pierwsza mutantka urodzona po M- Day. Przeklętym przez mutantów dniu, w którym Scarlet Witch wymazała połowę populacji homo superior. Garstka mutantów ocalałych po tych wydarzeniach liczy, iż Phoenix nosi swą nazwę nie na darmo i przyczyni się do rezurekcji ich gatunki. Skrajnie inny punkt widzenia przejawiają Avengers. Grupa pod przywództwem Kapitana Ameryki obawia się przybycia kosmicznej istoty znanej z siania spustoszenia i zagłady. Konflikt interesów wydaje się być nieco błahy. Odnoszę wręcz wrażenie, że Cap i Cyclops tylko czekali, aby móc pokazać, który z nich jest prawdziwym samcem alfa.

Dość specyficzna rola przypada Wolverine’ owi. Logan, który poróżnił się z Summersem na łamach „X- Men: Rozłam” stoi po stronie Avengers, ale jednocześnie w na pozycji tego, któremu ciężko jest zaufać. Nic dziwnego- gdzieś bowiem w duszy zakapiora ze szponami z adamantium gra czuła struna tęsknoty i żalu za panną Grey.

Podobnie jak w historii Millara i McNivena, tak i tu, dziwi mnie prędkość z jaką dotychczasowi sojusznicy zaczynają obijać się kułakami. Ma to w sobie wręcz wrestlingowy sznyt. Tylko w tego typu widowiskach dotychczasowi sojusznicy ot tak zmieniają stronę. Sęk w tym, iż w amerykańskich zapasach to rzecz wręcz obowiązkowa i podnosząca napięcie. W komiksach zaś nie zawsze się sprawdza, a nieskomplikowane pobudki wzajemnej wrogości sprawiają, że ciężko jest przejść obok nich obojętnie. Bo całkiem fajnie zobaczyć dwie największe grupy Marvela w bezpośrednim starciu. Lecz uproszczenie jego genezy już takie nie jest.

Obok głównej opowieści wydawca dorzucił serię „AVX Versus” ilustrującą solowe walki członków obydwu grup. Main eventem jest tu bez wątpienia walka między Iron Manem, a Magneto, lecz zestawienia takie jak Kapitan Ameryka vs Gambit czy Thing vs Namor również robią wrażenie. 

Pierwszą część ilustruje John Romita Jr. Nie będący w swej szczytowej formie. Nie jest to zbrodnia jakie zdarzało mu się popełniać nawet na łamach WKKM ( pamiętny „Black Panther” ), ale daleko mu do formy z „World War Hulk” czy „Spider- Man: Homecoming”. Zbyt często bywa niedbały, aby móc przemilczeć zepsute kadry. Szczególnie, iż w następnych tomach wypada nieco blado przy Oliverze Coipelu czy Kubercie. Wystarczy spojrzeć na powyższy kadr, aby przekonać się, co nie poszło nie tak Romicie Młodszemu… :p

Podsumowanie: Batalia mutantów i Mścicieli odcisnęła silne piętno na świat Marvela. Ale o tym więcej przy okazji recenzji dalszych części tegoż eventu. Póki co grupy są zajęte na tyle sobą, aby nie zauważyć, iż to Phoenix jest największym zagrożeniem. Olśnienie przychodzi nagle, w momencie, gdy przychodzi przywitać się z płomienną, kosmiczną gąską.

„Transformers: The Last Knight”- trailer

Standardowy

Ja wiem, że już poprzednia część filmu Michaela Bay’ a o robotach z Cybertrona była lekkim ciągnięciem za portfel i przerostem formy nad treścią, ale sentyment jaki żywię do wielkich, walczących ze sobą robotów jest zbyt duży, aby przeszedł obok tego obojętnie. „The Last Knight” będzie zapewne typowym blockbusterem i daleko mu będzie do ideału, lecz czekam na to co pokaże reżyser po fali krytyki poprzedniej części. 

Poza tym- trójgłowy smok- transformers. Jak tu takiego czegoś nie kochać ?

„Strażnicy Galaktyki” po raz drugi

Standardowy

Tym razem nie narzekam na kolejną, lukrowaną i zmiksowaną do granic absurdu ekranizację. Tym razem oddaje głęboki pokłon w stronę twórców, którzy z filmu o drugoligowej grupie potrafili uczynić najlepsze dzieło filmowe Marvela od czasów „Iron Mana”.

Druga część „Strażników Galaktyki” zapowiada się nieźle. Udział Jondu jest małym hołdem w stronę oryginalnych formacji o tej samej nazwie, a muzyka… Utwór „Fox on the run” mówi wszystko.

#278. – Jason Aaron, Esad Rebic – „Thor Gromowładny- Boża bomba”

Standardowy

Boże Narodzenie tuż, tuż. Sklepy jeszcze na długo przed nim wystawiają świętych od Coca- Coli, bałwanki, gwiazdki i rozmaite precjozja, ukazujące wyższość marketingu nad tradycją. Jest więc to wspaniały czas by wspomnieć o historii z udziałem boga. Będącego jednym w trójcy. I aby uspokoić bogobojne sumienia- nie jest to bluźnierstwo przeciw tej Trójcy. Jason Aaron i Esad Rebic prezentuję bowiem swoją boskie trio. A konkretniej troje nordyckich bogów gromu, będących tą samą osobą, z trzech różnych epok swego życia.

W poprzedniej części współczesny Thor odkrywa, iż ktoś wybija bóstwa z różnorakich panteonów. Szybko okazuje się, że miał on nawet do czynienia z zabójcą. W okresie życia, w którym uosabiał wszystkie stereotypy dotyczące młodego, pyszałkowatego boga. Czyli ciągoty do bitki, kobitki i popitki są mu bliskie aż nadto. Do tego kompleks związany z brakiem odpowiednich kwalifikacji potrzebnych do obsługi Mjollnira. Ale jest też Wszechojciec Thor. Najpotężniejszy z trójki, najbardziej doświadczony, ale jednocześnie złamany i zgorzkniały. Pokonany wielokrotnie przez siły Bogobójcy w całej swej potędze jest bezradny. Aż do czasu przybycia Thora Avengera. I jak łatwo się domyślić- najmłodszego z Gromowładnych. Aaron znakomicie bawił się również relacjami między nimi. Najstarszy, z wiadomych powodów, przypominał w sporej mierze swego ojca. Thor teraźniejszy- herosa, który chyba najbardziej stara się ułożyć bałagan, któremu winny w pewnym stopniu jest on sam. W wersji, która nie żywi szacunku ani do niego, ani do pryncypialnego Wszechojca. 

Znaleziony obraz

Ukazana jest też geneza samego Gorra, a co ważniejsze jego motywacje i coraz wyraźniejsze konsekwencje jego działań dla niego samego. Ktoś, kto wybija i zniewala bóstwa tysiącami sam po jakimś czasie przestaje być zwykłym mordercą, a kimś dużo większym. Wychodzi też na jaw skąd wzięła się jego potęga, zdolna gładzić największe boskie byty i jak plan właściwie ma Rzeźnik Bogów.

Chorwacki rysownik już w poprzednim tomie zabłysnął ogromnym talentem. Kadry ukazujące obdartych ze chwały martwych bogów przerażały nie mniej, niż pozornie niepozorny Gorr Bogobójca. Tutaj Rebic przedstawia kolejne poziomy okrucieństwa tej postaci, a zarazem upadku pozornie nieśmiertelnych. I nie można nie zapamiętać kadru, w którym Thor dzierży dwa Mjollniry. Dla mnie, jako megalomana i człeka lubującego się w neo- hollywoodzkich zagrywkach- bomba. Boża bomba. 

Podsumowanie: Aaron ukazał jedną postać z trzech różnych epok. I  ie byłoby w tym nic szczególnie innowatorskiego, gdyby Gromowładni tak bardzo się od siebie nie różnili, a jednocześnie nie przypominali siebie. Tak samo bitni, krytyczni wobec swoich wcieleń i ze wspólną obawą. Jakaż to rzecz, której lękają się niezmiennie trzy wcielenia Thora ? Aby się dowiedzieć trzeba sięgnąć po ten tom. Podpowiem tylko tyle, iż ma ona nader ludzki wymiar.

#277. – Frank Miller, Bill Sienkiewicz – „Elektra Assasin”

Standardowy

 

Elektra to postać stojąca w innym szeregu niż inne postaci Marvela z kręgu Avengers czy F4. Bliżej jej do Punishera, Deadpoola czy Logana ( zanim został dyrektorem szkoły ) niż do patriotycznego Capa czy moralnego Spider- Mana. Jej metody nie należą do humanitarnych i lepiej nie dawać jej młodym pannom za wzór. Panna Natchios nie zrozumiałaby się z familijną Sue Richards czy opiekuńczą ciocią May. Ta historia jest najlepszym tego przykładem.

Oto Elektra budzi się w szpitalu psychiatrycznym w Ameryce Południowej. Otumaniona medykamentami i majacząca próbuje odnaleźć sens w obecnej sytuacji. Szybko okazuje się, że za jej obecny stan może być odpowiedzialna Hand i istota zwana Bestią. Ale nie horda wojowników ninja, ani tajemnicze byty stają się głównym celem zabójczyni, a pewien jankeski urzędnik. Amerykański ambasadora Reich może już żegnać się z najbliższymi. Ale usunięcie go nie będzie takie łatwe. Na arenę wkracza bowiem S.H.I.E.L.D. w postaci agenta Garretta. Konfrontacja z Elektrą okazuje się dość bolesna w skutkach. Garrett staje się w dużym stopniu cyborgiem i odkrywa, że łączy go dziwna więź z panna Natchios.

To w jaki sposób Miller przedstawia kobiety to temat na długą dysputę. Na pewno nie są to efemeryczne duszyczki wyczekujące na księcia w bieli. Ale nie są to też babochłopy, przy których Caster Semeneya to niewinne dziewczę. Kobiety Millera są seksowne, kuszące i harde. Lecz jednocześnie najlepiej czują się w obecności silnych i walecznych mężczyzn. Seria „Sin City” jest tego najlepszym przykładem, a archetyp famme fatale Millera jest o wiele bardziej rozbudowany niż w klasycznym rozumieniu tego słowa. Uściślając- baba ma kopa, dźwiga gnata, którego normalnie mógłby obsługiwać jedynie Sylvester bądź Arnold, a mimo to ma czułe, namiętne i naiwnie dziewczęce serduszko. Taka jest i Elektra, choć tutaj częściej można zauważyć jej bojową stronę. 

Bill Sienkiewicz ( z TYCH Sienkiewiczów ) stworzył komiks z ilustracjami malowanymi. Jakże jednak inne jest on od dzieł, kojarzonego z tego typu pracami, Alexa Rossa. Brak w nich bowiem dopieszczonych do granic sylwetek i ultra-realistycznych widoków, kadrów, które ukazują herosa w dostojny i monumentalny sposób. Sienkiewicz podchodzi do tego inaczej. Jego barwy nie są krzykliwe. Sylwetki toną w oparach oniryzmu i delikatnej psychodelii, czego najlepszym przykładem jest pierwszy zeszyt. Rysownikowi należy pogratulować  mistrzowskiego wykreowania postaci Kena Winda. Ciągle ta sama, uśmiechnięta twarz kandydata do Białego Domu będąca plakatową, wypacykowaną gębą. Miller zaś kreacją tej postaci udowodnił, że byłby znakomitym spin doktorem kampanii prezydenckiej. Nawet opcji z ramienia Demokratów, którzy często są w opozycji do jego poglądów. Wracając jednak do Sienkiewicza. Twórca pozwala sobie na sporą mieszankę stylów. Obok wymienionych już, zakrawających o  pozwala sobie na proste, niemal dziecięce rysunki, wyraziste plansze ukazujące wspomnianego kandydata na urząd prezydenta  czy kadry rozmieszczone w pozornym chaosie, niczym w „Powrocie Mrocznego Rycerza”.

Podsumowanie: Solidny popis sztuki narratorskiej Franka Millera i graficznej Billa Sienkiewicza. Brawa za umiejętne umieszczenie fabuły w klasycznym świecie Marvela, bez wtłaczania w nią innych wydawnictwa postaci I to nawet tych związanych z Elektrą. Powieść nieco ciężka w odbiorze dla fana prostych dymków, lecz w tym tkwi jej moc. Ciężka, oleista wręcz atmosfera. która mimo swego przytłaczającego charakteru nie pozwala się łatwo oderwać. 

#276. – Jonathan Hickman, Mike Deadato – „New Avengers: Nieskończoność”

Standardowy

Kolejny tom z serii „Nieskończoności” Marvela. Ten kto myślał, iż Avengers mają pełne ręce roboty niech zwróci swe oczy ku grupie Iluminati. Tajny krąg herosów boryka się nie tylko z problemami związanymi z Inkursjami czy podwójną inwazją ale też z wewnętrznymi niesnaskami. Królowie dwóch królestw, Namor i Black Panther, biorą się za bary. A przyczyny ich konfliktu mają swe zarzewie jeszcze w wojnie Avengers i X- Men, gdy to opętany Phoenixem władca Atlantydy spustoszył jedno z bardziej ludnych miast Wakandy. 

Ofensywa Budowniczych i następująca po niej inwazja Thanosa nie przerwały w cudowny sposób pojawiania się Inkursji. Wprost przeciwnie-  mają się dobrze, a piętrzące się kłopoty sprawiają, że trudna misja dla Iluminati stała się jeszcze trudniejsza. Szybko też wychodzi na jaw, że tajne stowarzyszenie  jest kiepsko zgrane- napomknięty wcześniej konflikt między królem Wakandy, a królem Atlantydy przeradza się paranoiczną, bratobójcza wojnę z konsekwencjami większymi niż obaj mogli przewidzieć. Obojgu królom los jednak odpłaci za wzajemne bitki i to srogo.

Niewinnym  nie pozostaje również i trzeci monarcha. Black Bolt wie o prawdziwej przyczynie przybycia Thanosa na Ziemię i informuje o tym swoich resztę Iluminati. Co nieco wie również jego brat, Maximus Szalony. Nie jest on jednak na tyle szalony, aby informować kolejną osobę wbrew woli brata o tajemnicy i jego sekretnym zgromadzeniu. Nawet jeśli tą osobą jest jego królowa Medusa.

Nie samymi królami jednak ta historia stoi. Konsekwencje swych decyzji poniesie również Doktor Strange konfrontując się z Ebony Maw, zaś Tony Stark po wojażach w kosmosie będzie musiał przemyśleć to i owo. Znacznie większą rolę niż w „Avengers: Nieskończoność” ma tu Thanos. O ile w tam pojawił się pod sam koniec, gdy konflikt z Budowniczymi był w większym stopniu rozwiązany, o tyle tutaj Szalony Tytan i Cull Obsidian pokazują mają do powiedzenia znacznie więcej.

Deadato to nazwisko, które pojawiło się przy innych dziełach ze stajni Marvela. Zilustrowanie więc jednej z kluczowych części „Nieskończoności” nie dziwi, a mnie osobiście wręcz cieszy. Postaci nie są zamykane w kadrach- artysta pozwala się im pokazać. Jak chociażby przy scenie małżeńskiej rozmowy pary królewskiej Inhumans czy ujmowaniu w niektórych momentach Szalonego Tytana, które pokazuje kto jest najsilniejszy na boisku.

 

Podsumowanie: Iluminati to dość specyficzna grupa. Jest ugrupowaniem pośród innych ugrupowań. Ich cele są tajne i mało superbohaterskie. Nazwałbym ich ludźmi od brudnej roboty, gdyby nie fakt, iż daleko im do chłodnego profesjonalizmu i fachowości, a bliżej do grupy wsparcia. Osobiste animozje i ambicje. Własne, często sprzeczne z interesem reszty grupy, ukryte cele. I fakt, że ta sama grupa podjęła już wcześniej mało rozsądne decyzje w stylu wysłania Hulka w kosmos. Cóż… Jeśli tak wyglądać ma prawdziwa, otoczona złą sławą organizacja kontrolująca świat – nie musimy obawiać się żadnych NWO, globalnego ocieplenia, ataku Marsjan i przypuszczeń, iż Ziemia jest dyskiem.

„Ghost in the Shell”- trailer

Standardowy

Film, który nieco niknie wśród głośnych zapowiedzi Marvela, DC czy neo- lucasowych produkcji. Niektóre sceny żywcem wyjęte z anime. Ale czy tylko mi przeszkadza nie tyle co biała Motoko, a dosyć mikry w porównaniu z oryginałem Batou ? Mamoru Oshi błogosławił to dzieło i miejmy nadzieję, że przychylność reżysera będzie zasadna.

#275. – Jonathan Hickman, Leinil Francis Yu – „Avengers: Nieskończoność”

Standardowy

Poprzedni tom o jakże zwiastującym tytule „Preludium Nieskończoności”, przyniósł ze sobą kolejne zmiany personalne w składzie Avengers. A raczej kolejne rozszerzenie kadr. Do grupy dołączyli bowiem Starbrand i Nightmask, a także niedawni oponenci grupy- Ex Nihilo i Abyss. Zdawać by się więc mogło, że takiemu teamowi nikt nie stanie na drodze. Że wystarczy sama wzmianka o nich, a każdy superłotr mający trochę oleju w głowie schowa się w najciemniejszy kąt. Lecz zagrożenie z jakim przyjdzie zmierzyć się Mścicielom będzie przerastało nawet ich. I kilka kosmicznych imperiów razem wziętych.

Do Ziemi zbliża się flota Budowniczych. Starożytnej rasy, odpowiadającej za kreację życia we wszechświecie. Przynajmniej jego części, bo ten kto zna uniwersum Marvela wie, że takich protoplastów było wielu. Inwazja ta nie byłaby pewnie dla reszty cywilizacji  szczególnym utrapieniem, gdyby nie fakt, iż owi Budowniczy niszczą wszystko po swej drodze. Szybko więc formuje się sojusz skupiający w sobie miedzy innymi Kree, Skrulli, siły Annihilusa, Spartax i ziemskich herosów spod wielkiej litery A. Zdawać by się mogło, że Budowniczy jedyne co mogą zrobić to przeprosić za zamieszanie i udać się w daleką podróż stamtąd, skąd przybyli. Nic bardziej mylnego. Antyczna nacja to twardziele, dla których owa koalicja to prymitywy, których można 

Hickman stale buduje napięcie. Gdy wydaje się, że znaleziono sposób na najeźdźców okazuje się, że były to liche nadzieje. Antyczna rasa to twardy orzech do zgryzienia dla zjednoczonych potęg, a co gorsza wydaje się, że kosmiczna ententa połamie sobie zęby na nim zęby. Ale zaraz ? Czy w składzie Avengers nie była przypadkiem Captain Universe, do której smaliłby cholewki zapewne sam Dr. Manhattan ? Ten kto liczy na wejście tej potężnej istoty w samym finale i zrobienia porządku ze swymi nieposłusznymi dziećmi, bo nimi są dla niej Budowniczy, nieco się przeliczy. Lepiej za to zwrócić więcej uwagi w stronę Ex Nihilo. Mimo oddalenia od frontu, będzie miał niebagatelną rolę do odegrania już po konflikcie. 

Leinil Francis Yu nie bał się szaleć w przedstawianiu kosmicznych potęg. Ogromne floty w pełnym chaosie walki, pojedynczy bohaterowie walczący z coraz to nowym zagrożeniem. Coraz nowym gdyż dla zapominalskich- zaraz po ataku Budowniczych następuje inwazja w wykonaniu sił Thanosa. I nie sposób przegapić nowej fryzury Captain Marvel, dzięki której panna Denvers mogłaby być wzięta za siostrę pewnej nacji wojowników z legendarnego anime. 

Podsumowanie: Jak wspominałem przy okazji „Nieskończoności”, cały event powinno się przeczytać mając przed sobą trzy około- mścicielowe tytuły pióra Hickmana. Tworzą one rozległą, lecz spójną i niezłą historię dla osób chcącym na kartach jednej historii poznać zobaczyć nie tylko Mścicieli, ale lwią część uniwersum Marvela. A jako, że wojna z Budowniczymi przeplata się z wątkiem z „Nieskończoności” można spodziewać się pierwszych zwiastunów sił Thanosa.